sobota, 16 grudnia 2017

Zakończenie

Epilog

Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzięki niemu nareszcie zyskałem pewność, że losy hrabiego de Monte Christo po dokonaniu przez niego zemsty na jego wrogach wcale nie były takie złe, jak to niektórzy pisarze próbują nam wmówić. Prócz tego poznałem również kilka niezwykle istotnych i ciekawych faktów, o których nie wspominał w swojej powieści pan Dumas ojciec, ani także żaden artysta po nim.
- Najwyraźniej słynny pisarz nie miał pojęcia o wszystkich aspektach całej sprawy - powiedziałem sam do siebie - Albo po prostu celowo pominął on kilka szczegółów, które w ogóle nie pasowały do jego powieści. Jakkolwiekby nie było, to ten rękopis jest na wagę złota.
Moje rozmyślania przerwało nagle pukanie do drzwi. Wciąż będąc bardzo z mojego odkrycia zadowolony, poszedłem je otworzyć. Oczywiście domyślałem się tego, któż to właśnie przyszedł mnie odwiedzić. Jak zwykle nie pomyliłem się.
- Witam, panie Kronikarz.
W progu moich drzwi stał Tajemniczy Nieznajomy. Ten sam człowiek, który wcześniej oddał mi ów cudowny rękopis i to za darmo, chociaż wcześniej sam był nim zainteresowany.
- Witam pana. Zapraszam serdecznie do środka.
Z radością wpuściłem mojego niespodziewanego gościa do środka, po czym poczęstowałem go herbatą. Kiedy już usiedliśmy w fotelach, racząc się ciepłym napojem, mój gość przemówił:
- Zakładam, że przeczytał pan już rękopis.
- W rzeczy samej - odpowiedziałem mu z uśmiechem na twarzy - No i muszę panu powiedzieć, że jego lektura naprawdę przypadła mi przypadła do gustu.
- Tak, domyślałem się tego - Nieznajomy uśmiechnął się do mnie w bardzo tajemniczy sposób - Myślę jednak, że mimo, iż rękopis wyjaśnił panu wiele spraw, to jednak nadal ma pan kilka pytań na temat historii, której jest on poświęcony. Mam rację?
- Owszem, ma pan rację. Pewne kwestie nadal wymagają wyjaśnień.
- Tak myślałem. Zatem proszę mnie pytać śmiało. Chętnie rozwieję wszelkie pana wątpliwości.
- Doprawdy? Z całym szacunkiem, ale co pan może wiedzieć na temat faktów ukazanych w tym rękopisie?
Tajemniczy Nieznajomy zaśmiał się radośnie, po czym odpowiedział:
- No cóż... Myślę, że wiem bardzo wiele na ten temat. Ostatecznie przecież jestem prawnukiem Jeana Chroniqueura.
Zdziwienie na chwilę odebrało mi mowę. Czego jak czego, ale tego, to ja się bynajmniej nie spodziewałem. Mój Tajemniczy Nieznajomy był potomkiem Jeana i Marty? Teraz dopiero zrozumiałem, dlaczego tak bardzo zależało mu na tym rękopisie oraz czemu mi go oddał. Rękopis miał dla niego wartość sentymentalną, ale widząc moje zainteresowaniem tym dziełem postanowił mi je oddać, bo i tak zawartą w nim historię dobrze znał.
- Chce mi pan powiedzieć, że jest pan potomkiem Jeana i Marty? - zapytałam po chwili, gdy już otrząsnąłem się ze zdumienia.
Tajemniczy Nieznajomy pokiwał głową twierdząco.
- Nie inaczej.
- Ale to chyba również oznacza, że jest pan potomkiem także hrabiego Monte Christo!
- W rzeczy samej, panie Kronikarz. W rzeczy samej.
Uśmiechnąłem się zadowolony, jednak postanowiłem, nim zacznę się cieszyć, sprawdzić, czy moje przypuszczenia na temat jego zainteresowania rękopisem, jak również i nagłym spadkiem tegoż zainteresowania są słuszne.
- W takim razie już rozumiem, czemu zależało panu na tym rękopisie. Czemu jednak w takim razie powierza pan go mnie?
Nieznajomy uśmiechnął się przyjaźnie.
- Gdyż wiem, że panu również na nim zależy. Poza tym chcę, żeby historia mojego przodka była powszechnie znana w pańskim kraju. Wierzę, że dotrzyma pan słowa, panie Kronikarz i przetłumaczy pan ten rękopis na swój ojczysty język, po czym opublikuje go pan w swojej ojczyźnie. Tak nawiasem mówiąc, bardzo pięknej oraz niesamowicie uroczej, przynajmniej moim zdaniem.
A więc miałem rację, pomyślałem sobie. Na głos zaś odpowiedziałem:
- Cieszę się, że pan tak uważa, proszę pana, jednak miał pan odpowiedzieć na moje pytania.
- To prawda, miałem.
- A więc czemu pan nie odpowiada?
- Nie mogę.
- Dlaczego?
- Bo jeszcze pan mi tych pytań nie zadał.
Zarumieniłem się lekko zawstydzony. No fakt, przecież jeszcze nie zadałem mu żadnego pytania. Jak więc miał na nie odpowiedzieć? Oj, ja to czasami bywam naprawdę roztrzepany.
- No tak... A więc pierwsze pytanie. Co się stało z Jeanem i Martą?
Nieznajomy uśmiechnął się do mnie przyjaźnie.
- To chyba oczywiste, proszę pana. Pobrali się, mieli kilkoro dzieci, a także żyli długo i szczęśliwie. Przez jakiś czas mieszkali oboje w Paryżu, ale też często odwiedzali Algierię. Gdy jednak nadeszła zgubna i zupełnie nikomu niepotrzebna dla Francji wojna z Prusami, Jean wyjechał z rodziną na stałe do swojego teścia, który dożył sędziwego wieku. Gdy umarł, to w sercach najbliższych mu osób na zawsze zagościł smutek. Hayde, choć dużo młodsza od niego, nie przeżyła go zbyt długo i dość szybko odeszła z tego świata, aby móc raz na zawsze połączyć się ze swoim ukochanym Edmundem.
- Cóż... To bardzo przykre, co pan mówi, ale przecież nie możemy oczekiwać, że jakikolwiek człowiek będzie żył wiecznie. Nawet jeżeli jest on hrabią de Monte Christo. A co z Bertucciem? Co z Jacopem? A z Alim?
- Wszyscy oni dożyli spokojnej starości. Bertuccio zmarł rok przed swoim panem, Jacopo zaś przeżył Edmunda o kilka lat, po czym zmarł i zgodnie z jego wolą, pochowano go w morzu. Ali zaś żył jeszcze na tyle długo, aby móc potem opiekować się dziećmi Jeana i Marty.
- A co z Albertem?
- Doczekał się on wysokich stanowisk w świecie. Zarówno on, jak też i jego rodzina swoimi szlachetnymi uczynkami zmazali hańbę z rodowego nazwiska, także w końcu Albert zgodził się korzystać z tytułu hrabiego de Morcerf, który należał mu się po śmierci ojca.
- A Mercedes?
- Ona z kolei na zawsze już zamknęła się w sobie i zmarła jakoś tak kilka lat przed Edmundem Dantesem.
- A inni? Co z innymi bohaterami tej opowieści?
- Maksymilian Morrel nie mieszał się nigdy do polityki, dlatego miał spokój pomimo licznych zmian w rządzie oraz tym podobnych spraw. On i Walentyna przekazali po swej śmierci firmę „Morrel i syn“ swoim dzieciom, a ci swoim itd. Emanuel i Julia Herbaut nie doczekali się dzieci, ale troskliwie dbali o potomstwo Maksymiliana i Walentyny, jak o swoje własne. Byli dla nich bardzo kochającym wujostwem. Alfons de Beauchamp do emerytury zajmował się gazetą, w której pracował Jean, a resztę życia spędził spokojnie na wsi. Franz d’Epinay walczył na wojnie francusko-pruskiej. Służył on w jednym oddziale razem z Albertem de Morcerfem i Raulem de Chateau-Renaud. Ze względu na swój wiek nie walczyli na pierwszej linii, ale jako oficerowie w sztabie samego cesarza. Cała ta dzielna trójka wyszła z tej wojny jako bohaterowie, jednak po jej zakończeniu skończyła się na zawsze ich przygoda z wojskiem. Każdy z nich doczekał się przyzwoitej emerytury. Jak panu zapewne wiadomo z lekcji historii, po zakończeniu wojny francusko-pruskiej, cesarz Napoleon III został pozbawiony władzy. Lucjan Debray wówczas na pewien czas wyjechał z Francji na tzw. dobrowolną emigrację, ale po jakimś czasie wrócił i wkręcił się do nowego rządu.
- Mogłem się tego spodziewać. On przecież zawsze potrafił łatwo zmieniać stronnictwa polityczne. A reszta bohaterów rękopisu?
- Danglars zmarł w więzieniu jakoś tak rok po wydarzeniach opisanych w rękopisie. Pochowano go na koszt państwa w zbiorowej mogile. Nikt nie zjawił się na jego pogrzebie, nawet Eugenia, która wraz z panną Ludwiką długo jeszcze wiodła życie artystki rewiowej, a gdy obie były już za stare, aby móc triumfować na scenie, to wówczas Eugenia przybrała ostatecznie postać Eugeniusza d’Armilly i za pieniądze zarobione na scenie, kupiła sobie piękny domek we włoskiej wsi, gdzie wraz ze swą ukochaną i przyjaciółką zarazem spędziła resztę swego życia.
- A Luigi Vampa?
- Przez jeszcze kilka lat zajmował się rozbojem, po czym rozpuścił swą bandę i zmieniwszy nazwisko wraz ze swą ukochaną żoną Teresą zamieszkał w pięknej, włoskiej posiadłości, którą nabył za zbójeckie łupy oszczędzone przez te wszystkie lata, kiedy był jeszcze postrachem Rzymu. Nikt go nigdy nie nękał. Niektórzy ludzie oczywiście wiedzieli, że ów wielki i możny pan, który kupił sobie jeden z najpiękniejszych domów w Rzymie, to tak naprawdę słynny włoski bandyta, ale nie znalazł się nikt, kto by ośmielił się powiedzieć to publicznie. Luigi był bowiem zbyt bogatym człowiekiem i zbyt wiele posiadał koneksji, aby ktoś ośmielił się go niepokoić. Poza tym był przyjacielem hrabiego Monte Christo, a to nazwisko wiele znaczyło w świecie.
- A co z jego bandą?
- Większość dawnych bandytów Vampy rozpoczęła uczciwe życie, inni zaś powrócili na drogę rozboju. Z tych ostatnich niektórzy skończyli na szafocie. Co do Peppina zwanego Rocca Priori, to zaczął on pracować jako kamerdyner w domu Vampy, który zapewnił mu godne życie oraz spokojną starość, jak i również pensję godną ministra. Ponoć nawet pozwolił mu ją sobie od czasu do czasu powiększać.
- To znaczy?
- Peppino mógł go okradać.
Słysząc tę wypowiedź, parsknąłem śmiechem.
- Słowa godne wielkiego pana. A czy Peppino to robił?
- Oczywiście, że nie. Zbyt wysoko cenił on sobie Vampę, aby móc to zrobić. Podobnie jak pan Pastrini, o którego powiązaniach z bandą Luigiego nikt nigdy się nie dowiedział, także mógł on spokojnie prowadzić swój hotel bez obaw, że trafi do więzienia.
Uśmiechnąłem się delikatnie.
- Cóż... To chyba już wszystko, co powinienem wiedzieć.
- No, jeszcze nie do końca - uśmiechnął się tajemniczo mój niezwykły gość - Pozostała jeszcze jedna sprawa do wyjaśnienia.
- A jakaż to? - zapytałem z ciekawością w głosie.
- Muszę panu coś wyjaśnić. Mianowicie... Chodzi o to, że Jean lekko okłamał swoich czytelników.
Zdumienie moje sięgnęło zenitu, gdy tylko usłyszałem te słowa. Jak to? Jean Chroniqueur kłamał? Niemożliwe! Ale w takim razie w czym?
- Jak to okłamał swoich czytelników? Nie rozumiem.
Tajemniczy Nieznajomy uśmiechnął się do mnie przyjaźnie.
- Niech się pan nie niepokoi, panie Kronikarz. Jego kłamstwo, jeżeli w ogóle można je tak nazwać, jest naprawdę bardzo delikatne.
- A na czym ono polega?
- No cóż... Po prostu Jean nie spisywał na bieżąco relacji ze swojej podróży.
- Jakże to? Nie spisywał jej na bieżąco?
- Ano jej nie spisywał. Jedyne, co zapisywał na bieżąco, to opowieści osób, które spotkał podczas swojej podróży. Zaś relację z całej wyprawy zapisał dopiero po jej zakończeniu.
Popatrzyłem zdumiony na mojego rozmówcę. Jego słowa niesamowicie mnie zaskoczyło.
- Jak to? Więc cała historia jest zmyślona?
- Nie, bynajmniej nie jest ona zmyślona. Po prostu jej część została zapisana już po wszystkim, gdy cała ta historia się zakończyła.
- Ale Jean twierdził, że spisywał ją na bieżąco!
Tajemniczy Nieznajomy uśmiechnął się w dowcipny sposób.
- Małe, niewinne kłamstewko.
- A więc Jean Chroniqueur był zwykłym kłamcą!
- Nie, panie Kronikarz. On był po prostu pisarzem.
- Ale jakoś nie oparł się pokusie ubarwienia całej tej historii, a to jest przecież równoznaczne z kłamstwem!
Mój gość spojrzał mi w oczy z wyraźną przyjaźnią we wzroku.
- Każda porządna historia zasługuje na ubarwienie, mój przyjacielu. Sądzę, że sam pan takie piszesz, a jeżeli jeszcze takich nie piszesz, to kiedyś pan zaczniesz. To nieuniknione, panie Janie. To cecha każdego pisarza.
Słysząc jego słowa, jak również orientując się w tym, że przeszedł ze mną na stosunek już bardzo poufały, uśmiechnąłem się delikatnie, po czym wypiłem do końca swoją herbatę i powiedziałem:
- Pewnie masz pan rację, przyjacielu. Pewnie masz pan rację.
Rozmawialiśmy jeszcze oboje przez pewien czas, a gdy już ten czas minął, to Tajemniczy Nieznajomy pożegnał się ze mną i wyszedł. Zanim to jednak zrobił, zadałem mu jeszcze tylko jedno, małe pytanie, które mnie dręczyło w tej sprawie.
- Jeszcze tylko jedno. Jak się pan właściwie nazywa?
Tajemniczy Nieznajomy uśmiechnął się do mnie, po czym powiedział:
- Jean, przyjacielu. Jean Lapuff.
- Jeanie Lapuff... Dziękuję ci. Dziękuję, że mnie odwiedziłeś i dałeś mi ten jakże cenny dla mnie rękopis.
- Nie ma za co, Janie Kronikarzu. Nie ma za co.
Chwilę później podaliśmy sobie nawzajem dłonie, a mój gość wyszedł. Ja zaś usiadłem przy biurku, aby natychmiast zapisać to wszystko, co właśnie mieliście okazję przeczytać, Drodzy Czytelnicy.

JAN KRONIKARZ

KONIEC

Rozdział 75

Rozdział LXXV

List hrabiego Monte Christo do Jeana Chroniqueura


Drogi Jeanie!

Cieszy mnie wielce, że mogę już do Ciebie mówić po imieniu, gdyż bardzo Cię polubiłem, mój drogi chłopcze. Bardzo raduje też moje serce fakt, iż wchodzisz do naszej rodziny. Marta lepszego męża nie mogła sobie wybrać. Obyście zawsze się tak kochali, jak kochacie się w tej chwili.
Uradowała nas wieść o waszych zaręczynach. Niestety, z powodu moich interesów nie mogliśmy się na nich zjawić, jednak zapewniam Cię, młodzieńcze, że razem z matką Marty będziemy z pewnością obecni na waszych zaślubinach, które mają miejsce już niedługo. Dobrze, że ustalając datę ślubu wzięliście pod uwagę odległość, jaka dzieli Algierię od Paryża. Dzięki temu będziemy mogli z moją żoną dotrzeć na czas, aby wziąć udział w tak ważnej dla nas uroczystości. W żadnym wypadku nie chciałbym spóźnić się na zaślubiny mojego własnego dziecka i nigdy bym sobie tego nie wybaczył, gdyby takie wydarzenie miało miejsce.
Chciałbym również w swoim liście napisać, iż czytałem Twój artykuł na mój temat. Muszę powiedzieć, że jest napisany tak, jak być powinien. Nic dodać, nic ująć. Dokładnie ukazałeś w nim moje losy, pomijając wszak kulturalnie milczeniem pewne fakty, które mogłyby mnie ukazać w dość niekorzystnym świetle. Jestem Ci za to niewymownie wdzięczny. Pewne sprawy powinny pozostać między nami, czyli jak to mówią, w rodzinie. A przecież Ty, mój drogi chłopcze, już wkrótce wejdziesz do naszej rodziny, dlatego bardziej cieszy mnie fakt, iż umiesz zachować dyskrecję wtedy, kiedy ta dyskrecja jest niezbędna. Razem z Hayde dziękujemy Ci za to i to z całego serca.
Nie myśl jednak, że musisz zachowywać dyskrecję całe swoje życie. Gdy już nadejdzie odpowiedni czas, otrzymasz ode mnie pozwolenie na opublikowanie w pełni relacji z Twojej podróży do Algierii. Nie mogę jeszcze z całą pewnością powiedzieć, kiedy to nastąpi, jednak na wszelki wypadek zachowaj dzienniki z tej wyprawy i pilnuj, aby im się nic nie stało. Kiedyś mogą one być na wagę złota, a nawet jeżeli jestem złym prorokiem, to i tak zawsze warto zachować wspomnienie tego, co miało miejsce latem roku 1855, albowiem te kilka miesięcy na zawsze odmieniło życie nas wszystkich. Oczywiście jest to odmiana na lepsze. Innej bym bowiem nigdy nie zaakceptował w moim życiu, ani tym bardziej w życiu moich bliskich.
Oczywiście żal jest mi rozstawać się z moją małą córeczką, jednak doskonale rozumiem, iż nie jest już ona dzieckiem i zasługuje na to, aby móc już rozpocząć własne życie u boku mężczyzny, którego kocha. Cieszę się, że tym mężczyzną jesteś Ty, gdyż, jak już o tym wcześniej wspominałem, Marta nie mogła lepiej wybrać.
Kończę już list, gdyż wzywają mnie obowiązki. Już wkrótce jednak znów się zobaczymy, a wtedy porozmawiamy tak długo, że będziesz miał mnie serdecznie dość, młodzieńcze. Zwracam się w taki oto sposób do Ciebie, jednak już niedługo otrzymasz ode mnie inny tytuł. Tytuł syna, którym to z przyjemnością Cię obdarzę, kiedy już poślubisz moją córkę, czego osobiście, podobnie jak i sama Marta, nie mogę się doczekać.
Życzę wam mnóstwo szczęścia, moi kochani i do zobaczenia za jakiś czas, gdy już przybędziemy na ceremonię waszych zaślubin.

Twój przyszły teść
Edmund Dantes,
Hrabia Monte Christo,
Lord de Wilmore,
Ksiądz Busoni,
Sindbad Żeglarz.
(Sam wybierz, które nazwisko wolisz)

P.S. Przesyłam też moc pocałunków oraz pozdrowień od Hayde. Ona również nie może się już doczekać chwili, w której to was ucałuje i pobłogosławi. Oby więc nastąpiło to szybko. Do zobaczenia, kochany Jeanie. Niechaj Bóg czuwa nad Tobą i Martą.

Rozdział 74

Rozdział LXXIV

Artykuł wklejony do dzienników Jeana Chroniqueura


TOŻSAMOŚĆ HRABIEGO MONTE CHRISTO ODKRYTA.

Przed siedemnastu latu w stolicy naszego kraju, przepięknym Paryżu, zawitał niezwykle tajemniczy oraz ekscentryczny człowiek, przedstawiający się jako hrabia de Monte Christo. Jego wizyta w naszej ojczyźnie zbiegła się jednakże z niemalże jednoczesnym upadkiem trzech niezwykle wpływowych ludzi, jakimi byli hrabia Fernand de Morcerf, baron Danglars oraz prokurator Gerard de Villefort. Do dziś nikt, a przynajmniej nie oficjalnie, nie połączył tych wszystkich wydarzeń z osobą naszego gościa z dalekich stron. Teraz jednakże, w świetle najnowszych ustaleń, poczynionych przez naszego korespondenta, Jeana Chroniqueura, wiemy już z całą pewnością, że upadek tych ludzi był ściśle związany z wizytą tego ekscentrycznego hrabiego w naszym kraju. Nie jest to oczywiście wcale dzieło przypadku. Człowiek podpisujący się nazwiskiem hrabiego Monte Christo przyczynił się bezpośrednio swoim działaniem do upadku tych trzech wielkich ludzi. Dlaczego jednak do tego doszło? Co takiego uczynili ci trzej możni panowie naszemu gościowi z dalekich stron, iż zechciał on ich zniszczyć?
Aby odpowiedzieć sobie na te pytania, oddajemy w tej sprawie głos naszemu korespondentowi, panu Jeanowi Chroniqueurowi.

RELACJA JEANA CHRONIQUEURA

Jakiś czas temu, na polecenie mego pryncypała, udałem się w podróż tropem hrabiego de Monte Christo. Podróż moja nie była łatwa, ponieważ po siedemnastu latach raczej niewielu pozostało w naszym kraju ludzi, którzy by pamiętali tego człowieka. Nie poddałem się jednak i uparcie dążyłem do realizacji powierzonego mi zadania. Mój szlak wiódł mnie różnymi tropami, od Paryża począwszy, poprzez Rzym prowadząc, a na Algierii kończąc. Podczas swojej wędrówki natknąłem się na wiele osób, które wciąż pamiętały wydarzenia sprzed wielu lat i umiały mi niezwykle dokładnie opowiedzieć je, jednakowoż ich relacje nadal pozostawiały wiele do życzenia, gdyż nie zawierały w sobie tych naprawdę ważnych dla mnie informacji. Zdobyłem je dopiero w dalekiej Afryce, do której przybyłem na wyraźne zaproszenie samego hrabiego Monte Christo, który dowiedział się o mojej podróży i postanowił udzielić mi wszelkich wyjaśnień na temat swej osoby. A oto, czego się od tego człowieka dowiedziałem:
Wbrew oczekiwaniom wielu ludzi z towarzystwa hrabia Monte Christo wcale nie jest Maltańczykiem, Egipcjaninem, Turkiem, Arabem, Włochem ani też żadnym cudzoziemcem. Jest naszym rodakiem, Francuzem. Urodził się on w Marsylii pod nazwiskiem Edmund Dantes. Na świat przybył jako syn Ludwika Dantesa i jego żony. Jako młodzieniec wstąpił na służbę do firmy handlowej „Morrel i syn“, pracował tam na statku „Faraon“, gdzie doczekał się stopnia II oficera. W roku 1815 jego dowódca, czyli kapitan Leclerc, zmarł i przekazał władzę na statku Edmundowi, budząc w ten sposób nienawiść zaborczego buchaltera nazwiskiem Danglars, który sam liczył na ten stopień. Kapitan powierzył również Dantesowi zadanie dostarczenia ważnego listu generałowi Bertrandowi, marszałkowi dworu Napoleona na Elbie. Edmund Dantes, jak na porządnego marynarza przystało, wypełnił wolę zmarłego dowódcy i w jego imieniu wziął od wyżej wzmiankowanego generała inny list, który miał przekazać panu Noirtier w Paryżu. Edmund Dantes, po przybyciu do Marsyli,i oficjalnie otrzymał od swojego pracodawcy stopień kapitana „Faraona“ oraz przepustkę, aby osobiście zawieźć list tajemniczemu panu Noirtier. Chciał wykorzystać ten czas także i na to, żeby ożenić się ze swoją ukochaną, Katalonką nazwiskiem Mercedes Herrera. Nie wiedział jednak, że w jego lubej kochał się już od dawna jej kuzyn, Fernand Mondego. Człowiek ten, na spółkę z Danglarsem oraz zawistnym sąsiadem Dantesów, krawcem Kacprem Caderoussem, przeprowadził spisek na Edmunda. Złożyli oni anonimowy donos na Dantesa, że jest on agentem Bonapartego. Wskutek tego, w dzień swoich zaręczyn, Edmund został aresztowany i dostarczony przed oblicze zastępcy prokuratora generalnego, Gerarda de Villeforta. Ów urzędnik, przesłuchawszy bohatera naszej opowieści, odkrył, iż list generała Bertranda jest do jego ojca, który posługiwał się wtedy nazwiskiem Noirtier. Bojąc się, że fakt ten może wyjść na jaw, co mogłoby zagrozić karierze ambitnego urzędnika, Villefort skazał biednego Dantesa bez sądu na dożywocie w zamku If, gdzie też tego samego dnia Edmund został zawieziony i zamknięty w tajemnicy przed całym światem.
W ponurym więzieniu, Dantes spędził czternaście lat. W międzyczasie poznał jednak współwięźnia, starego księdza rewolucjonistę nazwiskiem Faria. Z jego to pomocą drążył tunel ku wolności oraz posiadł ogromną wiedzę, dotychczas dla niego niedostępną. Faria przekazał mu całą swoją wiedzę, a także opowiedział mu o wielkim skarbie kardynała Cezara Spady, ukrytym na wyspie Monte Christo. W roku 1829, gdy Faria zmarł na apopleksję, Dantes zawinął się w jego pogrzebowy całun i jako nieboszczyk został wrzucony do morza (w taki oto sposób chowano zmarłych w zamku If). Udało mu się na szczęście wypłynąć na powierzchnię i z braku innej możliwości przyłączył się on do włoskich przemytników, którzy go wyłowili z wody. Z ich to pomocą przeżył kilka miesięcy, aż w końcu przybył na Monte Christo, gdzie wydobył skarb i zmieniwszy nazwisko na lord de Wilmore, postanowił odnaleźć swoich bliskich, w czym pomógł mu jego wierny kompan z kontrabandy imieniem Jacopo. Z jego to pomocą Dantes dotarł do Caderousse’a, od którego dowiedział się bardzo wielu interesujących go wiadomości, m.in. to, że Fernand Mondego poślubił Mercedes, zmienił sobie nazwisko na de Morcerf oraz otrzymał tytuł hrabiego, stopień generała oraz liczne związane z tym wszystkim zaszczyty, jak choćby członkostwo Izby Parów. Danglars zaś, opuściwszy firmę „Morrel i syn“ ożenił się, został baronem, z czasem założył własny bank i dorobił się wielkiego majątku, z kolei zaś Gerard de Villefort dostąpił zaszczytu zostania prokuratorem generalnym i rozpoczął wielką karierę. Natomiast Ludwik Dantes, ojciec Edmunda, zagłodził się na śmierć zrozpaczony fałszywą wieścią o zgonie syna, zaś pan Piotr Morrel zaczął bankrutować. Edmund jako lord de Wilmore wykupił wszystkie długi swego dawnego pracodawcy i pomógł mu (anonimowo rzecz jasna) stanąć ponownie na nogi, po czym wraz z wiernym Jacopem wyruszył w świat.
Podróż Dantesa trwała dziewięć lat. Przez ten czas dowiedział się on wielu kompromitujących informacji na temat swoich trzech ciemiężycieli: Danglarsa, Mondego i Villeforta. Gdy posiadał już wszystkie możliwe atuty przeciwko nim, to przybył do Rzymu na karnawał, gdzie pod nazwiskiem hrabiego de Monte Christo (który to tytuł wcześniej nabył) zawarł znajomość z młodym wicehrabią Albertem de Morcerfem i jego przyjaciółmi, dzięki którym udało mu się wejść na paryskie salony. Stamtąd zaś przeprowadził atak na swoich wrogów wykorzystując przy tym wiadomości, jakie zdobył. Najpierw sprytnie pomógł wejść na salony młodzieńcowi podającemu się za wicehrabiego Andreę Cavalcanti. Chłopak ów, nędznik i łajdak, był w rzeczywistości nieślubnym synem prokuratora de Villeforta, który próbował go zakopać żywcem w ogrodzie swojego domu i to zaraz po jego narodzinach. Młodzieniec ten był szantażowany z powodu swojej prawdziwej tożsamości przez Kacpra Caderousse’a, którego ostatecznie zamordował, za co stanął przed sądem, gdy prawda wyszła na jaw. Oskarżycielem rzekomego wicehrabiego był jego własny ojciec. Hrabia jednak dostarczył Benedettowi dokumenty potwierdzające jego tożsamość, dzięki czemu młodzieniec upublicznił zbrodnię swego ojca sprzed lat. Wydarzenia te spadły na pana prokuratora w tej samej chwili, kiedy to jego druga żona, pani Heloiza, rozpoczęła swą działalność trucicielską - zamordowała rodziców pierwszej małżonki swego męża, czyli państwa de Saint-Meran, a potem zaatakowała pana Noirtiera, jednak ten cudem wyszedł z tego cało (zamiast niego umarł otruty się jego służący). Później ofiarą trucizny stała się pasierbica Heloizy, panna Walentyna i tylko dzięki działalności hrabiego de Monte Christo, który za pomocą własnych źródeł odkrył prawdę o tych jakże nikczemnych postępkach, dziewczyna została ocalona od niechybnej śmierci, zaś Heloizę jej mąż zmusił do samobójstwa. Kobieta przedtem jednak zamordowała Edwarda, syna, którego to urodziła mężowi. Po tych wszystkich wydarzeniach Gerard de Villefort postradał zmysły i resztę życia spędził w domu dla obłąkanych.
W międzyczasie baron Danglars wskutek przebiegłej, giełdowej działalności hrabiego de Monte Christo, stracił dużą część swojego majątku i postanowił wydać swą jedyną córkę, Eugenię, za rzekomego wicehrabiego Cavalcanti. Gdy jednak prawda o nim wyszła na jaw, ośmieszony baron z resztką majątku porzucił żonę i córkę, aby uciec za granicę. Tam przetracił wszystkie swoje pieniądze, więc zaczął zarabiać na życie w sposób godny potępienia, za co ostatecznie otrzymał on zasłużoną karę, którą to obecnie odsiaduje w paryskim więzieniu.
Równocześnie hrabia Monte Christo wprowadził do paryskich salonów swoją podopieczną, piękną grecką księżniczkę Hayde. Niezwykła ta kobieta okazała się być córką Alego Paszy, u którego służył przed laty Fernand Mondego, późniejszy hrabia de Morcerf. Dzięki tej kobiecie hrabia Monte Christo odkrył, iż Ali Pasza został zdradzony i zamordowany właśnie przez hrabiego de Morcerfa, który to wcześniej dopuścił się jeszcze zdrady Francji pod Waterloo oraz zdrady Hiszpanii, która była jego ojczyzną - podłe te uczynki nie zostały nigdy ukarane, a przyniosły Fernandowi Mondego same zaszczyty i bogactwa. Hrabia Monte Christo więc z przyjemnością, mszcząc przy tej oto okazji własne krzywdy, z pomocą księżniczki Hayde ujawnił te wszystkie fakty publicznie oraz udowodnił je przed Izbą Parów. Podły hrabia de Morcerf został ośmieszony. Jego syn próbował w pojedynku na śmierć i życie z panem Monte Christo pomścić swego nikczemnego rodzica, jednak dzięki szczerej rozmowie ze swoją matką zrezygnował z tego, pomimo faktu, iż ze względu na dawne uczucie do hrabiny de Morcerf, bohater naszej historii był gotów nawet pozwolić się zabić synowi swojej wielkiej miłości, byle tylko nie zadawać jej cierpienia. Na szczęście nie doszło do tego, a sam hrabia de Morcerf popełnił samobójstwo.
Po tych wszystkich wydarzeniach, gdy już ukarał niegodziwców, pan hrabia de Monte Christo połączył jeszcze w szczęśliwy związek małżeński zakochanych w sobie już od dawna Maksymiliana Morrela (syna swojego dawnego pryncypała) oraz pannę Walentynę de Villefort, którą to cudownie ocalił od śmierci z rąk jej macochy. Upewniwszy się, że wszyscy mu bliscy prowadzą już spokojne oraz dostatnie życie, wyjechał do Algierii, gdzie zamieszkał z księżniczką Hayde, którą poślubił. Obecnie żyją tam szczęśliwi razem ze swymi bliskimi i oby tak było już zawsze po kres ich dni, czego my, autor tegoż artykułu, szczególnie im życzymy.
Oto jak wyglądają losy człowieka, który siedemnaście lat temu zawitał do naszego kraju, aby odpłacić pięknym za nadobne trzem podłym nędznikom, którzy zniszczyli mu życie. Nie żałujmy ich, gdyż nie są tego warci. Współczujmy za to hrabiemu de Monte Christo, gdyż nie zasłużył on na to wszystko, co go spotkało. Zemsta jego była zaś jak najbardziej słuszna. Na pewno niektórzy zechcą go potępiać za to, co zrobił, jednak my tego nie róbmy, gdyż ilu z nas, będąc na jego miejscu nie postąpiłoby tak samo? Niech każdy w swoim sercu sam odpowie sobie na to pytanie, a gdy już to zrobi, to niech sam stwierdzi, czy lubi hrabiego Monte Christo, czy też nie.
Tymi oto słowami kończymy naszą historię mając nadzieję, że każdy, kto ją przeczytał, zaspokoił swoją ciekawość na temat tego niezwykłego pod każdym względem człowieka oraz lepiej dzięki temu go zrozumie, bo w końcu zasługuje on na to.

Jean Chroniqueur.

Rozdział 73

Rozdział LXXIII

Dzienniki Jeana Chroniqueura


17 sierpnia 1855 r.
Tego dnia ja i Marta ostatecznie pożegnaliśmy Afrykę oraz przepiękny pałac hrabiego Monte Christo. Rodzice mojej ukochanej uściskali nas oboje i ucałowali, po czym poprosili, żebyśmy odwiedzali ich najczęściej, jak to tylko będzie dla nas możliwe. Sam hrabia ze swojej strony zapewnił, że będzie nas często odwiedzał w Paryżu, a na naszym weselu zatańczy tak, iż niejednego młodzieńca przegoni. Z uśmiechem w sercu i na twarzy odpowiedziałem mu jedynie:
- Nie mogę się już tego doczekać, panie hrabio. Czy może mogę już mówić do pana „tato“?
- Zaczekaj z tym do dnia, w którym zostaniesz moim zięciem, drogi chłopcze - powiedział hrabia nieco protekcjonalnym, aczkolwiek życzliwym tonem - A gdy to już się stanie, to wtedy zastanowię się, czy ci na ten przywilej pozwolić.
Ja i Marta oraz pani Hayde zaśmialiśmy się po usłyszeniu tych słów. Hrabia bywał niekiedy naprawdę bardzo dowcipny, choć rzadko mieliśmy okazję poznać jego poczucie humoru. Tym bardziej jednak docenialiśmy tę elokwencję, którą się wykazywał.
- Do zobaczenia, moja mała, kochana córeczko - powiedziała pani hrabina, czule ściskając i całując Martę - Obyś była tak szczęśliwa, jak ja z tatą.
- Jeśli ja i Jean będziemy choć w połowie tak szczęśliwi jak wy, to na pewno będzie nam się dobrze wiodło - odparła na to moja ukochana, czule oddając matce pocałunki.
Niedługo później oboje wsiedliśmy na pokład statku, który miał nas zabrać do Francji. Jego kapitanem był nasz stary, dobry znajomy, Jacopo.
- Witam serdecznie państwa na pokładzie - powiedział uroczystym tonem, salutując nam przy tym serdecznie - Płynąć z państwem do Francji to będzie dla mnie prawdziwy zaszczyt.
- Och, już nie bądź taki uroczysty, mój kochany Jacopo - odpowiedziała mu pobłażliwym tonem Marta - Przecież Jean bardzo dobrze wie, kim jesteś dla mnie i dla mojego ojca.
- To prawda, panienko Marto, jednak taki sposób wyrażania się wszedł mi w nawyk. Krótko mówiąc, taki już jestem.
- Postaraj się więc co nieco zmienić swoje nawyki, Jacopo. Choćby w sprawie nazywania mnie „panienką“. Zważ przy tym na to, że już niedługo będę mężatką.
- Słuszna uwaga - dodałem z uśmiechem na twarzy - Uwzględnij to w swoich planach na przyszłość, Jacopo.
- Zrobię to z prawdziwą przyjemnością, panie Chroniqueur - odpowiedział mi Jacopo, uśmiechając się do mnie w nad wyraz przyjazny sposób - Ale pora już ruszać, bo przegapimy przypływ.
- Racja. Ruszajmy w drogę. Pora już na nas! - powiedziałem zadowolonym tonem.
Zadowolony Jacopo stanął na środku pokładu i zaczął krzyczeć:
- Załoga na pokład! Żagle staw! Kotwica w górę! Płyniemy do Marsylii! Nie lenić mi się, szczury lądowe! Każdy leń wyląduje na cały tydzień w pace o chlebie i wodzie!
Oboje z Martą śmialiśmy się, słysząc słowa Jacopa. Wiedzieliśmy, że jedynie pozuje on na niezwykle surowego kapitana, a w rzeczywistości ma miękkie serce, które umiał skrzętnie ukrywać przed każdym. Jednak moja narzeczona, która znała go od dawna, przejrzała go na wylot i wyznała mi, że umie łatwo rozpoznać, kiedy okazuje on jakie uczucia.
Gdy statek odbił już od afrykańskiego brzegu, ja i Marta delikatnie oparliśmy się o reling patrząc na horyzont, w stronę którego zaczęliśmy zmierzać.
- Jak sądzisz, Jean, co nam przyniesie przyszłość? - zapytała mnie nagle moja narzeczona, po dłuższej chwili milczenia.
Spojrzałem na nią wówczas z całą miłością, jaką ją darzę i bez najmniejszego wahania odpowiedziałem jej:
- Nie jestem pewien, najmilsza. Nasza przyszłość jest równie tajemnicza, jak ten horyzont, w który oboje się wpatrujemy, ale jednego oboje możemy być pewni. Cokolwiek by się nie działo, to musimy mieć pewność, że zawsze będziemy mogli na siebie liczyć. Zaufanie jest podstawą miłości, bez niej ona ginie. Jestem pewien, że jeśli nasza miłość przetrwa, to my przetrwamy wszystko, co nam przygotuje los, nawet najtrudniejsze dni.
Marta spojrzała mi w oczy i zapytała:
- Myślisz, że jest tak, jak mówią? Że prawdziwa miłość jest wieczna i jest ona zdolna pokonać największą nawet przeszkodę?
Delikatnie i z miłością pogłaskałem dłonią twarz mojej ukochanej.
- Nie wiem, jak to jest z miłością u innych ludzi, ale nasza ma wielką moc, to więcej niż pewne. Przetrwamy każdą burzę, jeżeli tylko będziemy wierzyć, że nam się to uda. Wiara to podstawa każdego sukcesu, dlatego też nigdy nie możemy jej stracić.
- Ja jej nigdy nie stracę, Jean.
- Ani ja, Martusiu. Ani ja.
Po tych oto słowach nasze usta złączyły się w pocałunku prawdziwej miłości, o jakiej dotychczas czytałem tylko w książkach.
Nie wiem, co czeka nas w przyszłości ani też jakie niespodzianki przygotuje nam los. Wiem jednak jedno - cokolwiek by się nie wydarzyło, to chcę być z Martą do końca mych dni. Oby dobry Bóg dał nam tych dni bardzo wiele i oby były one szczęśliwe. Jeśli będzie trzeba o to szczęście zawalczyć, to jestem gotów to zrobić. Marta zresztą także. Oby ta ochota do walki pozostała w nas na zawsze, podobnie jak i nasza miłość, która pcha nas do działania.
I niech dobry Bóg pobłogosławi dobrego hrabiego de Monte Christo oraz jego wspaniałą, szlachetną żonę. Niech da im obojgu bardzo wiele szczęścia i radości, na które w pełni sobie zasłużyli, choćby za te liczne cierpienia, których doznali na tym podłym świecie. I niech ześle im spokój w sercach. Spokój, którego oboje tak potrzebują.

Rozdział 72

Rozdział LXXII

Wspomnienia Marty (wklejone do dziennika Jeana Chroniquera)

 
Ponieważ już jutro razem z moim narzeczonym wyruszam w drogę powrotną do Paryża, postanowiłam poświęcić w swoim pamiętniku trochę miejsca tym oto kilku dniom, które ostatnio spędził on ze mną w domu mego ojca, który (co mnie bardzo cieszy) serdecznie go polubił, podobnie zresztą jak moja mama. Bałam się, iż ojciec uzna Jeana za osobę nad wyraz niemoralną oraz o godnych pożałowania manierach. Ostatecznie miałby on wszelkie powody, żeby tak myśleć, w końcu oddałam się mojemu ukochanemu jeszcze przed ślubem, na co Jean z największą przyjemnością, pomijając wszystkie konwenanse oraz obyczaje przystał, jednak cóż... Mój ojciec widocznie pamięta powiedzenie, iż przyganiał kocioł garnkowi, a sam smoli, a ponieważ (jak mi to mama w tajemnicy wyznała) sam nie żył z nią w czystości przed ślubem, to najwidoczniej uznał, że nie należy komuś takich rzeczy wypominać. Jedyne, co zrobił, to rozmówił się on ze mną po cichu i w tajemnicy przed Jeanem. Chciał się dowiedzieć, czy moja miłość do tego chłopca, jak go nazywał, jest szczera. Zapewniłam oczywiście ojca, że tak właśnie jest. Oboje więc porozmawialiśmy jeszcze o innych sprawach, jednak pozwolę sobie je zachować dla siebie i nie zapisywać w swoich pamiętnikach, ponieważ spodziewam się, iż ktoś kiedyś będzie je czytał, a nie chcę, żeby o tym wiedział. Są bowiem w życiu każdego człowieka takie tajemnice, które woli zachować dla siebie. Tym chętniej, jeśli ten człowiek to kobieta.
Przechodząc zatem do sedna sprawy, ku mojej wielkiej radości ojciec i Jean z łatwością się dogadali oraz serdecznie polubili. Luby mój przez całe czternaście dni odwiedzał raz za razem ojca, a ten opowiadał mu wówczas niezwykłe koleje swoich losów. Sprytnie, niczym słynna Szeherezada, przerywał on swoją opowieść w najciekawszym momencie, aby rozbudzić ciekawość Jeana i zachęcić go do wysłuchania dalszych części swojej historii. Mój ukochany z radością zapisywał wszystko, co usłyszał od swego rozmówcy, a kiedy opowieść dobiegła wreszcie kresu, postanowił zgodnie ze swoim planem, z jej pomocą stworzyć artykuł swego życia. Artykuł, który miał uczynić go sławnym, chociaż, jeżeli mam być szczera, Jeanowi wcale nie zależało na samej sławie. To znaczy skłamałabym, twierdząc, że sława go nie interesuje, jednak o wiele bardziej interesowało go doprowadzenie całej sprawy do końca, co jego zdaniem nigdy nie miałoby miejsca, gdyby nie wypełnił misji, w jakiej został wysłany do mojego ojca. Oczywiście wiedział już, że to zadanie powierzono mu jedynie dlatego, aby mógł mnie podczas podróży poznać i pokochać, jednak i tak chciał dokończyć to, co raz zaczął. Jean już taki jest - uparty i bardzo zdeterminowany. Nie będę ukrywać, iż tę cechy charakteru uważam za zaletę. Moim zdaniem, bardzo dobrze one świadczą o moim przyszłym mężu. Wierzę, że dzięki nim pozostanie on ze mną na dobre i złe, tak samo, jak i ja wytrwam przy nim, o czym jestem święcie przekonana.
Gdy już było po wszystkim, to Jean podszedł do mnie z uśmiechem i pokazał mi swoje dzienniki, w których zapisał dokładnie i ze wszystkimi ważnymi dla niego szczegółami opowieść mojego ojca, a także opowieść innych ludzi, których spotkał przed nim.
- Widzisz? To dokładne notatki z mojej podróży, w jaką wyruszyłem tropem twego ojca - powiedział z uśmiechem na twarzy - Zajęły one kilka dzienników, ale zdecydowanie są tego warte. Kiedyś opublikuję całość, a na razie przechowam je niczym największy skarb, a z ich najważniejszych fragmentów napiszę artykuł o hrabim Monte Christo. Artykuł, który uczyni mnie sławnym!
Popatrzyłam na mojego ukochanego z radością w oczach, po czym rzekłam, że bardzo cieszy mnie jego sukces, tym bardziej, iż miałam w nim pewien swój udział. Jean zachichotał lekko, słysząc moje słowa.
- Oj tak, to prawda, kochanie. Miałaś w tym wszystkim wielki udział. Mówię poważnie. Masz w tym swój udział i to większy niż myślisz. Ostatecznie, gdyby nie twoja miłość do mnie, to do tej podróży nigdy by nie doszło.
- Właśnie - dodałam radośnie - Nigdy byśmy się też nie poznali i teraz nie bylibyśmy razem.
- A tym samym największa miłość, jaką mógłbym odnaleźć na tym świecie ominęłaby mnie bezpowrotnie - dokończył czule moją myśl Jean, podchodząc do mnie powolnym krokiem - Marto... Chcę, żebyś wiedziała, że znaczysz dla mnie więcej niż ta cała sława oraz zysk, jaki osiągnę z mojego artykułu. To są sprawy drugorzędne, bo najważniejsze dla mnie są nasza miłość i podróż, którą odbyliśmy. Ta podróż, to była największa przygoda mojego życia i nie mógłbym sobie lepszej wymarzyć.
- Cieszę się, że tak mówisz, najdroższy - odpowiedziałam, przytulając się do niego - I że nie gniewasz się już na mnie za to, iż cię oszukałam.
Jean delikatnie się zaśmiał, bardzo pieszczotliwie gładząc przy tym palcami moje włosy.
- Najdroższa moja... Byłem na ciebie początkowo zły, to prawda, ale między nami mówiąc, to jakoś nie umiałbym długo się boczyć na moją słodką hrabiankę. Przecież to dzięki niej życie pewnego dziennikarza nareszcie nabrało sensu.
- Czyli, że wcześniej ono go nie miało? - zapytałam zainteresowana tym, co mi właśnie powiedział i ciekawa tego, co mi odpowie.
- No cóż... Prawdopodobnie jakiś tam sens miało, jednak wszystko, co wtedy robiłem, robiłem tylko dla siebie samego, nie patrząc zbyt daleko w przyszłość, która była mi całkowicie obca, mglista, w sumie to nawet nie istniała.
- Jak to, nie istniała? Co masz na myśli?
- Mam na myśli to, że w jakieś ewentualnej mojej wizji przyszłości, mój los za dwadzieścia lub też trzydzieści lat wyglądał tak samo, jak w chwili, w której ją rozważałam. Nudno i żałośnie. Wieczny kawaler bez bliskich sobie osób, cieszący się nieposkromioną wolnością, która to po latach stałaby mu się wielkim ciężarem. Brylujący na różnych przyjęciach w towarzystwie napuszonych i żałosnych ludzi, ciągle tylko poszukujący sensacji dla tej swojej gazetki, niemający żadnych celów poza jednym.
- Jakim?
- Takim, aby przeżyć jakoś kolejny dzień. Z pewnością nie byłoby mi z tym wszystkim tak źle, jednak po jakimś czasie, gdybym obudziłbym się samotnie...
- W to, że budziłeś się samotnie, to ja ci jakoś nie wierzę. Taki atrakcyjny Adonis jak ty na pewno był rozchwytywany przez kobiety - zażartowałam sobie, chichocząc przy tym pod nosem.
Jean uśmiechnął się tylko delikatnie, po czym kontynuował swoją przemowę:
- Obudziłbym się samotnie, spojrzałbym w lustro i ujrzałbym kogo? Starego bufona, który nie ma już żadnych szans na to, aby założyć rodzinę i mieć dla kogo żyć.
- Sądzisz, że nie poznałbyś żadnej kobiety, która byłaby warta twoich uczuć?
- Nie wiem, aniołku. Nigdy już się nie dowiemy, co by było, gdyby... Jednego jednak jestem pewien. Żadna inna nie wzbudziła we mnie nigdy takich uczuć, jakie budzisz we mnie ty. Z nikim innym też nie czułem się tak wspaniale, jak z tobą. Ta wspólna podróż tropem twego ojca na zawsze nas ze sobą połączyła i nic tego nie zmieni.
Spojrzałam w jego oczy z miłością i powiedziałam:
- Czyli dobry wybrałam sposób, żeby zdobyć twoją miłość? Przygoda, wielka podróż ku nieznanemu, groźni rozbójnicy, szlachetni przemytnicy, orientalna dama w opresji mająca za nic wszelkie konwenanse, wspólne rozwiązywanie krok po kroku tajemniczej zagadki, to są chyba najlepsze środki do tego, żeby powstało piękne uczucie między mężczyzną a kobietą. Nieprawdaż?
- Prawdaż. Ale to oczywiście się sprawdza tylko wówczas, kiedy to mamy do czynienia z dwojgiem ludzi przeciwnych płci, takich właśnie jak my, którzy lubią takie środki do rozwijania miłości.
- W rzeczy samej. Miałam zatem olbrzymie szczęście, że ciebie i mnie łączą podobne gusta.
- Szczęście albo też dobrych informatorów. W końcu twój ojciec zadbał o to, żeby dowiedzieć się o mnie wszystkiego zanim rozpoczęliście tę całą zabawę.
- Tak, masz rację, ale musisz wiedzieć, że nie licząc mojej tożsamości, to wszystko, co ci powiedziałam o sobie, jest prawdą, a już zwłaszcza to, co mówiłam ci o moich uczuciach do ciebie. Tylko moje nazwisko było udawane. Reszta jest prawdziwa, tak samo jak miłość do ciebie.
- Wierzę ci, Martusiu. Gdybym nie wierzył, to bylibyśmy teraz razem.
- Słuszna uwaga. Co teraz zamierzasz zrobić?
- Zamierzam napisać wspaniały artykuł i opublikować go w gazecie mojego ojca chrzestnego. Ostatecznie, to przecież właśnie po to wyruszyłem w tę podróż, w każdym razie pierwotnie.
- A co ze mną?
- To chyba oczywiste, Marto. Kocham cię, a ty kochasz mnie. Chcemy być razem na zawsze i mamy taką możliwość. Popraw mnie, jeśli się mylę.
- Nie mylisz się, ale mów dalej, proszę.
- A więc, skoro mam rację, to na pewno nie pomylę się, jeśli dodam też, iż możemy śmiało się pobrać oraz założyć rodzinę.
Uśmiechnęłam się do niego radośnie i delikatnym ruchem ręki zmierzwiłam mu włosy dłonią.
- I zabierzesz mnie ze sobą do Paryża?
- Taki mam zamiar. Oczywiście możemy zamieszkać tutaj w Afryce, jeżeli zechcesz.
- Nie, wolę mieszkać w Paryżu. Tutaj jest nieco za gorąco, ale obiecaj mi, że będziemy odwiedzać moich rodziców.
- Będziemy ich odwiedzać i to tak często, że oboje już będą mieli serdecznie dość naszych wizyt - zażartował sobie Jean.
- Na to nie licz, rodzice zbyt mocno nas kochają, aby do tego doszło.
- Raczej ciebie kochają, złociutka. Ja jestem dla nich obcy.
Lekko się obruszyłam, słysząc jego słowa.
- Och, ty niedobry. Jakiś ty niby obcy? Oni już cię kochają jak syna, jestem tego pewna. Możesz mi wierzyć. Znam ich na tyle dobrze, aby nie wątpić w to, że wiem, co mówię.
- Zapewne, mimo wszystko jednak mogą mieć mi za złe...
- Niby co?
- No wiesz, co.
Doskonale wiedziałam, o co mu chodzi, więc zaśmiałam się lekko, po czym pocałowałam go w usta.
- Jeśli nawet mieli nam to za złe, to już dawno im przeszło. Zaufaj mi. Wiem, co mówię.
- Zaufam ci, ale powiem jedno. Jeżeli nasza córka pójdzie w twoje ślady w tych sprawach, to tego, który jej to zrobi, chyba obedrę żywcem ze skóry. I zrobię to bardzo powoli, zapewniam cię.
Zaśmiałam się słysząc jego słowa, po czym znowu go pocałowałam, a chwilę później okazaliśmy sobie miłość w najprzyjemniejszy sposób, jaki tylko istnieje.
Resztę dni, jakie nam pozostały, poświęciliśmy na wiele przyjemnych spraw. Jean pracował nad artykułem, w czym pomagałam mu z największą ochotą, a gdy nie pracowaliśmy, to oddawaliśmy się prawdziwym przyjemnościom, takim jak kąpiele w najbliższej oazie, przejażdżki konne i przeglądanie biblioteki mojego ojca, która jest naprawdę imponująca. Teraz zaś szykuję się do snu, gdyż jutro rano wyruszamy w drogę powrotną do Paryża. Tam wreszcie spełni się moje marzenie i zostanę żoną człowieka, na którego całe życie czekałam. Człowieka, który jest dla mnie całym światem, podobnie zresztą, jak i ja dla niego. Jeana Chroniqueura, najwspanialszego dziennikarza na świecie.

Rozdział 71

Rozdział LXXI

List Jeana Chroniqueura do Alfonsa de Beauchampa


Drogi ojcze chrzestny,

Z radością pragnę Cię zawiadomić, iż zgodnie ze sprytnym planem, jaki przedsięwziąłem, posiadam już wszystkie niezbędne wiadomości, aby móc napisać artykuł na temat hrabiego Monte Christo, o którego stworzenie mnie prosiłeś. Oczywiście wiem już doskonale, że prośba Twoja, abym napisał w naszej gazecie o tym człowieku, była jedynie pretekstem do tego, abyś mógł zrealizować plan swój i wielce miłego naszemu sercu hrabiego, jednakże uważam, iż nie zwalnia mnie to z zadania, jakiego wykonania się podjąłem wyruszając w tę podróż. Z tego też względu pragnę powiedzieć, że mam już w ręku wszystkie wiadomości, jakich potrzebowałem. Mój wielmożny gospodarz, od którego pozdrowienia z prawdziwą przyjemnością Ci przesyłam, raczył mi udzielić wszystkich niezbędnych wyjaśnień. W ciągu ostatnich dwóch tygodni rozmówił się on ze mną jak z najlepszym przyjacielem, co poczytuję sobie za wielki zaszczyt i przyjemność, a podczas tej trwającej całe czternaście dni rozmowy opowiedział mi wszystko, co powinienem o nim wiedzieć. Wszystkie dane, niezbędne do stworzenia artykułu, zapisałem w swoich dziennikach (na szczęście w podróż zabrałem ich cały zapas, spodziewając się, że będzie mi potrzebna duża ilość papieru) i mogę już z nich stworzyć doskonałe dzieło sztuki dziennikarskiej.
W tym właśnie zawiera się moja prośba. Powiedziałeś mi wcześniej, kiedy szykowałem się do tej podróży, abym się niczym nie przejmował oraz że czas nie odgrywa żadnej roli, za to skuteczność mych działań jest najważniejsza. Dlatego też pragnę Cię uprzedzić, że zamierzam spędzić w siedzibie mojego szanownego gospodarza jeszcze kilka dni, które poświęcę napisaniu przyszłego artykułu naszej gazety. Popracuję nad nim bardzo skrupulatnie, dokonam wszelkich, niezbędnych poprawek, a potem dopiero powrócę do Paryża, aby móc przedstawić Ci, mój kochany ojcze chrzestny, ostateczną wersję mego dzieła. Jeżeli uznasz, że należy w nim dokonać jakichś zmian, powiesz mi to nim go opublikujesz. Ja zaś Twych rad z radością usłucham tym chętniej, że w końcu dzięki Tobie mogłem poznać kobietę moich snów, cudowną i uroczą Martę de Monte Christo.
Po powrocie do naszej ukochanej Francji zamierzam przeprowadzić swoje zaręczyny z Martą, a jakiś czas później ślub, na który już teraz z przyjemnością, ja i moja ukochana, serdecznie Cię zapraszamy. Hrabia Monte Christo obiecał nam sfinansować wesele, na co z radością oboje z mą lubą wyraziliśmy zgodę. Ale o tym wszystkim pomówimy jeszcze, gdy nadejdzie na to właściwy czas. Na razie wszak zajmijmy się sprawą mojego artykułu o hrabim Monte Christo. Gospodarz mój wyraził zgodę na to, abym opublikował w owym artykule wszystko, co on mi wyjawił. Wiadomości na jego temat jednak jest tak wiele, że wszak muszę wszystko skrócić do niezbędnego minimum. Wierzę, iż mi się to uda, potrzebuję jednak czasu, aby wszystko ubrać we właściwe słowa.
Życz mi zatem w tej sprawie powodzenia i spodziewaj się mnie już niedługo.
Ściskam Cię serdecznie oraz pozdrawiam z całego serca.

Twój chrześniak,
Jean.

P.S. Niewykluczone, że mój list dotrze do Ciebie w chwili, kiedy już będzie dawno po całej sprawie, gdyż od Francji do Afryki daleka droga. Mam nadzieję jednak, iż odczytasz moje pismo zanim zdążę wrócić i osobiście Ci o wszystkim opowiedzieć. Jeszcze raz Cię pozdrawiam oraz przesyłam moc buziaków od mojej ukochanej Marty.

Rozdział 70

Rozdział LXX

Dzienniki Jeana Chroniqueura


11 sierpnia 1855 r.
Kiedy czternastego dnia naszej rozmowy hrabia opowiedział mi już ostatni epizod swojego życia, poczułem w sercu coś, co można by nazwać zawodową satysfakcją, połączoną też z delikatnym uczuciem ulgi. Tak, nie inaczej. Właśnie ulgi. Miałem bowiem w ręku już wszystkie, interesujące mnie wiadomości, nie wspominając o tym, że moje zadanie zostało wreszcie wykonane. Oczywiście miałem też świadomość tego, iż cała moja wyprawa była zorganizowana przez hrabiego oraz mego ojca chrzestnego jedynie po to, aby piękna i urocza Marta de Monte Christo mogła mnie poznać oraz rozkochać mnie w sobie tak mocno, jak ona była we mnie zakochana, co więc za tym idzie zbieranie przeze mnie dalej materiałów na temat hrabiego straciło jakikolwiek sens, ale tak prawdę mówiąc nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Po pierwsze dlatego, że nazbyt mocno się cieszyłem z faktu, iż ja i Marta mogliśmy się poznać, a potem pokochać za sprawą niezwykle romantycznej oraz ciekawej podróży, a po drugie poznanie historii życia hrabiego Monte Christo miało dla mnie wartość pod każdym względem. Napisanie artykułu zaś stało się moim zadaniem, które sam sobie wyznaczyłem i miałem zamiar je wypełnić do samego końca, nawet jeśli się okazało, że mój pryncypał i zarazem ojciec chrzestny nigdy takowego artykułu nie planował umieścić w swojej gazecie.
Gdy już zamknąłem dziennik, w którym zapisałem całą opowieść hrabiego Monte Christo, mój rozmówca uśmiechnął się do mnie przyjaźnie i zapytał:
- Czy czuje się pan usatysfakcjonowany, panie Chroniqueur?
- Owszem, mogę z radością powiedzieć, że tak - odpowiedziałem mu, także się przy tym uśmiechając.
Chwilę później dodałem:
- Jestem naprawdę bardzo panu wdzięczny, drogi panie hrabio, że zechciał mi pan poświęcić tyle czasu i opowiedzieć swoje jakże pasjonujące dzieje.
- To była dla mnie prawdziwa przyjemność, mój drogi przyszły zięciu, jeżeli mogę pana tak nazywać - rzekł hrabia, zapalając powoli cygaro.
Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, słysząc ten nad wyraz miły dla mnie tytuł, jakim ojciec mojej ukochanej raczył mnie właśnie obdarzyć.
- Nie widzę przeszkód, żeby miał mnie pan tak nazywać, drogi panie hrabio, ponieważ szczerze pokochałem pańską córkę i zamierzam się z nią ożenić. Rzecz jasna, jeśli ona mnie zechce.
Hrabia spojrzał na mnie z delikatnym politowaniem w oczach.
- Gdyby pana nie chciała, to na pewno nie byłaby potrzebna ta cała wyprawa, którą zorganizowaliśmy razem z pańskim ojcem chrzestnym, jak i również z całą pewnością nie rozmawiałbym teraz z panem. Wniosek więc z tego jest taki, że moja córka z przyjemnością wyjdzie za pana.
- To brzmi rozsądnie, co pan mówi, panie hrabio, ale pragnę zauważyć, iż kobieta zmienną jest, jak śpiewa książę Mantui w pewnej włoskiej operze.
Hrabia wesoło zachichotał, słysząc moje słowa, po czym skinął głową na znak potwierdzenia mych słów.
- Tak, ma pan rację, jednakże myślę, że moja córka do kobiet zmiennych nie należy i z przyjemnością zostanie pańską małżonką. W takim zaś wypadku mnie oraz jej matce, a mojej drogiej żonie, nie pozostanie zatem nic innego jak tylko życzyć wam obojgu wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia.
- Proszę się wstrzymać z pańskimi życzeniami, drogi panie hrabio, do czasu, aż wyjdę od pana i poproszę ją o rękę.
- Słusznie, lepiej jest nie zapeszyć. Mieszkamy w końcu na terenie jednego z krajów orientu, gdzie powstały „Baśnie Tysiąca i Jednej Nocy”, a to wszak miejsce przesiąknięte przesądami. Ja sam przesądny nie jestem, ale uważam, iż lepiej jest dmuchać na zimne.
- Rozsądne podejście, drogi panie hrabio. A zatem chyba nie pozostaje mi nic innego, jak tylko podziękować panu za przyjemną rozmowę i udać się do Marty z oświadczynami.
- Owszem, to już tylko panu pozostaje, chyba, że chce mi pan jeszcze zadać jakieś pytanie - rzekł nagle hrabia, rozkoszując się zapachem cygara.
Początkowo chciałem odpowiedzieć, iż moja ciekawość została całkowicie już zaspokojona, jednak mimo wszystko musiałem przyznać, że nie do końca tak jest, ponieważ wciąż po mojej głowie chodziło kilka pytań, na które bardzo chętnie poznałbym odpowiedzi.
- Prawdę mówiąc, panie hrabio, miałbym jeszcze do pana kilka pytań, o ile zechce mi pan na nie udzielić odpowiedzi.
Hrabia uśmiechnął się do mnie po ojcowsku.
- Och, panie Chroniqueur, jest pan niepotrzebnie taki drobiazgowy. Skoro już wspomniałem o dodatkowych pytaniach, to chyba naturalnym jest fakt, iż chętnie na nie odpowiem.
Zarumieniłem się lekko, słysząc jego słowa. No tak, to przecież było zupełnie jasne. W pewnym sensie przecież mój drogi rozmówca sam zaoferował możliwość zadania mu jeszcze kilku pytań, więc moje wątpliwości w tym kierunku były zgoła niepotrzebne.
- Ależ oczywiście, drogi panie hrabio. Proszę mi wybaczyć moją przesadną grzeczność, ale tak już czasami ze mną jest.
Hrabia popatrzył na mnie z łagodnym, niemalże ojcowskim uśmiechem na twarzy, po czym rzekł:
- Ach, rozumiem pana doskonale, panie Chroniqueur, gdyż sam kiedyś taki byłem w dalekiej przeszłości, kiedy to hrabia Monte Christo nikomu się jeszcze nie śnił, a już na pewno nie mnie. No, ale mniejsza z tym. O co więc chce mnie pan zapytać?
Zastanowiłem się, które z nurtujących mnie pytań chciałbym mu zadać jako pierwsze, aż w końcu zyskałem tę pewność i powiedziałem:
- A więc po pierwsze bardzo chciałbym pana zapytać o brucynę. Bo wie pan, nie wspomniał pan, panie hrabio, w swojej opowieści o tym, dlatego właśnie jej chciał pan użyć do zguby rodu de Villefort.
Miałem nadzieję, że moje pytanie go nie rozdrażni niepotrzebnie, gdyż w końcu wspomnienie zagłady rodziny prokuratora Gerarda de Villeforta bynajmniej nie należało do jego przyjemnych wspomnień. Na całe szczęście, hrabia nie okazał sprzeciwu wobec mojego pytania i odpowiedział:
- To proste. Ksiądz Faria w swojej celi na zamku If przekazał mi całą swoją, niemałą zresztą, wiedzę naukową. Ta oto wiedza dotyczyła również wiadomości z dziedziny chemii. Właśnie na zajęciach z tego oto przedmiotu poznałem zasady działania wielu środków, w tym również i brucyny. Faria opowiadał mi o niej niezwykle dużo, o wiele więcej niż o innych środkach trujących oraz leczących jednocześnie. Oczywiście wówczas to nie rozumiałem jeszcze, dlaczego.
- A dzisiaj pan to rozumie, panie hrabio? - zapytałem, zainteresowany jego odpowiedzią.
Hrabia zamyślił się i pokiwał głową na znak, że tak:
- Prawdę mówiąc już nigdy się nie dowiem, czy mam rację, czy też nie. Mogę jednak zakładać, iż Faria mówił mi o tym instynktownie, ponieważ sam nosił przy sobie, jak się później okazało, fiolkę z brucyną, żeby z jej pomocą leczyć swoją chorobę lub ostatecznie zabić się, kiedy przyjdzie najgorsze, czyli paraliż.
- Czyli pana zdaniem, panie hrabio, Faria planował własną śmierć?
- Otóż to.
- Dziwne zachowanie jak na duchownego, a w dodatku katolickiego. Mimo wszystko jednak natura ludzka potrafi nas bardzo zaskakiwać.
- W rzeczy samej, panie Chroniqueur. W rzeczy samej, ma pan rację.
- Czy według pana, ksiądz Faria planował też poprzez swoje samobójstwo umożliwić panu ucieczkę z twierdzy If?
- Chodzi panu zapewne o to, czy spodziewał się, iż zawinę się w jego całun pogrzebowy i ucieknę jako nieboszczyk, prawda?
Pokiwałem głową na znak, że właśnie to miałem na myśli.
Hrabia rozłożył bezradnie ręce.
- To jest kolejne pytanie, na które mogę panu odpowiedzieć tylko za pomocą domysłów. Nigdy już bowiem nie dowiemy się, co kierowało moim przyjacielem oraz jak dokładnie wyglądał jego plan. Możliwe, że chciał mi umożliwić ucieczkę, ale nie jestem tego pewien. Być może spodziewał się, iż jestem na tyle bystry, że zdołam odczytać pozostawione mi przez niego znaki.
- Jakie znaki?
- Chodziło mi o to, że widok jego martwego ciała, a także fakt, iż musi ono zostać pogrzebane, musiały dać mi do myślenia.
- Powiedziałbym raczej, drogi panie hrabio, że jedynie mogły one dać panu do myślenia, a nie koniecznie musiały.
- Tak, być może, faktem jednak jest, iż dały mi one wiele do myślenia oraz skorzystałem ze sposobności, jaką dał mi los.
- Los zwany księdzem Farią.
- Być może, ale tego, jak już powiedziałem, nigdy się nie dowiemy. Wiem jedynie z całą pewnością, że Faria nie chciał być pochowany żywcem, a to by mu groziło, gdyby został sparaliżowany. Trudno mi winić go za te obawy. Co w końcu każdy z nas czułby wiedząc, że jest żywy, a jednak nie mógłby w żaden sposób dać o tym znać ludziom, którzy znajdują się w jego pobliżu? A prócz tego jeszcze wiedziałby, że za chwilę zostanie pogrzebany żywcem?
- Cóż... Ja bym chyba oszalał ze strachu.
- Ja prawdopodobnie także. Dlatego trudno się dziwić księdzu Farii, iż wolał samobójstwo od wrzucenia żywcem do grobu, nawet jeśli tym grobem było morze.
- Czy myśli pan, panie hrabio, że Faria wiedział o tym, jak w zamku If się chowa zmarłych? - zapytałem po chwili milczenia.
- Znowu mogę udzielić panu tylko swoich domysłów, mój przyjacielu. Sądzę jednak, że mógł się tego domyślać. Wiadomość taka raczej nie była powszechną tajemnicą, ponieważ jednak więźniowie nie mieli na wyspie kontaktu z nikim innym, oczywiście poza odwiedzającymi ich raz dziennie strażnikami z posiłkiem, to niewykluczone, że nikt ze skazańców o tym nie wiedział. Sami strażnicy na pewno nie chwalili się o tym więźniom, prócz tego wolno im było z nimi zamienić zaledwie parę zdań i nic poza tym. W tych zaś paru zdaniach, co prawda mogli nam powiedzieć coś ważnego, jednak raczej tego nie robili. Oni bardziej woleli dokuczać swoim podopiecznym lub znęcać się nad nimi poprzez przekazywanie im, że nie mogą oni, w przeciwieństwie do nich (strażników), wyjść i pooddychać świeżym powietrzem.
- Co za podłość! - żachnąłem się, słysząc te słowa.
Hrabia popatrzył na mnie z delikatnym uśmiechem na twarzy.
- A czego innego można było oczekiwać, panie Chroniqueur? Przecież każdy więzień to wyrzutek społeczeństwa niemający żadnych praw, a tym bardziej do życia z godnością. Według bowiem naszego prawa ten, kto raz wejdzie na drogę przestępstwa, ten już zawsze na niej pozostanie, a zatem, nawet jeżeli opuszcza więzienie jako wolny człowiek, to i tak nigdy nie będzie mógł zacząć normalnie żyć jak dawniej. Łatka zbrodniarza na zawsze pozostanie do niego przyszyta bez względu na to, dokąd pójdzie oraz jaką pracę podejmie. Wszyscy zawsze będą go traktować jak gorszego, jak obcego, jak jakiegoś trędowatego. Będą go poniżać, odpychać, odtrącać od siebie, a także oszukiwać przy wynagrodzeniu, aż w końcu doprowadzą do tego, że w akcie desperacji lub wściekłości znowu wróci na drogę przestępstwa, zaś gazety znowu będą się rozpisywać o tym, jak to zwyrodniały recydywista powrócił właśnie na drogę przestępstwa, co było tylko kwestią czasu oraz zaczną głosić, jakie to nasze prawo jest zbyt pobłażliwe wobec takich podłych ludzi, takich urodzonych niegodziwców.
Słuchając te oto słowa hrabiego de Monte Christo, byłem po prostu w szoku. Nigdy bowiem nie przyjmowałem takiego punktu widzenia całej tej sprawy, jednak logicznie rzecz ujmując, trudno mi było zaprzeczyć, że było właśnie tak, jak to mój rozmówca przed chwilą mi ukazał. Oznaczało to, iż prawo nie interesuje się nigdy tym, co się stanie ze skazańcem po odbyciu przez niego kary. Dla prawa ten, kto raz wyciągnął palec w stronę przestępstwa, już na zawsze jest zgubiony i nigdy nie zejdzie ze ścieżki nieprawości. Przyznaję, iż znałem osobiście ludzi, którzy w sam raz pasowali do takiego schematu, jak choćby ten szczur Danglars lub nieżyjący już Benedetto, czy też ta od dawna martwa gnida nazwiskiem Caderousse. Faktem jednak jest, iż były to tylko krople w morzu, wyjątki nieczyniące reguły, zaś wielu ludzi, którzy chcieli zmienić swoje życie po wyjściu na wolność, nie miało takiej możliwości, gdyż nasze łaskawe prawo im tego zabraniało. Rozmowa z hrabią Monte Christo pozwoliła mi sobie to uświadomić. Posiadanie tej świadomości być może ochroni mnie przed pochopnym potępieniem kogoś, kto na to wcale nie zasługuje.
- To, co pan mówi, panie hrabio, jest po prostu przerażające - powiedziałem po chwili milczenia, gdyż już sobie uświadomiłem to, o czym pisałem przedtem.
- Przerażające, ale też i prawdziwe, panie Chroniqueur - odrzekł na to hrabia Monte Christo - Nasze prawo potępia okrutne i bezduszne zbrodnie, nie wiedząc, że samo wyrządza większą krzywdę światu, przypisując komuś już do końca życia piętno kryminalisty. Dlatego być może nawet dobrze się stało, iż uciekłem, a nie skorzystałem z prawa amnestii, która to objęła więźniów zamku If w roku 1830.
- Sądzi pan, że jako zbrodniarz polityczny, byłby pan też niegodny ludzkiego zaufania?
- Właśnie tak, drogi panie Chroniqueur. Właśnie tak. Dla wszystkich byłbym już zawsze spiskującym agentem Napoleona, człowiekiem podejrzanym i godnym potępienia. Poza tym też moi wrogowie na pewno zechcieliby mnie zlikwidować, gdybym oficjalnie i zgodnie z prawem wyszedł na wolność.
- Dlaczego?
- Bo obawialiby się, że chciałbym się na nich zemścić.
- I mieliby rację, gdyż zemścił się pan na nich i to w sposób straszliwy.
- A uważa pan, panie Chroniqueur, że nie miałem do tego prawa?
Popatrzyłem na niego uważnie, nie mając najmniejszych nawet wątpliwości, jakie mam mu udzielić odpowiedzi, po czym rzekłem:
- Miał pan pełne prawo dokonać zemsty na ludziach, którzy zniszczyli panu życie, hrabio de Monte Christo. Miał pan do tego pełne prawo i dobrze pan zrobił, korzystając z niego.
Hrabia skinął mi głową w podziękowaniu.
- Dziękuję panu, panie Chroniqueur. Cieszę się, że pan tak uważa.
- Uważam tak również dlatego, iż moim skromnym zdaniem, to dzięki temu sprawiedliwości stało się wreszcie zadość.
Hrabia delikatnie się roześmiał, słysząc moje słowa.
- Sprawiedliwość to jest pojęcie dość względne, proszę pana - powiedział po chwili, dokładnie rozważając swoje słowa - Dla pana i dla mnie sprawiedliwym było posłanie do piekła Caderousse’a, Mondego i Villeforta oraz uczynienie piekła na ziemi Danglarsowi. Dla innych zaś sprawiedliwością było urządzenie czegoś, co obecnie nazywają białym terrorem.
Wiedziałem, iż chodzi mu oczywiście o słynne zamieszki po ostatecznym upadku Napoleona. Słynne kilka dni, podczas których rojaliści wymordowali wielu ludzi podejrzanych o bycie bonapartystami, co też w dużej mierze pozwoliło im również na załatwienie prywatnych porachunków i to w świetle prawa, ponieważ władze nie reagowały na te podłe samosądy.
- To były zwykłe zbrodnie, panie hrabio - powiedziałem.
- Tak pan sądzi? A czy to, co ja zrobiłem, nie było zbrodnią?
- To była jedynie sprawiedliwość.
- Dla rojalistów mordowanie bez skrupułów bonapartystów i to jeszcze za cichą zgodą władz, też było sprawiedliwością. Dla Benedetta porwanie mojej żony i córki w celu zniszczenia mnie, również było sprawiedliwością.
- To były zbrodnie, panie hrabio. A pan nikogo nie zabił.
- Nie zabiłem? Może nie osobiście, ale jestem odpowiedzialny za czyjąś śmierć. To ja przecież doprowadziłem do tego, że Benedetto zabił Caderousse’a. Zamordował go na moich oczach, a ja to przewidziałem i w żadnym razie nic nie zrobiłem, aby temu zapobiec.
- Kacper Caderousse sam był sobie winien. Po co szantażował Benedetta, który nawiasem mówiąc, był niewiele lepszy od niego, jeśli w ogóle lepszy?
- Ale przecież mogłem uratować biednego Kacpra. Mogłem ocalić tego jakże żałosnego głupca od śmierci, o którą zresztą on sam się prosił. Nie zrobiłem tego. Patrzyłem z uśmiechem na twarzy, jak on ginie i jeszcze pastwiłem się nad nim psychicznie zanim skonał. Nie jestem godny pochwały.
- Kacper Caderousse dostał tylko to, na co zasłużył. Był zwykłym mordercą i złodziejem nierokującym w ogóle żadnych nadziei na poprawę.
- A Mondego? Hrabia Fernand de Morcerf? On pana zdaniem też dostał to, na co zasłużył?
- Naturalnie. A poza tym, czemu się pan, drogi panie hrabio, obwinia za jego śmierć? Nie pan przecież pociągnął za spust jego pistoletu.
- Ale czuję się chwilami tak, jakbym to zrobił. Tak jakbym go zabił.
- Mondego zdradził dla pieniędzy Francję na rzecz Anglików, a potem z tego samego powodu pomógł Francuzom splądrować Hiszpanię. Dla pieniędzy wydał na śmierć kochającego go niczym syna Ali Tebelina. Proszę zauważyć, że nie tylko wydał go wrogom, ale też osobiście zamordował tego człowieka, który ufał mu bezgranicznie, a całą jego rodzinę sprzedał w niewolę.
- To prawda, Fernand był zdrajcą, ale był również dobrym mężem i ojcem. Przecież szczerze kochał Mercedes i Alberta.
- Czy to usprawiedliwia jego zbrodnie? No, a poza tym nikt mu nie kazał się zabijać. Sam wybrał swój los. Pan nie pchał go przecież w ramiona śmierci.
- Tak, to bardzo możliwe, ale przez swoją zemstę zabrałem Mercedes męża, a Albertowi ojca.
- Mordercę, tchórza, zdrajcę i oszusta. Żadna strata.
- Tak pan uważa, drogi panie Chroniqueur? No cóż... Nie wiem, czy Mercedes lub Albert zgodziliby się z panem.
Przyznaję, że w tej oto rozmowie coraz trudniej było mi zbijać argumenty hrabiego Monte Christo. Zauważyłem mimowolnie, że cała nasza rozmowa zeszła na wojnę poglądów względem dobra i zła, jednak nie zamierzałem z tej potyczki wyjść jako pokonany oraz uznać swego rozmówcę, a być może i przyszłego teścia, za potwora i byłem gotowy go bronić nawet przed jego własnymi zarzutami.
- A co z Villefortem? - zapytał po chwili hrabia - Czy pana zdaniem jego też potraktowałem sprawiedliwie?
Nad tą odpowiedzią nie musiałem się również ani chwili zastanawiać.
- Oczywiście, że tak. Gerard de Villefort otrzymywał znaki ostrzegające go przed trucicielem w jego własnym domu, a jednak z obawy o skandal nie zrobił nic, żeby go schwytać. Gdyby Walentyna naprawdę zginęła, tylko on byłby temu winien.
- Ale to przecież ja dałem Heloizie brucynę, którą potem ona popełniła swoje nikczemne zbrodnie. To ja z ogromną przyjemnością chciałem patrzeć na śmierć potomków swych wrogów.
- A jednak nie patrzył pan na to spokojnie, panie hrabio. Ocalił pan Walentynę oraz być może i Maksymiliana.
- Ale zanim to zrobiłem, zginęli niewinni państwo de Saint-Meran oraz stary Barrois, którzy wcale na to, co ich spotkało, nie zasługiwali.
- Tak, lecz pragnę panu przypomnieć, drogi panie hrabio, że jednak Heloiza de Villefort od dawna planowała to, co zrobiła. Znała się ona na zielarstwie, czego dowodem jest fakt, iż po uodpornieniu Walentyny na brucynę zaczęła stosować coś, czego pan nie znał. Jakieś trucizny własnej roboty. Gdyby pana nie było, to i tak by zrobiła to, co zamierzała zrobić, tylko może trochę później.
- Być może, ale i tak czuję wyrzuty sumienia z tego powodu. Podobnie jak również z powodu Gerarda.
- Jego akurat mnie nie jest ani trochę żal.
Hrabia spojrzał na mnie zdumiony.
- Nie żal panu człowieka, który stracił rodzinę? - zapytał.
- Stracił ją tylko i wyłącznie na własne życzenie. Mógł wszcząć śledztwo i znaleźć truciciela. Mógł ocalić Walentynę i Edwarda, ale tego nie zrobił, prócz tego chciał zamordować Benedetta, własne dziecko.
- Być może naprawdę uważał, że dziecko urodziło się martwe.
- Być może... Szczerze mówiąc, mocno w to wątpię, a nawet jeśli, to i tak nie czułby z tego powodu żadnego żalu, nie uważa pan hrabia? W końcu problem z głowy, nieprawdaż? Nie ma dziecka, to nie ma dowodu, że on miał kiedykolwiek z kimkolwiek romans. A poza tym zeznania Villeforta w tej sprawie mówią chyba same za siebie. Ten człowiek był owładnięty żądzą uniknięcia za wszelką cenę skandalu. Do tego stopnia to go opanowało, że nie zawahał się poświęcić każdego, kto stanął mu na drodze, choćby tylko mimowolnie. Nawet rodzonego syna.
- Może i ma pan rację. Żal mi jednak małego Edwarda.
- Mnie także, chociaż był on tylko rozpuszczonym do granic wytrzymałości dzieckiem, to jednak zawsze dzieckiem, które nie zasłużyło na śmierć. Tak czy inaczej, nie może pan odpowiadać za czyny Heloizy, bo skąd mógł pan wiedzieć, że otruje ona swoje dziecko? Dziecko, dla którego popełniła tyle zbrodni?
- Nie mogłem tego przewidzieć, co nie umniejsza jednak mego udziału w całej sprawie. Do dzisiaj modlę się do Boga, żeby zechciał mi to kiedyś wybaczyć.
Postanowiłem za wszelką cenę zmienić temat rozmowy, która powoli zaczęła zmierzać na niebezpieczne wody, dlatego zaraz powiedziałem:
- Panie hrabio, czy kiedy poznał pan Heloizę de Villefort, to od razu chciał jej pan ofiarować brucynę do trucia osób stojących jej na drodze do majątku?
Hrabia popatrzył na mnie z uwagą w oczach, po czym odpowiedział:
- Nie. Ja zaplanowałem to dopiero po owym feralnym wypadku pod moim domem, kiedy to już ocuciłem małego Edwarda kroplą brucyny i opowiedziałem pani de Villefort o jej niezwykłym działaniu. Dostrzegłem wówczas bardzo wielkie zainteresowanie kobiety tym oto specyfikiem i słusznie uznałem, iż może chcieć posiadać taki specyfik. Z raportów, jakie dostarczyli mi Jacopo oraz jego ludzie, dobrze wiedziałem, że to kobieta chciwa oraz zachłanna, a także ślepo kochająca swojego synka. Wystarczyło więc potem odpowiednio tę wiedzę wykorzystać.
- Czy brucyna stała się panu jakoś bliska z powodu wykładów księdza Farii?
- Można tak to ująć. Mój przyjaciel dużo mi o niej opowiadał, dlatego też po odzyskaniu wolności, gdy tylko miałem ku temu sposobność, to przyrządziłem ją sobie i nosiłem w flakoniku zawieszonym na szyi oraz używałem w wyjątkowych sytuacjach. Zawsze jednak do ratowania innych, nie zaś do zabijania.
Dobrze zastanowiłem się nad kolejnym pytaniem, nim je zadałem:
- Mówi pan, że Jacopo dostarczał panu informacje. Skąd je brał?
Hrabia ponownie rozłożył bezradnie ręce.
- Tego to ja już nie wiem i nie zamierzam go o to pytać. Nigdy zresztą mnie to nie interesowało. Zawsze zadowalałem się informacjami, jakie mi dostarczał bez względu na to, skąd je miał i jak je zdobywał. Uznałem, że to jego sprawa i lepiej się w to nie mieszać.
Pokiwałem głową na znak zrozumienia, po czym powiedziałem:
- Jeszcze tylko jedno pytanie. Chciałbym się teraz dowiedzieć, jak pan sądzi, dlaczego też pani hrabina wstawiła się za Benedettem i nie dopuściła do tego, żeby zginął na gilotynie parę lat temu? W końcu bez najmniejszych skrupułów wydała na publiczny ostracyzm człowieka, który zabił jej ojca, a ją samą sprzedał w niewolę. Czemu więc miała nagle jakieś skrupuły wobec Benedetta? Przecież ten człowiek porwał ją i jej córkę, nie mówiąc już o tym, że o mało co nie doprowadził całej waszej rodziny do zguby. Skąd zatem wzięło się to miłosierdzie w sercu pani hrabiny?
Hrabia zastanowił się przez chwilę, po czym powiedział:
- Moja żona nigdy mi tego nie powiedziała, ale domyślam się, czemu tak postąpiła.
- A więc jak pan uważa, panie hrabio? Co kierowało pana żoną?
- Sądzę, że wtedy, gdy podejmowała decyzję w sprawie Fernanda Mondego, kierowała się chęcią odwetu za swoje własne krzywdy. Wtedy była jednak młodą dziewczyną, dopiero co zaczynającą dorosłe życie. Potem zaś została żoną i matką. To mogło znacznie zmiękczyć jej twarde dla wrogów serce i to do tego stopnia, że postanowiła uratować tego niegodziwca i wręcz wymusiła na mnie to, abym go ocalił.
- Wymusiła? - zdziwiłem się, słysząc to słowo.
- No, może to niezupełnie dobre określenie, ale faktem jest, że Hayde po prostu wybłagała u mnie ocalenie tego człowieka. Zdziwiło mnie to, lecz kiedy zapytałem ją, dlaczego niby chce go ratować, nie odpowiedziała mi. Potem dopiero wyjaśniła, iż żal jej Benedetta jako sieroty bez matki i ojca, osoby bez nikogo bliskiego na świecie. Wspomniała też coś o tym, że przeraża ją mściwość i to, do czego ona może doprowadzić, co biorąc pod uwagę naszą ostatnią przygodę z Benedettem raczej mnie nie dziwi. Przeraziła ją bardzo mściwość tego młodzieńca i sama nie chciała być mściwa. Poza tym i ja, po przemyśleniu sobie wielu spraw poczułem, iż nie jestem w stanie widzieć tego oto młodego łajdaka na gilotynie i dałem mu szansę odkupienia win.
- A jednak ich nie odkupił. Dalej został przestępcą i w końcu ścięto go na gilotynie. Byłem przy tym, kiedy go zabijali. Widziałem jego egzekucję. Uratował go pan, a on nie wykorzystał tej szansy i dalej robił swoje, aż w końcu dosięgła go każąca ręka sprawiedliwości. Pan nie ocalił mu życia, panie hrabio, a jedynie odłożył jego egzekucję na kilka lat.
- To prawda. Było tak, jak pan mówi, jednak w ostatnich latach swego życia już nigdy nie skrzywdził naszej rodziny. Dał nam na to słowo honoru i dotrzymał go. Chociaż w tej sprawie okazał się być uczciwy.
- Mimo wszystko pan i pani hrabina przywitaliście z ulgą jego śmierć.
- Tak, to prawda. Nigdy nie pozbyliśmy się obaw wobec Benedetta. Baliśmy się, że szlachetność wobec nas kiedyś może mu minąć, a zamiast tego wrócą mu mordercze skłonności i zechce jeszcze dokończyć swego dzieła. Co prawda tak się nie stało, jednak myślę, że to dobrze, iż ten człowiek nie żyje, a ja z jego śmiercią nie mam nic wspólnego. W końcu był jedną z niewielu istot, wobec których prawo słusznie postępuje surowo, ponieważ oni naprawdę nie rokują już żadnych szans na poprawę. A ja dziękuję Bogu, że nie jestem odpowiedzialny za jeszcze jedno zejście kogoś z tego świata.
- Czyli uważa pan, panie hrabio, że to dziwne zachowanie pana żony wobec Benedetta można wytłumaczyć jedynie faktem, iż została matką?
- Tak uważam. Bycie rodzicem zmienia ludzi, na lepsze lub na gorsze.
- Hrabiego Fernanda de Morcerfa to nie zmieniło. Barona Danglarsa też nie. Prokuratora de Villeforta również.
- To prawda, choć Fernand był dobrym ojcem i mężem, czego się nie da już powiedzieć o Danglarsie. Zaś jeśli chodzi o Villeforta, to myślę, iż kochał on żonę i dzieci, jednak jakoś nie umiał im tego okazać. Zrozumiał, ile dla niego znaczyła Walentyna dopiero wtedy, kiedy ją stracił. Myślę, że gdyby nie Jacopo, Bertuccio oraz Peppino, ja bym mógł powiedzieć o sobie to samo.
- Na szczęście ma pan, panie hrabio, nie tylko kochającą pana rodzinę, ale i wiernych, oddanych sobie przyjaciół - powiedziałem z uśmiechem na twarzy.
Hrabia radośnie pokiwał głową na znak, iż się ze mną zgadza.
- Tak, to prawda, panie Chroniqueur. To prawda. I nie zamieniłbym tych kilku bliskich mi osób na żadne skarby świata. Niech pan też nigdy tego nie robi. Niech pan nie daje się omamić temu podłemu kultowi.
- Jakiemu kultowi? - zdziwiłem się, słysząc jego słowa.
- Widzi pan, jest jedna na tym świecie religia, którą wyznają wszystkie narody świata bez względu na pochodzenie lub kulturę. Tą religią jest kult złotego cielca. Panuje on w każdym kraju i po wieki już panować będzie. Nastąpią na tym świecie jeszcze niejedne rewolucje, wybuchną liczne wojny i konflikty, zmienią się ustroje polityczne, ale ten kult na zawsze panować będzie w każdym świecie i już nic tego nie zmieni, a wyplenić go nie ma sposobu. Jedynym wyjściem jest zwalczyć go w swoim sercu osobiście, poprzez miłość i dobroć. Mój skarb z wyspy Monte Christo rzeczywiście pomógł mi zniszczyć mych wrogów, lecz spokój osiągnąłem dzięki innemu skarbowi, którym jest rodzina i miłość, jaką ona daje. Możliwe więc, że to jest właśnie odpowiedź na pańskie ostatnie pytanie, panie Chroniqueur.
Uśmiechnąłem się delikatnie, słysząc ten oto jakże piękny wykład, z którym trudno mi było się nie zgodzić.
- Tak, to prawda, drogi panie hrabio - powiedziałem - Wszak dziwnym, mimo wszystko, wydaje mi się to, iż pani hrabina, choć kiedyś zniszczyła bez skrupułów jednego swojego wroga, potem wstawiła się u pana za drugim.
- Jak pan sam powiedział, natura ludzka potrafi nas bardzo zaskakiwać. Poza tym... Podejrzewam, że gdyby ona tego nie zrobiła, to sam bym ocalił Benedetta.
- Ocaliłby go pan pomimo tego, iż porwał on pana żonę i córkę, a także chciał pana zabić?
- Tak. Po tej przygodzie, która spotkała Villeforta, miałem zbyt duże wyrzuty sumienia, żeby tego nie zrobić. Czułem się winny tragedii małego Edwarda oraz śmierci państwa de Saint-Meran, jak i współwinny szaleństwa de Villeforta, wobec którego miałem już mieszane uczucia. Sądzę więc, że tak czy inaczej ocaliłbym Benedetta bez względu na to, co zrobił.
Uznałem, że dowiedziałem się wtedy już wszystkiego, czego tylko mógłbym się dowiedzieć, dlatego wstałem i uścisnąłem dłoń hrabiemu.
- Dziękuję panu, panie hrabio. To wszystko, co chciałem wiedzieć. Już chyba nic więcej nie da się dopowiedzieć w tej sprawie.
- Prawdopodobnie nie, drogi panie Chroniqueur - odpowiedział mi  z wielkim uśmiechem na twarzy hrabia Monte Christo - Osobiście żywię tylko nadzieję, że dzięki zdobytym informacjom napisze pan wspaniały artykuł w swojej gazecie, czego serdecznie panu życzę.
- Dziękuję, panie hrabio. Artykuł napiszę, może być pan tego pewien.
- Ja zaś z przyjemnością go przeczytam. No, a teraz proszę już iść. Ktoś czeka na pana.
Uśmiechnięty, a także z wielką radością w sercu, ściskając w ręku mój jakże bezcenny dziennik, wyszedłem z gabinetu hrabiego de Monte Christo, a następnie poszedłem poszukać mego największego skarbu na świecie.

Rozdział 69

Rozdział LXIX

Opowieść hrabiego Monte Christo cz. XIV - Zemsta wrogów


Nadszedł czas na ostatnią część mojej historii. Ponieważ poprzednim razem opowiedziałem panu, drogi panie Chroniqueur, o tym, w jaki sposób udało mi się zakończyć swoje sprawy w Paryżu i połączyć ze sobą nieszczęśliwie zakochanych Maksymiliana Morrela i Walentynę de Villefort, to teraz pora, aby poznał pan już ostatni etap mojego życia. Wspominałem poprzednio, że dwóch bardzo wrogich mi ludzi wciąż pozostało przy życiu i bynajmniej nie życzyło mi dobrze, jak również o tym, iż zlekceważenie ich było poważnym błędem, który o mało nie zakończył się tragicznie nie tylko dla mnie, ale i też dla mojej rodziny. Jakie to szczęście, że dobry i miłosierny Bóg obdarzył mnie prawdziwymi przyjaciółmi, bo gdyby nie oni, to nie rozmawiałby pan już ze mną teraz. Przejdźmy zatem do ostatniego etapu w moim życiu. Mam wielką nadzieję, iż zainteresuje on pana tak samo mocno, jak poprzednie.
Wszystko w moim życiu wydawało się być uregulowane i całkiem spokojne. Przyjaciele moi cieszyli się osiągniętym, z moją drobną pomocą szczęściem, zaś z wszystkich moich wrogów dwóch nie żyło, trzeci postradał zmysły, zaś czwarty zbankrutowany oraz ośmieszony musiał trzymać się z daleka od Paryża. Tych oto dwóch ostatnich panów, choć wciąż byli żywi, nie brałem w ogóle pod uwagę jako potencjalnego zagrożenia, uważając, że są oni nieszkodliwi. Żył co prawda jeszcze Benedetto, jednakże nie sądziłem, aby mógł on chcieć mi w jakikolwiek sposób zaszkodzić. Moja ignorancja w tej sprawie zemściła się na mnie i nieomal odebrała mi wszystkich bliskich. Na szczęście dobry Bóg czuwał nade mną, grzesznym.
Choć umożliwiłem ucieczkę Benedettowi, a zrobiłem to czując się za niego odpowiedzialny, z racji tego, iż byłem jego protektorem, to jednak młodzieniec ten i tak ponownie wpadł w ręce sprawiedliwości. Tym razem wszakże nie miałem najmniejszego zamiaru go ratować spod gilotyny, zresztą wtedy jego los, szczerze mówiąc, był mi całkiem obojętny. Dla mnie ten młody morderca mógł spokojnie iść na gilotynę, gdyż w pełni na to zasługiwał. Nie doceniłem jednak szlachetności tzw. wymiaru sprawiedliwości. Benedetto dostał możliwość odwiedzin u swojego chorego psychicznie ojca w domu dla obłąkanych. Ponieważ lekarze nie dawali wówczas Villefortowi żadnych szans, to postanowiono odczekać jeszcze jakiś czas z wykonaniem wyroku na tym młodym łajdaku, aby mógł on czuwać przy swoim ojcu w ostatnich dniach jego nędznego żywota. Podły los sprawił wówczas, że w ciągu swej agonii Gerard de Villefort odzyskał nagle zmysły i to na tyle, iż zdołał on przedstawić Benedettowi mnie jako prawdziwego łotra i zwyrodnialca, który za osobiste krzywdy doznane przed laty doprowadził do śmierci całej jego rodziny, a szczególnie Walentyny i Edwarda. Chociaż wydaje się to trudne do uwierzenie, to jednak Benedetto zdołał jakoś zaprzyjaźnić się z ojcem i poczuł wielkie rozpacz z powodu losów swojego przyrodniego rodzeństwa, także więc, bez najmniejszych wątpliwości zgodził się na pomszczenie ich krzywd. Villefort w ostatniej chwili swojego życia poprosił Benedetta, żeby zemścił się na mnie za to, co spotkało jego rodzinę. Nie wiem, jak to jest możliwe, jednak ten podły młodzieniec wyraził na to zgodę.
Pozornie spełnienie tej obietnicy wydawało się całkiem niemożliwe, ale tylko na pozór, ponieważ nikt wówczas nie docenił zdolności tego młodego łotra ani też matczynego serca pani Herminii Danglars. Kiedy ruszył proces Benedetta i został on skazany na śmierć, jego matka po cichu przysłała mu sporą sumę pieniędzy do więzienia, dzięki czemu chłopak mógł przekupić kogo trzeba i wydostać się na wolność. Gdy już się na niej znalazł, to odwiedził grób rodziny de Villefort i de Saint-Meran, gdzie dobrał się do ciała swojego ojca, któremu obciął prawą dłoń. Odtąd ta swoista „martwa ręka”, jak on ją nazywał, miała być jego talizmanem i prowadzić go prostą drogą do zemsty na mnie.

 
W Marsylii Benedetto wynajął statek, który zabrał go do Rzymu, a tam ów podły młodzieniec, udając bogatego dziedzica podróżującego po świecie incognito, zameldował się w hotelu pana Pastrinii. Podał się za sekretarza hrabiego de Monte Christo. Oczywiście wzbudziło to podejrzenie jego gospodarza, który z miejsca doniósł o tym Luigiemu Vampie i jego bandzie. Mój przyjaciel domyślił się, że człowiek przebywający w Rzymie to nie jest mój agent, a jedynie zwykły oszust, więc postanowił go zaprosić do siebie na rozmowę. Chciał się dowiedzieć, po co ktoś udaje mojego sekretarza. Benedetto bardzo chętnie odwiedził Katakumby Św. Sebastiana, po czym rozmówił się z Vampą i jego ludźmi. Powiedział im, że to rzekomo ja sprofanowałem ciało Gerarda de Villeforta odcinając mu nożem prawą dłoń, którą teraz noszę jako talizman. Nie wiedział, że Luigi nie da się nabrać na taką bajeczkę i postanowi go zlikwidować. Przewidział jednak to, że senor Vampa może uznać jego osobę za niebezpieczną dla siebie, dlatego też nie wiem jak, ale wmówił jego bandytom, iż ich herszt, bojąc się aresztowania, postanowił uratować własną skórę, wydając policji całą swoją bandę. Naiwni ci ludzie uwierzyli w tę historię i w najmniej spodziewanym momencie pochwycili oni Luigiego i oddali wymiarowi sprawiedliwości. Sam zaś Benedetto został ich nowym hersztem, po czym postanowił ścigać mnie i zabić. Przyłączył się do niego również Danglars, którego ten łotr spotkał w Rzymie oraz zwerbował na swe usługi. Wszyscy razem wypłynęli statkiem, aby mnie szukać, ale podczas podróży zaskoczył ich sztorm. Banda Vampy poszła na dno. Przeżyli jedynie Benedetto oraz Peppino, a także i Danglars, który jakimś cudem zdołał dopłynąć do brzegów Francji. Benedetto zaś wraz ze swoim wiernym skądinąd sługą Peppino trafili całkiem przypadkowo do domu Mercedes, która to ugościła ich u siebie nie wiedząc, jaki cel im przyświeca. Ten łotr natomiast bez skrupułów wykorzystał jej gościnność, aby odzyskać siły do dalszej podróży, a kiedy już je odzyskał, to wraz z Peppinem udał się do Wenecji, gdzie zwerbował na swe usługi sporą grupę bandytów i wraz z nimi zaczaił się na mnie.
Nie musiał długo czekać, ponieważ jakiś czas później zjawiłem się w Wenecji z Hayde oraz naszą ukochaną córeczką Martusią. W podróży tej towarzyszył nam również Bertuccio - jak się później okazało, wzięcie go ze sobą było zbawiennie dla nas wszystkich, ale o tym potem. W Wenecji zjawiliśmy się nieprzypadkowo. Zaprosił nas tam mój znajomy doża, który urządzał bal. Podczas tego przyjęcia, Benedetto w przebraniu i z maską na twarzy próbował mnie przestraszyć, podle przypominając mi krzywdy, jakich doznała ode mnie rodzina de Villefortów. Nie dałem się jednak oszukać i domyśliłem się, że ktoś próbuje mnie nastraszyć. Mimo wszystko tajemniczy nieznajomy, wiedzący zbyt wiele o mojej zemście na panu prokuratorze, wzbudził mój uzasadniony niepokój. Nie zdążyłem się mu lepiej przyjrzeć, gdyż uciekł mi i potem wysłał na bal jednego ze swoich ludzi, pewnego Cygana, który na jego polecenie wróżył mnie, Hayde oraz naszej córce. Zobaczył on ponoć na rączce Martusi wielkie nieszczęście, które to odegnać mógł jedynie rytuał nazywany ucztą biedaków. Podczas tejże ceremonii każdy z biedaków miał wziąć moje dziecko na ręce i ucałować je w czoło. Nie byłem przesądny, ale Hayde niestety tak, dlatego też przekonała mnie, żebyśmy wzięli udział w tym obrządku. Zgodnie z moimi obawami, okazał się on być wyrachowanym podstępem ze strony Benedetta, który podczas tej tzw. uczty biedaków porwał moją córeczkę.
Nie umiem opisać tego strasznego cierpienia, jakie nam towarzyszyło, kiedy to nasza ukochana pociecha zniknęła w tłumie ludzi, porwana przez tego nędznika. Oczywiście natychmiast powiadomiliśmy o wszystkim policję, jednak była ona bezsilna. Załamany miałem nadzieję z Hayde sam znaleźć Martę, więc ruszyliśmy przed siebie w stronę, w którą mogli uciec porywacze naszej córeczki. Bertuccio pomógł mi wynająć dom na noc. Należał on do pewnej młodej kobiety, która miała dwójkę dzieci. Jednym z nich, jak się później okazało, była moja córeczka, której niestety ani ja, ani też Hayde, nie zdołaliśmy rozpoznać. Gospodyni domu została opłacona przez Benedetta, który to w nocy podle podpalił dom z nami w środku. Zdołaliśmy uciec, lecz kiedy tylko wynajęliśmy następne mieszkanie, to historia się powtórzyła. Jedno podpalenie można było wtedy uznać jeszcze za przypadek, ale dwa? To musiało oznaczać coś niebezpiecznego dla mnie i dla mojej rodziny. Spodziewałem się w każdej chwili otrzymać wiadomość od porywaczy mojej córki. Nie pomyliłem się, gdyż wkrótce ona nadeszła. Benedetto wysłał jednego ze swych ludzi, który oznajmił mi, iż jeśli chcę odzyskać córkę, to muszę udać się na wyspę Monte Christo sam jeden, a wówczas moje dziecko zostanie mi zwrócone. Spodziewałem się pułapki, jednak cóż mogłem wtedy zrobić? Zgodziłem się na to i popłynąłem we wskazane mi miejsce. Tam zaś pochwycili mnie bandyci, po czym zaprowadzili przed oblicze swojego herszta, czyli Benedetta. Przyznam się, że nie spodziewałem się tego łajdaka tutaj, jednak jego obecność w tym oto miejscu jako sprawcy wszystkich moich nieszczęść nie wydała mi się wcale aż tak bardzo niewiarygodna. Ten łotr był przecież zdolny do wszystkiego, nawet do najgorszego i dowiódł tego już wiele razy. Benedetto opowiedział mi, dlaczego się na mnie mści i jaki ma w tym cel. Wyznał mi również, że podczas, kiedy ja tutaj z nimi rozmawiam, to jego ludzie właśnie pochwycili Hayde. Na dowód, iż mówi prawdę, przyprowadzono ją do groty, w której właśnie toczyła się nasza rozmowa. Bękart Villeforta uszykował dla nas obojga coś naprawdę specjalnego. Nie zdążył jednak zrealizować swego celu, gdyż miało miejsce wydarzenie, którego w żaden sposób nie zdołał przewidzieć.


Wszystko zaczęło się od tego, że jeden z ludzi Benedetta pozostał do końca wierny mnie i Luigiemu Vampie, a na stronę tego łotra przeszedł jedynie po to, aby zdobyć jego zaufanie i go podejść. Tym kimś był Peppino zwany Rocca Priori. Gdy udałem się na Monte Christo, a ludzie Benedetta porwali Hayde, ten bękarci pomiot Villeforta właśnie jemu powierzył opiekę nad moją małą córką, którą miał pilnować do chwili, aż nadejdzie czas, aby zrealizować dalszy ciąg jego planu. Nie wiedział jednak o tym, że Peppino z miejsca pobiegnie, wciąż trzymając moją córeczkę na rękach, do Bertuccia i powiadomi go o wszystkim. Obaj zaś wiedzieli, gdzie zwykle kursowali przemytnicy Jacopa, dlatego udali się tam. Mieli szczęście, iż mój dawny przyjaciel z „Panny Amelii” właśnie tego oto dnia płynął na Monte Christo, aby ukryć na niej łupy ze swojej ostatniej wyprawy. Bertuccio i Peppino skontaktowali się więc z nim i razem we trzech uknuli naprawdę skuteczny plan działania. Peppino pozostał w domu, który to zajmował razem z Benedettem, a dla pewności ludzie Jacopa związali go i zakneblowali, zaś cały dom wywrócili do góry nogami. Było to zabezpieczenie na wypadek, gdyby ten łotr jednak wymknął im się z rąk. Peppino mógłby wówczas dalej działać jako mój agent i wciągnąć Benedetta w pułapkę przez nas zastawioną.
Potem Jacopo powierzył Martę opiece kilku swych najwierniejszych ludzi, a sam z Bertucciem przystąpił do działania. Popłynęli łodzią na wyspę i zaczaili się, ukrywając dla pewności łódź w bezpiecznym miejscu. Potem obsadzili całe Monte Christo i czekali. Wkrótce potem pojawili się pozostali ludzie Benedetta wraz z pojmaną przez siebie Hayde, którą następnie ci łajdacy zawlekli do groty, w której ich herszt roztaczał przede mną swój podły plan. Jacopo i Bertuccio zrozumieli, że muszą zacząć działać. Obaj zabili dwóch z ludzi Benedetta i przebrawszy się za nich, weszli do groty, po czym przeszkodzili w egzekucji, jaką nam szykował ten podlec. Następnie Jacopo wystrzelił z pistoletu, dając tym samym swoim ludziom sygnał do ataku. Przemytnicy mojego przyjaciela natychmiast wkroczyli do akcji i rzucili się na bandytów Benedetta i po krótkiej walce wybili oni ich wszystkich do nogi. Sam herszt tej podłej kompanii jednak zdołał nam jakoś zbiec, a uciekając uruchomił swoją ostatnią niespodziankę, jaką dla nas przygotował - podpalił lont ładunków wybuchowych, którymi to naszpikował całą grotę. Wskutek wybuchu wejście do jaskini zawaliło się i groziło nam pogrzebanie żywcem.
Benedetto był jednak zbyt pewny siebie. Najpierw nie wystawił żadnej straży na wyspie, która by czekała na resztę bandy wraz z pojmaną Hayde, co było jego pierwszym błędem. Gdyby to zrobił, to mógłby został w porę ostrzeżony przed płynącym statkiem Jacopa. Ale tak się nie stało, a wszyscy jego ludzie zebrali się w grocie, aby obserwować jego triumf, dlatego atak z zewnątrz był jak najbardziej możliwy. Potem jednak Benedetto popełnił drugi bardzo ważny błąd. Zapomniał, że nie znał on tej wyspy tak dobrze, jak ja i nie wiedział, że z tej groty, w której nas uwięził jest więcej niż jedno wyjście. Opuściliśmy więc to miejsce cali i zdrowi, a nasz wróg myśląc, iż jesteśmy już martwi, uciekł spokojnie z Peppinem do Paryża. Natomiast ja i Hayde podziękowaliśmy naszym przyjaciołom za ratunek, po czym uściskaliśmy i wycałowaliśmy najczulej, jak tylko to było możliwe, naszą małą Martusię. Nie umiem słowami opisać sceny, która miała wtedy miejsce. To było zbyt piękne, aby słowami móc to wyrazić. Nasza euforia jednak nie trwała długo, ponieważ szybko sobie przypomnieliśmy, iż jeszcze nie mamy czasu na swobodne świętowanie. Benedetto wciąż znajdował się na wolności, a przecież musiał on zapłacić za wszystko, co nam zrobił. Dlatego wraz z Jacopem i Bertucciem udałem się do Paryża. Tam natomiast zaczailiśmy się na naszego wroga i czekaliśmy.
Los był dla nas łaskawy, gdyż ten młody nędznik szybko wpadł nam w ręce. Przebrani za grabarzy czuwaliśmy przy grobowcu rodzin de Villefort i de Saint-Meran. Spodziewaliśmy się bowiem, że Benedetto zechce odnieść „martwą rękę” na swoje miejsce i mieliśmy rację. W końcu ów łajdak przyszedł, aby to zrobić. Towarzyszył mu Peppino, który to już dzień wcześniej skontaktował się z nami i poinformował nas o planach swojego wspólnika. Dlatego też wiedzieliśmy, kiedy możemy się go spodziewać, a gdy tylko się zjawił, to bez najmniejszych trudności udało się nam zamknąć go w grobowcu, po czym zawiadomiliśmy policję, która bardzo stęskniła się za tym panem. Benedetto ponownie trafił do więzienia, gdzie jako recydywista oczekiwać miał na swoją egzekucję. Początkowo oczywiście  chciałem zostawić tego łotra na pastwę losu i z przyjemnością obserwować jego kaźń, ale Hayde pokrzyżowała mi plany, prosząc mnie o pomoc dla niego. Bardzo mnie to zdziwiło, bo początkowo błagała mnie i moich przyjaciół o to, żebyśmy tego łotra obdarli żywcem ze skóry, ale potem, gdy już był w rękach policji, jakoś nie umiała ponownie nas o to prosić. Podejrzewam, że bycie matką zmiękczyło jej serce i jak sobie to wszystko przemyślała, to ulitowała się nad tym człowiekiem i wybłagała u mnie, żebym go uratował. Nie wiedziałem więc początkowo, co mam uczynić, ale w końcu jej uległem.
Przebrany za księdza Busoni odwiedziłem Benedetta w celi i wyjaśniłem mu, co zamierzam z nim zrobić. Chłopak został potem podstępnie odbity w chwili, gdy był wieziony na miejsce swojej egzekucji. Z moją pomocą otrzymał potem nową tożsamość i mógł normalnie żyć, oczywiście pod warunkiem, że już nigdy więcej nie podniesie ręki na mnie, ani na nikogo z moich bliskich. Słowa dotrzymał, gdyż aż do jego, mającej miejsce całkiem niedawno egzekucji, nie byliśmy już w żaden sposób przez niego nękani. Nie wiem, jak Hayde, ale ja osobiście jestem zdania, że najwyższy był czas na to, aby ściąć tego łajdaka. Nigdy mu bowiem do końca nie zaufałem i cieszę się, że już nie musimy się go obawiać. Choć tak prawdę mówiąc, sama Hayde również posiadała podobne obawy, co ja. Mimo, iż sama prosiła mnie o łaskę dla niego, to i tak mówiła zawsze, że póki on żyje, nie będziemy nigdy całkowicie bezpieczni, chociaż też akcentowała, iż nie możemy mieć jego krwi na rękach, najlepiej więc będzie wtedy, gdy zostawimy go w spokoju, ale zachowamy czujność.
Zakończenie sprawy z Benedettem nie oznaczało jednak końca wszystkich moich problemów. Wciąż jeszcze był na tym świecie wróg, którego powinien był się obawiać. Nazywał się on Danglars. Ten oto podły, nędzny karaluch nigdy nie zapomniał, że to ja pozbawiłem go majątku oraz dobrego imienia i chciał mi za to odpłacić w sposób jak najbardziej prymitywny. Chciał mnie zabić. Muszę szczerze przyznać, że byłem troszeczkę zawiedziony jego gustami w zemście. Benedetto miał przynajmniej jakąś finezję, jakiś błyskotliwy plan, natomiast ta jakże żałosna kreatura uważała, że jeżeli mnie zabije i to rękami pospolitych bandytów, to wtedy dozna największej satysfakcji na tym świecie. No cóż... Bardzo to było do niego podobne. Usunąć swego wroga cudzymi rękami w sposób podły i bezwzględny, a do tego jeszcze mieć poczucie, że się jest tylko i wyłącznie biedną, niewinną ofiarą machinacji zazdrosnych ludzi. Tacy nędznicy nigdy się nie zmienią, jak widać.


A więc, po ostatecznym rozstrzygnięciu z Benedettem wszystkich dzielących nas kwestii, pojechałem do Rzymu, aby uratować przed gilotyną Luigiego Vampę. Dzięki mojej pomocy oraz drobnemu przekupstwu, mój przyjaciel i wierny sługa, który to do końca zachował wobec mnie lojalność, odzyskał wolność, otrzymał ułaskawienie i mógł ponownie zebrać bandę oraz wrócić do swojego ukochanego procederu. Ja tymczasem powróciłem wraz z moją rodziną na Wschód i zająłem się działalnością charytatywną. Chciałem w ten oto sposób podziękować Bogu za ocalenie mnie z rąk tego podłego łajdaka, Benedetta. Uznałem więc, że największą przyjemność Najwyższemu sprawi pomaganie innym. Oczywiście nie robiłem tego tylko i wyłącznie ze względu na moją wdzięczność wobec Boga. Wciąż bowiem pamiętałem lekcje biednego księdza Farii o tym, jak bardzo cierpią ludzie wokół nas, a największym dla nich ciosem jest zawsze nasza obojętność na ich krzywdy. Przypomniało mi się lekceważenie mojego cierpienia przez Villeforta, strażników, gubernatora zamku If, a także tego człowieka, który badał więzienia oraz obiecał zająć się moją sprawą, po czym najzwyczajniej w świecie uznał, że lepiej jej nie tykać i zapomniał o mnie tak, jak zapomniał o milionie innych istot podobnych do mojej osoby. Smutne, prawda? Wiedziałem, że jeżeli będę podchodził do czyichś cierpień tak samo obojętnie jak tamci ludzie, to wówczas stanę się dokładnie tym, co przysięgałem zniszczyć. To tak samo, jakbym stał się Danglarsem, Mondego lub Villefortem. Dlatego też do dzisiaj nie przechodzę obojętnie obok czyjegoś cierpienia, zaś moja działalność charytatywna obejmuje praktycznie każdy aspekt naszego życia. Po cichu wspierałem także bojowników walczących o zjednoczenie Włoch, choć to ostatnie to był jedynie mój osobisty mały ukłon w stronę zmarłego księdza Farii. Mam nadzieje, iż on to doceni.
Często też wraz z rodziną podróżowałem po świecie. Pewnego razu, podczas wędrówki po Kaukazie, natknąłem się na Danglarsa. Ten łotr zaś, widząc mnie szczęśliwego i radosnego w towarzystwie kochającej mnie rodziny, poczuł wielką zazdrość połączoną z zadawnioną już nienawiścią, po czym wynajął bandytów, aby mnie zaatakowali i zastrzelili. Na szczęście rana, jaką wówczas otrzymałem, była niegroźna dla życia, także szybko odzyskałem zdrowie. Zaś moi ludzie pochwycili Danglarsa i przyprowadzili go prędko przed moje oblicze. Ten podlec oczywiście zaprzeczał temu, żeby miał cokolwiek wspólnego z zamachem na moje życie, ale to było więcej niż pewne, że on za to odpowiadał. Jacopo i Bertuccio domagali się ode mnie jego śmierci, jednak ja nie miałem już w sercu nienawiści do nikogo, nawet do tego żałosnego pokurcza, który w tamtej chwili skamlał u moich stóp, błagając o litość. Uznałem ten widok za tak żałosny, że kazałem Danglarsa puścić wolno, zapowiadając jednak, iż jeśli jeszcze raz podniesie rękę na mnie lub kogoś z moich bliskich, to już nie okażę mu współczucia.
Danglars ponownie otrzymał przebaczenie i wolność z moich rąk. Jak się okazuje, ponownie niczego się nie nauczył, gdyż obecnie przebywa w więzieniu za swoje kolejne oszustwa i prawdopodobnie już nigdy z niego nie wyjdzie. A ja żyję do dzisiaj, szczęśliwy oraz otoczony bliskimi sobie osobami i widzę, że dobry Bóg jednak mnie kocha, skoro nie pozwolił mi odejść w hańbie i upokorzeniu z tego świata, bo choć nieraz była taka możliwość, to On zawsze ją ode mnie odpędzał. Dziękuję Mu za to z całego serca i nigdy dziękować mu nie przestanę. Będę Mu również dziękował za to, iż pozwolił mnie grzesznemu człowiekowi, odnaleźć w życiu prawdziwą miłość, a także wiernych przyjaciół, którzy to nigdy nie opuścili mnie w potrzebie. Są oni znacznie większym skarbem niż ten, jaki znalazłem w ponurych czeluściach wyspy Monte Christo. Pieniądze te uczyniły mnie jedynie wielkim panem, zaś prawdziwym człowiekiem uczyniły mnie tylko szlachetne, jak i pozbawione egoizmu uczucia bliskich mi osób, które to dobry Bóg postawił na mojej drodze, za co już na zawsze pozostanę Mu wdzięczny.
Tak oto, mój drogi panie Chroniqueur, wygląda historia mojego życia. Mam nadzieję, że przyda się ona panu i dzięki niej nie tylko zdoła pan napisać wspaniały artykuł do swojej gazety, ale również wyciągnie pan odpowiednie wnioski oraz nauki na całe życie, czego serdecznie panu życzę.

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...