Rozdział LXX
Dzienniki Jeana Chroniqueura
11 sierpnia 1855 r.
Kiedy czternastego dnia naszej rozmowy hrabia opowiedział mi już ostatni epizod swojego życia, poczułem w sercu coś, co można by nazwać zawodową satysfakcją, połączoną też z delikatnym uczuciem ulgi. Tak, nie inaczej. Właśnie ulgi. Miałem bowiem w ręku już wszystkie, interesujące mnie wiadomości, nie wspominając o tym, że moje zadanie zostało wreszcie wykonane. Oczywiście miałem też świadomość tego, iż cała moja wyprawa była zorganizowana przez hrabiego oraz mego ojca chrzestnego jedynie po to, aby piękna i urocza Marta de Monte Christo mogła mnie poznać oraz rozkochać mnie w sobie tak mocno, jak ona była we mnie zakochana, co więc za tym idzie zbieranie przeze mnie dalej materiałów na temat hrabiego straciło jakikolwiek sens, ale tak prawdę mówiąc nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Po pierwsze dlatego, że nazbyt mocno się cieszyłem z faktu, iż ja i Marta mogliśmy się poznać, a potem pokochać za sprawą niezwykle romantycznej oraz ciekawej podróży, a po drugie poznanie historii życia hrabiego Monte Christo miało dla mnie wartość pod każdym względem. Napisanie artykułu zaś stało się moim zadaniem, które sam sobie wyznaczyłem i miałem zamiar je wypełnić do samego końca, nawet jeśli się okazało, że mój pryncypał i zarazem ojciec chrzestny nigdy takowego artykułu nie planował umieścić w swojej gazecie.
Gdy już zamknąłem dziennik, w którym zapisałem całą opowieść hrabiego Monte Christo, mój rozmówca uśmiechnął się do mnie przyjaźnie i zapytał:
- Czy czuje się pan usatysfakcjonowany, panie Chroniqueur?
- Owszem, mogę z radością powiedzieć, że tak - odpowiedziałem mu, także się przy tym uśmiechając.
Chwilę później dodałem:
- Jestem naprawdę bardzo panu wdzięczny, drogi panie hrabio, że zechciał mi pan poświęcić tyle czasu i opowiedzieć swoje jakże pasjonujące dzieje.
- To była dla mnie prawdziwa przyjemność, mój drogi przyszły zięciu, jeżeli mogę pana tak nazywać - rzekł hrabia, zapalając powoli cygaro.
Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, słysząc ten nad wyraz miły dla mnie tytuł, jakim ojciec mojej ukochanej raczył mnie właśnie obdarzyć.
- Nie widzę przeszkód, żeby miał mnie pan tak nazywać, drogi panie hrabio, ponieważ szczerze pokochałem pańską córkę i zamierzam się z nią ożenić. Rzecz jasna, jeśli ona mnie zechce.
Hrabia spojrzał na mnie z delikatnym politowaniem w oczach.
- Gdyby pana nie chciała, to na pewno nie byłaby potrzebna ta cała wyprawa, którą zorganizowaliśmy razem z pańskim ojcem chrzestnym, jak i również z całą pewnością nie rozmawiałbym teraz z panem. Wniosek więc z tego jest taki, że moja córka z przyjemnością wyjdzie za pana.
- To brzmi rozsądnie, co pan mówi, panie hrabio, ale pragnę zauważyć, iż kobieta zmienną jest, jak śpiewa książę Mantui w pewnej włoskiej operze.
Hrabia wesoło zachichotał, słysząc moje słowa, po czym skinął głową na znak potwierdzenia mych słów.
- Tak, ma pan rację, jednakże myślę, że moja córka do kobiet zmiennych nie należy i z przyjemnością zostanie pańską małżonką. W takim zaś wypadku mnie oraz jej matce, a mojej drogiej żonie, nie pozostanie zatem nic innego jak tylko życzyć wam obojgu wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia.
- Proszę się wstrzymać z pańskimi życzeniami, drogi panie hrabio, do czasu, aż wyjdę od pana i poproszę ją o rękę.
- Słusznie, lepiej jest nie zapeszyć. Mieszkamy w końcu na terenie jednego z krajów orientu, gdzie powstały „Baśnie Tysiąca i Jednej Nocy”, a to wszak miejsce przesiąknięte przesądami. Ja sam przesądny nie jestem, ale uważam, iż lepiej jest dmuchać na zimne.
- Rozsądne podejście, drogi panie hrabio. A zatem chyba nie pozostaje mi nic innego, jak tylko podziękować panu za przyjemną rozmowę i udać się do Marty z oświadczynami.
- Owszem, to już tylko panu pozostaje, chyba, że chce mi pan jeszcze zadać jakieś pytanie - rzekł nagle hrabia, rozkoszując się zapachem cygara.
Początkowo chciałem odpowiedzieć, iż moja ciekawość została całkowicie już zaspokojona, jednak mimo wszystko musiałem przyznać, że nie do końca tak jest, ponieważ wciąż po mojej głowie chodziło kilka pytań, na które bardzo chętnie poznałbym odpowiedzi.
- Prawdę mówiąc, panie hrabio, miałbym jeszcze do pana kilka pytań, o ile zechce mi pan na nie udzielić odpowiedzi.
Hrabia uśmiechnął się do mnie po ojcowsku.
- Och, panie Chroniqueur, jest pan niepotrzebnie taki drobiazgowy. Skoro już wspomniałem o dodatkowych pytaniach, to chyba naturalnym jest fakt, iż chętnie na nie odpowiem.
Zarumieniłem się lekko, słysząc jego słowa. No tak, to przecież było zupełnie jasne. W pewnym sensie przecież mój drogi rozmówca sam zaoferował możliwość zadania mu jeszcze kilku pytań, więc moje wątpliwości w tym kierunku były zgoła niepotrzebne.
- Ależ oczywiście, drogi panie hrabio. Proszę mi wybaczyć moją przesadną grzeczność, ale tak już czasami ze mną jest.
Hrabia popatrzył na mnie z łagodnym, niemalże ojcowskim uśmiechem na twarzy, po czym rzekł:
- Ach, rozumiem pana doskonale, panie Chroniqueur, gdyż sam kiedyś taki byłem w dalekiej przeszłości, kiedy to hrabia Monte Christo nikomu się jeszcze nie śnił, a już na pewno nie mnie. No, ale mniejsza z tym. O co więc chce mnie pan zapytać?
Zastanowiłem się, które z nurtujących mnie pytań chciałbym mu zadać jako pierwsze, aż w końcu zyskałem tę pewność i powiedziałem:
- A więc po pierwsze bardzo chciałbym pana zapytać o brucynę. Bo wie pan, nie wspomniał pan, panie hrabio, w swojej opowieści o tym, dlatego właśnie jej chciał pan użyć do zguby rodu de Villefort.
Miałem nadzieję, że moje pytanie go nie rozdrażni niepotrzebnie, gdyż w końcu wspomnienie zagłady rodziny prokuratora Gerarda de Villeforta bynajmniej nie należało do jego przyjemnych wspomnień. Na całe szczęście, hrabia nie okazał sprzeciwu wobec mojego pytania i odpowiedział:
- To proste. Ksiądz Faria w swojej celi na zamku If przekazał mi całą swoją, niemałą zresztą, wiedzę naukową. Ta oto wiedza dotyczyła również wiadomości z dziedziny chemii. Właśnie na zajęciach z tego oto przedmiotu poznałem zasady działania wielu środków, w tym również i brucyny. Faria opowiadał mi o niej niezwykle dużo, o wiele więcej niż o innych środkach trujących oraz leczących jednocześnie. Oczywiście wówczas to nie rozumiałem jeszcze, dlaczego.
- A dzisiaj pan to rozumie, panie hrabio? - zapytałem, zainteresowany jego odpowiedzią.
Hrabia zamyślił się i pokiwał głową na znak, że tak:
- Prawdę mówiąc już nigdy się nie dowiem, czy mam rację, czy też nie. Mogę jednak zakładać, iż Faria mówił mi o tym instynktownie, ponieważ sam nosił przy sobie, jak się później okazało, fiolkę z brucyną, żeby z jej pomocą leczyć swoją chorobę lub ostatecznie zabić się, kiedy przyjdzie najgorsze, czyli paraliż.
- Czyli pana zdaniem, panie hrabio, Faria planował własną śmierć?
- Otóż to.
- Dziwne zachowanie jak na duchownego, a w dodatku katolickiego. Mimo wszystko jednak natura ludzka potrafi nas bardzo zaskakiwać.
- W rzeczy samej, panie Chroniqueur. W rzeczy samej, ma pan rację.
- Czy według pana, ksiądz Faria planował też poprzez swoje samobójstwo umożliwić panu ucieczkę z twierdzy If?
- Chodzi panu zapewne o to, czy spodziewał się, iż zawinę się w jego całun pogrzebowy i ucieknę jako nieboszczyk, prawda?
Pokiwałem głową na znak, że właśnie to miałem na myśli.
Hrabia rozłożył bezradnie ręce.
- To jest kolejne pytanie, na które mogę panu odpowiedzieć tylko za pomocą domysłów. Nigdy już bowiem nie dowiemy się, co kierowało moim przyjacielem oraz jak dokładnie wyglądał jego plan. Możliwe, że chciał mi umożliwić ucieczkę, ale nie jestem tego pewien. Być może spodziewał się, iż jestem na tyle bystry, że zdołam odczytać pozostawione mi przez niego znaki.
- Jakie znaki?
- Chodziło mi o to, że widok jego martwego ciała, a także fakt, iż musi ono zostać pogrzebane, musiały dać mi do myślenia.
- Powiedziałbym raczej, drogi panie hrabio, że jedynie mogły one dać panu do myślenia, a nie koniecznie musiały.
- Tak, być może, faktem jednak jest, iż dały mi one wiele do myślenia oraz skorzystałem ze sposobności, jaką dał mi los.
- Los zwany księdzem Farią.
- Być może, ale tego, jak już powiedziałem, nigdy się nie dowiemy. Wiem jedynie z całą pewnością, że Faria nie chciał być pochowany żywcem, a to by mu groziło, gdyby został sparaliżowany. Trudno mi winić go za te obawy. Co w końcu każdy z nas czułby wiedząc, że jest żywy, a jednak nie mógłby w żaden sposób dać o tym znać ludziom, którzy znajdują się w jego pobliżu? A prócz tego jeszcze wiedziałby, że za chwilę zostanie pogrzebany żywcem?
- Cóż... Ja bym chyba oszalał ze strachu.
- Ja prawdopodobnie także. Dlatego trudno się dziwić księdzu Farii, iż wolał samobójstwo od wrzucenia żywcem do grobu, nawet jeśli tym grobem było morze.
- Czy myśli pan, panie hrabio, że Faria wiedział o tym, jak w zamku If się chowa zmarłych? - zapytałem po chwili milczenia.
- Znowu mogę udzielić panu tylko swoich domysłów, mój przyjacielu. Sądzę jednak, że mógł się tego domyślać. Wiadomość taka raczej nie była powszechną tajemnicą, ponieważ jednak więźniowie nie mieli na wyspie kontaktu z nikim innym, oczywiście poza odwiedzającymi ich raz dziennie strażnikami z posiłkiem, to niewykluczone, że nikt ze skazańców o tym nie wiedział. Sami strażnicy na pewno nie chwalili się o tym więźniom, prócz tego wolno im było z nimi zamienić zaledwie parę zdań i nic poza tym. W tych zaś paru zdaniach, co prawda mogli nam powiedzieć coś ważnego, jednak raczej tego nie robili. Oni bardziej woleli dokuczać swoim podopiecznym lub znęcać się nad nimi poprzez przekazywanie im, że nie mogą oni, w przeciwieństwie do nich (strażników), wyjść i pooddychać świeżym powietrzem.
- Co za podłość! - żachnąłem się, słysząc te słowa.
Hrabia popatrzył na mnie z delikatnym uśmiechem na twarzy.
- A czego innego można było oczekiwać, panie Chroniqueur? Przecież każdy więzień to wyrzutek społeczeństwa niemający żadnych praw, a tym bardziej do życia z godnością. Według bowiem naszego prawa ten, kto raz wejdzie na drogę przestępstwa, ten już zawsze na niej pozostanie, a zatem, nawet jeżeli opuszcza więzienie jako wolny człowiek, to i tak nigdy nie będzie mógł zacząć normalnie żyć jak dawniej. Łatka zbrodniarza na zawsze pozostanie do niego przyszyta bez względu na to, dokąd pójdzie oraz jaką pracę podejmie. Wszyscy zawsze będą go traktować jak gorszego, jak obcego, jak jakiegoś trędowatego. Będą go poniżać, odpychać, odtrącać od siebie, a także oszukiwać przy wynagrodzeniu, aż w końcu doprowadzą do tego, że w akcie desperacji lub wściekłości znowu wróci na drogę przestępstwa, zaś gazety znowu będą się rozpisywać o tym, jak to zwyrodniały recydywista powrócił właśnie na drogę przestępstwa, co było tylko kwestią czasu oraz zaczną głosić, jakie to nasze prawo jest zbyt pobłażliwe wobec takich podłych ludzi, takich urodzonych niegodziwców.
Słuchając te oto słowa hrabiego de Monte Christo, byłem po prostu w szoku. Nigdy bowiem nie przyjmowałem takiego punktu widzenia całej tej sprawy, jednak logicznie rzecz ujmując, trudno mi było zaprzeczyć, że było właśnie tak, jak to mój rozmówca przed chwilą mi ukazał. Oznaczało to, iż prawo nie interesuje się nigdy tym, co się stanie ze skazańcem po odbyciu przez niego kary. Dla prawa ten, kto raz wyciągnął palec w stronę przestępstwa, już na zawsze jest zgubiony i nigdy nie zejdzie ze ścieżki nieprawości. Przyznaję, iż znałem osobiście ludzi, którzy w sam raz pasowali do takiego schematu, jak choćby ten szczur Danglars lub nieżyjący już Benedetto, czy też ta od dawna martwa gnida nazwiskiem Caderousse. Faktem jednak jest, iż były to tylko krople w morzu, wyjątki nieczyniące reguły, zaś wielu ludzi, którzy chcieli zmienić swoje życie po wyjściu na wolność, nie miało takiej możliwości, gdyż nasze łaskawe prawo im tego zabraniało. Rozmowa z hrabią Monte Christo pozwoliła mi sobie to uświadomić. Posiadanie tej świadomości być może ochroni mnie przed pochopnym potępieniem kogoś, kto na to wcale nie zasługuje.
- To, co pan mówi, panie hrabio, jest po prostu przerażające - powiedziałem po chwili milczenia, gdyż już sobie uświadomiłem to, o czym pisałem przedtem.
- Przerażające, ale też i prawdziwe, panie Chroniqueur - odrzekł na to hrabia Monte Christo - Nasze prawo potępia okrutne i bezduszne zbrodnie, nie wiedząc, że samo wyrządza większą krzywdę światu, przypisując komuś już do końca życia piętno kryminalisty. Dlatego być może nawet dobrze się stało, iż uciekłem, a nie skorzystałem z prawa amnestii, która to objęła więźniów zamku If w roku 1830.
- Sądzi pan, że jako zbrodniarz polityczny, byłby pan też niegodny ludzkiego zaufania?
- Właśnie tak, drogi panie Chroniqueur. Właśnie tak. Dla wszystkich byłbym już zawsze spiskującym agentem Napoleona, człowiekiem podejrzanym i godnym potępienia. Poza tym też moi wrogowie na pewno zechcieliby mnie zlikwidować, gdybym oficjalnie i zgodnie z prawem wyszedł na wolność.
- Dlaczego?
- Bo obawialiby się, że chciałbym się na nich zemścić.
- I mieliby rację, gdyż zemścił się pan na nich i to w sposób straszliwy.
- A uważa pan, panie Chroniqueur, że nie miałem do tego prawa?
Popatrzyłem na niego uważnie, nie mając najmniejszych nawet wątpliwości, jakie mam mu udzielić odpowiedzi, po czym rzekłem:
- Miał pan pełne prawo dokonać zemsty na ludziach, którzy zniszczyli panu życie, hrabio de Monte Christo. Miał pan do tego pełne prawo i dobrze pan zrobił, korzystając z niego.
Hrabia skinął mi głową w podziękowaniu.
- Dziękuję panu, panie Chroniqueur. Cieszę się, że pan tak uważa.
- Uważam tak również dlatego, iż moim skromnym zdaniem, to dzięki temu sprawiedliwości stało się wreszcie zadość.
Hrabia delikatnie się roześmiał, słysząc moje słowa.
- Sprawiedliwość to jest pojęcie dość względne, proszę pana - powiedział po chwili, dokładnie rozważając swoje słowa - Dla pana i dla mnie sprawiedliwym było posłanie do piekła Caderousse’a, Mondego i Villeforta oraz uczynienie piekła na ziemi Danglarsowi. Dla innych zaś sprawiedliwością było urządzenie czegoś, co obecnie nazywają białym terrorem.
Wiedziałem, iż chodzi mu oczywiście o słynne zamieszki po ostatecznym upadku Napoleona. Słynne kilka dni, podczas których rojaliści wymordowali wielu ludzi podejrzanych o bycie bonapartystami, co też w dużej mierze pozwoliło im również na załatwienie prywatnych porachunków i to w świetle prawa, ponieważ władze nie reagowały na te podłe samosądy.
- To były zwykłe zbrodnie, panie hrabio - powiedziałem.
- Tak pan sądzi? A czy to, co ja zrobiłem, nie było zbrodnią?
- To była jedynie sprawiedliwość.
- Dla rojalistów mordowanie bez skrupułów bonapartystów i to jeszcze za cichą zgodą władz, też było sprawiedliwością. Dla Benedetta porwanie mojej żony i córki w celu zniszczenia mnie, również było sprawiedliwością.
- To były zbrodnie, panie hrabio. A pan nikogo nie zabił.
- Nie zabiłem? Może nie osobiście, ale jestem odpowiedzialny za czyjąś śmierć. To ja przecież doprowadziłem do tego, że Benedetto zabił Caderousse’a. Zamordował go na moich oczach, a ja to przewidziałem i w żadnym razie nic nie zrobiłem, aby temu zapobiec.
- Kacper Caderousse sam był sobie winien. Po co szantażował Benedetta, który nawiasem mówiąc, był niewiele lepszy od niego, jeśli w ogóle lepszy?
- Ale przecież mogłem uratować biednego Kacpra. Mogłem ocalić tego jakże żałosnego głupca od śmierci, o którą zresztą on sam się prosił. Nie zrobiłem tego. Patrzyłem z uśmiechem na twarzy, jak on ginie i jeszcze pastwiłem się nad nim psychicznie zanim skonał. Nie jestem godny pochwały.
- Kacper Caderousse dostał tylko to, na co zasłużył. Był zwykłym mordercą i złodziejem nierokującym w ogóle żadnych nadziei na poprawę.
- A Mondego? Hrabia Fernand de Morcerf? On pana zdaniem też dostał to, na co zasłużył?
- Naturalnie. A poza tym, czemu się pan, drogi panie hrabio, obwinia za jego śmierć? Nie pan przecież pociągnął za spust jego pistoletu.
- Ale czuję się chwilami tak, jakbym to zrobił. Tak jakbym go zabił.
- Mondego zdradził dla pieniędzy Francję na rzecz Anglików, a potem z tego samego powodu pomógł Francuzom splądrować Hiszpanię. Dla pieniędzy wydał na śmierć kochającego go niczym syna Ali Tebelina. Proszę zauważyć, że nie tylko wydał go wrogom, ale też osobiście zamordował tego człowieka, który ufał mu bezgranicznie, a całą jego rodzinę sprzedał w niewolę.
- To prawda, Fernand był zdrajcą, ale był również dobrym mężem i ojcem. Przecież szczerze kochał Mercedes i Alberta.
- Czy to usprawiedliwia jego zbrodnie? No, a poza tym nikt mu nie kazał się zabijać. Sam wybrał swój los. Pan nie pchał go przecież w ramiona śmierci.
- Tak, to bardzo możliwe, ale przez swoją zemstę zabrałem Mercedes męża, a Albertowi ojca.
- Mordercę, tchórza, zdrajcę i oszusta. Żadna strata.
- Tak pan uważa, drogi panie Chroniqueur? No cóż... Nie wiem, czy Mercedes lub Albert zgodziliby się z panem.
Przyznaję, że w tej oto rozmowie coraz trudniej było mi zbijać argumenty hrabiego Monte Christo. Zauważyłem mimowolnie, że cała nasza rozmowa zeszła na wojnę poglądów względem dobra i zła, jednak nie zamierzałem z tej potyczki wyjść jako pokonany oraz uznać swego rozmówcę, a być może i przyszłego teścia, za potwora i byłem gotowy go bronić nawet przed jego własnymi zarzutami.
- A co z Villefortem? - zapytał po chwili hrabia - Czy pana zdaniem jego też potraktowałem sprawiedliwie?
Nad tą odpowiedzią nie musiałem się również ani chwili zastanawiać.
- Oczywiście, że tak. Gerard de Villefort otrzymywał znaki ostrzegające go przed trucicielem w jego własnym domu, a jednak z obawy o skandal nie zrobił nic, żeby go schwytać. Gdyby Walentyna naprawdę zginęła, tylko on byłby temu winien.
- Ale to przecież ja dałem Heloizie brucynę, którą potem ona popełniła swoje nikczemne zbrodnie. To ja z ogromną przyjemnością chciałem patrzeć na śmierć potomków swych wrogów.
- A jednak nie patrzył pan na to spokojnie, panie hrabio. Ocalił pan Walentynę oraz być może i Maksymiliana.
- Ale zanim to zrobiłem, zginęli niewinni państwo de Saint-Meran oraz stary Barrois, którzy wcale na to, co ich spotkało, nie zasługiwali.
- Tak, lecz pragnę panu przypomnieć, drogi panie hrabio, że jednak Heloiza de Villefort od dawna planowała to, co zrobiła. Znała się ona na zielarstwie, czego dowodem jest fakt, iż po uodpornieniu Walentyny na brucynę zaczęła stosować coś, czego pan nie znał. Jakieś trucizny własnej roboty. Gdyby pana nie było, to i tak by zrobiła to, co zamierzała zrobić, tylko może trochę później.
- Być może, ale i tak czuję wyrzuty sumienia z tego powodu. Podobnie jak również z powodu Gerarda.
- Jego akurat mnie nie jest ani trochę żal.
Hrabia spojrzał na mnie zdumiony.
- Nie żal panu człowieka, który stracił rodzinę? - zapytał.
- Stracił ją tylko i wyłącznie na własne życzenie. Mógł wszcząć śledztwo i znaleźć truciciela. Mógł ocalić Walentynę i Edwarda, ale tego nie zrobił, prócz tego chciał zamordować Benedetta, własne dziecko.
- Być może naprawdę uważał, że dziecko urodziło się martwe.
- Być może... Szczerze mówiąc, mocno w to wątpię, a nawet jeśli, to i tak nie czułby z tego powodu żadnego żalu, nie uważa pan hrabia? W końcu problem z głowy, nieprawdaż? Nie ma dziecka, to nie ma dowodu, że on miał kiedykolwiek z kimkolwiek romans. A poza tym zeznania Villeforta w tej sprawie mówią chyba same za siebie. Ten człowiek był owładnięty żądzą uniknięcia za wszelką cenę skandalu. Do tego stopnia to go opanowało, że nie zawahał się poświęcić każdego, kto stanął mu na drodze, choćby tylko mimowolnie. Nawet rodzonego syna.
- Może i ma pan rację. Żal mi jednak małego Edwarda.
- Mnie także, chociaż był on tylko rozpuszczonym do granic wytrzymałości dzieckiem, to jednak zawsze dzieckiem, które nie zasłużyło na śmierć. Tak czy inaczej, nie może pan odpowiadać za czyny Heloizy, bo skąd mógł pan wiedzieć, że otruje ona swoje dziecko? Dziecko, dla którego popełniła tyle zbrodni?
- Nie mogłem tego przewidzieć, co nie umniejsza jednak mego udziału w całej sprawie. Do dzisiaj modlę się do Boga, żeby zechciał mi to kiedyś wybaczyć.
Postanowiłem za wszelką cenę zmienić temat rozmowy, która powoli zaczęła zmierzać na niebezpieczne wody, dlatego zaraz powiedziałem:
- Panie hrabio, czy kiedy poznał pan Heloizę de Villefort, to od razu chciał jej pan ofiarować brucynę do trucia osób stojących jej na drodze do majątku?
Hrabia popatrzył na mnie z uwagą w oczach, po czym odpowiedział:
- Nie. Ja zaplanowałem to dopiero po owym feralnym wypadku pod moim domem, kiedy to już ocuciłem małego Edwarda kroplą brucyny i opowiedziałem pani de Villefort o jej niezwykłym działaniu. Dostrzegłem wówczas bardzo wielkie zainteresowanie kobiety tym oto specyfikiem i słusznie uznałem, iż może chcieć posiadać taki specyfik. Z raportów, jakie dostarczyli mi Jacopo oraz jego ludzie, dobrze wiedziałem, że to kobieta chciwa oraz zachłanna, a także ślepo kochająca swojego synka. Wystarczyło więc potem odpowiednio tę wiedzę wykorzystać.
- Czy brucyna stała się panu jakoś bliska z powodu wykładów księdza Farii?
- Można tak to ująć. Mój przyjaciel dużo mi o niej opowiadał, dlatego też po odzyskaniu wolności, gdy tylko miałem ku temu sposobność, to przyrządziłem ją sobie i nosiłem w flakoniku zawieszonym na szyi oraz używałem w wyjątkowych sytuacjach. Zawsze jednak do ratowania innych, nie zaś do zabijania.
Dobrze zastanowiłem się nad kolejnym pytaniem, nim je zadałem:
- Mówi pan, że Jacopo dostarczał panu informacje. Skąd je brał?
Hrabia ponownie rozłożył bezradnie ręce.
- Tego to ja już nie wiem i nie zamierzam go o to pytać. Nigdy zresztą mnie to nie interesowało. Zawsze zadowalałem się informacjami, jakie mi dostarczał bez względu na to, skąd je miał i jak je zdobywał. Uznałem, że to jego sprawa i lepiej się w to nie mieszać.
Pokiwałem głową na znak zrozumienia, po czym powiedziałem:
- Jeszcze tylko jedno pytanie. Chciałbym się teraz dowiedzieć, jak pan sądzi, dlaczego też pani hrabina wstawiła się za Benedettem i nie dopuściła do tego, żeby zginął na gilotynie parę lat temu? W końcu bez najmniejszych skrupułów wydała na publiczny ostracyzm człowieka, który zabił jej ojca, a ją samą sprzedał w niewolę. Czemu więc miała nagle jakieś skrupuły wobec Benedetta? Przecież ten człowiek porwał ją i jej córkę, nie mówiąc już o tym, że o mało co nie doprowadził całej waszej rodziny do zguby. Skąd zatem wzięło się to miłosierdzie w sercu pani hrabiny?
Hrabia zastanowił się przez chwilę, po czym powiedział:
- Moja żona nigdy mi tego nie powiedziała, ale domyślam się, czemu tak postąpiła.
- A więc jak pan uważa, panie hrabio? Co kierowało pana żoną?
- Sądzę, że wtedy, gdy podejmowała decyzję w sprawie Fernanda Mondego, kierowała się chęcią odwetu za swoje własne krzywdy. Wtedy była jednak młodą dziewczyną, dopiero co zaczynającą dorosłe życie. Potem zaś została żoną i matką. To mogło znacznie zmiękczyć jej twarde dla wrogów serce i to do tego stopnia, że postanowiła uratować tego niegodziwca i wręcz wymusiła na mnie to, abym go ocalił.
- Wymusiła? - zdziwiłem się, słysząc to słowo.
- No, może to niezupełnie dobre określenie, ale faktem jest, że Hayde po prostu wybłagała u mnie ocalenie tego człowieka. Zdziwiło mnie to, lecz kiedy zapytałem ją, dlaczego niby chce go ratować, nie odpowiedziała mi. Potem dopiero wyjaśniła, iż żal jej Benedetta jako sieroty bez matki i ojca, osoby bez nikogo bliskiego na świecie. Wspomniała też coś o tym, że przeraża ją mściwość i to, do czego ona może doprowadzić, co biorąc pod uwagę naszą ostatnią przygodę z Benedettem raczej mnie nie dziwi. Przeraziła ją bardzo mściwość tego młodzieńca i sama nie chciała być mściwa. Poza tym i ja, po przemyśleniu sobie wielu spraw poczułem, iż nie jestem w stanie widzieć tego oto młodego łajdaka na gilotynie i dałem mu szansę odkupienia win.
- A jednak ich nie odkupił. Dalej został przestępcą i w końcu ścięto go na gilotynie. Byłem przy tym, kiedy go zabijali. Widziałem jego egzekucję. Uratował go pan, a on nie wykorzystał tej szansy i dalej robił swoje, aż w końcu dosięgła go każąca ręka sprawiedliwości. Pan nie ocalił mu życia, panie hrabio, a jedynie odłożył jego egzekucję na kilka lat.
- To prawda. Było tak, jak pan mówi, jednak w ostatnich latach swego życia już nigdy nie skrzywdził naszej rodziny. Dał nam na to słowo honoru i dotrzymał go. Chociaż w tej sprawie okazał się być uczciwy.
- Mimo wszystko pan i pani hrabina przywitaliście z ulgą jego śmierć.
- Tak, to prawda. Nigdy nie pozbyliśmy się obaw wobec Benedetta. Baliśmy się, że szlachetność wobec nas kiedyś może mu minąć, a zamiast tego wrócą mu mordercze skłonności i zechce jeszcze dokończyć swego dzieła. Co prawda tak się nie stało, jednak myślę, że to dobrze, iż ten człowiek nie żyje, a ja z jego śmiercią nie mam nic wspólnego. W końcu był jedną z niewielu istot, wobec których prawo słusznie postępuje surowo, ponieważ oni naprawdę nie rokują już żadnych szans na poprawę. A ja dziękuję Bogu, że nie jestem odpowiedzialny za jeszcze jedno zejście kogoś z tego świata.
- Czyli uważa pan, panie hrabio, że to dziwne zachowanie pana żony wobec Benedetta można wytłumaczyć jedynie faktem, iż została matką?
- Tak uważam. Bycie rodzicem zmienia ludzi, na lepsze lub na gorsze.
- Hrabiego Fernanda de Morcerfa to nie zmieniło. Barona Danglarsa też nie. Prokuratora de Villeforta również.
- To prawda, choć Fernand był dobrym ojcem i mężem, czego się nie da już powiedzieć o Danglarsie. Zaś jeśli chodzi o Villeforta, to myślę, iż kochał on żonę i dzieci, jednak jakoś nie umiał im tego okazać. Zrozumiał, ile dla niego znaczyła Walentyna dopiero wtedy, kiedy ją stracił. Myślę, że gdyby nie Jacopo, Bertuccio oraz Peppino, ja bym mógł powiedzieć o sobie to samo.
- Na szczęście ma pan, panie hrabio, nie tylko kochającą pana rodzinę, ale i wiernych, oddanych sobie przyjaciół - powiedziałem z uśmiechem na twarzy.
Hrabia radośnie pokiwał głową na znak, iż się ze mną zgadza.
- Tak, to prawda, panie Chroniqueur. To prawda. I nie zamieniłbym tych kilku bliskich mi osób na żadne skarby świata. Niech pan też nigdy tego nie robi. Niech pan nie daje się omamić temu podłemu kultowi.
- Jakiemu kultowi? - zdziwiłem się, słysząc jego słowa.
- Widzi pan, jest jedna na tym świecie religia, którą wyznają wszystkie narody świata bez względu na pochodzenie lub kulturę. Tą religią jest kult złotego cielca. Panuje on w każdym kraju i po wieki już panować będzie. Nastąpią na tym świecie jeszcze niejedne rewolucje, wybuchną liczne wojny i konflikty, zmienią się ustroje polityczne, ale ten kult na zawsze panować będzie w każdym świecie i już nic tego nie zmieni, a wyplenić go nie ma sposobu. Jedynym wyjściem jest zwalczyć go w swoim sercu osobiście, poprzez miłość i dobroć. Mój skarb z wyspy Monte Christo rzeczywiście pomógł mi zniszczyć mych wrogów, lecz spokój osiągnąłem dzięki innemu skarbowi, którym jest rodzina i miłość, jaką ona daje. Możliwe więc, że to jest właśnie odpowiedź na pańskie ostatnie pytanie, panie Chroniqueur.
Uśmiechnąłem się delikatnie, słysząc ten oto jakże piękny wykład, z którym trudno mi było się nie zgodzić.
- Tak, to prawda, drogi panie hrabio - powiedziałem - Wszak dziwnym, mimo wszystko, wydaje mi się to, iż pani hrabina, choć kiedyś zniszczyła bez skrupułów jednego swojego wroga, potem wstawiła się u pana za drugim.
- Jak pan sam powiedział, natura ludzka potrafi nas bardzo zaskakiwać. Poza tym... Podejrzewam, że gdyby ona tego nie zrobiła, to sam bym ocalił Benedetta.
- Ocaliłby go pan pomimo tego, iż porwał on pana żonę i córkę, a także chciał pana zabić?
- Tak. Po tej przygodzie, która spotkała Villeforta, miałem zbyt duże wyrzuty sumienia, żeby tego nie zrobić. Czułem się winny tragedii małego Edwarda oraz śmierci państwa de Saint-Meran, jak i współwinny szaleństwa de Villeforta, wobec którego miałem już mieszane uczucia. Sądzę więc, że tak czy inaczej ocaliłbym Benedetta bez względu na to, co zrobił.
Uznałem, że dowiedziałem się wtedy już wszystkiego, czego tylko mógłbym się dowiedzieć, dlatego wstałem i uścisnąłem dłoń hrabiemu.
- Dziękuję panu, panie hrabio. To wszystko, co chciałem wiedzieć. Już chyba nic więcej nie da się dopowiedzieć w tej sprawie.
- Prawdopodobnie nie, drogi panie Chroniqueur - odpowiedział mi z wielkim uśmiechem na twarzy hrabia Monte Christo - Osobiście żywię tylko nadzieję, że dzięki zdobytym informacjom napisze pan wspaniały artykuł w swojej gazecie, czego serdecznie panu życzę.
- Dziękuję, panie hrabio. Artykuł napiszę, może być pan tego pewien.
- Ja zaś z przyjemnością go przeczytam. No, a teraz proszę już iść. Ktoś czeka na pana.
Uśmiechnięty, a także z wielką radością w sercu, ściskając w ręku mój jakże bezcenny dziennik, wyszedłem z gabinetu hrabiego de Monte Christo, a następnie poszedłem poszukać mego największego skarbu na świecie.