sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 56

Rozdział LVI

Opowieść hrabiego Monte Christo cz. I - Młodość i uwięzienie


Urodziłem się w roku 1796, w czasach, kiedy to w naszej ukochanej Francji szalały jeszcze echa rewolucji francuskiej. Moim ojcem był Ludwik Dantes i jako jeden z niewielu ludzi na świecie, nie mieszał się on nigdy do polityki. Zajmował się swoją osobą, dzięki czemu przeżył spokojnie upadek i śmierć Ludwika XVI, a potem terror jakobinów oraz rządy pierwszego cesarza, Napoleona I Bonaparte. W czasach, kiedy się urodziłem, ten pan nie wykazywał jeszcze najmniejszej chęci do tego, aby zasiąść na tronie Francji jako cesarz. Był on wówczas jedynie słynnym generałem z zasługami na polach walki, a prócz tego udzielał się w polityce. O cesarstwie jeszcze nikt w ogóle nie myślał, a już na pewno nie ja, któremu bardziej w głowie były wówczas zabawy na podwórku z rówieśnikami aniżeli zajmowanie się polityką. Dorastałem więc w błogiej niewiedzy politycznej i nie przejmowałem się tym, kto zasiada, a kto nie zasiada na tronie. Było mi to wszystko zupełnie obojętne, podobnie jak też i to, czy władzę we Francji sprawowali Burbonowie, jakobini, rojaliści czy bonapartyści. W końcu i tak ja, prosty marynarz z Marsylii, nie odnosiłem żadnych korzyści z tego, które z tych stronnictw rządzić miało naszą ukochaną Francją. Przecież one i tak wszystkich biedaków, czyli ludzi takich jak ja, traktowały tak samo, dlatego też wszelkie sprawy polityczne były mi obojętne.
W naszym rodzinnym domu nigdy się nie przelewało, dlatego też w wieku osiemnastu lat zacząłem pracować na statku handlowym „Faraon”, który należał do firmy „Morrel i syn”. Firmą rządził jeden ze zwolenników Napoleona, Piotr Morrel. Kiedy cesarz upadł, mój pracodawca nie miał już tylu klientów co kiedyś, ale nie zmieniało to faktów, że wciąż wielu ludzi niezwykle go szanowało, dlatego też mógł powiedzieć, iż całkiem dobrze mu się powodzi. Mnie również dobrze się powodziło, ponieważ byłem lojalnym pracownikiem pana Piotra Morrela i choć nie wypada mi się chwalić, to muszę tu powiedzieć, że uczciwie wykonywałem wszystkie powierzone mi zadania. Po jakimś czasie awansowałem na II oficera statku „Faraon”. Dowodzący nim kapitan Leclerc był ze mnie zadowolony, pan Morrel również. Załoga mnie lubiła poza jednym wyjątkiem. Był nim o kilka lat starszy ode mnie Danglars, sprawujący na naszym statku funkcję buchaltera. Zazdrościł mi on mojego stanowiska oraz zaufania, jakim darzył mnie kapitan, ale nie podejmował żadnych poważniejszych kroków przeciwko mnie. Na razie.
Podróżowaliśmy po wielu miejscach na świecie i zwiedziliśmy wiele portów. Poznałem w ten sposób wiele kultur i wiele sposobów myślenia, a także zaznałem rozkoszy cielesnych z kobietami. Mam nadzieję, że nie gorszy to pana. W końcu każdy z moich kompanów to robił, a ja jakoś nie chciałem być gorszy. Taki rodzaj miłości nie był jednak tym, czego wówczas poszukiwałem. Chciałem mieć jedną jedyną kobietę na całe życie i w tym wypadku los się do mnie uśmiechnął.

 
Moją pierwszą prawdziwą miłość poznałem w pięknej dzielnicy katalońskiej na terenie Marsylii. Była ona Katalonką, czyli Hiszpanką i nazywała się Mercedes Herrera. Ona i jej kuzyn, Fernand Mondego, byli rybakami. Fernanda długo nie miałem okazji poznać, gdyż prowadził on swoje własne życie i często nie było go w domu. Zresztą jakoś nigdy specjalnie mi na tym nie zależało. Powiedziałbym nawet, że jego nieobecność nam zakochanym była wówczas na rękę. Kochaliśmy się i bardzo chcieliśmy być ze sobą. Przysięgaliśmy wręcz, że jeśli jedno umrze, to drugie natychmiast popełni samobójstwo i podąży za pierwszym. Dość śmieszne, nieprawdaż? Z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, jak strasznie żałosne były te wszystkie deklaracje, podobnie jak i fakt, że nigdy nie skonsumowaliśmy naszej miłości. Chcieliśmy zaczekać z tym do ślubu. Teraz widzę, jak żałośnie śmieszne były nasze postanowienia z tamtego okresu naszego życia. Gdybym miał wtedy mój obecny rozum, to na pewno bym uniknął całego swego nieszczęścia. Tak przynajmniej mi się wydaje, ale cóż... Łatwo jest człowiekowi z bagażem doświadczeń mówić o tym, co by było, gdyby znów był młody i mógł przeżyć całe swoje życie w inny sposób.
Nie brakowało mi na tamte czasy rozumu, jednak obecnie wiem, jak strasznie śmieszny i naiwny wtedy byłem. Nie umiałem porządnie rozprawić się z ludźmi, którzy wyraźnie mi zagrażali. Wierzyłem, że ludzie są dobrzy, tylko nieszczęśliwi, a co za tym idzie, nad wyraz łatwo umiałem wtedy wybaczyć największe nawet przewiny wobec siebie. Zbyt łatwo, niestety. Dlatego też w ogóle nie zauważyłem, jak poważnym zagrożeniem są dla mnie Danglars i Fernand Mondego.
Seria mych cierpień rozpoczęła się w roku 1815. Wypłynęliśmy wtedy w rejs „Faraonem”. W drodze powrotnej kapitan Leclerc poczuł się nagle bardzo źle, a w końcu zasłabł do tego stopnia, że nie był w stanie się ruszyć z łóżka. Leżał w nim długo, cierpiąc przy tym nieopisane męczarnie, aż do chwili, kiedy zmarł. Przed śmiercią jednak wezwał mnie do siebie i powiedział, że ma pewien bardzo ważny list, który muszę dostarczyć pod wskazany adres. Wręczył mi go, po czym nakazał popłynąć z nim na Elbę. Na tę samą Elbę, na którą to został zesłany upadły cesarz Napoleon Bonaparte. On i jego najbliższe otoczenie przebywali tam w całkowitym odosobnieniu, z zakazem powrotu do Francji. Ostatnią wolą mojego kapitana było więc, żebym popłynął na tę wyspę i przekazał list do generała Bertranda, czyli marszałka dworu Napoleona. Kapitan zażyczył sobie również, że jeśli otrzymam w zamian inny list, to mam go zawieść pod wskazany adres. Niezbyt mi się to wszystko podobało, ale cóż... Wola umierającego zawsze była dla mnie święta, więc wziąłem list. Chociaż cała sprawa pachniała mi polityką, to jednak zgodziłem się wziąć w niej udział.

 
Kapitan Leclerc niedługo potem zmarł, wcześniej ogłaszając wszem i wobec całej swojej załodze, że ja mam go zastąpić na stanowisku dowódcy „Faraona”. Załoga przyjęła to bez protestu... poza jednym człowiekiem, Danglarsem. On jeden bowiem uważał, że byłby lepszym kapitanem ode mnie i głośno zbojkotował wolę naszego dawnego dowódcy, jednak ja nie przejmowałem się tym wcale. Objąłem stanowisko zgodnie z prawem i z wolą dowódcy, po czym skierowałem okręt na Elbę. Dopłynęliśmy tam bez żadnych przeszkód. Następnie zaś zszedłem na ląd i skontaktowałem się z adresatem listu. Pan generał Bertrand wziął ode mnie list wręczając mi w zamian inny. Miałem go zanieść człowiekowi, którego to adres widniał na kopercie tego listu. Człowiek ów nazywał się Noirtier. Wziąłem list i wróciłem na statek.
Och, gdybym go wtedy cisnął do morza! Gdybym to zrobił! Byłbym pewnie teraz mężem Mercedes i mieszkalibyśmy oboje w dzielnicy katalońskiej, raczej średnio zamożni, wychowując grupkę słodkich dzieci. Czy bylibyśmy szczęśliwi? Pewnie i tak, choć teraz, w swojej obecnej sytuacji, doszedłem do wniosku, że taki los nie uszczęśliwiłby mnie wcale. W każdym razie nie po tych przygodach, które przeżyłem jako hrabia Monte Christo. Zbyt poważne to były doświadczenia. Tak, zbyt smutne oraz zbytnio refleksyjne, abym miał po ich przeżyciu zadowolić się życiem z kobietą, która to nie była warta mojej miłości. Zdecydowanie nie była jej warta. Umiała ona dużo mówić o swojej miłości, lecz gdy przeszło do czynów, zawiodła całkowicie.
Na swoje własne nieszczęście, wziąłem ten przeklęty list i daliśmy kurs na Marsylię. Po drodze jednak Danglars zaczął podważać moje stanowisko i zrobił to on na tyle mocno, że zatrzymaliśmy się na pierwszym lepszym lądzie, aby zgodnie z morskim kodeksem na lądzie, uzbrojeni w kordelasy mogli rozstrzygnąć nasz spór. Wygrałem, ale niestety Danglars nigdy nie uznał mego zwycięstwa nad sobą. Znienawidził mnie przez nie jeszcze bardziej. Ironia losu... Wyspą, na której obaj stoczyliśmy ów pojedynek, była wyspa Monte Christo. Nie miałem oczywiście wtedy pojęcia, że odegra ona jeszcze tak ważną rolę w całym moim życiu.
Dopłynęliśmy do Marsylii, gdzie nasz pracodawca oczekiwał swojego statku. Z powodu zatrzymania się na Elbie i Monte Christo mieliśmy nieco opóźnienia, ale było ono niewielkie. Wskutek tego pan Piotr Morrel nie ukarał nas za to, a zresztą nie był do tego zdolny. To był prawdziwie szlachetny oraz wrażliwy człowiek. Zdałem mu dokładny raport ze swoich poczynań, jak również przyznałem się do otrzymania listu do niejakiego pana Noirtiera. Pan Morrel uznał na szczęście, że słusznie postąpiłem, przyjmując pismo oraz dowództwo nad „Faraonem”. Uznał też, że powinienem zostać kapitanem oficjalnie. Obiecał porozmawiać ze swoim wspólnikiem i zaproponować mu to. Liczył na to, że ten nie będzie robił obiekcji. Ucieszyłem się bardzo. Poprosiłem o pozwolenie na wyjazd do Paryża, abym mógł dostarczyć ów feralny list pod wskazany adres. Najpierw jednak pobiegłem do mojego ojca. Uściskałem się z nim radośnie, a potem podarowałem mu kilka drobnych przedmiotów, które przemyciłem dla niego. Przy okazji dowiedziałem się, że Kacper Caderousse, nasz sąsiad, zażądał od mojego ojca spłaty długu, jaki u niego rzekomo zaciągnąłem. Prawdę mówiąc, nie pamiętałem, abym kiedykolwiek od tego człowieka pożyczał pieniądze. Niewątpliwie ta podła gnida sobie ten dług wymyśliła lub być może kiedyś tam otrzymałem od niego małą sumkę, lecz on przemienił ją w ogromny dług niezbędny do spłacenia. Faktem jednak jest, że ojciec mój, chociaż zostawiłem mu przecież przed wypłynięciem w podróż aż dwieście franków, to jednak głodował przez kilka miesięcy, jako że musiał oddać te pieniądze Kacprowi Caderousse’owi na spłatę mojego długu, jeżeli on w ogóle kiedykolwiek istniał. Zasmuciło mnie to, ale dałem ojcu nieco pieniędzy w złocie i powiedziałem o swoim awansie. Następnie pobiegłem do dzielnicy katalońskiej. Tam zaś spotkałem się z Mercedes i jej kuzynem, Fernandem Mondego. Po raz pierwszy miałem okazję go poznać. Wcześniej nigdy go nie widziałem. Nie muszę chyba panu mówić, że wywarł on na mnie niezbyt miłe wrażenie. Wyglądał na człowieka zawziętego i okrutnego, a nade wszystko mściwego, choć oczywiście nie wiedziałem wtedy, dlaczego miałby się na mnie mścić. Naiwnie sądziłem, że Fernand po prostu troszczy się o swoją kuzynkę i nie chce jej oddać byle komu. Jakiż ja byłem wtedy głupi. Oczywistym przecież było to, że ten nędznik był w niej zakochany, ale bez wzajemności. Mercedes go nie chciała, gdyż pokochała mnie, co z kolei wywołało u niego naprawdę wielką nienawiść przeciwko mnie. Niewątpliwie ten oto podły i narwany Hiszpan rozstrzygnąłby ze mną swój spór po męsku, gdyby nie pewien człowiek, a był nim Danglars.



Tak, właśnie tak. Znowu on, ten nędznik Danglars. Pamiętam jakby to było wczoraj. Poszliśmy na spacer z Mercedes i widzieliśmy, jak Danglars siedzi z Caderoussem przy stoliku w oberży „Pod Flaszą i Dzwonem”. Obaj pili, Kacper o wiele więcej niż powinien. Do tej jakże podłej dwójki dosiadł się nagle Fernand Mondego. Caderousse zawołał wesoło do nas, abyśmy podeszli. Zrobiliśmy to i przez chwilę rozmawialiśmy o naszym przyszłym ślubie, po czym ja i Mercedes odeszliśmy, zaś Danglars zaczął spiskować przeciwko mnie. Dowiedziałem się tego później od Kacpra Caderousse’a, że ten oto nędzny buchalter od siedmiu boleści nabuntował przeciwko mnie Fernanda. On oczywiście wolał mnie nie zabijać, bo wiedział doskonale, że jeśli to zrobi, to Mercedes popełni samobójstwo, czego przecież nie chciał. Danglars z kolei zaproponował, żeby mnie nie zabijać, ale zadenuncjować. Nędznik ów bowiem widział doskonale, iż kapitan Leclerc przed śmiercią wręczył mi list i kazał go zawieść na Elbę oraz dał polecenie, abym wziął w zamian inny list i zaniósł go pod wskazany adres. Oczywiście ten łajdak powiedział o tym wszystkim Fernandowi, po czym zaproponował mu, aby mnie oskarżyć o bonapartyzm. Osobiście wziął też pióro i papier, napisał donos i dał go Fernandowi. Caderousse, chociaż mocno pijany, obserwował to wszystko uważnie uznając, że jest to czyn niegodny i on nie chce pozwolić na jego realizację. Danglars więc dla świętego spokoju pogniótł papier, po czym wyrzucił go w kąt gospody, a następnie opuścił oberżę, zabierając ze sobą swego kompana, wcześniej upewniwszy się, że Fernand podniesie donos z ziemi. Fernand zaś podniósł go i wysłał na najbliższy komisariat. O tym wszystkim dowiedziałem się po latach od Caderousse’a, ale o tym opowiem innym razem.
Ja sam wtedy nie miałem pojęcia o tym wszystkim. Gdybym od razu pojechał do Paryża i dostarczył list na miejsce, to mógłbym potem śmiało zaprotestować, że kiedykolwiek dostałem do ręki jakiekolwiek pismo. Ale nie zrobiłem tego. Zamiast tego, ja i moja ukochana postanowiliśmy zrobić przyjęcie zaręczynowe. Niestety, właśnie na tym przyjęciu spotkała mnie największa tragedia w życiu. Pojawili się żandarmi i aresztowali mnie pod zarzutem bycia bonapartystą. Nie było chyba w tamtych czasach gorszej zbrodni aniżeli ta i to właśnie ja zostałem o nią oskarżony. Nie wiedziałem wówczas, za co i dlaczego spotyka mnie taka kara. Sądziłem więc, że to pomyłka i szybko się ona wyjaśni. Poszedłem z żandarmami i udałem się z nimi do Pałacu Sprawiedliwości. Tam miał mnie przesłuchać prokurator królewski, ale ponieważ go nie było, zrobił to jego zastępca, pan Gerard de Villefort. Był on niewiele starszy ode mnie, więc poczuł zapewne swego rodzaju sympatię do mojej osoby. Powiedział, że chętnie mnie wypuści, bo uważa, że nie zawiniłem niczym w tej sprawie. Nakazał mi jedynie, abym mu oddał ów list i powiedział mu, do kogo on był. Naiwnie wierząc jego słowom, uczyniłem to. Na kopercie niestety był adres. Villefort ledwo go ujrzał, a zbladł i zrobił coś bardzo dziwnego. Spalił list, nawet go nie otwierając, po czym powiedział, abym udał się z żandarmami na noc do więzienia. Ponoć takie były wtedy procedury. Rano miano mnie wypuścić. Ja, jak kto głupi, uwierzyłem w to wszystko i poszedłem wraz ze swoimi strażnikami posłusznie, nie stawiając oporu. Nie stawiałem go nawet wtedy, kiedy wsadzono mnie do łodzi i odpłynęli prosto na wyspę If. Znajdujący się na niej zamek If był twierdzą więzienną przestępców politycznych. Ja natomiast miałem w nim spędzić resztę swego życia.
Gdy tylko sobie to uświadomiłem i kiedy jeden z żandarmów mnie o tym zapewnił, przerażony chciałem wyskoczyć za burtę z szalupy, którą mnie wieźli, jednak nie udało mi się, ponieważ żandarmi mnie pochwycili i nawet nie podając powodu mojego aresztowania, wrzucono mnie do jednej z cel.
Na tym oto momencie, pragnę zakończyć pierwszą część opowieści o moim życiu. O moim pobycie w więzieniu dowie się pan jutro.

2 komentarze:

  1. Gdyby ten list nie był zaadresowany do ojca Gerarda, to ten z pewnością nie kazałby aresztować Dantesa. Z tych nikczemników natomiast Kacper okazał się najbardziej ludzki, bo choć był pazerny na pieniądze, to jednak uznał czyn Fernanda i Danglarsa za niecny i podły, kiedy to chcieli fałszywie oskarżyć Dantesa o bonapartyzm, ale niestety udało im się to i na swoje nieszczęście Dantes został zaprowadzony akurat do syna adresata listu, który miał dostarczyć. Wszystko złożyło się przeciwko niemu. Z pewnością gdyby trafił na innego prokuratora, nie zostałby uwięziony bez procesu, ale trzeba powiedzieć, że wtedy był on naprawdę naiwny, skoro uwierzył, że zostanie uwięziony tylko na jedną noc. Z całą pewnością pierwsza miłość odebrała mu rozum i myślał jedynie o Mercedes, dopóki nie został uwięziony.

    OdpowiedzUsuń
  2. Biedny Edmund padł ofiarą intrygi i najlepsze lata swego życia spędził w wiezieniu. Najgorsze jest to, że takie rzeczy dzieją się często i współcześnie, że niewinni ludzie trafiają wskutek pomówień do aresztu.
    Jeśli jednak chodzi o Mercedes, to czy jest czego żałować? Skoro nie walczyła o swojego ukochanego i tak łatwo uwierzyła w pomówienia?
    Jej miłość chyba nie była prawdziwym uczuciem, tylko magiczną mieszanką młodości i fascynacji nowym odczuwaniem.
    Ładny rozdział, choć jest w nim odrobina nostalgii i goryczy.
    Śliczne zdjęcia, niektóre widzę po raz pierwszy. Wykonałeś kawał porządnej pracy. Brawo

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...