Urodziłem się w nocy z 27 na 28 września 1817 roku, w miejscowości Auteuil pod Paryżem. Moim ojcem był nieżyjący już prokurator królewski Gerard de Villefort, matką zaś Herminia de Nargonne. Zostałem spłodzony w chwili, gdy mój tatuś był już wdowcem, a mama wciąż mężatką, choć można było ją śmiało nazwać słomianą wdówką. Korzystała bowiem z okazji, kiedy jej mąż przebywał daleko od domu i spotykała się z moim tatusiem, chyba wiadomo, w jakim celu. Ich romans pozostawał w ukryciu, gdyż dom w Auteuil, gdzie odbywały się ich schadzki, należał do rodziców nieżyjącej już żony mojego ojca, a który to dom oddali mu oni pod opiekę. Służby tam było mało lub nawet wcale. Kochankowie więc mieli pełną swobodę. Nie myśleli jednak o konsekwencjach tego romansu, co oczywiście musiało się skończyć tak, jak się skończyło.
Oczywiście wieść o ciąży mojej matki nie była dla mojego ojca przyjemna. Powiem panu nawet więcej: ledwo ojciec usłyszał, że jego kochanka spodziewa się dziecka, a zaraz wpadł w istny szał. Wiedział doskonale, iż takie dziecko może poważnie zaszkodzić jego urzędniczej karierze, a tę wszak cenił on sobie chyba najbardziej na świecie, na równi ze swoim dobrym imieniem. Co za tym idzie, jeśli miał na sumieniu jakąś plamę, to musiał ją czym prędzej zmazać. Nawet krwią, jeżeli będzie trzeba. W końcu, cóż to niby znaczy zabić człowieka dla kogoś, kto przyczynia się miesięcznie do wielu wyroków śmierci? Zaplanował więc pozbycie się dowodów swego romansu, gdy tylko to będzie możliwe.
Ojciec mój oczywiście nie mógł zdradzić się ze swoimi planami wobec mnie, dlatego też skutecznie udawał przed moją matką troskliwość i czułość, jaką należy okazywać kobiecie w odmiennym stanie. Troszczył się o nią najlepiej, jak tylko mógł. Opiekował się i dbał o nią, cały czas jednak oczekując tej chwili, w której to ja przyjdę na świat, miał już bowiem w głowie gotowy plan działania. Kiedy się więc urodziłem, tatuś mój wziął mnie szybko na ręce i stwierdził, że muszę być martwy, ponieważ nie oddycham. Poszło mu to tym łatwiej, że nie było wtedy w domu żadnej służby. Rodzice moi bowiem nie mogli sobie pozwolić na to, aby ktokolwiek znał ich sekret. Poród odbył się zatem w ścisłej tajemnicy, bez pomocy kogokolwiek, a już zwłaszcza akuszerki. Chociaż... Podobno towarzyszyła mojej matce stara i wierna służąca, ale co do tego nie mam pewności.
Tak czy inaczej mojemu ojcu przyszło bardzo łatwo wmówić mojej matce, że urodziłem się martwy, a więc co za tym idzie, najlepiej mnie szybko zakopać i zatuszować całą tę sprawę. Matka uwierzyła mu, choć było to dla niej niezwykle bolesne. Przystała na jego pomysł zakopania mnie w ogródku domu, w którym przyszedłem na świat. Owinęła mnie jedynie w pieluszki z monogramem H.N. i oddała mojemu ojcu. On zaś wsadził mnie do skrzynki, którą następnie zakopał w ogrodzie. Mylił się jednak sądząc, że ma mnie z głowy. Traf bowiem chciał, że mój szanowny tatuś naraził się pewnego dnia Korsykaninowi o nazwisku Giovanni Bertuccio. Ojciec mój nie zgodził się bowiem szukać zabójców jego brata, ofiary białego terroru, wyśmiewając całkowicie jego problem. Bertuccio przysiągł mu vendettę i teraz przyszedł ją wykonać. Rzucił się na mego ojca z nożem i dźgnął go nim kilka razy, po czym wykopał skrzynkę ze mną i zabrał ją ze sobą. Myślał, że są tam jakieś wielkie skarby, ale zamiast tego znalazł mnie wciąż żyjącego. Pewnie był zawiedziony, ale mimo to szybko mnie reanimował i zacząłem oddychać. Nie wiedząc, co ma ze mną zrobić, odstawił mnie do sierocińca, zabierając ze sobą jedynie połowę mojej pieluszki. Kilka dni później wdowa po jego bracie, której opowiedział całą tę historię, przyszła do sierocińca z połową owej pieluszki i poprosiła o oddanie mnie, podając się za moją matkę. Uwierzyli jej i oddali mnie.
Dobra ta kobiecina zabrała mnie do siebie i zaopiekowała się mną jak swoim rodzonym dzieckiem. Dbała o mnie, wychowywała zawsze w miłości i dobrobycie. Niestety, rozpieściła mnie zbyt mocno. W dodatku charakter mego tatusia odezwał się we mnie z całą mocą, przez co nie okazałem najmniejszej wdzięczności mojej przybranej matce ani tym bardziej Bertucciowi, który stał się moim przybranym ojcem. Byłem podły, arogancki oraz bezczelnie pewny siebie. Zawsze dostawałem to, czego chciałem, a czego nie dostałem, to ukradłem. Pamiętam, jak swego czasu ukradłem pieniądze mojej przybranej matce, żeby kupić sobie jakąś małpkę. A kiedy Bertuccio zmył mi za to głowę, zwróciłem mu niezbyt grzecznie uwagę, że powinien pilnować własnego nosa, zważywszy na fakt, iż nie jest moim ojcem i nie ma prawa mi rozkazywać. Zapyta pan, skąd wiedziałem, iż nie jest on moim ojcem? Nie wiem. Właściwie to chyba zawsze wiedziałem. To było jakieś takie dziwaczne przeczucie, które niekiedy mówi nam, co i jak. Zna pan to uczucie, prawda? Chyba każdy je zna.
Bertuccio przez cały ten czas zajmował się przemytem. Chciał mnie wciągnąć do swojej branży. Ostatecznie wtedy bym pracował. Nielegalnie, bo nielegalnie, ale przynajmniej pracował. Ja jednak wolałem pasożytować na nim i jego kochanej bratowej. Dlatego też on pojechał na robotę, a ja tymczasem siedziałem sobie spokojnie w moim domku i spędzałem czas na błogim nieróbstwie. Wciąż jednak potrzebowałem pieniędzy na różne moje zachcianki, ale moja przybrana matka, nabuntowana przez Bertuccia, nie chciała mi już nimi więcej służyć. Wówczas to zebrałem kilku moich kolegów, a potem wpadliśmy razem do domu mojej biednej mamusi. Przywiązaliśmy ją do krzesła i zaczęliśmy torturować. Ona nie puściła pary z ust, więc jeden z moich kolegów użył jako argumentu podpalonego polana. Negocjacje się nieco przeciągnęły i wkrótce moja przybrana matka wraz z całym domem zaczęła się palić. My oczywiście wzięliśmy nogi za pas i uciekliśmy. Nie pamiętam, czy ostatecznie wzięliśmy te pieniądze, czy nie. Wiem jednak, że biedna kobiecina nie przeżyła tego piekła, które jej zgotowaliśmy.
Miałem wtedy dwunastu lat i pierwsze morderstwo na koncie. Wiedziałem, że nie mam już czego szukać wśród uczciwych ludzi, dlatego też wszedłem na jakże szlachetną drogę przestępstwa, która to ostatecznie zaprowadziła mnie tam, gdzie moje miejsce, czyli na galery. Trafiłem tam jakoś tak chyba w cztery lata po tym wydarzeniu, za włamanie do domu pewnego polityka. Nie pamiętam już, kto to był, ale musiała to być gruba ryba, bo zajęto się tym szybko i sprawnie. Byłem już wówczas, że tak określę, profesjonalnym złodziejem, fałszerzem, czasem również i zabójcą. Żadnego z tych czynów mi jednak nie udowodniono i za pewne tylko dlatego dostałem jedynie pięć lat galer za włamanie. Zapewne gdyby udowodniono mi pozostałe winy, dostałbym czapę lub w najlepszym przypadku dożywocie. A tak miałem szczęście i trafiłem jedynie na pięć lat do Tulonu, najcięższego więzienia w całej Francji. Siedziałem tam skuty jednym łańcuchem z niejakim Kacprem Caderoussem, ex-karczmarzem, który dostał się tam za zabójstwo z premedytacją pewnego bankiera. Podobno poszło im obu o jakiś diament czy coś... A zresztą niewiele mnie to wtedy obchodziło. Tak czy siak, chcąc nie chcąc obaj zostaliśmy kompanami, choć prawdę mówiąc, to wcale nie darzyliśmy się najmniejszą nawet sympatią.
Minęło prawie pięć lat od mojego uwięzienia i wszystko wyglądało na to, że po odsiedzeniu wyroku wyjdę na wolność, ale z piętnem zbrodniarza na czole, a także żółtym paszportem w kieszeni. A cóż to w naszym kraju dla człowieka oznacza, tego chyba nie muszę panu tłumaczyć. Wszyscy więźniowie wypuszczeni na wolność mają o wiele gorsze życie niż ci, który sami skrócili sobie swój wyrok. Pewnie dlatego wielu z nas tak często ucieka. Nie każdemu się jednak udaje. Ale mnie się udało, o czym zaraz się pan dowie.
W roku 1838, gdy zostało mi do odsiedzenia jeszcze kilka miesięcy, zwrócił na mnie uwagę jakiś Anglik, niejaki lord de Wilmore. Zwiedzał on sobie twierdzę więzienną, w której byłem uwięziony. Uznał, iż posiadam w sobie wielki potencjał i potajemnie przysłał mi pilnik ukryty w chlebie. Stary numer, ale jak widać, wciąż skuteczny. Rozciąłem nim łańcuch swój i Caderousse’a, po czym obaj uciekliśmy. Prawdę mówiąc, to nie chciałem zabierać ze sobą tego draba, ale ten zmusił mnie, abym pozwolił mu uciec ze sobą, grożąc mi, że w przeciwnym wypadku podniesie alarm. Nie miałem wyboru i zgodziłem się. Po ucieczce ja spotkałem się z lordem, a Kacper poszedł swoją drogą. W rozmowie ze mną lord stwierdził, iż jestem synem włoskiego zubożałego arystokraty, majora Bartolomeo Cavalcanti i mam na imię Andrea. Przysłał mnie więc do swojego znajomego, hrabiego Monte Christo, aby ten pomógł mi znaleźć mego rzekomego ojca. Przybyłem więc do Paryża z listem polecającym do hrabiego. Hrabia przyjął mnie godnie i przedstawił mojemu rzekomemu ojcu, którego to przysłał mu niejaki ksiądz Busoni. Major i ja szybko zorientowaliśmy się, że całe spotkanie to jedna wielka mistyfikacja przygotowana specjalnie dla nas. Nie mieliśmy pojęcia, jakiemu celu ona służyła, ale była ona opłacalna i tylko to się liczyło. Nie zadawaliśmy zatem zbędnych pytań. Hrabia Monte Christo powiedział mi, że szanowny major będzie przeze mnie wypłacał mi comiesięczną rentę, żebym miał za co żyć w Paryżu. Hrabia również zobowiązał się do wprowadzenia mnie na paryskie salony oraz ułatwienie mi cieszenia się wszystkimi przywilejami ludzi szlachetnie urodzonych. Taki układ jak najbardziej mi pasował, dlatego też przystałem na niego.
Moja promocja odbyła się w domu hrabiego Monte Christo w Auteuil. Był to ten sam dom, w którym przyszedłem na świat. Traf chciał, że na przyjęciu wśród gości byli również mój ojciec i matka. Oczywiście wtedy nie miałem o tym pojęcia. Przyjęcie było wspaniałe, hrabia zaś opowiedział wszystkim zmyśloną przez siebie historyjkę, w której to rzekomo odnalazł on w ogrodzie skrzynkę ze szkieletem noworodka, znaczy się mną. Moja droga mamusia, słysząc to, pobladła jak trup, a tatuś przeraził się jeszcze bardziej. Mnie jednak też nie było do śmiechu. Gdy wracałem spokojnie z przyjęcia do swojego powozu, okazało się, że ktoś już bezceremonialnie wpakował się do niego i żądał rozmowy ze mną. Tym kimś był Kacper Caderousse. Okazało się, iż dowiedział się o moim obecnym powodzeniu i zażądał swojej doli od mojej comiesięcznej renty. Zagroził mi donosem na policję, jeżeli nie spełnię jego żądań. Wściekły dałem mu więc wyznaczoną przez niego sumę i obiecałem płacić mu tyle samo co miesiąc. Caderousse oczywiście wziął pieniądze i poszedł sobie, a ja miałem spokój. Przynajmniej na razie.
Hrabia Monte Christo tymczasem zaczął mnie kolejno przedstawiać samym znakomitym osobistościom Paryża. Wśród nich był baron Danglars, który chciał wydać córkę Eugenię bogato za mąż. A tak się złożyło, że ja byłem najbogatszą partią w okolicy, dlatego też szybko zostałem jej narzeczonym. W międzyczasie zacząłem się interesować osobą hrabiego de Monte Christo. W końcu opłacał on jakiegoś oszusta, aby udawał mojego ojca. Zacząłem sobie zadawać pytanie, po co to wszystko? Potem zaś zacząłem podejrzewać, że to on tak naprawdę jest moim ojcem, natomiast wszystkie czynności hrabiego względem mnie tylko zdawały się to potwierdzać. Nieoficjalnie pan Monte Christo nawet zasugerował, że będę jego spadkobiercą. Tym bardziej więc uwierzyłem w swoją teorię.
Jednakże ponownie w moim życiu zjawił się Kacper Caderousse. Po upływie miesiąca miał on otrzymać swoją dolę od mojej comiesięcznej renty. O dziwo nie przyjął pieniędzy przeznaczonych dla niego i wezwał mnie do siebie. Mieszkał w jakieś takiej obskurnej oberży. Kiedy się zjawiłem, to zaprosił mnie na rozmowę i wyjaśnił, o co mu chodzi. Chciał więcej pieniędzy, aby mieć możliwość wynajęcia służącej. Dowiedział się o moim protektorze i wpadł na pomysł obrabowania jego domu. Poparłem ten plan, sugerując, że Monte Christo jest moim ojcem, a więc jeżeli on go zabije, to ja odziedziczę po nim spadek. Narysowałem mu więc plan domu hrabiego, a potajemnie napisałem do Monte Christa list z ostrzeżeniem o napadzie. Monte Christo więc się przygotował i zaczekał sobie na tego drania. Zaś Caderousse i ja w nocy poszliśmy pod jego dom. Caderousse wszedł do środka, zaś ja stałem na czatach. Pomyślałem sobie, że może przy odrobinie szczęście pozbędę się obu moich problemów na raz. W końcu niewiele wystarczyło, żeby obaj ludzie, z których to jeden mnie szantażował, a drugi stał na mej drodze do majątku, zabili się nawzajem. Ale niestety, wszystko poszło nie tak, jak trzeba. Ten idiota Monte Christo wypuścił Kacperka wolno. Zrozumiałem, że muszę wziąć sprawy w swoje ręce i kiedy tylko to bydlę szantażujące mnie przelazło z powrotem przez mur na moją stronę, zadźgałem go i uciekłem.
Wkrótce potem miały się odbyć moje zaręczyny z panną Eugenią Danglars. Ale niestety, podczas nich Monte Christo opowiedział o śmierci Caderousse’a pod swoim domem i o tym, że ten bydlak wskazał mnie jako swojego mordercę zanim skonał. Do tego również samą uroczystość przerwało pojawienie się żandarmów z nakazem mojego aresztowania. Przerażony, nie czekając w ogóle na dalszy rozwój wypadków, szybko uciekłem. Schowałem się w przydrożnej oberży, ale niestety wkrótce zjawili się tam żandarmi. Zacząłem uciekać, a oni mnie ścigali. Uciekłem wówczas na dach, ale i tam mnie wypatrzyli. Musiałem wejść do środka przez jeden z kominów i schronić się w jakimś pokoju, aby mnie nie znaleźli. Wybrałem jedyny kominek, w którym się nie dymiło (nie muszę chyba dodawać, iż nie pisała mi się w ogóle śmierć w formie zwęglenia moich jakże szacownych członków). Wskoczyłem do kominka, lecz miałem pecha. Wpadłem przez niego do jednego z pokoi, a w nim zaś w najlepsze spędzały czas na miłosnych igraszkach albo Pan Bóg raczy wiedzieć na czym, dwie panienki. Jedną z nich była moja niedoszła żona, która uciekła z domu tego samego dnia, gdy moja tożsamość przestała być tajemnicą. Eugenia Danglars i jej znajoma narobiły takiego wrzasku, że żandarmi od razu wiedzieli, gdzie mnie szukać. Zanim się spostrzegłem, to byłem już skuty i wsadzony do karetki więziennej.
Trafiłem do więzienia, tam zaś współwięźniowie kpili sobie ze mnie, kiedy tylko im opowiedziałem o moim potężnym protektorze, hrabim de Monte Christo. Nawet chcieli mi spuścić manto za to moje wywyższanie się, ale darowali to sobie, gdy tylko przyszedł mnie odwiedzić w imieniu hrabiego Bertuccio. Zapowiedział mi, że zna możliwość ocalenia mnie od gilotyny - wystarczyło tylko, abym zdołał ośmieszyć prokuratora, który prowadzi mą sprawę, a zostanie ona odłożona na późniejszy termin. Da mi to czas na ucieczkę. Następnego dnia przyszedł znowu razem z papierami mówiącymi o moim pochodzeniu. Przeczytałem je sobie bardzo dokładnie i nauczyłem się ich treści na pamięć. Dowiedziałem się z nich, że Gerard de Villefort to mój ojciec, zaś moją matką jest Herminia Danglars. Co za tym idzie, Eugenia była moją siostrą. Nieomal więc dodałem do moich, licznych już zresztą zbrodni, akt kazirodztwa. Niesamowite, nie uważa pan?
Poznawszy więc historię mojego tatusia i dowiedziawszy się, jak chciał mnie zabić, kiedy byłem niemowlęciem, nie miałem nawet najmniejszych skrupułów, żeby go zniszczyć. Na procesie byłem pewny siebie i spokojny. Na pytania sądu odpowiadałem uczciwie, zachowując jednak swoje imię i nazwisko na koniec. Sąd zadawał mi liczne pytania, a gdy zapytali o moje nazwisko, przyznałem uczciwie, że go nie mam, ale znam nazwisko mego ojca - to Gerard de Villefort, prokurator królewski. Ujawniłem również całą historię moich narodzin. Mój kochany tatuś nawet nie protestował, kiedy to mówiłem. Wygrażał mi jedynie pięścią, stojąc wręcz blady jak trup. A gdy zapytano go, czy mówię prawdę, odpowiedział, że tak.
Proces oczywiście odłożono. Zgodnie ze swą obietnicą hrabia Monte Christo ułatwił mi ucieczkę, ale rok później wpadłem znowu próbując obrabować na ulicy w biały dzień człowieka, który okazał się być komisarzem policji. Miałem pecha. Drań jeden zaprowadził mnie na komisariat, a tam rozpoznali mnie jako Benedetta i wsadzili ponownie do więzienia. Dowiedziałem się tam, że jeszcze tego samego dnia, kiedy wyznałem przed sądem prawdę o moim pochodzeniu, mój drogi ojciec postradał zmysły i został zamknięty w szpitalu dla wariatów. Ze względu na jego bardzo zły stan zdrowia, pozwolono mi go odwiedzać i opiekować się nim. Rzecz jasna, pod strażą.
Opiekowanie się moim ojcem początkowo mi się nie podobało. Potem jednak obaj zdołaliśmy się ze sobą zaprzyjaźnić. Ojciec opowiedział mi o tym, jak tego samego dnia, kiedy to miał miejsce ten fatalny dla niego mój proces, jego żona - nikczemna trucicielka - zamordowała ich synka, a następnie samą siebie. Kilka dni wcześniej do tego otruła jego córkę z poprzedniego związku, Walentynę. Nic więc chyba dziwnego, że mój ojciec zwariował. Po czymś takim jego szaleństwo było już tylko formalnością. Zacząłem mu współczuć i starałem się umilić jego ostatnie dni, jakie przed nim zostały. Co ciekawe, mój ojciec uważał, że za jego rodzinną tragedię odpowiada hrabia de Monte Christo. Na łożu śmierci biedak całkowicie odzyskał zmysły i wymógł na mnie przysięgę, że pomszczę się za niego na hrabim Monte Christo. Przysięga ta stała się celem mego życia.
Po śmierci mego ojca, mój proces ruszył pełną parą. Wyrok oczywiście mógł być tylko jeden - gilotyna. Matka jednak potajemnie przysłała mi do mojej celi dwadzieścia tysięcy franków, żebym miał za co sfinansować swoją ucieczkę. Oferując część tych pieniędzy strażnikowi, przekonałem go, aby mnie puścił w swoim mundurze, po czym zabiłem go i poszedłem na gród rodziny de Villefort oraz de Saint-Meran. Podając się wtedy za lorda de Wilmore, wszedłem do środka i odciąłem trupowi mojego ojca prawą dłoń. Używałem jej odtąd jako talizmanu. Martwa ręka prowadziła mnie prostą drogą do hrabiego Monte Christo, którego to poprzysiągłem zniszczyć.
Szybko załatwiłem sobie w jednej portowej tawernie rejs statkiem do Rzymu. Stamtąd zaś planowałem kolejny krok, choć wciąż nie wiedziałem, jakby on mógł dokładnie wyglądać. W Rzymie zamieszkałem w hotelu pana Pastrini, w którym to spotkałem mojego starego znajomego, barona Danglarsa, obecnie pracującego w tym hotelu jako portier. Danglars rozpoznał mnie i początkowo był przerażony, ale już po krótkiej rozmowie obaj postanowiliśmy wspólnie pracować. W tym samym hotelu zatrzymała się moja matka. Notabene wtedy jednak jeszcze nie wiedziałem, że ona nią jest. Jej obecność wszak mnie nieco zaniepokoiła i dlatego też kazałem Danglarsowi ją szpiegować. Dowiedziałem się od niego, że planuje ona porwanie swojej córki, która rozpoczęła poniżającą w jej mniemaniu karierę artystyczną. Jako, iż poczułem naprawdę wielkie przywiązanie emocjonalne do panny Eugenii, nie dopuściłem do tego. Napisałem list do pani Danglars, podając się w nim za hrabiego Monte Christo i jako taki zagroziłem jej poważnymi konsekwencjami, jeżeli ośmieli się ona porwać swoją córkę. Babsko struchlało i zaniechało swego planu. Ja natomiast, przy najbliższej okazji wpadłem do jej pokoju z bronią w ręku i odebrałem jej wszystkie pieniądze, jakie miała przy sobie. Gdy zaś ze łzami w oczach wyznała mi, iż to ona wcześniej umożliwiła mi ucieczkę z więzienia, łaskawie zostawiłem jej owe dwadzieścia tysięcy franków, jakie mi przysłała oraz wprowadziłem do pokoju jej męża, aby się pogodzili i zaczęli żyć razem. Tak się jednak nie stało. Niewiele mnie to wszakże obchodziło, gdyż w międzyczasie los zaczął się do mnie uśmiechać.
Okazało się bowiem, że dyrektor tego hotelu, w którym to się zatrzymałem, współpracuje potajemnie z bandą słynnego rozbójnika Luigiego Vampy. Dyrektor znał mnie jako sekretarza hrabiego de Monte Christo. Powiadomił więc o mojej obecności bandytów, którzy to, jak się okazało, mieli z hrabią jakieś konszachty. Jeden z nich, Peppino zwany też Rocca Priori, odwiedził mnie i chciał się upewnić, czy jestem na pewno tym, za kogo się podaję. Szybko rozpoznał we mnie oszusta, ale grając na jego uczuciach religijnych wmówiłem mu, iż hrabia sprofanował ciało Villeforta, obcinając mu prawą dłoń, którą ja potem wykradłem i używam obecnie jako swego talizmanu. Chyba mi uwierzył, gdyż umożliwił mi spotkanie z Vampą. Ten jednak nie był taki łatwowierny i chciał mnie wykończyć. Ja wszakże byłem o wiele sprytniejszy i wmówiłem jego ludziom, że Luigi Vampa chce za cenę własnego życia i wolności sprzedać całą swoją bandę policji. Ci naiwni idioci uwierzyli we wszystko, co im powiedziałem i sami wydali Vampę żandarmom. Ja zaś stanąłem na ich czele i wraz z nimi ruszyłem w pościg za hrabią Monte Christo statkiem skradzionym w porcie. Naszym sternikiem został Danglars, który również dyszał żądzą zemsty na hrabim za to, iż ten przyczynił się do jego bankructwa.
Los jednak szybko odwrócił od nas swoją twarz. Na morzu wybuchła burza i nasz okręt poszedł na dno z prawie całą załogą. Przeżyłem jedynie ja i Peppino. Udało się nam dwojgu w ostatniej chwili wskoczyć do szalupy i uciec z miejsca katastrofy. Cała banda pana Vampy zapłaciła za zdradę swojego herszta śmiercią. Danglars natomiast (choć wtedy sądziłem, że jest inaczej), przeżył trzymając się złamanej belki i dopłynął do brzegów Francji. Ja i Peppino dotarliśmy zaś szalupą do Marsylii. Po drodze nasza dwójka ocaliła od utonięcia Alberta de Morcerf, którego okręt również wtedy zatonął. Albert zaś zabrał nas do domu swojej matki zajmującej się obecnie handlem rybami. Oboje rzecz jasna wcale nie wiedzieli, kim jestem ja i Peppino, ani też, jaki cel nas prowadzi. My zaś z ostrożności przemilczeliśmy go przed nimi. I słusznie zrobiliśmy, gdyż okazało się, że Albert i jego matka żywią do hrabiego wielką przyjaźń. Gdyby więc dowiedzieli się, co planujemy mu uczynić, to zrobiliby wszystko, aby nas powstrzymać. Ja i Peppino milczeliśmy więc i przy najbliższej okazji odpłynęliśmy obaj do Wenecji. Tam natomiast zebraliśmy bandę największych zabijaków w okolicy i czekaliśmy. Mieliśmy nadzieję, iż hrabia zjawi się wkrótce w tym mieście, gdyż mieszkał w nim jego dobry znajomy, pewien doża o nazwisku, którego niestety nie pomnę. Nasze nadzieje szybko się spełniły, gdyż hrabia z żoną i ich malutkim dzieckiem przybyli do Wenecji na bal u wyżej wspomnianego doży, a ja miałem już gotowy plan działania. Najpierw zjawiłem się na balu pod maską i straszyłem hrabiego Monte Christo, przypominając mu o tragedii rodziny de Villefort. Nieco później podstawiony przeze mnie człowiek, podający się za Cygana, wróżył ich dziecku z dłoni i przepowiedział mu wręcz straszną przyszłość, której jednak można było rzekomo uniknąć biorąc udział w tzw. uczcie biedaków. Podczas tej uroczystości każdy z biedaków powinien wziąć dziecko na ręce i ucałować je w czoło. Miało to odciągnąć od niego wszelkie zło. Na tę oto uroczystość miałem zaś zaplanowaną niesamowitą atrakcję.
Początkowo miałem zamiar zorganizować to tak, żeby to dziecko pocałował jakiś człowiek chory na trąd lub inną chorobę. Szybko jednak zmieniłem zdanie, gdyż hrabia jako człowiek bogaty oraz mający wielką wiedzę łatwo mógł znaleźć lekarstwo na wszelkie choroby. Postanowiłem więc podczas tej tzw. ceremonii porwać dziecko i zmusić za jego pomocą hrabiego Monte Christo do zrobienia tego, czego zechcę. Plan zadziałał, a dziecko szybko znalazło się w moich rękach. Powierzyłem je Peppinowi, któremu najbardziej ufałem ze wszystkich moich ludzi. Później się okazało, że był to poważny błąd. Ale o tym potem.
Hrabia dostał ode mnie wiadomość, że jeśli chce odzyskać swojego dzieciaka, musi zjawić się na wyspie Monte Christo sam jeden i oddać się w moje ręce. Hrabia uczynił to. Ja zaś miałem go w garści i mogłem z nim zrobić, co tylko zechcę. I zrobiłem. Oznajmiłem mu, dlaczego oraz w czyim imieniu się na nim mszczę. Wyznałem mu również, że już nigdy nie ujrzy swego dziecka, a w dodatku moi ludzie teraz porwali jego ukochaną żoneczkę. Na dowód, że mówię prawdę, przyprowadzili ją oni do groty, w której rozmawialiśmy. Radości nie było końca, w każdym razie dla mnie. Miałem moich wrogów na swojej łasce. Zamierzałem teraz zostawić ich w grocie i wysadzić w powietrze wejście do niej, aby zmarli oni z głodu i pragnienia. Wówczas jednak stało się coś, czego się nie spodziewałem. Hrabia bowiem okazał się nie być wcale takim głupcem, za jakiego go brałem. Zwerbował on jakoś na swoją stronę włoskich przemytników, którzy wtedy, gdy my toczyliśmy ze sobą rozmowę w jaskini, otoczyli po cichu Monte Christo i w błyskawicznej walce wybili wszystkich moich ludzi. Zostałem wówczas sam na łasce hrabiego. Ale wciąż to ja miałem w ręku moją najwyższą kartę - życie ich wszystkich. Widząc, co się dzieje, podpaliłem lont miny, jaką założyłem w grocie i uciekłem. Wybuch, zgodnie z moimi przewidywaniami, zawalił wejście do jaskini i moi wrogowie zostali pogrzebani żywcem. Tak przynajmniej wtedy sądziłem.
Wróciłem do mojej kryjówki, w której czekał już na mnie Peppino. Miał on pilnować dziecka hrabiego Monte Christo, podczas gdy ja rozprawiałem się z jego tatusiem. Dla tego małego potworka przygotowałem bowiem coś specjalnego. Jednak i z tego planu musiałem również zrezygnować, ponieważ zastałem Peppina poturbowanego i związanego, zaś cały dom zdemolowany. Okazało się, że pod moją nieobecność ludzie hrabiego wpadli tam, pobili mojego człowieka i odzyskali dziecko. Byłem wściekły, ale cóż mogłem zrobić? Uznałem, że moja zemsta i tak się dokonała - hrabia Monte Christo nie żyje, jego żona i wierni mu przemytnicy także, gdyż wszyscy zostali pogrzebani żywcem w zasypanej kamieniami grocie na wyspie Monte Christo. Mogłem więc spokojnie powrócić do Francji i odłożyć na miejsce martwą rękę, która już do niczego nie była mi potrzebna. Udałem się więc z Peppinem do Paryża, a stamtąd do grobowca rodu de Villefort oraz de Saint-Meran. Zostawiłem Peppina na zewnątrz, sam zaś wszedłem do środka i odłożyłem do trumny mojego ojca jego prawą dłoń. Gdy już chciałem wychodzić, usłyszałem demoniczny śmiech i grobowiec nagle został z hukiem zamknięty. Dobijałem się i próbowałem wołać na pomoc Peppina, on jednak gdzieś zniknął. Znalazłem się wówczas w pułapce. Godzinę później wyciągnęli mnie z niej żandarmi, których ktoś powiadomił o mojej obecności w Paryżu. Wsadzono mnie do więzienia, gdzie miałem wręcz mnóstwo czasu na rozmyślania. Dobrze wiedziałem, że zostałem zdradzony, ale przez kogo? Przez Peppina? Prawdopodobnie tak. Nie wiedziałem jednak, po co on to zrobił, ale szybko poznałem odpowiedź na to pytanie.
Niedługo potem w celi odwiedził mnie niejaki ksiądz Busoni, aby udzielić mi ostatniego namaszczenia. Nie miałem najmniejszej ochoty się spowiadać, dlatego też chciałem wyrzucić tego głupiego klechę za drzwi. Zmieniłem jednak zdanie, kiedy Busoni zdjął perukę oraz sztuczny nos i okazało się, że jest nim sam hrabia de Monte Christo we własnej osobie. Byłem w niemałym szoku. Hrabia Monte Christo. Tak, ten sam hrabia Monte Christo, którego ja pogrzebałem żywcem na tej jego przeklętej wyspie, stał teraz przede mną i uśmiechał się szyderczo. Wyznał mi również, w jaki sposób zdołał mnie pokonać. Okazało się, że zdradził mnie Peppino, ale jego zdrada była większa, niż się spodziewałem. Od samego początku stanął po mojej stronie jedynie po to, aby w odpowiednim momencie uniemożliwić mi zemstę na hrabim de Monte Christo. To on sprowadził swemu panu na pomoc włoskich przemytników, a następnie dobrowolnie oddał im dziecko hrabiego, które ja nierozważnie mu powierzyłem. Abym nie nabrał podejrzeń, jeszcze kazał im się związać i zakneblować, a dom, w którym przebywał, przewrócić do góry nogami. W ten oto sposób był on ostatnim człowiekiem, którego mógłbym podejrzewać o zdradę. Gdy zaś przybyliśmy do Paryża i udaliśmy się na cmentarz, kazałem mu czekać na zewnątrz. To był mój błąd, gdyż dał on znak pewnym dwóm grabarzom, którymi okazali się być przebrani hrabia Monte Christo oraz dowódca wiernie służących mu przemytników. To oni właśnie zamknęli mnie w grobowcu, a potem sprowadzili żandarmów, aby mnie aresztowali.
Hrabia powiedział mi to wszystko dodając też, że nie pogrzebałem ich wcale żywcem, albowiem grota na Monte Christo miała kilka wejść i ja bynajmniej nie znałem ich wszystkich. Kiedy ja zasypałem jedno wyjście, ci łajdacy najspokojniej w świecie wyszli sobie innym wyjściem. Moja zemsta się nie udała, a ja miałem iść na gilotynę nie spełniając przysięgi złożonej mojemu ojcu. Hrabia jednak oznajmił mi, iż wstawiła się za mną jego żona. Ta sama żona, którą ja chciałem razem z nim pogrzebać żywcem, a której dziecko miałem zamiar zabić w okrutny i bolesny sposób. Ta sama hrabina de Monte Christo wstawiła się za mną i ocaliła moje życie. Hrabia bowiem umożliwił mi ucieczkę z więzienia podczas jazdy na miejsce straceń. Ja zaś stałem się wtedy dłużnikiem człowieka, którego chciałem zniszczyć. Nie jestem człowiekiem wierzącym, ale poczułem, że nie jestem w stanie ponownie podnieść na niego ręki. Dałem więc sobie spokój i postanowiłem rozpocząć nowe życie wolne od osoby hrabiego Monte Christo.
Nim to się jednak stało, to Bertuccio, który również pracował dla mojego nemezis, zaprowadził mnie do kościoła świętej Agaty, gdzie przebywała niejaka siostra Herminia. Okazało się, że jest to była pani Danglars. Kobieta wyznała mi, że jest moją matką i wie już o wszystkim, co się niedawno stało. Co prawda to pierwsze było mi już dawno wiadome, ale udawałem, iż jest inaczej, aby lepiej wypaść w jej oczach. Kobieta wiedziała już, że to dzięki hrabi Monte Christo moje życie zostało ocalone, a ja muszę ruszyć w świat, aby zgubić pościg francuskiej policji. Matka chciała mnie pożegnać i pobłogosławić przed drogą. Pozwoliłem jej na to, jednocześnie czując po raz pierwszy uczucie, które dotąd było mi zupełnie obce - wstyd. Albowiem wstydziłem się bardzo tego, że w Rzymie okradłem ją ze wszystkich pieniędzy, jakie posiadała, pozostawiając jej łaskawie jedynie marne drobniaki, za które mogła już tylko wstąpić do klasztoru. Było mi strasznie głupio, że tak ją potraktowałem i miałem nadzieję, że kiedyś mi to wybaczy.
Po rozmowie z matką otrzymałem od Bertuccia dość sporą sumkę pieniędzy i paszport na nowe nazwisko. Mogłem więc spokojny o własne życie ruszyć w szeroki świat oraz rozpocząć uczciwe życie. I tak by się stało, gdyby nie moja zachłanność oraz brak umiejętności zrobienia czegokolwiek zgodnie z prawem. Ponownie zszedłem na złą drogę, która prostą drogą zaprowadziła mnie do tego więzienia, a za godzinę zaprowadzi mnie na łono Abrahama.
Jeżeli wierzyć hrabiemu de Monte Christo, to zachłanność niegdyś zgubiła Caderousse’a posyłając go na galery, a potem pod mój nóż. Teraz to samo stało się przyczyną mojego upadku i obecnie siedzę w celi oczekując wykonania na mnie wyroku śmierci. Poniosę zatem śmierć mając niecałe trzydzieści osiem lat, jednak tym razem nie mogę o to winić nikogo, nawet hrabiego Monte Christo. Za swoje żałośnie zmarnowane życie mogę winić już jedynie samego siebie.
Oczywiście wieść o ciąży mojej matki nie była dla mojego ojca przyjemna. Powiem panu nawet więcej: ledwo ojciec usłyszał, że jego kochanka spodziewa się dziecka, a zaraz wpadł w istny szał. Wiedział doskonale, iż takie dziecko może poważnie zaszkodzić jego urzędniczej karierze, a tę wszak cenił on sobie chyba najbardziej na świecie, na równi ze swoim dobrym imieniem. Co za tym idzie, jeśli miał na sumieniu jakąś plamę, to musiał ją czym prędzej zmazać. Nawet krwią, jeżeli będzie trzeba. W końcu, cóż to niby znaczy zabić człowieka dla kogoś, kto przyczynia się miesięcznie do wielu wyroków śmierci? Zaplanował więc pozbycie się dowodów swego romansu, gdy tylko to będzie możliwe.
Ojciec mój oczywiście nie mógł zdradzić się ze swoimi planami wobec mnie, dlatego też skutecznie udawał przed moją matką troskliwość i czułość, jaką należy okazywać kobiecie w odmiennym stanie. Troszczył się o nią najlepiej, jak tylko mógł. Opiekował się i dbał o nią, cały czas jednak oczekując tej chwili, w której to ja przyjdę na świat, miał już bowiem w głowie gotowy plan działania. Kiedy się więc urodziłem, tatuś mój wziął mnie szybko na ręce i stwierdził, że muszę być martwy, ponieważ nie oddycham. Poszło mu to tym łatwiej, że nie było wtedy w domu żadnej służby. Rodzice moi bowiem nie mogli sobie pozwolić na to, aby ktokolwiek znał ich sekret. Poród odbył się zatem w ścisłej tajemnicy, bez pomocy kogokolwiek, a już zwłaszcza akuszerki. Chociaż... Podobno towarzyszyła mojej matce stara i wierna służąca, ale co do tego nie mam pewności.
Tak czy inaczej mojemu ojcu przyszło bardzo łatwo wmówić mojej matce, że urodziłem się martwy, a więc co za tym idzie, najlepiej mnie szybko zakopać i zatuszować całą tę sprawę. Matka uwierzyła mu, choć było to dla niej niezwykle bolesne. Przystała na jego pomysł zakopania mnie w ogródku domu, w którym przyszedłem na świat. Owinęła mnie jedynie w pieluszki z monogramem H.N. i oddała mojemu ojcu. On zaś wsadził mnie do skrzynki, którą następnie zakopał w ogrodzie. Mylił się jednak sądząc, że ma mnie z głowy. Traf bowiem chciał, że mój szanowny tatuś naraził się pewnego dnia Korsykaninowi o nazwisku Giovanni Bertuccio. Ojciec mój nie zgodził się bowiem szukać zabójców jego brata, ofiary białego terroru, wyśmiewając całkowicie jego problem. Bertuccio przysiągł mu vendettę i teraz przyszedł ją wykonać. Rzucił się na mego ojca z nożem i dźgnął go nim kilka razy, po czym wykopał skrzynkę ze mną i zabrał ją ze sobą. Myślał, że są tam jakieś wielkie skarby, ale zamiast tego znalazł mnie wciąż żyjącego. Pewnie był zawiedziony, ale mimo to szybko mnie reanimował i zacząłem oddychać. Nie wiedząc, co ma ze mną zrobić, odstawił mnie do sierocińca, zabierając ze sobą jedynie połowę mojej pieluszki. Kilka dni później wdowa po jego bracie, której opowiedział całą tę historię, przyszła do sierocińca z połową owej pieluszki i poprosiła o oddanie mnie, podając się za moją matkę. Uwierzyli jej i oddali mnie.
Dobra ta kobiecina zabrała mnie do siebie i zaopiekowała się mną jak swoim rodzonym dzieckiem. Dbała o mnie, wychowywała zawsze w miłości i dobrobycie. Niestety, rozpieściła mnie zbyt mocno. W dodatku charakter mego tatusia odezwał się we mnie z całą mocą, przez co nie okazałem najmniejszej wdzięczności mojej przybranej matce ani tym bardziej Bertucciowi, który stał się moim przybranym ojcem. Byłem podły, arogancki oraz bezczelnie pewny siebie. Zawsze dostawałem to, czego chciałem, a czego nie dostałem, to ukradłem. Pamiętam, jak swego czasu ukradłem pieniądze mojej przybranej matce, żeby kupić sobie jakąś małpkę. A kiedy Bertuccio zmył mi za to głowę, zwróciłem mu niezbyt grzecznie uwagę, że powinien pilnować własnego nosa, zważywszy na fakt, iż nie jest moim ojcem i nie ma prawa mi rozkazywać. Zapyta pan, skąd wiedziałem, iż nie jest on moim ojcem? Nie wiem. Właściwie to chyba zawsze wiedziałem. To było jakieś takie dziwaczne przeczucie, które niekiedy mówi nam, co i jak. Zna pan to uczucie, prawda? Chyba każdy je zna.
Bertuccio przez cały ten czas zajmował się przemytem. Chciał mnie wciągnąć do swojej branży. Ostatecznie wtedy bym pracował. Nielegalnie, bo nielegalnie, ale przynajmniej pracował. Ja jednak wolałem pasożytować na nim i jego kochanej bratowej. Dlatego też on pojechał na robotę, a ja tymczasem siedziałem sobie spokojnie w moim domku i spędzałem czas na błogim nieróbstwie. Wciąż jednak potrzebowałem pieniędzy na różne moje zachcianki, ale moja przybrana matka, nabuntowana przez Bertuccia, nie chciała mi już nimi więcej służyć. Wówczas to zebrałem kilku moich kolegów, a potem wpadliśmy razem do domu mojej biednej mamusi. Przywiązaliśmy ją do krzesła i zaczęliśmy torturować. Ona nie puściła pary z ust, więc jeden z moich kolegów użył jako argumentu podpalonego polana. Negocjacje się nieco przeciągnęły i wkrótce moja przybrana matka wraz z całym domem zaczęła się palić. My oczywiście wzięliśmy nogi za pas i uciekliśmy. Nie pamiętam, czy ostatecznie wzięliśmy te pieniądze, czy nie. Wiem jednak, że biedna kobiecina nie przeżyła tego piekła, które jej zgotowaliśmy.
Miałem wtedy dwunastu lat i pierwsze morderstwo na koncie. Wiedziałem, że nie mam już czego szukać wśród uczciwych ludzi, dlatego też wszedłem na jakże szlachetną drogę przestępstwa, która to ostatecznie zaprowadziła mnie tam, gdzie moje miejsce, czyli na galery. Trafiłem tam jakoś tak chyba w cztery lata po tym wydarzeniu, za włamanie do domu pewnego polityka. Nie pamiętam już, kto to był, ale musiała to być gruba ryba, bo zajęto się tym szybko i sprawnie. Byłem już wówczas, że tak określę, profesjonalnym złodziejem, fałszerzem, czasem również i zabójcą. Żadnego z tych czynów mi jednak nie udowodniono i za pewne tylko dlatego dostałem jedynie pięć lat galer za włamanie. Zapewne gdyby udowodniono mi pozostałe winy, dostałbym czapę lub w najlepszym przypadku dożywocie. A tak miałem szczęście i trafiłem jedynie na pięć lat do Tulonu, najcięższego więzienia w całej Francji. Siedziałem tam skuty jednym łańcuchem z niejakim Kacprem Caderoussem, ex-karczmarzem, który dostał się tam za zabójstwo z premedytacją pewnego bankiera. Podobno poszło im obu o jakiś diament czy coś... A zresztą niewiele mnie to wtedy obchodziło. Tak czy siak, chcąc nie chcąc obaj zostaliśmy kompanami, choć prawdę mówiąc, to wcale nie darzyliśmy się najmniejszą nawet sympatią.
Minęło prawie pięć lat od mojego uwięzienia i wszystko wyglądało na to, że po odsiedzeniu wyroku wyjdę na wolność, ale z piętnem zbrodniarza na czole, a także żółtym paszportem w kieszeni. A cóż to w naszym kraju dla człowieka oznacza, tego chyba nie muszę panu tłumaczyć. Wszyscy więźniowie wypuszczeni na wolność mają o wiele gorsze życie niż ci, który sami skrócili sobie swój wyrok. Pewnie dlatego wielu z nas tak często ucieka. Nie każdemu się jednak udaje. Ale mnie się udało, o czym zaraz się pan dowie.
W roku 1838, gdy zostało mi do odsiedzenia jeszcze kilka miesięcy, zwrócił na mnie uwagę jakiś Anglik, niejaki lord de Wilmore. Zwiedzał on sobie twierdzę więzienną, w której byłem uwięziony. Uznał, iż posiadam w sobie wielki potencjał i potajemnie przysłał mi pilnik ukryty w chlebie. Stary numer, ale jak widać, wciąż skuteczny. Rozciąłem nim łańcuch swój i Caderousse’a, po czym obaj uciekliśmy. Prawdę mówiąc, to nie chciałem zabierać ze sobą tego draba, ale ten zmusił mnie, abym pozwolił mu uciec ze sobą, grożąc mi, że w przeciwnym wypadku podniesie alarm. Nie miałem wyboru i zgodziłem się. Po ucieczce ja spotkałem się z lordem, a Kacper poszedł swoją drogą. W rozmowie ze mną lord stwierdził, iż jestem synem włoskiego zubożałego arystokraty, majora Bartolomeo Cavalcanti i mam na imię Andrea. Przysłał mnie więc do swojego znajomego, hrabiego Monte Christo, aby ten pomógł mi znaleźć mego rzekomego ojca. Przybyłem więc do Paryża z listem polecającym do hrabiego. Hrabia przyjął mnie godnie i przedstawił mojemu rzekomemu ojcu, którego to przysłał mu niejaki ksiądz Busoni. Major i ja szybko zorientowaliśmy się, że całe spotkanie to jedna wielka mistyfikacja przygotowana specjalnie dla nas. Nie mieliśmy pojęcia, jakiemu celu ona służyła, ale była ona opłacalna i tylko to się liczyło. Nie zadawaliśmy zatem zbędnych pytań. Hrabia Monte Christo powiedział mi, że szanowny major będzie przeze mnie wypłacał mi comiesięczną rentę, żebym miał za co żyć w Paryżu. Hrabia również zobowiązał się do wprowadzenia mnie na paryskie salony oraz ułatwienie mi cieszenia się wszystkimi przywilejami ludzi szlachetnie urodzonych. Taki układ jak najbardziej mi pasował, dlatego też przystałem na niego.
Moja promocja odbyła się w domu hrabiego Monte Christo w Auteuil. Był to ten sam dom, w którym przyszedłem na świat. Traf chciał, że na przyjęciu wśród gości byli również mój ojciec i matka. Oczywiście wtedy nie miałem o tym pojęcia. Przyjęcie było wspaniałe, hrabia zaś opowiedział wszystkim zmyśloną przez siebie historyjkę, w której to rzekomo odnalazł on w ogrodzie skrzynkę ze szkieletem noworodka, znaczy się mną. Moja droga mamusia, słysząc to, pobladła jak trup, a tatuś przeraził się jeszcze bardziej. Mnie jednak też nie było do śmiechu. Gdy wracałem spokojnie z przyjęcia do swojego powozu, okazało się, że ktoś już bezceremonialnie wpakował się do niego i żądał rozmowy ze mną. Tym kimś był Kacper Caderousse. Okazało się, iż dowiedział się o moim obecnym powodzeniu i zażądał swojej doli od mojej comiesięcznej renty. Zagroził mi donosem na policję, jeżeli nie spełnię jego żądań. Wściekły dałem mu więc wyznaczoną przez niego sumę i obiecałem płacić mu tyle samo co miesiąc. Caderousse oczywiście wziął pieniądze i poszedł sobie, a ja miałem spokój. Przynajmniej na razie.
Hrabia Monte Christo tymczasem zaczął mnie kolejno przedstawiać samym znakomitym osobistościom Paryża. Wśród nich był baron Danglars, który chciał wydać córkę Eugenię bogato za mąż. A tak się złożyło, że ja byłem najbogatszą partią w okolicy, dlatego też szybko zostałem jej narzeczonym. W międzyczasie zacząłem się interesować osobą hrabiego de Monte Christo. W końcu opłacał on jakiegoś oszusta, aby udawał mojego ojca. Zacząłem sobie zadawać pytanie, po co to wszystko? Potem zaś zacząłem podejrzewać, że to on tak naprawdę jest moim ojcem, natomiast wszystkie czynności hrabiego względem mnie tylko zdawały się to potwierdzać. Nieoficjalnie pan Monte Christo nawet zasugerował, że będę jego spadkobiercą. Tym bardziej więc uwierzyłem w swoją teorię.
Jednakże ponownie w moim życiu zjawił się Kacper Caderousse. Po upływie miesiąca miał on otrzymać swoją dolę od mojej comiesięcznej renty. O dziwo nie przyjął pieniędzy przeznaczonych dla niego i wezwał mnie do siebie. Mieszkał w jakieś takiej obskurnej oberży. Kiedy się zjawiłem, to zaprosił mnie na rozmowę i wyjaśnił, o co mu chodzi. Chciał więcej pieniędzy, aby mieć możliwość wynajęcia służącej. Dowiedział się o moim protektorze i wpadł na pomysł obrabowania jego domu. Poparłem ten plan, sugerując, że Monte Christo jest moim ojcem, a więc jeżeli on go zabije, to ja odziedziczę po nim spadek. Narysowałem mu więc plan domu hrabiego, a potajemnie napisałem do Monte Christa list z ostrzeżeniem o napadzie. Monte Christo więc się przygotował i zaczekał sobie na tego drania. Zaś Caderousse i ja w nocy poszliśmy pod jego dom. Caderousse wszedł do środka, zaś ja stałem na czatach. Pomyślałem sobie, że może przy odrobinie szczęście pozbędę się obu moich problemów na raz. W końcu niewiele wystarczyło, żeby obaj ludzie, z których to jeden mnie szantażował, a drugi stał na mej drodze do majątku, zabili się nawzajem. Ale niestety, wszystko poszło nie tak, jak trzeba. Ten idiota Monte Christo wypuścił Kacperka wolno. Zrozumiałem, że muszę wziąć sprawy w swoje ręce i kiedy tylko to bydlę szantażujące mnie przelazło z powrotem przez mur na moją stronę, zadźgałem go i uciekłem.
Wkrótce potem miały się odbyć moje zaręczyny z panną Eugenią Danglars. Ale niestety, podczas nich Monte Christo opowiedział o śmierci Caderousse’a pod swoim domem i o tym, że ten bydlak wskazał mnie jako swojego mordercę zanim skonał. Do tego również samą uroczystość przerwało pojawienie się żandarmów z nakazem mojego aresztowania. Przerażony, nie czekając w ogóle na dalszy rozwój wypadków, szybko uciekłem. Schowałem się w przydrożnej oberży, ale niestety wkrótce zjawili się tam żandarmi. Zacząłem uciekać, a oni mnie ścigali. Uciekłem wówczas na dach, ale i tam mnie wypatrzyli. Musiałem wejść do środka przez jeden z kominów i schronić się w jakimś pokoju, aby mnie nie znaleźli. Wybrałem jedyny kominek, w którym się nie dymiło (nie muszę chyba dodawać, iż nie pisała mi się w ogóle śmierć w formie zwęglenia moich jakże szacownych członków). Wskoczyłem do kominka, lecz miałem pecha. Wpadłem przez niego do jednego z pokoi, a w nim zaś w najlepsze spędzały czas na miłosnych igraszkach albo Pan Bóg raczy wiedzieć na czym, dwie panienki. Jedną z nich była moja niedoszła żona, która uciekła z domu tego samego dnia, gdy moja tożsamość przestała być tajemnicą. Eugenia Danglars i jej znajoma narobiły takiego wrzasku, że żandarmi od razu wiedzieli, gdzie mnie szukać. Zanim się spostrzegłem, to byłem już skuty i wsadzony do karetki więziennej.
Trafiłem do więzienia, tam zaś współwięźniowie kpili sobie ze mnie, kiedy tylko im opowiedziałem o moim potężnym protektorze, hrabim de Monte Christo. Nawet chcieli mi spuścić manto za to moje wywyższanie się, ale darowali to sobie, gdy tylko przyszedł mnie odwiedzić w imieniu hrabiego Bertuccio. Zapowiedział mi, że zna możliwość ocalenia mnie od gilotyny - wystarczyło tylko, abym zdołał ośmieszyć prokuratora, który prowadzi mą sprawę, a zostanie ona odłożona na późniejszy termin. Da mi to czas na ucieczkę. Następnego dnia przyszedł znowu razem z papierami mówiącymi o moim pochodzeniu. Przeczytałem je sobie bardzo dokładnie i nauczyłem się ich treści na pamięć. Dowiedziałem się z nich, że Gerard de Villefort to mój ojciec, zaś moją matką jest Herminia Danglars. Co za tym idzie, Eugenia była moją siostrą. Nieomal więc dodałem do moich, licznych już zresztą zbrodni, akt kazirodztwa. Niesamowite, nie uważa pan?
Poznawszy więc historię mojego tatusia i dowiedziawszy się, jak chciał mnie zabić, kiedy byłem niemowlęciem, nie miałem nawet najmniejszych skrupułów, żeby go zniszczyć. Na procesie byłem pewny siebie i spokojny. Na pytania sądu odpowiadałem uczciwie, zachowując jednak swoje imię i nazwisko na koniec. Sąd zadawał mi liczne pytania, a gdy zapytali o moje nazwisko, przyznałem uczciwie, że go nie mam, ale znam nazwisko mego ojca - to Gerard de Villefort, prokurator królewski. Ujawniłem również całą historię moich narodzin. Mój kochany tatuś nawet nie protestował, kiedy to mówiłem. Wygrażał mi jedynie pięścią, stojąc wręcz blady jak trup. A gdy zapytano go, czy mówię prawdę, odpowiedział, że tak.
Proces oczywiście odłożono. Zgodnie ze swą obietnicą hrabia Monte Christo ułatwił mi ucieczkę, ale rok później wpadłem znowu próbując obrabować na ulicy w biały dzień człowieka, który okazał się być komisarzem policji. Miałem pecha. Drań jeden zaprowadził mnie na komisariat, a tam rozpoznali mnie jako Benedetta i wsadzili ponownie do więzienia. Dowiedziałem się tam, że jeszcze tego samego dnia, kiedy wyznałem przed sądem prawdę o moim pochodzeniu, mój drogi ojciec postradał zmysły i został zamknięty w szpitalu dla wariatów. Ze względu na jego bardzo zły stan zdrowia, pozwolono mi go odwiedzać i opiekować się nim. Rzecz jasna, pod strażą.
Opiekowanie się moim ojcem początkowo mi się nie podobało. Potem jednak obaj zdołaliśmy się ze sobą zaprzyjaźnić. Ojciec opowiedział mi o tym, jak tego samego dnia, kiedy to miał miejsce ten fatalny dla niego mój proces, jego żona - nikczemna trucicielka - zamordowała ich synka, a następnie samą siebie. Kilka dni wcześniej do tego otruła jego córkę z poprzedniego związku, Walentynę. Nic więc chyba dziwnego, że mój ojciec zwariował. Po czymś takim jego szaleństwo było już tylko formalnością. Zacząłem mu współczuć i starałem się umilić jego ostatnie dni, jakie przed nim zostały. Co ciekawe, mój ojciec uważał, że za jego rodzinną tragedię odpowiada hrabia de Monte Christo. Na łożu śmierci biedak całkowicie odzyskał zmysły i wymógł na mnie przysięgę, że pomszczę się za niego na hrabim Monte Christo. Przysięga ta stała się celem mego życia.
Po śmierci mego ojca, mój proces ruszył pełną parą. Wyrok oczywiście mógł być tylko jeden - gilotyna. Matka jednak potajemnie przysłała mi do mojej celi dwadzieścia tysięcy franków, żebym miał za co sfinansować swoją ucieczkę. Oferując część tych pieniędzy strażnikowi, przekonałem go, aby mnie puścił w swoim mundurze, po czym zabiłem go i poszedłem na gród rodziny de Villefort oraz de Saint-Meran. Podając się wtedy za lorda de Wilmore, wszedłem do środka i odciąłem trupowi mojego ojca prawą dłoń. Używałem jej odtąd jako talizmanu. Martwa ręka prowadziła mnie prostą drogą do hrabiego Monte Christo, którego to poprzysiągłem zniszczyć.
Szybko załatwiłem sobie w jednej portowej tawernie rejs statkiem do Rzymu. Stamtąd zaś planowałem kolejny krok, choć wciąż nie wiedziałem, jakby on mógł dokładnie wyglądać. W Rzymie zamieszkałem w hotelu pana Pastrini, w którym to spotkałem mojego starego znajomego, barona Danglarsa, obecnie pracującego w tym hotelu jako portier. Danglars rozpoznał mnie i początkowo był przerażony, ale już po krótkiej rozmowie obaj postanowiliśmy wspólnie pracować. W tym samym hotelu zatrzymała się moja matka. Notabene wtedy jednak jeszcze nie wiedziałem, że ona nią jest. Jej obecność wszak mnie nieco zaniepokoiła i dlatego też kazałem Danglarsowi ją szpiegować. Dowiedziałem się od niego, że planuje ona porwanie swojej córki, która rozpoczęła poniżającą w jej mniemaniu karierę artystyczną. Jako, iż poczułem naprawdę wielkie przywiązanie emocjonalne do panny Eugenii, nie dopuściłem do tego. Napisałem list do pani Danglars, podając się w nim za hrabiego Monte Christo i jako taki zagroziłem jej poważnymi konsekwencjami, jeżeli ośmieli się ona porwać swoją córkę. Babsko struchlało i zaniechało swego planu. Ja natomiast, przy najbliższej okazji wpadłem do jej pokoju z bronią w ręku i odebrałem jej wszystkie pieniądze, jakie miała przy sobie. Gdy zaś ze łzami w oczach wyznała mi, iż to ona wcześniej umożliwiła mi ucieczkę z więzienia, łaskawie zostawiłem jej owe dwadzieścia tysięcy franków, jakie mi przysłała oraz wprowadziłem do pokoju jej męża, aby się pogodzili i zaczęli żyć razem. Tak się jednak nie stało. Niewiele mnie to wszakże obchodziło, gdyż w międzyczasie los zaczął się do mnie uśmiechać.
Okazało się bowiem, że dyrektor tego hotelu, w którym to się zatrzymałem, współpracuje potajemnie z bandą słynnego rozbójnika Luigiego Vampy. Dyrektor znał mnie jako sekretarza hrabiego de Monte Christo. Powiadomił więc o mojej obecności bandytów, którzy to, jak się okazało, mieli z hrabią jakieś konszachty. Jeden z nich, Peppino zwany też Rocca Priori, odwiedził mnie i chciał się upewnić, czy jestem na pewno tym, za kogo się podaję. Szybko rozpoznał we mnie oszusta, ale grając na jego uczuciach religijnych wmówiłem mu, iż hrabia sprofanował ciało Villeforta, obcinając mu prawą dłoń, którą ja potem wykradłem i używam obecnie jako swego talizmanu. Chyba mi uwierzył, gdyż umożliwił mi spotkanie z Vampą. Ten jednak nie był taki łatwowierny i chciał mnie wykończyć. Ja wszakże byłem o wiele sprytniejszy i wmówiłem jego ludziom, że Luigi Vampa chce za cenę własnego życia i wolności sprzedać całą swoją bandę policji. Ci naiwni idioci uwierzyli we wszystko, co im powiedziałem i sami wydali Vampę żandarmom. Ja zaś stanąłem na ich czele i wraz z nimi ruszyłem w pościg za hrabią Monte Christo statkiem skradzionym w porcie. Naszym sternikiem został Danglars, który również dyszał żądzą zemsty na hrabim za to, iż ten przyczynił się do jego bankructwa.
Los jednak szybko odwrócił od nas swoją twarz. Na morzu wybuchła burza i nasz okręt poszedł na dno z prawie całą załogą. Przeżyłem jedynie ja i Peppino. Udało się nam dwojgu w ostatniej chwili wskoczyć do szalupy i uciec z miejsca katastrofy. Cała banda pana Vampy zapłaciła za zdradę swojego herszta śmiercią. Danglars natomiast (choć wtedy sądziłem, że jest inaczej), przeżył trzymając się złamanej belki i dopłynął do brzegów Francji. Ja i Peppino dotarliśmy zaś szalupą do Marsylii. Po drodze nasza dwójka ocaliła od utonięcia Alberta de Morcerf, którego okręt również wtedy zatonął. Albert zaś zabrał nas do domu swojej matki zajmującej się obecnie handlem rybami. Oboje rzecz jasna wcale nie wiedzieli, kim jestem ja i Peppino, ani też, jaki cel nas prowadzi. My zaś z ostrożności przemilczeliśmy go przed nimi. I słusznie zrobiliśmy, gdyż okazało się, że Albert i jego matka żywią do hrabiego wielką przyjaźń. Gdyby więc dowiedzieli się, co planujemy mu uczynić, to zrobiliby wszystko, aby nas powstrzymać. Ja i Peppino milczeliśmy więc i przy najbliższej okazji odpłynęliśmy obaj do Wenecji. Tam natomiast zebraliśmy bandę największych zabijaków w okolicy i czekaliśmy. Mieliśmy nadzieję, iż hrabia zjawi się wkrótce w tym mieście, gdyż mieszkał w nim jego dobry znajomy, pewien doża o nazwisku, którego niestety nie pomnę. Nasze nadzieje szybko się spełniły, gdyż hrabia z żoną i ich malutkim dzieckiem przybyli do Wenecji na bal u wyżej wspomnianego doży, a ja miałem już gotowy plan działania. Najpierw zjawiłem się na balu pod maską i straszyłem hrabiego Monte Christo, przypominając mu o tragedii rodziny de Villefort. Nieco później podstawiony przeze mnie człowiek, podający się za Cygana, wróżył ich dziecku z dłoni i przepowiedział mu wręcz straszną przyszłość, której jednak można było rzekomo uniknąć biorąc udział w tzw. uczcie biedaków. Podczas tej uroczystości każdy z biedaków powinien wziąć dziecko na ręce i ucałować je w czoło. Miało to odciągnąć od niego wszelkie zło. Na tę oto uroczystość miałem zaś zaplanowaną niesamowitą atrakcję.
Początkowo miałem zamiar zorganizować to tak, żeby to dziecko pocałował jakiś człowiek chory na trąd lub inną chorobę. Szybko jednak zmieniłem zdanie, gdyż hrabia jako człowiek bogaty oraz mający wielką wiedzę łatwo mógł znaleźć lekarstwo na wszelkie choroby. Postanowiłem więc podczas tej tzw. ceremonii porwać dziecko i zmusić za jego pomocą hrabiego Monte Christo do zrobienia tego, czego zechcę. Plan zadziałał, a dziecko szybko znalazło się w moich rękach. Powierzyłem je Peppinowi, któremu najbardziej ufałem ze wszystkich moich ludzi. Później się okazało, że był to poważny błąd. Ale o tym potem.
Hrabia dostał ode mnie wiadomość, że jeśli chce odzyskać swojego dzieciaka, musi zjawić się na wyspie Monte Christo sam jeden i oddać się w moje ręce. Hrabia uczynił to. Ja zaś miałem go w garści i mogłem z nim zrobić, co tylko zechcę. I zrobiłem. Oznajmiłem mu, dlaczego oraz w czyim imieniu się na nim mszczę. Wyznałem mu również, że już nigdy nie ujrzy swego dziecka, a w dodatku moi ludzie teraz porwali jego ukochaną żoneczkę. Na dowód, że mówię prawdę, przyprowadzili ją oni do groty, w której rozmawialiśmy. Radości nie było końca, w każdym razie dla mnie. Miałem moich wrogów na swojej łasce. Zamierzałem teraz zostawić ich w grocie i wysadzić w powietrze wejście do niej, aby zmarli oni z głodu i pragnienia. Wówczas jednak stało się coś, czego się nie spodziewałem. Hrabia bowiem okazał się nie być wcale takim głupcem, za jakiego go brałem. Zwerbował on jakoś na swoją stronę włoskich przemytników, którzy wtedy, gdy my toczyliśmy ze sobą rozmowę w jaskini, otoczyli po cichu Monte Christo i w błyskawicznej walce wybili wszystkich moich ludzi. Zostałem wówczas sam na łasce hrabiego. Ale wciąż to ja miałem w ręku moją najwyższą kartę - życie ich wszystkich. Widząc, co się dzieje, podpaliłem lont miny, jaką założyłem w grocie i uciekłem. Wybuch, zgodnie z moimi przewidywaniami, zawalił wejście do jaskini i moi wrogowie zostali pogrzebani żywcem. Tak przynajmniej wtedy sądziłem.
Wróciłem do mojej kryjówki, w której czekał już na mnie Peppino. Miał on pilnować dziecka hrabiego Monte Christo, podczas gdy ja rozprawiałem się z jego tatusiem. Dla tego małego potworka przygotowałem bowiem coś specjalnego. Jednak i z tego planu musiałem również zrezygnować, ponieważ zastałem Peppina poturbowanego i związanego, zaś cały dom zdemolowany. Okazało się, że pod moją nieobecność ludzie hrabiego wpadli tam, pobili mojego człowieka i odzyskali dziecko. Byłem wściekły, ale cóż mogłem zrobić? Uznałem, że moja zemsta i tak się dokonała - hrabia Monte Christo nie żyje, jego żona i wierni mu przemytnicy także, gdyż wszyscy zostali pogrzebani żywcem w zasypanej kamieniami grocie na wyspie Monte Christo. Mogłem więc spokojnie powrócić do Francji i odłożyć na miejsce martwą rękę, która już do niczego nie była mi potrzebna. Udałem się więc z Peppinem do Paryża, a stamtąd do grobowca rodu de Villefort oraz de Saint-Meran. Zostawiłem Peppina na zewnątrz, sam zaś wszedłem do środka i odłożyłem do trumny mojego ojca jego prawą dłoń. Gdy już chciałem wychodzić, usłyszałem demoniczny śmiech i grobowiec nagle został z hukiem zamknięty. Dobijałem się i próbowałem wołać na pomoc Peppina, on jednak gdzieś zniknął. Znalazłem się wówczas w pułapce. Godzinę później wyciągnęli mnie z niej żandarmi, których ktoś powiadomił o mojej obecności w Paryżu. Wsadzono mnie do więzienia, gdzie miałem wręcz mnóstwo czasu na rozmyślania. Dobrze wiedziałem, że zostałem zdradzony, ale przez kogo? Przez Peppina? Prawdopodobnie tak. Nie wiedziałem jednak, po co on to zrobił, ale szybko poznałem odpowiedź na to pytanie.
Niedługo potem w celi odwiedził mnie niejaki ksiądz Busoni, aby udzielić mi ostatniego namaszczenia. Nie miałem najmniejszej ochoty się spowiadać, dlatego też chciałem wyrzucić tego głupiego klechę za drzwi. Zmieniłem jednak zdanie, kiedy Busoni zdjął perukę oraz sztuczny nos i okazało się, że jest nim sam hrabia de Monte Christo we własnej osobie. Byłem w niemałym szoku. Hrabia Monte Christo. Tak, ten sam hrabia Monte Christo, którego ja pogrzebałem żywcem na tej jego przeklętej wyspie, stał teraz przede mną i uśmiechał się szyderczo. Wyznał mi również, w jaki sposób zdołał mnie pokonać. Okazało się, że zdradził mnie Peppino, ale jego zdrada była większa, niż się spodziewałem. Od samego początku stanął po mojej stronie jedynie po to, aby w odpowiednim momencie uniemożliwić mi zemstę na hrabim de Monte Christo. To on sprowadził swemu panu na pomoc włoskich przemytników, a następnie dobrowolnie oddał im dziecko hrabiego, które ja nierozważnie mu powierzyłem. Abym nie nabrał podejrzeń, jeszcze kazał im się związać i zakneblować, a dom, w którym przebywał, przewrócić do góry nogami. W ten oto sposób był on ostatnim człowiekiem, którego mógłbym podejrzewać o zdradę. Gdy zaś przybyliśmy do Paryża i udaliśmy się na cmentarz, kazałem mu czekać na zewnątrz. To był mój błąd, gdyż dał on znak pewnym dwóm grabarzom, którymi okazali się być przebrani hrabia Monte Christo oraz dowódca wiernie służących mu przemytników. To oni właśnie zamknęli mnie w grobowcu, a potem sprowadzili żandarmów, aby mnie aresztowali.
Hrabia powiedział mi to wszystko dodając też, że nie pogrzebałem ich wcale żywcem, albowiem grota na Monte Christo miała kilka wejść i ja bynajmniej nie znałem ich wszystkich. Kiedy ja zasypałem jedno wyjście, ci łajdacy najspokojniej w świecie wyszli sobie innym wyjściem. Moja zemsta się nie udała, a ja miałem iść na gilotynę nie spełniając przysięgi złożonej mojemu ojcu. Hrabia jednak oznajmił mi, iż wstawiła się za mną jego żona. Ta sama żona, którą ja chciałem razem z nim pogrzebać żywcem, a której dziecko miałem zamiar zabić w okrutny i bolesny sposób. Ta sama hrabina de Monte Christo wstawiła się za mną i ocaliła moje życie. Hrabia bowiem umożliwił mi ucieczkę z więzienia podczas jazdy na miejsce straceń. Ja zaś stałem się wtedy dłużnikiem człowieka, którego chciałem zniszczyć. Nie jestem człowiekiem wierzącym, ale poczułem, że nie jestem w stanie ponownie podnieść na niego ręki. Dałem więc sobie spokój i postanowiłem rozpocząć nowe życie wolne od osoby hrabiego Monte Christo.
Nim to się jednak stało, to Bertuccio, który również pracował dla mojego nemezis, zaprowadził mnie do kościoła świętej Agaty, gdzie przebywała niejaka siostra Herminia. Okazało się, że jest to była pani Danglars. Kobieta wyznała mi, że jest moją matką i wie już o wszystkim, co się niedawno stało. Co prawda to pierwsze było mi już dawno wiadome, ale udawałem, iż jest inaczej, aby lepiej wypaść w jej oczach. Kobieta wiedziała już, że to dzięki hrabi Monte Christo moje życie zostało ocalone, a ja muszę ruszyć w świat, aby zgubić pościg francuskiej policji. Matka chciała mnie pożegnać i pobłogosławić przed drogą. Pozwoliłem jej na to, jednocześnie czując po raz pierwszy uczucie, które dotąd było mi zupełnie obce - wstyd. Albowiem wstydziłem się bardzo tego, że w Rzymie okradłem ją ze wszystkich pieniędzy, jakie posiadała, pozostawiając jej łaskawie jedynie marne drobniaki, za które mogła już tylko wstąpić do klasztoru. Było mi strasznie głupio, że tak ją potraktowałem i miałem nadzieję, że kiedyś mi to wybaczy.
Po rozmowie z matką otrzymałem od Bertuccia dość sporą sumkę pieniędzy i paszport na nowe nazwisko. Mogłem więc spokojny o własne życie ruszyć w szeroki świat oraz rozpocząć uczciwe życie. I tak by się stało, gdyby nie moja zachłanność oraz brak umiejętności zrobienia czegokolwiek zgodnie z prawem. Ponownie zszedłem na złą drogę, która prostą drogą zaprowadziła mnie do tego więzienia, a za godzinę zaprowadzi mnie na łono Abrahama.
Jeżeli wierzyć hrabiemu de Monte Christo, to zachłanność niegdyś zgubiła Caderousse’a posyłając go na galery, a potem pod mój nóż. Teraz to samo stało się przyczyną mojego upadku i obecnie siedzę w celi oczekując wykonania na mnie wyroku śmierci. Poniosę zatem śmierć mając niecałe trzydzieści osiem lat, jednak tym razem nie mogę o to winić nikogo, nawet hrabiego Monte Christo. Za swoje żałośnie zmarnowane życie mogę winić już jedynie samego siebie.

Ten Benedetto to prawdziwy nikczemnik, niegodziwiec i zbrodniarz jakich mało. Nie rozumiem tego jak mógł doprowadzić do śmierci tych, którzy ocalili mu życie, dając mu dom i opiekę i to będąc zaledwie 12-letnim gówniarzem, a zaprzyjaźnić się ze swoim ojcem, który chciał się go pozbyć i jeszcze pomścić jego upadek na człowieku, który wprowadził go na salony i chciał mu powierzyć majątek. Mniemam, że on był chory psychicznie przez niedotlenienie, skoro po tym jak się narodził nie oddychał, bo przecież żaden normalny człowiek, nawet zbrodniarz i morderca nie zachowuje się w taki sposób. Hrabia i jego żona z kolei okazali się naprawdę bardzo szlachetni i wspaniałomyślni pomagając mu uciec z więzienia, po tym jak chciał ich zabić, tylko nie rozumiem dlaczego w takim razie hrabia wydał go żandarmom, a potem pomógł mu w ucieczce, skoro był tak mściwym i zawistnym człowiekiem. Czyżby jego żona dysponowała tak wielka siłą perswazji, że udało jej się go przebłagać, by pomógł mu uciec? Tylko dlaczego ona chciała go ocalić? Przecież to absurdalne i niedorzeczne po tym co ten cwel chciał im zrobić! Ten Danglars tak samo zszedł całkowicie na złą drogę przystępując do bandy łotrów, tylko po to by zemścić się na hrabim za swoje bankructwo.
OdpowiedzUsuńNajciekawsza, jak dotąd opowieść. Historia Benedetta po 1838r, sama wystarczyłaby na świetną powieść przygodową. Hrabia nie stracił nic ze swej przebiegłości. Plany wewnątrz planów w planach. Nawet takiego występnika zdołał pokonać dobrem, a postawa Hayde budzi autentyczny podziw. Aż się nie chce wierzyć, jak nikczemny i niereformowalny był Villefort, gdy odzyskał sprawność umysłu i wymógł zemstę na synu. Nie dziwię się, dlaczego Benedetto tak polubił ojca.
OdpowiedzUsuńW sumie trochę mi szkoda Benedetta, bo złożył samokrytykę, ale z drugiej strony był zdecydowanie za bardzo chciwy.
OdpowiedzUsuńTa scena z księdzem, czy nie było jej w serialu o hrabim Monte Christo, gdzie Monte Christo grał Gérard Depardieu? Widziałam dwa pierwsze odcinki tego serialu i ta scena, jak hrabia się przebrał za księdza, utkwiła mi w pamięci.
Chyba, że ta scena była w innej wersji przygód hrabiego, ale wydaje mi się, że była właśnie w tej.
No właśnie, chyba jako jedyny ze wszystkich łotrów w tej powieści wiedział, że jest łotrem i nigdy nie udawał, że jest inaczej. To znaczy pomijając okres, kiedy udawał wicehrabiego Cavalcanti. Poza tym jednak nigdy nie zamierzał udawać, że myśli przede wszystkim o sobie i własnym dobru i tylko ono go interesuje. Ale przebywając w pace miał wiele czasu do namysłu i jak widzisz, dobrze z tego czasu skorzystał.
UsuńNie pomyliłaś się, w powieści Monte Christo, jak już to wcześniej wspominałem, udawał również księdza Busoni. To było jedno z jego kilku wcieleń. Jednakże w części ekranizacji jest to pominięte. Ale niektóre to zachowały. Głównie pokazali to w serialu z Gerardem Depardieu, także dobrze pamiętasz :) Ale prócz tego pokazali to w wersji z Jeanem Maraisem z 1954, a także widzimy to również w jednej scenie wersji z Richardem Chamberlainem z 1975 roku :)