Jestem z pochodzenia Katalonką. Urodziłam się i wychowałam w Marsylii w tzw. dzielnicy katalońskiej wraz z moim kuzynem, Fernandem Mondego. Oboje zajmowaliśmy się łowieniem i sprzedażą ryb, a ja dodatkowo dorabiałam sobie naprawiając sieci. Długo nie zaznałam prawdziwej miłości, pomimo tego, iż mój kuzyn darzył mnie niesamowicie gorącym uczuciem. Niestety dla niego, ja darzyłam go jedynie miłością siostry do brata, jednak jemu to nie wystarczyło. Chciał ode mnie więcej i to znacznie więcej, niż mogłam mu ofiarować. Do tego nie rozumiał słowa „nie”, choć też nigdy mnie do niczego nie przymuszał. Czekał, aż sama się zdecyduję, a ja pewnie bym w końcu go pokochała, gdyby nie fakt, że pewnego dnia poznałam miłość swojego życia. A był nią Edmund Dantes, młody marynarz pracujący na statku „Faraon”, należącego do firmy handlowej „Morrel i syn”. To była tzw. miłość od pierwszego wejrzenia. Ja i Edmund obdarzyliśmy się wielkim uczuciem. Nigdy nie skonsumowaliśmy swojego związku, czego teraz bardzo żałuję. Co prawda, wiele par robiło tak przed ślubem, ale ja byłam zbyt cnotliwa i pobożna, żeby na coś takiego się zgodzić. Przecież okryłabym się w ten sposób hańbą, a tego się bałam najbardziej. Teraz widzę, jaka wtedy byłam głupia. Poniewczasie zrozumiałam, że z życia należy korzystać, kiedy się tylko ma ku temu okazję.
Edmund... On, to co innego. Na pewno miał on wiele kobiet przede mną. W końcu po portach łatwo spotkać dziewczęta, które są chętne do dawania rozkoszy. Mój ukochany nigdy mi o tym nie mówił, ale jestem pewna, że było tak, jak myślę. Nie miałam mu tego za złe, wszak jest on mężczyzną, a poza tym bardziej mi imponował z tym doświadczeniem niż bez niego. Wiem, że te słowa dziwacznie brzmią w moich ustach, ale to szczera prawda. Imponował mi swoim obyciem erotycznym. Dlaczego? W sercu kobiety pojawiają się uczucia, na które ich umysł nigdy nie reaguje tym pytaniem. Po prostu przyjmuje je bez pytania.
Pokochaliśmy się z Edmundem i postanowiliśmy się pobrać. Mój luby musiał jednak zarobić odpowiednią sumkę, aby stać go było na ślub, dlatego czekałam cierpliwie. Edmund tymczasem piął się w górę, jeśli chodzi o karierę na morzu. Został nawet II oficerem na „Faraonie”. Jego pracodawca, Piotr Morrel, bardzo go sobie cenił i słusznie, gdyż mój wybranek był zawsze sumiennym pracownikiem, a ponadto pracowitym. Wszystko zdawało się nam sprzyjać.
Niestety, mój kuzyn nienawidził Edmunda z całego serca. Zazdrość zżerała go od środka, czemu dawał upust przy każdej okazji. Nieraz groził mi, że zabije Edmunda, gdy tylko go spotka, jednak zapowiedziałam mu, iż jeśli to zrobi, to ja skoczę w morze i utopię się. Tylko to go powstrzymało od rękoczynów, natomiast ja czekałam na mojego ukochanego i na ślub z nim.
Aż nadszedł rok 1815. Edmund powrócił z rejsu i od razu przybył do mojego domu. Zastał mnie w nim razem z moim kuzynem, któremu go przedstawiłam. Fernand miał z pewnością wielką ochotę rozerwać mojego ukochanego na strzępy. Było to widać na pierwszy rzut oka, jednakże przez wzgląd na mnie nie zrobił tego, a nawet podał on rękę Edmundowi. Nie przejmując się tym poszłam z moim ukochanym na spacer. Opowiedział mi wówczas, że został właśnie mianowany kapitanem „Faraona”, stać więc go było nareszcie na nasz ślub. Przechodziliśmy chwilę w pobliżu oberży „Pod Flaszą i Dzwonem“, gdzie Fernand pił właśnie w towarzystwie dwóch ludzi: Danglarsa i Kacpra Caderousse’a. Zaprosiliśmy więc całą trójkę na nasze zaręczyny, nie mając oczywiście pojęcia, co oni w ogóle robią w tym szynku o jakże bardzo podejrzanej reputacji, ale wtedy niestety nic nam nie wydawało się dziwne. Byliśmy młodzi, radośni, szczęśliwi i bardzo... głupi. Och tak, wyjątkowo głupi. Gdybyśmy bowiem wiedzieli, co ta trójka w tamtej oberży uknuła... Ale nie mogliśmy tego wiedzieć.
W dniu naszych zaręczyn urządziliśmy małe przyjęcie dla najbliższych nam ludzi. Odbyło się ono w oberży, gdzie widzieliśmy ową niecną trójkę. Kiedy zabawa kwitła w najlepsze, to zjawili się żandarmi i aresztowali oni Edmunda. Nie chcieli nam powiedzieć, dlaczego to robią, zaznaczając przy tym, że to sprawa polityczna. Przerażona bardzo chciałam się dowiedzieć wszystkiego. Poszłam nawet osobiście do zastępcy prokuratora generalnego w Marsyli, pana Gerarda de Villeforta. Niestety, nie dowiedziałam się niczego prócz tego, że przesłuchał on Edmunda i na razie musi go zatrzymać w Pałacu Sprawiedliwości. Powróciłam załamana do domu. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałam się, co się stało. Otóż Edmund, wracając ze swego ostatniego rejsu, skierował nagle statek na Elbę. Jego poprzednik, kapitan Leclere, umierając wręczył mu list z poleceniem przekazania go na Elbie generałowi Bertrandowi, czyli marszałkowi dworu ex-cesarza Francji, Napoleona Bonaparte. Właściwie to nie był tyle list, co jakiś pakiet liścików lub coś w tym guście. Marszałek odebrał pakiet, a potem wręczył Edmundowi list do niejakiego pana Noirtiera, po czym w imieniu swoim i zmarłego kapitana nakazał, aby mój ukochany przekazał go wyżej wymienionemu pany. Z powodu tego listu Edmund został oskarżony o bonapartyzm i wysłany na dożywocie do owianego ponurą sławą zamku If. Wierzyłam jednak, że szybko udowodni swoją niewinność i wyjdzie na wolność. Gdy do władzy powrócił cesarz, pan Piotr Morrel apelował u Villeforta, który właśnie wtedy awansował, o uwolnienie Edmunda. Niestety, nic nie zyskał. Cesarz upadł, powrócił król, a Edmund wciąż gnił w twierdzy If, aż przyszła wieść od pana de Villeforta, że mój ukochany zmarł.
Byłam zrozpaczona. Wcześniej zaś, za stu dni Napoleona, mój kuzyn został powołany do wojska. Pożegnałam go załamana myśląc, że tracę kolejną bliską mi osobę, ale on powrócił owiany sławą i bardzo bogaty. Mimo porażki Napoleona, Fernand piął się wysoko w górę. Pasowano go na generała, a potem został nawet emisariuszem podczas powstania w Turcji, gdy Grecy walczyli o niepodległość. Służył na dworze Ali Tebelina, paszy i wezyra Janiny, zwanego przez swych poddanych Ali Paszą, jeśli się nie mylę. Podczas powstania wsparł on Greków, za co sułtan wydał na niego wyrok śmierci. U tego właśnie bohaterskiego człowieka służył mój kuzyn, Fernand Mondego. Ali Tebelin bronił się bardzo dzielnie przed wojskami sułtana. Doszło jednak do zdrady i Ali Pasza został zdradzony przez własnych żołnierzy, a jeden z nich podobno osobiście go zabił. Fernand zaś, jako jeden z niewielu przeżył rzeź i powrócił do mnie z wielkim majątkiem, który ponoć zarobił na służbie u Ali Tebelina. Byłam już wtedy jego żoną. Dwa lata po ślubie urodziłam mu syna Alberta. Za pomocą majątku mój mąż wybił się w górę i wszedł na salony. Otrzymał też tytuł hrabiego i zmienił nazwisko na de Morcerf. Nieco później przyjęty do Izby Parów. Zaszczyty posypały się na nas, jak z rękawa losu. Przeprowadziliśmy się do Paryża już na zawsze zapominając o Marsylii. I o Edmundzie Dantesie oraz jego ojcu, który zmarł z głodu, pomimo usilnej opieki mojej i pana Morrela. Biedak.
Czemu wyszłam za Fernanda Mondego, zapyta mnie ktoś? Przecież nigdy tak naprawdę go nie kochałam. A więc dlaczego? Prawdę mówiąc, sama nie wiem. Może po prostu nie umiałam żyć w samotności? Może tak bardzo potrzebowałam kogoś, na czyim ramieniu mogłabym się oprzeć i przejść spokojnie przez resztę moich dni? A może... Sama już teraz nie wiem.
W roku 1838 odnalazła nas jednak Opatrzność i spadła ona na nasze głowy niczym każąca ręka Sprawiedliwości. Będąc w Rzymie w czasie karnawale, Albert wpadł się w ręce bandytów słynnego herszta Luigiego Vampy. Ocalił go wówczas hrabia de Monte Christo. Syn z wdzięczności zaprosił go do nas. Nie miałam nic przeciwko temu, lecz kiedy spotkałam się z hrabią twarzą w twarz, to przeraziłam się. Rozpoznałam tego człowieka, pomimo tego, iż nie widziałam go dwadzieścia trzy lata. To był on, Edmund Dantes. Hrabia Monte Christo, tajemniczy wybawca mojego syna okazał się być moim niedoszłym mężem, który wcale nie umarł, lecz przeżył i postanowił wrócić między ludzi.
Jak go rozpoznałam? Sama właściwie nie wiem. Może po prostu serce mi podpowiedziało? A może jego twarz nigdy nie została trwale wymazana z mojej pamięci? Któż to wie? Hrabia we wszystkich rozmowach ze mną, choćby podczas przyjęcia w naszej posiadłości, nigdy nie zdradził się, że jest tym, za kogo go biorę, zaś ja nigdy nie odkryłam przed nim tego, iż go rozpoznałam. Jedyne, co mnie zdumiało, to fakt, iż nie chciał on nigdy w naszym domu nic jeść ani pić. Nie kosztował żadnych specjałów, nawet owoców. Dowiedziałam się jednak, dlaczego. Według arabskiego zwyczaju nie wolno jeść niczego w domu swojego wroga, zwłaszcza takiego, którego chce się zniszczyć, a on zamierzał zniszczyć mojego męża i mnie również przy okazji. Za co? Choćby za to, że nie dochowałam mu wierności. Za to, iż głosiłam piękne hasła śmierci z miłości, a kiedy przyszło co do czego, to zdradziłam go i wyszłam za innego. I to jeszcze za człowieka, który go zniszczył, jak się później tego dowiedziałam. Nie muszę chyba dodawać, że wiadomość o tym mocno mną wstrząsnęła. Nawet bardzo mocno.
Dlaczego nie uprzedziłam mojego męża, iż hrabia Monte Christo to Edmund Dantes? Sama tego nie wiem. Być może z dawnego sentymentu do Edmunda? A może po prostu w głębi serca czekałam tylko na upadek męża, którego nigdy nie kochałam? Sama się nad tym zastanawiam. Do dzisiaj dręczy mnie pytanie, czy gdybym ostrzegła Fernanda, mogłabym go ocalić od upadku? Być może, jednakże na to pytanie też już nigdy nie otrzymam odpowiedzi.
Wkrótce w Paryżu doszło wreszcie do tego, co było nieuniknione. Mojego męża dopadły grzechy jego młodości. Hrabia Monte Christo opublikował bowiem w gazecie (anonimowo, rzecz jasna), że mój „drogi“ mąż wydał Alego Tebelina Turkom, a ponoć nawet osobiście go zabił. Nie wspomniał jednak o innych jego zdradach - Fernand, sam będąc Hiszpanem, brał udział we francuskiej napaści na Hiszpanię. Francja była mu drugą ojczyzną, a on zdradził cesarza i kraj szpiegując na rzecz Anglików i to na krótko przed bitwą pod Waterloo, ale o tym nikt nie wiedział lub też nie chciano o tym wiedzieć. To mu łatwo wybaczono, jednakże zdrada Alego Tebelina była już sprawą o wiele poważniejszą. Przecież mój mąż był na jego dworze emisariuszem i reprezentował Francję. Zdradzając Ali Paszę ośmieszył nasz kraj, czego już nikt nie mógł mu darować. Izba Parów powołała specjalną komisję w celu zbadania sprawy, ale mimo pewności siebie mojego drogiego męża, Edmund sprowadził Hayde, córkę Ali Tebelina. Ta zaś była nie tylko świadkiem zdrady i zabójstwa swojego ojca. Fernand sprzedał ją i jej matkę Wasiliki do niewoli za grubą sumę pieniędzy. Hayde zapamiętała jego twarz i bliznę na ręce, teraz zaś ogłosiła publicznie jego zdradę, potwierdzając ją wręcz niezbitymi dowodami. Mój mąż pozostając pod wielkim wrażeniem otrzymanych od niej ciosów długo się nie bronił. Został uznany za winnego i usunięty z Izby Parów.
I na tym zemsta Edmunda pewnie by się zakończyła, gdyby nie mój syn, Albert. Chciał on bronić honoru ojca, więc wyzwał publicznie w operze hrabiego Monte Christo na pojedynek. Hrabia oczywiście wyzwanie przyjął i zapowiedział śmierć mojemu jedynemu dziecku. Wiem, że tak właśnie zrobił. Byłam bowiem w operze ukryta za kotarą i widziałam wszystko. Dlatego też, kiedy Monte Christo wrócił do domu, pojechałam tam za nim i zaczęłam go błagać, aby nie zabijał mojego syna. Edmund mocno się zdziwił, kiedy mu powiedziałam, że doskonale wiem, kim on jest i że ledwie tylko go ujrzałam, rozpoznałam go, pomimo tego, iż upłynęły dwadzieścia trzy lata odkąd go aresztowano. Monte Christo jednak już nie chciał mnie znać. Nie był już moim Edmundem, a nawet gdyby był, przyznam się szczerze, nie wróciłabym do niego. Nie czułam się go godna. Nie umiałabym ułożyć sobie z nim ponownie życia. Nie po tym wszystkim, co się wydarzyło. Nie po tylu latach rozłąki z nim. Dla nas już było za późno.
Ale dla mojego syna nie było jeszcze za późno. Zapytałam Edmunda, za co mści się na mnie i na mojej rodzinie. Zapytałam go, co też złego mu uczyniliśmy? Wówczas to hrabia Monte Christo pokazał mi list, który to doprowadził go do upadku. Był to list napisany owego feralnego dnia w oberży, kiedy widzieliśmy Danglarsa, Fernanda i Caderousse’a przy jednym stoliku. List ten denuncjował Edmunda jako bonapartystę. Napisał go Danglars, a Fernand zaniósł na pocztę. Caderousse zaś był zbyt pijany, aby temu przeszkodzić. Później nie wstawił się za Edmundem ani nie zrobił nic, aby go ocalić. Ponoć zszedł potem na złą drogę, został złodziejem i mordercą, aż w końcu zasztyletował go jakiś człowiek, którego szantażował. Tak w każdym razie słyszałam.
Ale co mnie to wtedy obchodziło? Bardziej liczyło się dla mnie to, że mój mąż, Fernand Mondego, hrabia de Morcerf, generał i par Francji to zwykły zdrajca i morderca. To on przyczynił się do upadku oraz duchowej śmierci Edmunda Dantesa i to przez niego straciłam życie w szczęściu i radości. Danglars mógł sobie zazdrościć Edmundowi stanowiska i napisać na niego fałszywy donos, ale to właśnie Fernand, zaborczo zakochany we mnie zaniósł ten podły donos na pocztę i wysłał policji. To on popełnił większą zbrodnię. Zrozumiałam już, za co Monte Christo się na nas mści. „Ale dlaczego mój syn?”, zapytałam Edmunda. Co moje dziecko mu zawiniło? Nie było go na świecie w chwili, kiedy popełniono tę ohydną zbrodnię. Otrzymałam odpowiedź, która brzmiała: za grzechy rodziców mają cierpieć dzieci, gdyż tak każe biblijne prawo. Takim prawem kierował się hrabia. Ja jednak przeciwstawiłam mu zupełnie inne prawo - prawo do wybaczenia i miłosierdzia. Pod wpływem moich słów, hrabia Monte Christo w końcu mi uległ. Oznajmił, że nie zabije Alberta, ale sam za to pozwoli się zabić. Na to jednak też nie mogłam mu pozwolić. Wróciłam zatem szybko do domu, wezwałam Alberta i opowiedziałam o wszystkim, czego się dowiedziałam, czyli całą historię Edmunda Dantesa. Na moim synu zrobiło to wręcz ogromne wrażenie. Pojechał od razu na Pola Marsowe, ale nie żeby się strzelać z Edmundem, lecz żeby go przeprosić za swe zachowanie i powiedzieć publicznie, że hrabia de Monte Christo miał pełne prawo zdemaskować oraz ośmieszyć jego ojca, a mojego męża. Uczyniwszy to Albert natychmiast powrócił do domu, ja zaś przekonałam go, że nie mamy czego dłużej szukać w domu pana de Morcerfa. Bo przecież nie mogłam dalej żyć z tym człowiekiem pod jednym dachem. Nie po tym, czego się o nim dowiedziałam. Jak on mógł? Dla własnych ambicji zniszczyć niewinnego człowieka? Czy miłością to mógł wytłumaczyć? Nie! Zdecydowanie nie! Miłość nigdy nie tłumaczy zbrodni. Nigdy!
W dniu, w którym wraz z synem opuściliśmy ten przeklęty dom, mój mąż popełnił samobójstwo. Fernand Mondego, hrabia de Morcerf, generał i dawny par Francji, wyjął z biurka pistolet i strzelił sobie z niego w głowę. Zemsta hrabiego Monte Christo dokonała się.
A co zaś stało się ze mną i z Albertem? Zatrzymaliśmy się na jakiś czas w starej kamienicy. Nie mieliśmy żadnych środków do życia. Albert postanowił, że porzuci nazwisko de Morcerf i przyjął moje panieńskie nazwisko, czyli Herrera. Pod tym nazwiskiem zaciągnął się do Spahisów i wyruszył do Afryki. Pieniądze, które otrzymał za zaciągnięcie się, wręczył mi. Ja zaś postanowiłam spożytkować je jako posag niezbędny do tego, aby zostać zakonnicą. Mogłam co prawda użyć majątku męża, ale nie chciałam tych pieniędzy zbrukanych krwią niewinnych. Wyrzekałam się ich, tak jak i samego Fernanda. Chciałam bardzo zamknąć się za murami klasztoru, ale ostatecznie zrezygnowałam z tego i zamieszkałam w tym oto mieszkaniu Ludwika Dantesa, jakie zaofiarował mi hrabia Monte Christo.
Mój syn tymczasem odpłynął do Afryki. Jego działalność w wojsku była po prostu niesamowita. Obecnie jest generałem i osobiście pilnuje naszych kolonii w Afryce. Odwiedza mnie jednak tak często, jak to tylko możliwe. Niejeden raz prosi mnie, abym wyjechała razem z nim do Afryki. Proponuje mi też, że jeśli nie chcę zamieszkać w Afryce, to abym zgodziła się na to, żeby on i jego rodzina zamieszkali ze mną. Bo Albert ożenił się i ma teraz trójkę uroczych dzieci. Kocham te chwile, kiedy wszyscy razem mnie odwiedzają, ale ja nie mogę się wyrazić zgody ani na jedno, ani na drugie. Nie mogę opuścić tego domu... Nie umiem tego zrobić. Przywiązałam się do niego. Do tych wszystkich kątów, które przypominają mi stare czasy. A czemu nie chcę, aby oni zamieszkali ze mną? Aby Albert porzucił służbę? Nie mogę się na to zgodzić. Zasłużyłam na karę za to, że wyszłam za tego potwora Fernanda Mondego, jak i również za to, że tak bardzo łatwo zapomniałam o Edmundzie Dantesie. Tę karę wymierzyłam sobie sama i pilnie strzegę, abym nigdy z niej nie zrezygnowała.
Hrabiego Monte Christo nigdy już więcej nie spotkałam. W myślach nigdy już nie nazywam go Edmundem Dantesem, ponieważ dawno przestał nim być. Edmunda zabili jego wrogowie zazdroszcząc mu tego, czego oni nigdy nie byli w stanie zdobyć. Hrabia Monte Christo natomiast odrodził się z popiołów Edmunda Dantesa niczym feniks i nie miał on już praktycznie nic wspólnego z mężczyzną, którego kiedyś kochałam.
Po opuszczeniu męża, Monte Christa spotkałam tylko raz. Miejscem naszej wizyty było to oto mieszkanie, które obecnie zajmuję. Hrabia wyjawił mi, że kupił je i ofiaruje mi jako wygodne mieszkanie. Dzięki jego staraniom nigdy nie brakuje mi niczego. Mam także stałą pracę - powróciłam bowiem do mojego dawnego zawodu. Znowu łowię ryby lub naprawiam sieci. Przy drobnej pomocy hrabiego Monte Christo mam zawsze stałych i dobrze płacących klientów. Tego dnia, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, pożegnaliśmy się ze sobą bez żalu. Oboje bowiem wiedzieliśmy, że nie dane jest nam być ze sobą. Chociaż prawdę mówiąc, hrabia pewnie by tego chciał, ale ja już nie chciałam. Pożegnaliśmy się więc i on odszedł. Więcej już go nie widziałam. Nie wiem, co się z nim teraz dzieje, jednak mam nadzieję, że znalazł nareszcie szczęście, którego tak długo poszukiwał. Szczęście, spokój ducha i sumienia. Tego wszystkiego on bardzo bowiem potrzebuje.
Oto i moja historia.
Edmund... On, to co innego. Na pewno miał on wiele kobiet przede mną. W końcu po portach łatwo spotkać dziewczęta, które są chętne do dawania rozkoszy. Mój ukochany nigdy mi o tym nie mówił, ale jestem pewna, że było tak, jak myślę. Nie miałam mu tego za złe, wszak jest on mężczyzną, a poza tym bardziej mi imponował z tym doświadczeniem niż bez niego. Wiem, że te słowa dziwacznie brzmią w moich ustach, ale to szczera prawda. Imponował mi swoim obyciem erotycznym. Dlaczego? W sercu kobiety pojawiają się uczucia, na które ich umysł nigdy nie reaguje tym pytaniem. Po prostu przyjmuje je bez pytania.
Pokochaliśmy się z Edmundem i postanowiliśmy się pobrać. Mój luby musiał jednak zarobić odpowiednią sumkę, aby stać go było na ślub, dlatego czekałam cierpliwie. Edmund tymczasem piął się w górę, jeśli chodzi o karierę na morzu. Został nawet II oficerem na „Faraonie”. Jego pracodawca, Piotr Morrel, bardzo go sobie cenił i słusznie, gdyż mój wybranek był zawsze sumiennym pracownikiem, a ponadto pracowitym. Wszystko zdawało się nam sprzyjać.
Niestety, mój kuzyn nienawidził Edmunda z całego serca. Zazdrość zżerała go od środka, czemu dawał upust przy każdej okazji. Nieraz groził mi, że zabije Edmunda, gdy tylko go spotka, jednak zapowiedziałam mu, iż jeśli to zrobi, to ja skoczę w morze i utopię się. Tylko to go powstrzymało od rękoczynów, natomiast ja czekałam na mojego ukochanego i na ślub z nim.
Aż nadszedł rok 1815. Edmund powrócił z rejsu i od razu przybył do mojego domu. Zastał mnie w nim razem z moim kuzynem, któremu go przedstawiłam. Fernand miał z pewnością wielką ochotę rozerwać mojego ukochanego na strzępy. Było to widać na pierwszy rzut oka, jednakże przez wzgląd na mnie nie zrobił tego, a nawet podał on rękę Edmundowi. Nie przejmując się tym poszłam z moim ukochanym na spacer. Opowiedział mi wówczas, że został właśnie mianowany kapitanem „Faraona”, stać więc go było nareszcie na nasz ślub. Przechodziliśmy chwilę w pobliżu oberży „Pod Flaszą i Dzwonem“, gdzie Fernand pił właśnie w towarzystwie dwóch ludzi: Danglarsa i Kacpra Caderousse’a. Zaprosiliśmy więc całą trójkę na nasze zaręczyny, nie mając oczywiście pojęcia, co oni w ogóle robią w tym szynku o jakże bardzo podejrzanej reputacji, ale wtedy niestety nic nam nie wydawało się dziwne. Byliśmy młodzi, radośni, szczęśliwi i bardzo... głupi. Och tak, wyjątkowo głupi. Gdybyśmy bowiem wiedzieli, co ta trójka w tamtej oberży uknuła... Ale nie mogliśmy tego wiedzieć.
W dniu naszych zaręczyn urządziliśmy małe przyjęcie dla najbliższych nam ludzi. Odbyło się ono w oberży, gdzie widzieliśmy ową niecną trójkę. Kiedy zabawa kwitła w najlepsze, to zjawili się żandarmi i aresztowali oni Edmunda. Nie chcieli nam powiedzieć, dlaczego to robią, zaznaczając przy tym, że to sprawa polityczna. Przerażona bardzo chciałam się dowiedzieć wszystkiego. Poszłam nawet osobiście do zastępcy prokuratora generalnego w Marsyli, pana Gerarda de Villeforta. Niestety, nie dowiedziałam się niczego prócz tego, że przesłuchał on Edmunda i na razie musi go zatrzymać w Pałacu Sprawiedliwości. Powróciłam załamana do domu. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałam się, co się stało. Otóż Edmund, wracając ze swego ostatniego rejsu, skierował nagle statek na Elbę. Jego poprzednik, kapitan Leclere, umierając wręczył mu list z poleceniem przekazania go na Elbie generałowi Bertrandowi, czyli marszałkowi dworu ex-cesarza Francji, Napoleona Bonaparte. Właściwie to nie był tyle list, co jakiś pakiet liścików lub coś w tym guście. Marszałek odebrał pakiet, a potem wręczył Edmundowi list do niejakiego pana Noirtiera, po czym w imieniu swoim i zmarłego kapitana nakazał, aby mój ukochany przekazał go wyżej wymienionemu pany. Z powodu tego listu Edmund został oskarżony o bonapartyzm i wysłany na dożywocie do owianego ponurą sławą zamku If. Wierzyłam jednak, że szybko udowodni swoją niewinność i wyjdzie na wolność. Gdy do władzy powrócił cesarz, pan Piotr Morrel apelował u Villeforta, który właśnie wtedy awansował, o uwolnienie Edmunda. Niestety, nic nie zyskał. Cesarz upadł, powrócił król, a Edmund wciąż gnił w twierdzy If, aż przyszła wieść od pana de Villeforta, że mój ukochany zmarł.
Byłam zrozpaczona. Wcześniej zaś, za stu dni Napoleona, mój kuzyn został powołany do wojska. Pożegnałam go załamana myśląc, że tracę kolejną bliską mi osobę, ale on powrócił owiany sławą i bardzo bogaty. Mimo porażki Napoleona, Fernand piął się wysoko w górę. Pasowano go na generała, a potem został nawet emisariuszem podczas powstania w Turcji, gdy Grecy walczyli o niepodległość. Służył na dworze Ali Tebelina, paszy i wezyra Janiny, zwanego przez swych poddanych Ali Paszą, jeśli się nie mylę. Podczas powstania wsparł on Greków, za co sułtan wydał na niego wyrok śmierci. U tego właśnie bohaterskiego człowieka służył mój kuzyn, Fernand Mondego. Ali Tebelin bronił się bardzo dzielnie przed wojskami sułtana. Doszło jednak do zdrady i Ali Pasza został zdradzony przez własnych żołnierzy, a jeden z nich podobno osobiście go zabił. Fernand zaś, jako jeden z niewielu przeżył rzeź i powrócił do mnie z wielkim majątkiem, który ponoć zarobił na służbie u Ali Tebelina. Byłam już wtedy jego żoną. Dwa lata po ślubie urodziłam mu syna Alberta. Za pomocą majątku mój mąż wybił się w górę i wszedł na salony. Otrzymał też tytuł hrabiego i zmienił nazwisko na de Morcerf. Nieco później przyjęty do Izby Parów. Zaszczyty posypały się na nas, jak z rękawa losu. Przeprowadziliśmy się do Paryża już na zawsze zapominając o Marsylii. I o Edmundzie Dantesie oraz jego ojcu, który zmarł z głodu, pomimo usilnej opieki mojej i pana Morrela. Biedak.
Czemu wyszłam za Fernanda Mondego, zapyta mnie ktoś? Przecież nigdy tak naprawdę go nie kochałam. A więc dlaczego? Prawdę mówiąc, sama nie wiem. Może po prostu nie umiałam żyć w samotności? Może tak bardzo potrzebowałam kogoś, na czyim ramieniu mogłabym się oprzeć i przejść spokojnie przez resztę moich dni? A może... Sama już teraz nie wiem.
W roku 1838 odnalazła nas jednak Opatrzność i spadła ona na nasze głowy niczym każąca ręka Sprawiedliwości. Będąc w Rzymie w czasie karnawale, Albert wpadł się w ręce bandytów słynnego herszta Luigiego Vampy. Ocalił go wówczas hrabia de Monte Christo. Syn z wdzięczności zaprosił go do nas. Nie miałam nic przeciwko temu, lecz kiedy spotkałam się z hrabią twarzą w twarz, to przeraziłam się. Rozpoznałam tego człowieka, pomimo tego, iż nie widziałam go dwadzieścia trzy lata. To był on, Edmund Dantes. Hrabia Monte Christo, tajemniczy wybawca mojego syna okazał się być moim niedoszłym mężem, który wcale nie umarł, lecz przeżył i postanowił wrócić między ludzi.
Jak go rozpoznałam? Sama właściwie nie wiem. Może po prostu serce mi podpowiedziało? A może jego twarz nigdy nie została trwale wymazana z mojej pamięci? Któż to wie? Hrabia we wszystkich rozmowach ze mną, choćby podczas przyjęcia w naszej posiadłości, nigdy nie zdradził się, że jest tym, za kogo go biorę, zaś ja nigdy nie odkryłam przed nim tego, iż go rozpoznałam. Jedyne, co mnie zdumiało, to fakt, iż nie chciał on nigdy w naszym domu nic jeść ani pić. Nie kosztował żadnych specjałów, nawet owoców. Dowiedziałam się jednak, dlaczego. Według arabskiego zwyczaju nie wolno jeść niczego w domu swojego wroga, zwłaszcza takiego, którego chce się zniszczyć, a on zamierzał zniszczyć mojego męża i mnie również przy okazji. Za co? Choćby za to, że nie dochowałam mu wierności. Za to, iż głosiłam piękne hasła śmierci z miłości, a kiedy przyszło co do czego, to zdradziłam go i wyszłam za innego. I to jeszcze za człowieka, który go zniszczył, jak się później tego dowiedziałam. Nie muszę chyba dodawać, że wiadomość o tym mocno mną wstrząsnęła. Nawet bardzo mocno.
Dlaczego nie uprzedziłam mojego męża, iż hrabia Monte Christo to Edmund Dantes? Sama tego nie wiem. Być może z dawnego sentymentu do Edmunda? A może po prostu w głębi serca czekałam tylko na upadek męża, którego nigdy nie kochałam? Sama się nad tym zastanawiam. Do dzisiaj dręczy mnie pytanie, czy gdybym ostrzegła Fernanda, mogłabym go ocalić od upadku? Być może, jednakże na to pytanie też już nigdy nie otrzymam odpowiedzi.
Wkrótce w Paryżu doszło wreszcie do tego, co było nieuniknione. Mojego męża dopadły grzechy jego młodości. Hrabia Monte Christo opublikował bowiem w gazecie (anonimowo, rzecz jasna), że mój „drogi“ mąż wydał Alego Tebelina Turkom, a ponoć nawet osobiście go zabił. Nie wspomniał jednak o innych jego zdradach - Fernand, sam będąc Hiszpanem, brał udział we francuskiej napaści na Hiszpanię. Francja była mu drugą ojczyzną, a on zdradził cesarza i kraj szpiegując na rzecz Anglików i to na krótko przed bitwą pod Waterloo, ale o tym nikt nie wiedział lub też nie chciano o tym wiedzieć. To mu łatwo wybaczono, jednakże zdrada Alego Tebelina była już sprawą o wiele poważniejszą. Przecież mój mąż był na jego dworze emisariuszem i reprezentował Francję. Zdradzając Ali Paszę ośmieszył nasz kraj, czego już nikt nie mógł mu darować. Izba Parów powołała specjalną komisję w celu zbadania sprawy, ale mimo pewności siebie mojego drogiego męża, Edmund sprowadził Hayde, córkę Ali Tebelina. Ta zaś była nie tylko świadkiem zdrady i zabójstwa swojego ojca. Fernand sprzedał ją i jej matkę Wasiliki do niewoli za grubą sumę pieniędzy. Hayde zapamiętała jego twarz i bliznę na ręce, teraz zaś ogłosiła publicznie jego zdradę, potwierdzając ją wręcz niezbitymi dowodami. Mój mąż pozostając pod wielkim wrażeniem otrzymanych od niej ciosów długo się nie bronił. Został uznany za winnego i usunięty z Izby Parów.
I na tym zemsta Edmunda pewnie by się zakończyła, gdyby nie mój syn, Albert. Chciał on bronić honoru ojca, więc wyzwał publicznie w operze hrabiego Monte Christo na pojedynek. Hrabia oczywiście wyzwanie przyjął i zapowiedział śmierć mojemu jedynemu dziecku. Wiem, że tak właśnie zrobił. Byłam bowiem w operze ukryta za kotarą i widziałam wszystko. Dlatego też, kiedy Monte Christo wrócił do domu, pojechałam tam za nim i zaczęłam go błagać, aby nie zabijał mojego syna. Edmund mocno się zdziwił, kiedy mu powiedziałam, że doskonale wiem, kim on jest i że ledwie tylko go ujrzałam, rozpoznałam go, pomimo tego, iż upłynęły dwadzieścia trzy lata odkąd go aresztowano. Monte Christo jednak już nie chciał mnie znać. Nie był już moim Edmundem, a nawet gdyby był, przyznam się szczerze, nie wróciłabym do niego. Nie czułam się go godna. Nie umiałabym ułożyć sobie z nim ponownie życia. Nie po tym wszystkim, co się wydarzyło. Nie po tylu latach rozłąki z nim. Dla nas już było za późno.
Ale dla mojego syna nie było jeszcze za późno. Zapytałam Edmunda, za co mści się na mnie i na mojej rodzinie. Zapytałam go, co też złego mu uczyniliśmy? Wówczas to hrabia Monte Christo pokazał mi list, który to doprowadził go do upadku. Był to list napisany owego feralnego dnia w oberży, kiedy widzieliśmy Danglarsa, Fernanda i Caderousse’a przy jednym stoliku. List ten denuncjował Edmunda jako bonapartystę. Napisał go Danglars, a Fernand zaniósł na pocztę. Caderousse zaś był zbyt pijany, aby temu przeszkodzić. Później nie wstawił się za Edmundem ani nie zrobił nic, aby go ocalić. Ponoć zszedł potem na złą drogę, został złodziejem i mordercą, aż w końcu zasztyletował go jakiś człowiek, którego szantażował. Tak w każdym razie słyszałam.
Ale co mnie to wtedy obchodziło? Bardziej liczyło się dla mnie to, że mój mąż, Fernand Mondego, hrabia de Morcerf, generał i par Francji to zwykły zdrajca i morderca. To on przyczynił się do upadku oraz duchowej śmierci Edmunda Dantesa i to przez niego straciłam życie w szczęściu i radości. Danglars mógł sobie zazdrościć Edmundowi stanowiska i napisać na niego fałszywy donos, ale to właśnie Fernand, zaborczo zakochany we mnie zaniósł ten podły donos na pocztę i wysłał policji. To on popełnił większą zbrodnię. Zrozumiałam już, za co Monte Christo się na nas mści. „Ale dlaczego mój syn?”, zapytałam Edmunda. Co moje dziecko mu zawiniło? Nie było go na świecie w chwili, kiedy popełniono tę ohydną zbrodnię. Otrzymałam odpowiedź, która brzmiała: za grzechy rodziców mają cierpieć dzieci, gdyż tak każe biblijne prawo. Takim prawem kierował się hrabia. Ja jednak przeciwstawiłam mu zupełnie inne prawo - prawo do wybaczenia i miłosierdzia. Pod wpływem moich słów, hrabia Monte Christo w końcu mi uległ. Oznajmił, że nie zabije Alberta, ale sam za to pozwoli się zabić. Na to jednak też nie mogłam mu pozwolić. Wróciłam zatem szybko do domu, wezwałam Alberta i opowiedziałam o wszystkim, czego się dowiedziałam, czyli całą historię Edmunda Dantesa. Na moim synu zrobiło to wręcz ogromne wrażenie. Pojechał od razu na Pola Marsowe, ale nie żeby się strzelać z Edmundem, lecz żeby go przeprosić za swe zachowanie i powiedzieć publicznie, że hrabia de Monte Christo miał pełne prawo zdemaskować oraz ośmieszyć jego ojca, a mojego męża. Uczyniwszy to Albert natychmiast powrócił do domu, ja zaś przekonałam go, że nie mamy czego dłużej szukać w domu pana de Morcerfa. Bo przecież nie mogłam dalej żyć z tym człowiekiem pod jednym dachem. Nie po tym, czego się o nim dowiedziałam. Jak on mógł? Dla własnych ambicji zniszczyć niewinnego człowieka? Czy miłością to mógł wytłumaczyć? Nie! Zdecydowanie nie! Miłość nigdy nie tłumaczy zbrodni. Nigdy!
W dniu, w którym wraz z synem opuściliśmy ten przeklęty dom, mój mąż popełnił samobójstwo. Fernand Mondego, hrabia de Morcerf, generał i dawny par Francji, wyjął z biurka pistolet i strzelił sobie z niego w głowę. Zemsta hrabiego Monte Christo dokonała się.
A co zaś stało się ze mną i z Albertem? Zatrzymaliśmy się na jakiś czas w starej kamienicy. Nie mieliśmy żadnych środków do życia. Albert postanowił, że porzuci nazwisko de Morcerf i przyjął moje panieńskie nazwisko, czyli Herrera. Pod tym nazwiskiem zaciągnął się do Spahisów i wyruszył do Afryki. Pieniądze, które otrzymał za zaciągnięcie się, wręczył mi. Ja zaś postanowiłam spożytkować je jako posag niezbędny do tego, aby zostać zakonnicą. Mogłam co prawda użyć majątku męża, ale nie chciałam tych pieniędzy zbrukanych krwią niewinnych. Wyrzekałam się ich, tak jak i samego Fernanda. Chciałam bardzo zamknąć się za murami klasztoru, ale ostatecznie zrezygnowałam z tego i zamieszkałam w tym oto mieszkaniu Ludwika Dantesa, jakie zaofiarował mi hrabia Monte Christo.
Mój syn tymczasem odpłynął do Afryki. Jego działalność w wojsku była po prostu niesamowita. Obecnie jest generałem i osobiście pilnuje naszych kolonii w Afryce. Odwiedza mnie jednak tak często, jak to tylko możliwe. Niejeden raz prosi mnie, abym wyjechała razem z nim do Afryki. Proponuje mi też, że jeśli nie chcę zamieszkać w Afryce, to abym zgodziła się na to, żeby on i jego rodzina zamieszkali ze mną. Bo Albert ożenił się i ma teraz trójkę uroczych dzieci. Kocham te chwile, kiedy wszyscy razem mnie odwiedzają, ale ja nie mogę się wyrazić zgody ani na jedno, ani na drugie. Nie mogę opuścić tego domu... Nie umiem tego zrobić. Przywiązałam się do niego. Do tych wszystkich kątów, które przypominają mi stare czasy. A czemu nie chcę, aby oni zamieszkali ze mną? Aby Albert porzucił służbę? Nie mogę się na to zgodzić. Zasłużyłam na karę za to, że wyszłam za tego potwora Fernanda Mondego, jak i również za to, że tak bardzo łatwo zapomniałam o Edmundzie Dantesie. Tę karę wymierzyłam sobie sama i pilnie strzegę, abym nigdy z niej nie zrezygnowała.
Hrabiego Monte Christo nigdy już więcej nie spotkałam. W myślach nigdy już nie nazywam go Edmundem Dantesem, ponieważ dawno przestał nim być. Edmunda zabili jego wrogowie zazdroszcząc mu tego, czego oni nigdy nie byli w stanie zdobyć. Hrabia Monte Christo natomiast odrodził się z popiołów Edmunda Dantesa niczym feniks i nie miał on już praktycznie nic wspólnego z mężczyzną, którego kiedyś kochałam.
Po opuszczeniu męża, Monte Christa spotkałam tylko raz. Miejscem naszej wizyty było to oto mieszkanie, które obecnie zajmuję. Hrabia wyjawił mi, że kupił je i ofiaruje mi jako wygodne mieszkanie. Dzięki jego staraniom nigdy nie brakuje mi niczego. Mam także stałą pracę - powróciłam bowiem do mojego dawnego zawodu. Znowu łowię ryby lub naprawiam sieci. Przy drobnej pomocy hrabiego Monte Christo mam zawsze stałych i dobrze płacących klientów. Tego dnia, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, pożegnaliśmy się ze sobą bez żalu. Oboje bowiem wiedzieliśmy, że nie dane jest nam być ze sobą. Chociaż prawdę mówiąc, hrabia pewnie by tego chciał, ale ja już nie chciałam. Pożegnaliśmy się więc i on odszedł. Więcej już go nie widziałam. Nie wiem, co się z nim teraz dzieje, jednak mam nadzieję, że znalazł nareszcie szczęście, którego tak długo poszukiwał. Szczęście, spokój ducha i sumienia. Tego wszystkiego on bardzo bowiem potrzebuje.
Oto i moja historia.

A więc to dzięki Mercedes, Albert zamiast stoczyć pojedynek z hrabią, przeprosił go i uznał, ze jego ojcu należało się to co go spotkało przez hrabiego. Mercedes z kolei pożałowała tego, że wyszła za swojego kuzyna i nie ma w tym niczego dziwnego, po tym jak się okazało jakim nędznym i fałszywym zdrajcą był, ale dzięki hrabiemu wszyscy się dowiedzieli o jego występkach i zbrodniach jakich się dopuścił.
OdpowiedzUsuńSmutna ta historia Mercedes. Przegrała swoje życie. Ale to był ciekawy pomysł, żeby to właśnie ona wyznała Kronikarzowi prawdziwą tożsamość hrabiego Monte Christo. To zdecydowanie przełom w śledztwie.
OdpowiedzUsuń