1 lipca 1855 roku c.d.
Po przeczytaniu mojego artykułu na temat Benedetta od razu odświeżyła mi się pamięć. Wiedziałem już doskonale, skąd znałem imię nieślubnego syna pana de Villefort i pani Danglars. Przypomniało mi się również, jak szykowałem artykuły na temat procesu tego nikczemnika, a nawet zjawiłem się na jednej sesji sądu nad nim, a potem spisałem naprawdę dokładną relację z niego. Poszukałem zatem w kolekcjonowanych przeze mnie gazetach mojej relacji z tego procesu. Oczywiście nie musiałem długo szukać, bowiem szybko udało mi się osiągnąć cel i znaleźć to, co było przedmiotem mego pożądania. Po zapoznaniu się z tym, co napisałem na temat procesu Benedetta wiedziałem już, dokąd powinienem się udać po nowe informacje na temat hrabiego Monte Christo. Nowa droga stała zatem przede mną otworem. Musiałem tylko się pospieszyć. Z wiadomości na temat procesu jasno bowiem wynikało, że Benedetto ma zostać ścięty jutro w południe na placu Greve około południa. Istniała zatem nadzieja, że uda mi się uzyskać rozmowę z nim przed jego egzekucją. Miałem przynajmniej taką nadzieję.
Błogosławiona moja pamięć, która to w ostatniej chwili odtworzyła w mojej głowie wspomnienia dotyczące faktu, iż pisałem artykuły na temat Benedetta oraz jego procesu. I błogosławiona również moja próżność, bo to ona przecież sprawiła, że z zamiłowania do podziwiana mojej własnej twórczości, kolekcjonowałem wszystkie gazety, w których zamieszczono moje artykuły. Dzięki temu mogłem ponownie je przeczytać i rozpocząć kolejny etap mojej podróży. I zrobiłem to na czas. Trochę później, a nie zdążyłbym już go odnaleźć. Ucięliby temu łajdakowi głowę, a wiadomości na temat hrabiego de Monte Christo zabrałby on ze sobą do grobu.
Postanowiłem pojechać, mimo dość późnej pory, do barona Franza d’Epinaya. Zamierzam poprosić go o to, żeby wymógł jakoś na Lucjanie Debrayu rozmowę z ministrem sprawiedliwości i uzyskanie dla mnie rozmowy z Benedettem tuż przed jego egzekucją. Oby mi się udało.
***
Błyskawicznie narzuciłem na siebie płaszcz i kapelusz, po czym wskoczyłem do najbliższej dorożki i pojechałem nią prosto do domu barona d’Epinaya. Miałem to szczęście, że zastałem go w nim. Zwykle bowiem o tej porze szanowny pan baron brał udział w przyjęciach oraz rautach urządzanych przez swoich, licznych zresztą, przyjaciół. Dlatego miałem naprawdę wielkie szczęście, że tego wieczoru pan d’Epinay nigdzie się wybierał i pozostał w domowym zaciszu. Mogłem więc z nim swobodnie porozmawiać.
- Ach! To pan Chroniqueur! Jakże mi miło, że pana widzę! - zawołał baron na mój widok - Co pana do mnie sprowadza? Czyżby kolejny wywiad?
Zaśmiałem się do niego wesoło.
- Nie, panie baronie. Nie tym razem. Tym razem chodzi mi o coś znacznie innego, choć moim zdaniem równie ważnego.
Baron uśmiechnął się do mnie i pokazał mi dłonią fotel, na którym od razu się wygodnie usadowiłem.
- Proszę mi więc wyjaśnić, co pana do mnie sprowadza.
Wyjaśniłem mu w kilku zdaniach, o co mi dokładnie chodzi. Baron d’Epinay odpowiedział mi, że moja prośba jest ze względu na jego przyjaźń z Lucjanem Debrayem jak najbardziej możliwa do spełnienia i dodał, że jeżeli pragnę na jutro odbyć rozmowę z Benedettem, to musimy się spieszyć.
- Im szybciej porozmawiamy z ministrem Debrayem, zaś on ze swoim kolegą z ministerstwa sprawiedliwości, to będzie większa pewność, że pan osiągnie to, czego pan chce.
- Tylko gdzie teraz może być pan Debray?
- Na pewno tam, gdzie wszyscy ministrowie obecnie przebywają. Na balu w ambasadzie angielskiej. Jedźmy więc tam czym prędzej.
Jego entuzjazm był wielki, jednak mnie się on nie do końca udzielił. Miałem bardzo poważne wątpliwości, co do skuteczności tego planu, dlatego też musiałem je wyrazić.
- Ale czy nas tam wpuszczą? W końcu nie jesteśmy chyba zaproszeni.
Franz d’Epinay zaśmiał się jednak przy tym wesoło.
- To bynajmniej nie jest żadna trudność, mój drogi panie - powiedział - Jeżeli pójdziesz pan ze mną, to droga do każdego salonu stoi przed tobą otworem.
I choć optymizm mojego rozmówcy budził we mnie zdecydowanie mieszane uczucia, to jednak postanowiłem mu zaufać. Co innego zresztą mi pozostało?
***
W niecały kwadrans ja i baron Franz d’Epinay dojechaliśmy do angielskiej ambasady. Bal tam urządzony trwał właśnie w najlepsze, dlatego miałem poważne wątpliwości co do tego, abyśmy się mogli tam dostać. Na szczęście okazało się, że rzeczywiście nazwisko barona Franza d’Epinay otwiera drzwi na wszystkie salony. Ledwo więc mój towarzysz powiedział, kim jest, natychmiast go wpuszczony. Ja natomiast wszedłem za nim pełen obaw, że z powodu braku urzędu lub też z braku arystokratycznego tytułu natychmiast mnie wyrzucą z sali balowej. Okazało się jednak, iż kompan barona d’Epinaya jest poważany tak samo, jak on sam.
Dobra nasza, pomyślałem sobie. Oby tak dalej. Teraz wystarczy tylko znaleźć Lucjana Debraya i ministra sprawiedliwości, a bitwa będzie wygrana.
W tłumie gości trudno było odnaleźć jednego, konkretnego człowieka, który był celem naszych poszukiwań, jednak Franz d’Epinay po raz kolejny okazał się być nieocenionym towarzyszem. Przeszedł się ze mną kilka razy po sali, rozejrzał dookoła i już po chwili odnalazł Lucjana Debraya. Wskazał mi go palcem.
- Jest tutaj! Popatrz pan! Stoi tuż obok tamtej kobiety, która mogłaby być jego matką - powiedział to z prawdziwą ironią, którą ja, mówiąc szczerze, podzielałem jak najbardziej.
- Oho! A kim jest ta oto damulka, jeżeli wolno spytać? - zapytałem, z trudem powstrzymując się od śmiechu kpiny z powodu tego, co widziałem.
- A jak się panu wydaje? - odpowiedział mi dowcipnie pytaniem na pytanie baron d’Epinay - To żona jednego z naszych ambasadorów. Zdaje się, że bodajże pruskiego. Jej mężuś siedzi obecnie w Berlinie i założę się, o co pan tylko chcesz, iż na pewno nie żyje tam w celibacie. Żona więc nie chce być gorsza od niego. A taka słomiana wdówka to jest cel w sam raz dla naszego drogiego ministra spraw wewnętrznych.
- Obawiam się, że będziemy musieli przerwać jego flirty, gdyż sprawa, której się poświęciłem, jest wręcz niecierpiąca zwłoki. Jak mówili starożytni Rzymianie, periculum in mora.
- Święte słowa, drogi panie. No cóż... Nasz drogi pan minister będzie musiał popracować nawet na balu. Ale trudno. Niech chociaż raz zasłuży sobie na swoją dietę ministerialną. Chodźmy więc.
Podeszliśmy do pana ministra i ukłoniliśmy mu się grzecznie. Lucjan Debray był wściekły, co jednak starannie próbował ukryć pod wymuszonymi dobrymi manierami. Przeprosił on zatem damę, z którą właśnie rozmawiał i podszedł do nas wyraźnie poirytowany.
- Czego chcesz, Franz? I co tu robisz z tym dziennikarzyną?
Ten dziennikarza to oczywiście byłem ja. Nie spodobały mi się słowa pana ministra, postanowiłem jednak zachować ten oto fakt dla siebie. W tamtej chwili bardzo potrzebowałem po pomocy tego człowieka i nawet, jeżeli go nie lubiłem, to jednak musiałem go akceptować takim, jakim był.
- No cóż, pan minister jest jak zwykle niezwykle miły - odpowiedziałem z wymuszonym uśmiechem, choć tak naprawdę miałem ochotę wpakować mu pięść między zęby.
- Być może - odrzekł z kpiną Lucjan Debray - Za chwilę jednak przestanę być miły, panie Chroniqueur. Wydaje mi się bowiem, że wszystko już dzisiaj panu opowiedziałem, co panu jest do artykułu potrzebne. Dlaczego więc mnie pan teraz prześladuje na balu w ambasadzie? Nie wiem nic więcej o hrabim Monte Christo i nie zdołam panu w żaden sposób więcej pomóc.
Baron d’Epinay jednak przejął inicjatywę i powiedział:
- Wybacz, mój drogi Lucjanie, jednakże jesteś w stanie bardziej pomóc panu Chroniqueurowi. Z całą pewnością zdołasz mu jeszcze pomóc.
- O! A w jakiż to niby sposób mogę mu jeszcze pomóc? Czyżby udzielaniem kolejnego wywiadu? Może tym razem na temat mojej ciężkiej pracy?
Miałem poważne wątpliwości co do „ciężaru” jego pracy, ale ten komentarz, tak samo jak i inne na jego temat, zachowałem dla siebie. Wolałem nie obrażać człowieka, od którego zależało powodzenie mojej misji.
- Mój przyjaciel, pan Jean Chroniqueur chce rozmawiać z człowiekiem, który jutro ma zostać ścięty na placu Greve.
- Poważnie? - zdziwił się Lucjan Debray, wysłuchując słów barona - A o kogo konkretnie chodzi?
- O człowieka, którego nazywają Benedetto - odpowiedziałem.
Lucjan Debray poszukał głęboko w zakamarkach swojej pamięci i już po dość krótkiej chwili wiedział już, o którego człowieka chodzi. Uśmiechnął się bardzo zadowolony, kiedy to sobie uświadomił.
- Ach tak! Chodzi wam o tego recydywistę? No, to proszę bardzo, niech sobie z nim rozmawia. Ale co mnie do tego?
Baron popatrzył na mnie wymownie, ja natomiast postanowiłem wyjaśnić ministrowi swoją motywację.
- Bo widzi pan, panie ministrze... Chodzi o to, że ta rozmowa zależy tylko i wyłącznie od pana ministra sprawiedliwości.
- To prawda. A więc tym bardziej nie rozumiem, dlaczego to do mnie się pan zwrócił.
- Otóż... Nie znam nikogo w ministerstwie sprawiedliwości. Co za tym idzie, nie mam kogo poprosić o tę przysługę.
Franz d’Epinay pokiwał głową i dodał:
- I właśnie dlatego zwracamy się do ciebie, drogi Lucjanie. Ponieważ znasz wszystkich ministrów, to z całą pewnością możesz w jakoś przekonać ministra sprawiedliwości, aby uczynił to dla naszego przyjaciela. Ostatecznie przecież jest to tylko drobiazg.
- Ładny mi drobiazg, rozmawiać z kryminalistami - mruknął Debray - No, ale niech i tak będzie. Porozmawiam z ministrem sprawiedliwości. Stoi on właśnie tam. Poczekajcie chwilę, a będziecie mieli, czego chcecie.
Następnie poszedł on w stronę człowieka, który to (jak się tego domyślałem) musiał być ministrem sprawiedliwości. Porozmawiał z nim chwilę, wskazując przy tym na miejsce, w którym właśnie staliśmy ja oraz baron d’Epinay. Najwyraźniej cała ta rozmowa poszła pomyślnie, gdyż pan minister sprawiedliwości natychmiast poprosił o pióro i papier, po czym skreślił kilka słów i podał papier Lucjanowi. Ten zaś ukłonił mu się i podszedł do nas.
- Proszę, przyjacielu. To dla ciebie - powiedział Lucjan Debray, podając mi z uśmiechem takiej pewnej wyższości ów papier, który to przed chwilą wręczył mu minister sprawiedliwości - Mam nadzieję, że przyda ci się to panu na coś.
- Dziękuję panu, panie ministrze - odpowiedziałem, kłaniając się Debrayowi - Bardzo panu dziękuję. Bardzo dziękuję.
- No dobrze, już dobrze - mruknął Debray - Ponieważ masz już pan to, czego chciałeś, to pozwolisz pan, że wrócę do pewnej damy, która na mnie czeka.
- Ależ naturalnie, panie ministrze - rzekłem bardzo zadowolony.
- Dziękujemy, Lucjanie, że zechciałeś poświęcić nam chwilkę - dodał baron d’Epinay - Życzymy ci miłej zabawy.
To ostatnie wypowiedział z delikatną ironią. Po cichu więc zaśmiałem się na dźwięk tych słów, po czym razem z baronem d’Epinayem udaliśmy się do dorożki, która na nas czekała.
- Dziękuję panu, panie baronie, za to, co pan dla mnie zrobił - powiedziałem radośnie - Będę mógł dalej szukać wszelkich wiadomości na temat hrabiego Monte Christo. I to wszystko dzięki panu.
- Zawsze do usług, drogi panie Chroniqueur - odpowiedział skromnie baron d’Epinay.
Następnie pożegnaliśmy się, a ja wróciłem do domu.
2 lipca 1855 r.
Po śniadaniu udałem się natychmiast do więzienia, w którym to przebywał Benedetto. Musiałem się spieszyć, gdyż w południe miano tego nędznika ściąć i jeżeli chciałem się dowiedzieć od niego czegokolwiek, to musiałem go przesłuchać nim odda głowę pod nóż gilotyny. Miałem nadzieję, że mi się to uda.
Ledwo zjawiłem się pod bramą paryskiego więzienia, a od razu pokazałem zdobyte wczoraj zezwolenie od ministra sprawiedliwości na odwiedzenie więźnia o imieniu Benedetto skazanego dzisiaj na ścięcie. Strażnik uśmiechnął się do mnie swoim niezbyt przyjemnym uśmiechem, po czym dał mi ręką znak, abym poszedł za nim. Zrobiłem to, choć musiałem przyznać, iż przechodziły mnie ciarki, kiedy tak mijałem cele, zza drzwi których dobiegały jęki więźniów, przywodzące mi chwilami na myśl jęki potępieńców z piekła Dantego. W końcu obaj dotarliśmy do miejsca naszego przeznaczenia, czyli do celi Benedetta, a kiedy tam już byliśmy, to strażnik powoli otworzył mi drzwi i wpuścił mnie do środka.
- Tylko nie marudźcie tam za długo, panie dziennikarzu - powiedział swoich ochrypłym głosem strażnik - Ten oto pan jest dzisiaj w południe umówiony... na spotkanie z katem! Nie może się spóźnić!
Po tych słowach strażnik wybuchnął diabelskim śmiechem i zostawił nas samych, zamykając za sobą drzwi.
Spojrzałem na więźnia, który najwidoczniej był poszukiwanym przeze mnie Benedettem. Nie wiedziałem jednak, jak mogę w odpowiedni sposób zacząć z nim rozmowę, aby przekonać go jakoś do siebie. Zapytałem więc:
- On zawsze taki ponury?
Miałem oczywiście na myśli strażnika.
Benedetto spojrzał na mnie obojętnym wzrokiem, po czym równie obojętnie odpowiedział:
- Nie! Dzisiaj wyjątkowo tryska humorem.
Ale jednak zaczął się lekko uśmiechać, co wziąłem za dobrą monetę.
Dobra nasza, pomyślałem sobie. Teraz tylko trzeba kuć żelazo, póki gorące. Idź dalej, Jean. Nie przerywaj szturmu. Nie przerywaj.
- Drogi panie Benedetto... Czy nie interesuje pana może, w jakiej sprawie tu przyszedłem?
Benedetto usiadł nagle na swej pryczy i dopiero teraz mogłem mu się dobrze przyjrzeć. Był to człowiek dobiegający powoli czterdziestego roku życia, jednak niewyglądający wcale staro. Co prawda broda i dość długie włosy, co z pewnością spowodowane było miesięcznym pobytem w więzieniu, nie wpływały najlepiej na jego wygląd i samopoczucie, ale i tak trzymał się lepiej niż ktokolwiek inny na jego miejscu. Prawdopodobnie dlatego, że dyszał on nienawiścią do całego świata, a nienawiść to ponoć najlepsza motywacja na całym świecie. Dodaje sił i sprawia, że nie chcemy umierać, póki nie ukarzemy tych, którzy to (w naszym mniemaniu, rzecz jasna) uczynili nam krzywdę. Widać było jednak, że jest on synem Herminii Danglars. Miał jej oczy, a prócz tego wywierał na mnie podobne wrażenie, co ona sama. Czyli mieszaninę współczucia i niechęci.
- Niech zgadnę. Na księdza mi pan nie wygląda, więc zakładam, że jest pan zapewne dziennikarzem.
Podziwiałem jego przenikliwość. Widocznie to, że zawsze musiał sobie sam radzić na świecie, uczyniło go bardzo sprytnym i bystrym.
- Ma pan rację, to prawda - odpowiedziałem szczerze - Jestem dziennikarzem i nazywam się Jean Chroniqueur.
Benedetto zaśmiał się z kpiną w głosie.
- Chroniqueuer? Jeżeli dobrze znam język francuski, to słowo oznacza chyba „Kronikarz”, mam rację?
- Dobrze pan zna francuski - pochwaliłem go.
- A pan sobie wybrał naprawdę głupi pseudonim literacki. Kronikarz... Też mi pomysł... Pisze pan kroniki czy co?
- Kroniki towarzyskie, ale to tylko czasami, ponieważ głównie zajmuję się sprawami sensacyjnymi.
- I z tego względu zainteresował się pan moimi losami?
- Nie tylko dlatego, panie Benedetto.
Benedetto ponownie zaśmiał się z kpiną.
- Panem to ja już przestałem być z chwilą, w której wsadzono mnie do paki. Teraz to ja jestem jedynie „ty”. Ale mniejsza z tym. Mam panu opowiedzieć moje życie? Wolno wiedzieć dlaczego?
Postanowiłem grać z nim w otwarte karty. Powiedziałem więc prawdę.
- Zbieram informacje o hrabim Monte Christo.
Benedetto popatrzył na mnie wzrokiem, którego nie potrafiłem nazwać, po czym rzekł:
- Hrabia Monte Christo. O tak... Doskonale znam tego pana. Prawdę mówiąc, to jemu zawdzięczam moją obecną sytuację. Chociaż nie... Tak gwoli ścisłości, to zawdzięczam ją samemu sobie, gdyż ten człowiek chciał mi pomóc, podczas gdy ja chciałem uczynić mu jedynie samo zło. Dał mi szansę, lecz ja ją zmarnowałem. Jeżeli kogoś mogę winić o to, że za dwie godziny nie będę już żył, to tylko siebie samego. Niechaj pan to sobie dobrze zapamięta, panie Chroniqueur. Niechaj pan nigdy nie obwinia innych o swoje nieszczęścia. Niech pan zawsze widzi winnego w swojej własnej osobie, cokolwiek by się panu złego przytrafiło.
Więzień usiadł wygodniej na swojej pryczy i pokazał mi dość wielkopańskim gestem miejsce na pryczy naprzeciwko. Spełniłem jego życzenie, sadowiąc się na niej, po czym zapytałem go, czy zechce on uczynić mi ten zaszczyt i opowiedzieć mi coś o hrabim de Monte Christo. On jednak ponownie obdarzył mnie ironicznym uśmieszkiem, a następnie odpowiedział:
- Jest pan ciekaw moich kolei losu jedynie dlatego, że wielką w nich rolę odegrał ten tzw. hrabia? Muszę przyznać, że to niezwykle szlachetne z pana strony. I bardzo altruistyczne. Naprawdę.
Następnie ex-wicehrabia wybuchnął nad wyraz ironicznym śmiechem, który trwał kilkanaście sekund. W końcu jednak uspokoił się i powiedział:
- No cóż... Skoro on tak pana ciekawi, to podzielę się z panem swoją wiedzą. Szkoda bowiem marnować czasu, którego zresztą nie mamy zbyt dużo. Z góry zaś pana przepraszam za kiepską jakość mojego opowiadania i braki w jego stylu. Nie jestem najlepszym narratorem.
Radośnie wyjąłem dziennik i ołówek, po czym zacząłem notować to, co on mówił. A zdecydowanie było to warte zanotowania.
Po przeczytaniu mojego artykułu na temat Benedetta od razu odświeżyła mi się pamięć. Wiedziałem już doskonale, skąd znałem imię nieślubnego syna pana de Villefort i pani Danglars. Przypomniało mi się również, jak szykowałem artykuły na temat procesu tego nikczemnika, a nawet zjawiłem się na jednej sesji sądu nad nim, a potem spisałem naprawdę dokładną relację z niego. Poszukałem zatem w kolekcjonowanych przeze mnie gazetach mojej relacji z tego procesu. Oczywiście nie musiałem długo szukać, bowiem szybko udało mi się osiągnąć cel i znaleźć to, co było przedmiotem mego pożądania. Po zapoznaniu się z tym, co napisałem na temat procesu Benedetta wiedziałem już, dokąd powinienem się udać po nowe informacje na temat hrabiego Monte Christo. Nowa droga stała zatem przede mną otworem. Musiałem tylko się pospieszyć. Z wiadomości na temat procesu jasno bowiem wynikało, że Benedetto ma zostać ścięty jutro w południe na placu Greve około południa. Istniała zatem nadzieja, że uda mi się uzyskać rozmowę z nim przed jego egzekucją. Miałem przynajmniej taką nadzieję.
Błogosławiona moja pamięć, która to w ostatniej chwili odtworzyła w mojej głowie wspomnienia dotyczące faktu, iż pisałem artykuły na temat Benedetta oraz jego procesu. I błogosławiona również moja próżność, bo to ona przecież sprawiła, że z zamiłowania do podziwiana mojej własnej twórczości, kolekcjonowałem wszystkie gazety, w których zamieszczono moje artykuły. Dzięki temu mogłem ponownie je przeczytać i rozpocząć kolejny etap mojej podróży. I zrobiłem to na czas. Trochę później, a nie zdążyłbym już go odnaleźć. Ucięliby temu łajdakowi głowę, a wiadomości na temat hrabiego de Monte Christo zabrałby on ze sobą do grobu.
Postanowiłem pojechać, mimo dość późnej pory, do barona Franza d’Epinaya. Zamierzam poprosić go o to, żeby wymógł jakoś na Lucjanie Debrayu rozmowę z ministrem sprawiedliwości i uzyskanie dla mnie rozmowy z Benedettem tuż przed jego egzekucją. Oby mi się udało.
***
Błyskawicznie narzuciłem na siebie płaszcz i kapelusz, po czym wskoczyłem do najbliższej dorożki i pojechałem nią prosto do domu barona d’Epinaya. Miałem to szczęście, że zastałem go w nim. Zwykle bowiem o tej porze szanowny pan baron brał udział w przyjęciach oraz rautach urządzanych przez swoich, licznych zresztą, przyjaciół. Dlatego miałem naprawdę wielkie szczęście, że tego wieczoru pan d’Epinay nigdzie się wybierał i pozostał w domowym zaciszu. Mogłem więc z nim swobodnie porozmawiać.
- Ach! To pan Chroniqueur! Jakże mi miło, że pana widzę! - zawołał baron na mój widok - Co pana do mnie sprowadza? Czyżby kolejny wywiad?
Zaśmiałem się do niego wesoło.
- Nie, panie baronie. Nie tym razem. Tym razem chodzi mi o coś znacznie innego, choć moim zdaniem równie ważnego.
Baron uśmiechnął się do mnie i pokazał mi dłonią fotel, na którym od razu się wygodnie usadowiłem.
- Proszę mi więc wyjaśnić, co pana do mnie sprowadza.
Wyjaśniłem mu w kilku zdaniach, o co mi dokładnie chodzi. Baron d’Epinay odpowiedział mi, że moja prośba jest ze względu na jego przyjaźń z Lucjanem Debrayem jak najbardziej możliwa do spełnienia i dodał, że jeżeli pragnę na jutro odbyć rozmowę z Benedettem, to musimy się spieszyć.
- Im szybciej porozmawiamy z ministrem Debrayem, zaś on ze swoim kolegą z ministerstwa sprawiedliwości, to będzie większa pewność, że pan osiągnie to, czego pan chce.
- Tylko gdzie teraz może być pan Debray?
- Na pewno tam, gdzie wszyscy ministrowie obecnie przebywają. Na balu w ambasadzie angielskiej. Jedźmy więc tam czym prędzej.
Jego entuzjazm był wielki, jednak mnie się on nie do końca udzielił. Miałem bardzo poważne wątpliwości, co do skuteczności tego planu, dlatego też musiałem je wyrazić.
- Ale czy nas tam wpuszczą? W końcu nie jesteśmy chyba zaproszeni.
Franz d’Epinay zaśmiał się jednak przy tym wesoło.
- To bynajmniej nie jest żadna trudność, mój drogi panie - powiedział - Jeżeli pójdziesz pan ze mną, to droga do każdego salonu stoi przed tobą otworem.
I choć optymizm mojego rozmówcy budził we mnie zdecydowanie mieszane uczucia, to jednak postanowiłem mu zaufać. Co innego zresztą mi pozostało?
***
W niecały kwadrans ja i baron Franz d’Epinay dojechaliśmy do angielskiej ambasady. Bal tam urządzony trwał właśnie w najlepsze, dlatego miałem poważne wątpliwości co do tego, abyśmy się mogli tam dostać. Na szczęście okazało się, że rzeczywiście nazwisko barona Franza d’Epinay otwiera drzwi na wszystkie salony. Ledwo więc mój towarzysz powiedział, kim jest, natychmiast go wpuszczony. Ja natomiast wszedłem za nim pełen obaw, że z powodu braku urzędu lub też z braku arystokratycznego tytułu natychmiast mnie wyrzucą z sali balowej. Okazało się jednak, iż kompan barona d’Epinaya jest poważany tak samo, jak on sam.
Dobra nasza, pomyślałem sobie. Oby tak dalej. Teraz wystarczy tylko znaleźć Lucjana Debraya i ministra sprawiedliwości, a bitwa będzie wygrana.
W tłumie gości trudno było odnaleźć jednego, konkretnego człowieka, który był celem naszych poszukiwań, jednak Franz d’Epinay po raz kolejny okazał się być nieocenionym towarzyszem. Przeszedł się ze mną kilka razy po sali, rozejrzał dookoła i już po chwili odnalazł Lucjana Debraya. Wskazał mi go palcem.
- Jest tutaj! Popatrz pan! Stoi tuż obok tamtej kobiety, która mogłaby być jego matką - powiedział to z prawdziwą ironią, którą ja, mówiąc szczerze, podzielałem jak najbardziej.
- Oho! A kim jest ta oto damulka, jeżeli wolno spytać? - zapytałem, z trudem powstrzymując się od śmiechu kpiny z powodu tego, co widziałem.
- A jak się panu wydaje? - odpowiedział mi dowcipnie pytaniem na pytanie baron d’Epinay - To żona jednego z naszych ambasadorów. Zdaje się, że bodajże pruskiego. Jej mężuś siedzi obecnie w Berlinie i założę się, o co pan tylko chcesz, iż na pewno nie żyje tam w celibacie. Żona więc nie chce być gorsza od niego. A taka słomiana wdówka to jest cel w sam raz dla naszego drogiego ministra spraw wewnętrznych.
- Obawiam się, że będziemy musieli przerwać jego flirty, gdyż sprawa, której się poświęciłem, jest wręcz niecierpiąca zwłoki. Jak mówili starożytni Rzymianie, periculum in mora.
- Święte słowa, drogi panie. No cóż... Nasz drogi pan minister będzie musiał popracować nawet na balu. Ale trudno. Niech chociaż raz zasłuży sobie na swoją dietę ministerialną. Chodźmy więc.
Podeszliśmy do pana ministra i ukłoniliśmy mu się grzecznie. Lucjan Debray był wściekły, co jednak starannie próbował ukryć pod wymuszonymi dobrymi manierami. Przeprosił on zatem damę, z którą właśnie rozmawiał i podszedł do nas wyraźnie poirytowany.
- Czego chcesz, Franz? I co tu robisz z tym dziennikarzyną?
Ten dziennikarza to oczywiście byłem ja. Nie spodobały mi się słowa pana ministra, postanowiłem jednak zachować ten oto fakt dla siebie. W tamtej chwili bardzo potrzebowałem po pomocy tego człowieka i nawet, jeżeli go nie lubiłem, to jednak musiałem go akceptować takim, jakim był.
- No cóż, pan minister jest jak zwykle niezwykle miły - odpowiedziałem z wymuszonym uśmiechem, choć tak naprawdę miałem ochotę wpakować mu pięść między zęby.
- Być może - odrzekł z kpiną Lucjan Debray - Za chwilę jednak przestanę być miły, panie Chroniqueur. Wydaje mi się bowiem, że wszystko już dzisiaj panu opowiedziałem, co panu jest do artykułu potrzebne. Dlaczego więc mnie pan teraz prześladuje na balu w ambasadzie? Nie wiem nic więcej o hrabim Monte Christo i nie zdołam panu w żaden sposób więcej pomóc.
Baron d’Epinay jednak przejął inicjatywę i powiedział:
- Wybacz, mój drogi Lucjanie, jednakże jesteś w stanie bardziej pomóc panu Chroniqueurowi. Z całą pewnością zdołasz mu jeszcze pomóc.
- O! A w jakiż to niby sposób mogę mu jeszcze pomóc? Czyżby udzielaniem kolejnego wywiadu? Może tym razem na temat mojej ciężkiej pracy?
Miałem poważne wątpliwości co do „ciężaru” jego pracy, ale ten komentarz, tak samo jak i inne na jego temat, zachowałem dla siebie. Wolałem nie obrażać człowieka, od którego zależało powodzenie mojej misji.
- Mój przyjaciel, pan Jean Chroniqueur chce rozmawiać z człowiekiem, który jutro ma zostać ścięty na placu Greve.
- Poważnie? - zdziwił się Lucjan Debray, wysłuchując słów barona - A o kogo konkretnie chodzi?
- O człowieka, którego nazywają Benedetto - odpowiedziałem.
Lucjan Debray poszukał głęboko w zakamarkach swojej pamięci i już po dość krótkiej chwili wiedział już, o którego człowieka chodzi. Uśmiechnął się bardzo zadowolony, kiedy to sobie uświadomił.
- Ach tak! Chodzi wam o tego recydywistę? No, to proszę bardzo, niech sobie z nim rozmawia. Ale co mnie do tego?
Baron popatrzył na mnie wymownie, ja natomiast postanowiłem wyjaśnić ministrowi swoją motywację.
- Bo widzi pan, panie ministrze... Chodzi o to, że ta rozmowa zależy tylko i wyłącznie od pana ministra sprawiedliwości.
- To prawda. A więc tym bardziej nie rozumiem, dlaczego to do mnie się pan zwrócił.
- Otóż... Nie znam nikogo w ministerstwie sprawiedliwości. Co za tym idzie, nie mam kogo poprosić o tę przysługę.
Franz d’Epinay pokiwał głową i dodał:
- I właśnie dlatego zwracamy się do ciebie, drogi Lucjanie. Ponieważ znasz wszystkich ministrów, to z całą pewnością możesz w jakoś przekonać ministra sprawiedliwości, aby uczynił to dla naszego przyjaciela. Ostatecznie przecież jest to tylko drobiazg.
- Ładny mi drobiazg, rozmawiać z kryminalistami - mruknął Debray - No, ale niech i tak będzie. Porozmawiam z ministrem sprawiedliwości. Stoi on właśnie tam. Poczekajcie chwilę, a będziecie mieli, czego chcecie.
Następnie poszedł on w stronę człowieka, który to (jak się tego domyślałem) musiał być ministrem sprawiedliwości. Porozmawiał z nim chwilę, wskazując przy tym na miejsce, w którym właśnie staliśmy ja oraz baron d’Epinay. Najwyraźniej cała ta rozmowa poszła pomyślnie, gdyż pan minister sprawiedliwości natychmiast poprosił o pióro i papier, po czym skreślił kilka słów i podał papier Lucjanowi. Ten zaś ukłonił mu się i podszedł do nas.
- Proszę, przyjacielu. To dla ciebie - powiedział Lucjan Debray, podając mi z uśmiechem takiej pewnej wyższości ów papier, który to przed chwilą wręczył mu minister sprawiedliwości - Mam nadzieję, że przyda ci się to panu na coś.
- Dziękuję panu, panie ministrze - odpowiedziałem, kłaniając się Debrayowi - Bardzo panu dziękuję. Bardzo dziękuję.
- No dobrze, już dobrze - mruknął Debray - Ponieważ masz już pan to, czego chciałeś, to pozwolisz pan, że wrócę do pewnej damy, która na mnie czeka.
- Ależ naturalnie, panie ministrze - rzekłem bardzo zadowolony.
- Dziękujemy, Lucjanie, że zechciałeś poświęcić nam chwilkę - dodał baron d’Epinay - Życzymy ci miłej zabawy.
To ostatnie wypowiedział z delikatną ironią. Po cichu więc zaśmiałem się na dźwięk tych słów, po czym razem z baronem d’Epinayem udaliśmy się do dorożki, która na nas czekała.
- Dziękuję panu, panie baronie, za to, co pan dla mnie zrobił - powiedziałem radośnie - Będę mógł dalej szukać wszelkich wiadomości na temat hrabiego Monte Christo. I to wszystko dzięki panu.
- Zawsze do usług, drogi panie Chroniqueur - odpowiedział skromnie baron d’Epinay.
Następnie pożegnaliśmy się, a ja wróciłem do domu.
2 lipca 1855 r.
Po śniadaniu udałem się natychmiast do więzienia, w którym to przebywał Benedetto. Musiałem się spieszyć, gdyż w południe miano tego nędznika ściąć i jeżeli chciałem się dowiedzieć od niego czegokolwiek, to musiałem go przesłuchać nim odda głowę pod nóż gilotyny. Miałem nadzieję, że mi się to uda.
Ledwo zjawiłem się pod bramą paryskiego więzienia, a od razu pokazałem zdobyte wczoraj zezwolenie od ministra sprawiedliwości na odwiedzenie więźnia o imieniu Benedetto skazanego dzisiaj na ścięcie. Strażnik uśmiechnął się do mnie swoim niezbyt przyjemnym uśmiechem, po czym dał mi ręką znak, abym poszedł za nim. Zrobiłem to, choć musiałem przyznać, iż przechodziły mnie ciarki, kiedy tak mijałem cele, zza drzwi których dobiegały jęki więźniów, przywodzące mi chwilami na myśl jęki potępieńców z piekła Dantego. W końcu obaj dotarliśmy do miejsca naszego przeznaczenia, czyli do celi Benedetta, a kiedy tam już byliśmy, to strażnik powoli otworzył mi drzwi i wpuścił mnie do środka.
- Tylko nie marudźcie tam za długo, panie dziennikarzu - powiedział swoich ochrypłym głosem strażnik - Ten oto pan jest dzisiaj w południe umówiony... na spotkanie z katem! Nie może się spóźnić!
Po tych słowach strażnik wybuchnął diabelskim śmiechem i zostawił nas samych, zamykając za sobą drzwi.
Spojrzałem na więźnia, który najwidoczniej był poszukiwanym przeze mnie Benedettem. Nie wiedziałem jednak, jak mogę w odpowiedni sposób zacząć z nim rozmowę, aby przekonać go jakoś do siebie. Zapytałem więc:
- On zawsze taki ponury?
Miałem oczywiście na myśli strażnika.
Benedetto spojrzał na mnie obojętnym wzrokiem, po czym równie obojętnie odpowiedział:
- Nie! Dzisiaj wyjątkowo tryska humorem.
Ale jednak zaczął się lekko uśmiechać, co wziąłem za dobrą monetę.
Dobra nasza, pomyślałem sobie. Teraz tylko trzeba kuć żelazo, póki gorące. Idź dalej, Jean. Nie przerywaj szturmu. Nie przerywaj.
- Drogi panie Benedetto... Czy nie interesuje pana może, w jakiej sprawie tu przyszedłem?
Benedetto usiadł nagle na swej pryczy i dopiero teraz mogłem mu się dobrze przyjrzeć. Był to człowiek dobiegający powoli czterdziestego roku życia, jednak niewyglądający wcale staro. Co prawda broda i dość długie włosy, co z pewnością spowodowane było miesięcznym pobytem w więzieniu, nie wpływały najlepiej na jego wygląd i samopoczucie, ale i tak trzymał się lepiej niż ktokolwiek inny na jego miejscu. Prawdopodobnie dlatego, że dyszał on nienawiścią do całego świata, a nienawiść to ponoć najlepsza motywacja na całym świecie. Dodaje sił i sprawia, że nie chcemy umierać, póki nie ukarzemy tych, którzy to (w naszym mniemaniu, rzecz jasna) uczynili nam krzywdę. Widać było jednak, że jest on synem Herminii Danglars. Miał jej oczy, a prócz tego wywierał na mnie podobne wrażenie, co ona sama. Czyli mieszaninę współczucia i niechęci.
- Niech zgadnę. Na księdza mi pan nie wygląda, więc zakładam, że jest pan zapewne dziennikarzem.
Podziwiałem jego przenikliwość. Widocznie to, że zawsze musiał sobie sam radzić na świecie, uczyniło go bardzo sprytnym i bystrym.
- Ma pan rację, to prawda - odpowiedziałem szczerze - Jestem dziennikarzem i nazywam się Jean Chroniqueur.
Benedetto zaśmiał się z kpiną w głosie.
- Chroniqueuer? Jeżeli dobrze znam język francuski, to słowo oznacza chyba „Kronikarz”, mam rację?
- Dobrze pan zna francuski - pochwaliłem go.
- A pan sobie wybrał naprawdę głupi pseudonim literacki. Kronikarz... Też mi pomysł... Pisze pan kroniki czy co?
- Kroniki towarzyskie, ale to tylko czasami, ponieważ głównie zajmuję się sprawami sensacyjnymi.
- I z tego względu zainteresował się pan moimi losami?
- Nie tylko dlatego, panie Benedetto.
Benedetto ponownie zaśmiał się z kpiną.
- Panem to ja już przestałem być z chwilą, w której wsadzono mnie do paki. Teraz to ja jestem jedynie „ty”. Ale mniejsza z tym. Mam panu opowiedzieć moje życie? Wolno wiedzieć dlaczego?
Postanowiłem grać z nim w otwarte karty. Powiedziałem więc prawdę.
- Zbieram informacje o hrabim Monte Christo.
Benedetto popatrzył na mnie wzrokiem, którego nie potrafiłem nazwać, po czym rzekł:
- Hrabia Monte Christo. O tak... Doskonale znam tego pana. Prawdę mówiąc, to jemu zawdzięczam moją obecną sytuację. Chociaż nie... Tak gwoli ścisłości, to zawdzięczam ją samemu sobie, gdyż ten człowiek chciał mi pomóc, podczas gdy ja chciałem uczynić mu jedynie samo zło. Dał mi szansę, lecz ja ją zmarnowałem. Jeżeli kogoś mogę winić o to, że za dwie godziny nie będę już żył, to tylko siebie samego. Niechaj pan to sobie dobrze zapamięta, panie Chroniqueur. Niechaj pan nigdy nie obwinia innych o swoje nieszczęścia. Niech pan zawsze widzi winnego w swojej własnej osobie, cokolwiek by się panu złego przytrafiło.
Więzień usiadł wygodniej na swojej pryczy i pokazał mi dość wielkopańskim gestem miejsce na pryczy naprzeciwko. Spełniłem jego życzenie, sadowiąc się na niej, po czym zapytałem go, czy zechce on uczynić mi ten zaszczyt i opowiedzieć mi coś o hrabim de Monte Christo. On jednak ponownie obdarzył mnie ironicznym uśmieszkiem, a następnie odpowiedział:
- Jest pan ciekaw moich kolei losu jedynie dlatego, że wielką w nich rolę odegrał ten tzw. hrabia? Muszę przyznać, że to niezwykle szlachetne z pana strony. I bardzo altruistyczne. Naprawdę.
Następnie ex-wicehrabia wybuchnął nad wyraz ironicznym śmiechem, który trwał kilkanaście sekund. W końcu jednak uspokoił się i powiedział:
- No cóż... Skoro on tak pana ciekawi, to podzielę się z panem swoją wiedzą. Szkoda bowiem marnować czasu, którego zresztą nie mamy zbyt dużo. Z góry zaś pana przepraszam za kiepską jakość mojego opowiadania i braki w jego stylu. Nie jestem najlepszym narratorem.
Radośnie wyjąłem dziennik i ołówek, po czym zacząłem notować to, co on mówił. A zdecydowanie było to warte zanotowania.

Benedetto wydaje się być człowiekiem pogodzonym ze swoim losem i obojętnym na wszystko. Czyżby znowu miał ułożony kolejny chytry plan ucieczki i ocalenia własnej głowy? Właśnie dlatego muszę dziś jeszcze przeczytać kolejny rozdział, by się o tym przekonać, bo zaintrygowała mnie jego na pozór obojętna postawa. A ten baron d’Epinay okazał się być naprawdę porządnym człowiekiem, skoro pofatygował się na bal do ministra, by pomóc Jeanowi w umożliwieniu spotkania się z Benedettem. Lucjan tez okazał się być w porządku, pomimo swojej niechęci jaką odczuwał wobec Jeana, bo też mu pomógł w realizacji jego zamierzenia.
OdpowiedzUsuńCiekawe powrócić na nowo do Benedetta po 17 latach, pierwszego ważnego bohatera z pierwotnej powieści. Wcale nie jest mniej niebezpieczny niż za młodych lat. Ale nie zgodzę się z nim w sprawie pseudonimu Kronikarz.
OdpowiedzUsuńFajnie się rozwija.
OdpowiedzUsuńCiekawe co ten Benedetto powie?
Ależ zgnilizna moralna na tych salonach, romansować dla kariery z podstarzałą kobietą. Niestety, tak działa ten świat, że prawie wszyscy gonią za złotem i chcą być królami.