sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 69

Rozdział LXIX

Opowieść hrabiego Monte Christo cz. XIV - Zemsta wrogów


Nadszedł czas na ostatnią część mojej historii. Ponieważ poprzednim razem opowiedziałem panu, drogi panie Chroniqueur, o tym, w jaki sposób udało mi się zakończyć swoje sprawy w Paryżu i połączyć ze sobą nieszczęśliwie zakochanych Maksymiliana Morrela i Walentynę de Villefort, to teraz pora, aby poznał pan już ostatni etap mojego życia. Wspominałem poprzednio, że dwóch bardzo wrogich mi ludzi wciąż pozostało przy życiu i bynajmniej nie życzyło mi dobrze, jak również o tym, iż zlekceważenie ich było poważnym błędem, który o mało nie zakończył się tragicznie nie tylko dla mnie, ale i też dla mojej rodziny. Jakie to szczęście, że dobry i miłosierny Bóg obdarzył mnie prawdziwymi przyjaciółmi, bo gdyby nie oni, to nie rozmawiałby pan już ze mną teraz. Przejdźmy zatem do ostatniego etapu w moim życiu. Mam wielką nadzieję, iż zainteresuje on pana tak samo mocno, jak poprzednie.
Wszystko w moim życiu wydawało się być uregulowane i całkiem spokojne. Przyjaciele moi cieszyli się osiągniętym, z moją drobną pomocą szczęściem, zaś z wszystkich moich wrogów dwóch nie żyło, trzeci postradał zmysły, zaś czwarty zbankrutowany oraz ośmieszony musiał trzymać się z daleka od Paryża. Tych oto dwóch ostatnich panów, choć wciąż byli żywi, nie brałem w ogóle pod uwagę jako potencjalnego zagrożenia, uważając, że są oni nieszkodliwi. Żył co prawda jeszcze Benedetto, jednakże nie sądziłem, aby mógł on chcieć mi w jakikolwiek sposób zaszkodzić. Moja ignorancja w tej sprawie zemściła się na mnie i nieomal odebrała mi wszystkich bliskich. Na szczęście dobry Bóg czuwał nade mną, grzesznym.
Choć umożliwiłem ucieczkę Benedettowi, a zrobiłem to czując się za niego odpowiedzialny, z racji tego, iż byłem jego protektorem, to jednak młodzieniec ten i tak ponownie wpadł w ręce sprawiedliwości. Tym razem wszakże nie miałem najmniejszego zamiaru go ratować spod gilotyny, zresztą wtedy jego los, szczerze mówiąc, był mi całkiem obojętny. Dla mnie ten młody morderca mógł spokojnie iść na gilotynę, gdyż w pełni na to zasługiwał. Nie doceniłem jednak szlachetności tzw. wymiaru sprawiedliwości. Benedetto dostał możliwość odwiedzin u swojego chorego psychicznie ojca w domu dla obłąkanych. Ponieważ lekarze nie dawali wówczas Villefortowi żadnych szans, to postanowiono odczekać jeszcze jakiś czas z wykonaniem wyroku na tym młodym łajdaku, aby mógł on czuwać przy swoim ojcu w ostatnich dniach jego nędznego żywota. Podły los sprawił wówczas, że w ciągu swej agonii Gerard de Villefort odzyskał nagle zmysły i to na tyle, iż zdołał on przedstawić Benedettowi mnie jako prawdziwego łotra i zwyrodnialca, który za osobiste krzywdy doznane przed laty doprowadził do śmierci całej jego rodziny, a szczególnie Walentyny i Edwarda. Chociaż wydaje się to trudne do uwierzenie, to jednak Benedetto zdołał jakoś zaprzyjaźnić się z ojcem i poczuł wielkie rozpacz z powodu losów swojego przyrodniego rodzeństwa, także więc, bez najmniejszych wątpliwości zgodził się na pomszczenie ich krzywd. Villefort w ostatniej chwili swojego życia poprosił Benedetta, żeby zemścił się na mnie za to, co spotkało jego rodzinę. Nie wiem, jak to jest możliwe, jednak ten podły młodzieniec wyraził na to zgodę.
Pozornie spełnienie tej obietnicy wydawało się całkiem niemożliwe, ale tylko na pozór, ponieważ nikt wówczas nie docenił zdolności tego młodego łotra ani też matczynego serca pani Herminii Danglars. Kiedy ruszył proces Benedetta i został on skazany na śmierć, jego matka po cichu przysłała mu sporą sumę pieniędzy do więzienia, dzięki czemu chłopak mógł przekupić kogo trzeba i wydostać się na wolność. Gdy już się na niej znalazł, to odwiedził grób rodziny de Villefort i de Saint-Meran, gdzie dobrał się do ciała swojego ojca, któremu obciął prawą dłoń. Odtąd ta swoista „martwa ręka”, jak on ją nazywał, miała być jego talizmanem i prowadzić go prostą drogą do zemsty na mnie.

 
W Marsylii Benedetto wynajął statek, który zabrał go do Rzymu, a tam ów podły młodzieniec, udając bogatego dziedzica podróżującego po świecie incognito, zameldował się w hotelu pana Pastrinii. Podał się za sekretarza hrabiego de Monte Christo. Oczywiście wzbudziło to podejrzenie jego gospodarza, który z miejsca doniósł o tym Luigiemu Vampie i jego bandzie. Mój przyjaciel domyślił się, że człowiek przebywający w Rzymie to nie jest mój agent, a jedynie zwykły oszust, więc postanowił go zaprosić do siebie na rozmowę. Chciał się dowiedzieć, po co ktoś udaje mojego sekretarza. Benedetto bardzo chętnie odwiedził Katakumby Św. Sebastiana, po czym rozmówił się z Vampą i jego ludźmi. Powiedział im, że to rzekomo ja sprofanowałem ciało Gerarda de Villeforta odcinając mu nożem prawą dłoń, którą teraz noszę jako talizman. Nie wiedział, że Luigi nie da się nabrać na taką bajeczkę i postanowi go zlikwidować. Przewidział jednak to, że senor Vampa może uznać jego osobę za niebezpieczną dla siebie, dlatego też nie wiem jak, ale wmówił jego bandytom, iż ich herszt, bojąc się aresztowania, postanowił uratować własną skórę, wydając policji całą swoją bandę. Naiwni ci ludzie uwierzyli w tę historię i w najmniej spodziewanym momencie pochwycili oni Luigiego i oddali wymiarowi sprawiedliwości. Sam zaś Benedetto został ich nowym hersztem, po czym postanowił ścigać mnie i zabić. Przyłączył się do niego również Danglars, którego ten łotr spotkał w Rzymie oraz zwerbował na swe usługi. Wszyscy razem wypłynęli statkiem, aby mnie szukać, ale podczas podróży zaskoczył ich sztorm. Banda Vampy poszła na dno. Przeżyli jedynie Benedetto oraz Peppino, a także i Danglars, który jakimś cudem zdołał dopłynąć do brzegów Francji. Benedetto zaś wraz ze swoim wiernym skądinąd sługą Peppino trafili całkiem przypadkowo do domu Mercedes, która to ugościła ich u siebie nie wiedząc, jaki cel im przyświeca. Ten łotr natomiast bez skrupułów wykorzystał jej gościnność, aby odzyskać siły do dalszej podróży, a kiedy już je odzyskał, to wraz z Peppinem udał się do Wenecji, gdzie zwerbował na swe usługi sporą grupę bandytów i wraz z nimi zaczaił się na mnie.
Nie musiał długo czekać, ponieważ jakiś czas później zjawiłem się w Wenecji z Hayde oraz naszą ukochaną córeczką Martusią. W podróży tej towarzyszył nam również Bertuccio - jak się później okazało, wzięcie go ze sobą było zbawiennie dla nas wszystkich, ale o tym potem. W Wenecji zjawiliśmy się nieprzypadkowo. Zaprosił nas tam mój znajomy doża, który urządzał bal. Podczas tego przyjęcia, Benedetto w przebraniu i z maską na twarzy próbował mnie przestraszyć, podle przypominając mi krzywdy, jakich doznała ode mnie rodzina de Villefortów. Nie dałem się jednak oszukać i domyśliłem się, że ktoś próbuje mnie nastraszyć. Mimo wszystko tajemniczy nieznajomy, wiedzący zbyt wiele o mojej zemście na panu prokuratorze, wzbudził mój uzasadniony niepokój. Nie zdążyłem się mu lepiej przyjrzeć, gdyż uciekł mi i potem wysłał na bal jednego ze swoich ludzi, pewnego Cygana, który na jego polecenie wróżył mnie, Hayde oraz naszej córce. Zobaczył on ponoć na rączce Martusi wielkie nieszczęście, które to odegnać mógł jedynie rytuał nazywany ucztą biedaków. Podczas tejże ceremonii każdy z biedaków miał wziąć moje dziecko na ręce i ucałować je w czoło. Nie byłem przesądny, ale Hayde niestety tak, dlatego też przekonała mnie, żebyśmy wzięli udział w tym obrządku. Zgodnie z moimi obawami, okazał się on być wyrachowanym podstępem ze strony Benedetta, który podczas tej tzw. uczty biedaków porwał moją córeczkę.
Nie umiem opisać tego strasznego cierpienia, jakie nam towarzyszyło, kiedy to nasza ukochana pociecha zniknęła w tłumie ludzi, porwana przez tego nędznika. Oczywiście natychmiast powiadomiliśmy o wszystkim policję, jednak była ona bezsilna. Załamany miałem nadzieję z Hayde sam znaleźć Martę, więc ruszyliśmy przed siebie w stronę, w którą mogli uciec porywacze naszej córeczki. Bertuccio pomógł mi wynająć dom na noc. Należał on do pewnej młodej kobiety, która miała dwójkę dzieci. Jednym z nich, jak się później okazało, była moja córeczka, której niestety ani ja, ani też Hayde, nie zdołaliśmy rozpoznać. Gospodyni domu została opłacona przez Benedetta, który to w nocy podle podpalił dom z nami w środku. Zdołaliśmy uciec, lecz kiedy tylko wynajęliśmy następne mieszkanie, to historia się powtórzyła. Jedno podpalenie można było wtedy uznać jeszcze za przypadek, ale dwa? To musiało oznaczać coś niebezpiecznego dla mnie i dla mojej rodziny. Spodziewałem się w każdej chwili otrzymać wiadomość od porywaczy mojej córki. Nie pomyliłem się, gdyż wkrótce ona nadeszła. Benedetto wysłał jednego ze swych ludzi, który oznajmił mi, iż jeśli chcę odzyskać córkę, to muszę udać się na wyspę Monte Christo sam jeden, a wówczas moje dziecko zostanie mi zwrócone. Spodziewałem się pułapki, jednak cóż mogłem wtedy zrobić? Zgodziłem się na to i popłynąłem we wskazane mi miejsce. Tam zaś pochwycili mnie bandyci, po czym zaprowadzili przed oblicze swojego herszta, czyli Benedetta. Przyznam się, że nie spodziewałem się tego łajdaka tutaj, jednak jego obecność w tym oto miejscu jako sprawcy wszystkich moich nieszczęść nie wydała mi się wcale aż tak bardzo niewiarygodna. Ten łotr był przecież zdolny do wszystkiego, nawet do najgorszego i dowiódł tego już wiele razy. Benedetto opowiedział mi, dlaczego się na mnie mści i jaki ma w tym cel. Wyznał mi również, że podczas, kiedy ja tutaj z nimi rozmawiam, to jego ludzie właśnie pochwycili Hayde. Na dowód, iż mówi prawdę, przyprowadzono ją do groty, w której właśnie toczyła się nasza rozmowa. Bękart Villeforta uszykował dla nas obojga coś naprawdę specjalnego. Nie zdążył jednak zrealizować swego celu, gdyż miało miejsce wydarzenie, którego w żaden sposób nie zdołał przewidzieć.


Wszystko zaczęło się od tego, że jeden z ludzi Benedetta pozostał do końca wierny mnie i Luigiemu Vampie, a na stronę tego łotra przeszedł jedynie po to, aby zdobyć jego zaufanie i go podejść. Tym kimś był Peppino zwany Rocca Priori. Gdy udałem się na Monte Christo, a ludzie Benedetta porwali Hayde, ten bękarci pomiot Villeforta właśnie jemu powierzył opiekę nad moją małą córką, którą miał pilnować do chwili, aż nadejdzie czas, aby zrealizować dalszy ciąg jego planu. Nie wiedział jednak o tym, że Peppino z miejsca pobiegnie, wciąż trzymając moją córeczkę na rękach, do Bertuccia i powiadomi go o wszystkim. Obaj zaś wiedzieli, gdzie zwykle kursowali przemytnicy Jacopa, dlatego udali się tam. Mieli szczęście, iż mój dawny przyjaciel z „Panny Amelii” właśnie tego oto dnia płynął na Monte Christo, aby ukryć na niej łupy ze swojej ostatniej wyprawy. Bertuccio i Peppino skontaktowali się więc z nim i razem we trzech uknuli naprawdę skuteczny plan działania. Peppino pozostał w domu, który to zajmował razem z Benedettem, a dla pewności ludzie Jacopa związali go i zakneblowali, zaś cały dom wywrócili do góry nogami. Było to zabezpieczenie na wypadek, gdyby ten łotr jednak wymknął im się z rąk. Peppino mógłby wówczas dalej działać jako mój agent i wciągnąć Benedetta w pułapkę przez nas zastawioną.
Potem Jacopo powierzył Martę opiece kilku swych najwierniejszych ludzi, a sam z Bertucciem przystąpił do działania. Popłynęli łodzią na wyspę i zaczaili się, ukrywając dla pewności łódź w bezpiecznym miejscu. Potem obsadzili całe Monte Christo i czekali. Wkrótce potem pojawili się pozostali ludzie Benedetta wraz z pojmaną przez siebie Hayde, którą następnie ci łajdacy zawlekli do groty, w której ich herszt roztaczał przede mną swój podły plan. Jacopo i Bertuccio zrozumieli, że muszą zacząć działać. Obaj zabili dwóch z ludzi Benedetta i przebrawszy się za nich, weszli do groty, po czym przeszkodzili w egzekucji, jaką nam szykował ten podlec. Następnie Jacopo wystrzelił z pistoletu, dając tym samym swoim ludziom sygnał do ataku. Przemytnicy mojego przyjaciela natychmiast wkroczyli do akcji i rzucili się na bandytów Benedetta i po krótkiej walce wybili oni ich wszystkich do nogi. Sam herszt tej podłej kompanii jednak zdołał nam jakoś zbiec, a uciekając uruchomił swoją ostatnią niespodziankę, jaką dla nas przygotował - podpalił lont ładunków wybuchowych, którymi to naszpikował całą grotę. Wskutek wybuchu wejście do jaskini zawaliło się i groziło nam pogrzebanie żywcem.
Benedetto był jednak zbyt pewny siebie. Najpierw nie wystawił żadnej straży na wyspie, która by czekała na resztę bandy wraz z pojmaną Hayde, co było jego pierwszym błędem. Gdyby to zrobił, to mógłby został w porę ostrzeżony przed płynącym statkiem Jacopa. Ale tak się nie stało, a wszyscy jego ludzie zebrali się w grocie, aby obserwować jego triumf, dlatego atak z zewnątrz był jak najbardziej możliwy. Potem jednak Benedetto popełnił drugi bardzo ważny błąd. Zapomniał, że nie znał on tej wyspy tak dobrze, jak ja i nie wiedział, że z tej groty, w której nas uwięził jest więcej niż jedno wyjście. Opuściliśmy więc to miejsce cali i zdrowi, a nasz wróg myśląc, iż jesteśmy już martwi, uciekł spokojnie z Peppinem do Paryża. Natomiast ja i Hayde podziękowaliśmy naszym przyjaciołom za ratunek, po czym uściskaliśmy i wycałowaliśmy najczulej, jak tylko to było możliwe, naszą małą Martusię. Nie umiem słowami opisać sceny, która miała wtedy miejsce. To było zbyt piękne, aby słowami móc to wyrazić. Nasza euforia jednak nie trwała długo, ponieważ szybko sobie przypomnieliśmy, iż jeszcze nie mamy czasu na swobodne świętowanie. Benedetto wciąż znajdował się na wolności, a przecież musiał on zapłacić za wszystko, co nam zrobił. Dlatego wraz z Jacopem i Bertucciem udałem się do Paryża. Tam natomiast zaczailiśmy się na naszego wroga i czekaliśmy.
Los był dla nas łaskawy, gdyż ten młody nędznik szybko wpadł nam w ręce. Przebrani za grabarzy czuwaliśmy przy grobowcu rodzin de Villefort i de Saint-Meran. Spodziewaliśmy się bowiem, że Benedetto zechce odnieść „martwą rękę” na swoje miejsce i mieliśmy rację. W końcu ów łajdak przyszedł, aby to zrobić. Towarzyszył mu Peppino, który to już dzień wcześniej skontaktował się z nami i poinformował nas o planach swojego wspólnika. Dlatego też wiedzieliśmy, kiedy możemy się go spodziewać, a gdy tylko się zjawił, to bez najmniejszych trudności udało się nam zamknąć go w grobowcu, po czym zawiadomiliśmy policję, która bardzo stęskniła się za tym panem. Benedetto ponownie trafił do więzienia, gdzie jako recydywista oczekiwać miał na swoją egzekucję. Początkowo oczywiście  chciałem zostawić tego łotra na pastwę losu i z przyjemnością obserwować jego kaźń, ale Hayde pokrzyżowała mi plany, prosząc mnie o pomoc dla niego. Bardzo mnie to zdziwiło, bo początkowo błagała mnie i moich przyjaciół o to, żebyśmy tego łotra obdarli żywcem ze skóry, ale potem, gdy już był w rękach policji, jakoś nie umiała ponownie nas o to prosić. Podejrzewam, że bycie matką zmiękczyło jej serce i jak sobie to wszystko przemyślała, to ulitowała się nad tym człowiekiem i wybłagała u mnie, żebym go uratował. Nie wiedziałem więc początkowo, co mam uczynić, ale w końcu jej uległem.
Przebrany za księdza Busoni odwiedziłem Benedetta w celi i wyjaśniłem mu, co zamierzam z nim zrobić. Chłopak został potem podstępnie odbity w chwili, gdy był wieziony na miejsce swojej egzekucji. Z moją pomocą otrzymał potem nową tożsamość i mógł normalnie żyć, oczywiście pod warunkiem, że już nigdy więcej nie podniesie ręki na mnie, ani na nikogo z moich bliskich. Słowa dotrzymał, gdyż aż do jego, mającej miejsce całkiem niedawno egzekucji, nie byliśmy już w żaden sposób przez niego nękani. Nie wiem, jak Hayde, ale ja osobiście jestem zdania, że najwyższy był czas na to, aby ściąć tego łajdaka. Nigdy mu bowiem do końca nie zaufałem i cieszę się, że już nie musimy się go obawiać. Choć tak prawdę mówiąc, sama Hayde również posiadała podobne obawy, co ja. Mimo, iż sama prosiła mnie o łaskę dla niego, to i tak mówiła zawsze, że póki on żyje, nie będziemy nigdy całkowicie bezpieczni, chociaż też akcentowała, iż nie możemy mieć jego krwi na rękach, najlepiej więc będzie wtedy, gdy zostawimy go w spokoju, ale zachowamy czujność.
Zakończenie sprawy z Benedettem nie oznaczało jednak końca wszystkich moich problemów. Wciąż jeszcze był na tym świecie wróg, którego powinien był się obawiać. Nazywał się on Danglars. Ten oto podły, nędzny karaluch nigdy nie zapomniał, że to ja pozbawiłem go majątku oraz dobrego imienia i chciał mi za to odpłacić w sposób jak najbardziej prymitywny. Chciał mnie zabić. Muszę szczerze przyznać, że byłem troszeczkę zawiedziony jego gustami w zemście. Benedetto miał przynajmniej jakąś finezję, jakiś błyskotliwy plan, natomiast ta jakże żałosna kreatura uważała, że jeżeli mnie zabije i to rękami pospolitych bandytów, to wtedy dozna największej satysfakcji na tym świecie. No cóż... Bardzo to było do niego podobne. Usunąć swego wroga cudzymi rękami w sposób podły i bezwzględny, a do tego jeszcze mieć poczucie, że się jest tylko i wyłącznie biedną, niewinną ofiarą machinacji zazdrosnych ludzi. Tacy nędznicy nigdy się nie zmienią, jak widać.


A więc, po ostatecznym rozstrzygnięciu z Benedettem wszystkich dzielących nas kwestii, pojechałem do Rzymu, aby uratować przed gilotyną Luigiego Vampę. Dzięki mojej pomocy oraz drobnemu przekupstwu, mój przyjaciel i wierny sługa, który to do końca zachował wobec mnie lojalność, odzyskał wolność, otrzymał ułaskawienie i mógł ponownie zebrać bandę oraz wrócić do swojego ukochanego procederu. Ja tymczasem powróciłem wraz z moją rodziną na Wschód i zająłem się działalnością charytatywną. Chciałem w ten oto sposób podziękować Bogu za ocalenie mnie z rąk tego podłego łajdaka, Benedetta. Uznałem więc, że największą przyjemność Najwyższemu sprawi pomaganie innym. Oczywiście nie robiłem tego tylko i wyłącznie ze względu na moją wdzięczność wobec Boga. Wciąż bowiem pamiętałem lekcje biednego księdza Farii o tym, jak bardzo cierpią ludzie wokół nas, a największym dla nich ciosem jest zawsze nasza obojętność na ich krzywdy. Przypomniało mi się lekceważenie mojego cierpienia przez Villeforta, strażników, gubernatora zamku If, a także tego człowieka, który badał więzienia oraz obiecał zająć się moją sprawą, po czym najzwyczajniej w świecie uznał, że lepiej jej nie tykać i zapomniał o mnie tak, jak zapomniał o milionie innych istot podobnych do mojej osoby. Smutne, prawda? Wiedziałem, że jeżeli będę podchodził do czyichś cierpień tak samo obojętnie jak tamci ludzie, to wówczas stanę się dokładnie tym, co przysięgałem zniszczyć. To tak samo, jakbym stał się Danglarsem, Mondego lub Villefortem. Dlatego też do dzisiaj nie przechodzę obojętnie obok czyjegoś cierpienia, zaś moja działalność charytatywna obejmuje praktycznie każdy aspekt naszego życia. Po cichu wspierałem także bojowników walczących o zjednoczenie Włoch, choć to ostatnie to był jedynie mój osobisty mały ukłon w stronę zmarłego księdza Farii. Mam nadzieje, iż on to doceni.
Często też wraz z rodziną podróżowałem po świecie. Pewnego razu, podczas wędrówki po Kaukazie, natknąłem się na Danglarsa. Ten łotr zaś, widząc mnie szczęśliwego i radosnego w towarzystwie kochającej mnie rodziny, poczuł wielką zazdrość połączoną z zadawnioną już nienawiścią, po czym wynajął bandytów, aby mnie zaatakowali i zastrzelili. Na szczęście rana, jaką wówczas otrzymałem, była niegroźna dla życia, także szybko odzyskałem zdrowie. Zaś moi ludzie pochwycili Danglarsa i przyprowadzili go prędko przed moje oblicze. Ten podlec oczywiście zaprzeczał temu, żeby miał cokolwiek wspólnego z zamachem na moje życie, ale to było więcej niż pewne, że on za to odpowiadał. Jacopo i Bertuccio domagali się ode mnie jego śmierci, jednak ja nie miałem już w sercu nienawiści do nikogo, nawet do tego żałosnego pokurcza, który w tamtej chwili skamlał u moich stóp, błagając o litość. Uznałem ten widok za tak żałosny, że kazałem Danglarsa puścić wolno, zapowiadając jednak, iż jeśli jeszcze raz podniesie rękę na mnie lub kogoś z moich bliskich, to już nie okażę mu współczucia.
Danglars ponownie otrzymał przebaczenie i wolność z moich rąk. Jak się okazuje, ponownie niczego się nie nauczył, gdyż obecnie przebywa w więzieniu za swoje kolejne oszustwa i prawdopodobnie już nigdy z niego nie wyjdzie. A ja żyję do dzisiaj, szczęśliwy oraz otoczony bliskimi sobie osobami i widzę, że dobry Bóg jednak mnie kocha, skoro nie pozwolił mi odejść w hańbie i upokorzeniu z tego świata, bo choć nieraz była taka możliwość, to On zawsze ją ode mnie odpędzał. Dziękuję Mu za to z całego serca i nigdy dziękować mu nie przestanę. Będę Mu również dziękował za to, iż pozwolił mnie grzesznemu człowiekowi, odnaleźć w życiu prawdziwą miłość, a także wiernych przyjaciół, którzy to nigdy nie opuścili mnie w potrzebie. Są oni znacznie większym skarbem niż ten, jaki znalazłem w ponurych czeluściach wyspy Monte Christo. Pieniądze te uczyniły mnie jedynie wielkim panem, zaś prawdziwym człowiekiem uczyniły mnie tylko szlachetne, jak i pozbawione egoizmu uczucia bliskich mi osób, które to dobry Bóg postawił na mojej drodze, za co już na zawsze pozostanę Mu wdzięczny.
Tak oto, mój drogi panie Chroniqueur, wygląda historia mojego życia. Mam nadzieję, że przyda się ona panu i dzięki niej nie tylko zdoła pan napisać wspaniały artykuł do swojej gazety, ale również wyciągnie pan odpowiednie wnioski oraz nauki na całe życie, czego serdecznie panu życzę.

2 komentarze:

  1. Cwany łotr był z tego Benedetta, skoro ułożył tak szczegółowy i perfidny plan zemsty na hrabim, którego nie omieszkał wprowadzić w życie. Dziwi mnie tylko to, że pożałował swego przyrodniego rodzeństwa, skoro był tak wielkim i skończonym łajdakiem i sukinsynem, że zabił nawet swoją opiekunkę, która przygarnęła go i zajęła się nim jak własnym dzieckiem. Zaskoczyła mnie również tak wielka uległość hrabiego wobec żony i to wówczas, gdy na jej prośbę ponownie ocalił Benedetta przed wymiarem sprawiedliwości, jak i to, że Hayde nie pragnęła śmierci tego drania, mimo iż on o mało co nie pozbawił życia jej, hrabiego i ich córki. No i czyż oboje nie pomyśleli o tym, że jeśli uratują tego niegodziwca, to on nadal będzie rabował i mordował ludzi? W tym wypadku hrabia zachował się naprawdę bezmyślnie, po raz kolejny ratując go od gilotyny i sprzeniewierzając się prawu, ale na koniec zrozumiał, że tak skończony nędznik i łotr zasłużył wyłącznie na śmierć. Dobrze, że przynajmniej Peppino pozostał wierny i lojalny hrabiemu, po tym jak i jego ocalił od śmierci. No, a Luigi niczego się nie nauczył, skoro po odzyskaniu wolności powrócił do przestępczego życia, ale on przynajmniej nie był tak wynaturzonym złoczyńcą, jak nieprzyjaciele hrabiego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wrogowie hrabiego ponieśli zasłużoną karę za swe nędzne uczynki.
    Nawet nie chce sobie wyobrażać bólu, jaką czuł hrabia i jego żona, gdy ich córeczka została porwana.
    Ciekawe, czy to już koniec tej opowieści, czy też może będą kolejne rozdziały?
    Ciężko się rozstawać z fascynującą, pełną przygód, namiętności, dramatów, jak i łaski odkupienia historią hrabiego.
    Choć teraz znalazł już chyba całkowite szczęście i spokój u boku ukochanej żony.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...