sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 44

Rozdział XLIV

Opowieść Jacopa


Urodziłem się we włoskiej rodzinie rybackiej. Moi rodzice nie należeli, jak to się mówi, do ludzi zamożnych, dlatego też ja i moje rodzeństwo musieliśmy od najmłodszych lat szukać różnego rodzaju innych środków powiększenia naszych dochodów. Ale cóż to niby za sposób zarabiania mogłem wybrać ja, syn biednego rybaka? Na to, aby zostać politykiem byłem zbyt biedny oraz za nisko ustawiony. Co do biedniejszych robót, to były one zdecydowanie źle opłacane. Nie można było za taką wypłatę wyżywić kilkuosobowej rodziny. Mówię „kilkuosobowej”, gdyż tak to już jakoś wypada, że my, ludzie z biedniejszych rodzin, zawsze mamy mało pieniędzy i mnóstwo dzieci. Tak to już na tym świecie Pan Bóg stawia losy ludzkie. Ci bogaci mają mało dzieci i posiadają je chyba tylko dla zabawy albo na pokaz, zaś my, biedni ludzie, co to serca mamy jak na dłoni wyłożone, posiadamy mało pieniędzy i dużo dzieci, ale za to my je kochamy i z serca wprowadzamy je na świat, jednak brak gotówki powoduje, że wielu z nas schodzi potem na złą drogę, aby móc w jakikolwiek sposób pomóc swoim bliskim.
Musiałem więc dla wyżywienia swej skromnej osoby i najbliższych członków mojej rodziny zejść na drogę przestępstwa. Miałem tutaj bardzo duży wybór, gdyż jak każdy mądry człowiek wie, przestępstwo dzieli się na dwie kategorie, te z kolei zaś na mniejsze kategorie. Te duże to takie, w których albo trzeba zabijać, albo nie trzeba, a wręcz nie powinno się tego robić. Do pierwszej z tych kategorii zalicza się zawód rabusia, który to grasuje po drogach. Ludzie z tego fachu bezwzględnie zabijają ludzi i nie mają przy tym najmniejszych wyrzutów sumienia. Następni w tej grupie zawodów są piraci. Także zabójcy i to jak się patrzy. To zrozumiałe, że nie chciałem zostać człowiekiem, który odbiera życie innym istotom ludzki, gdyż jestem człowiekiem wierzącym i jeżeli musiałbym zabijać, to jedynie w obronie własnej lub w obronie swoich bliskich. Zaś piraci czy grasanci na drogach nie zabijają z takich właśnie powodów. Od razu więc odrzuciłem takie zawody.
Druga z kolei kategoria przestępstw to ta, do której należą kieszonkowcy, przestępcy uliczni oraz przemytnicy. W każdym razie ja takie właśnie zawody z tej kategorii znam. Z braku możliwości należenia do poprzedniej kategorii, musiałem wybrać jeden zawodów tej drugiej. Niestety, szybko się okazało, że nie posiadam najmniejszych nawet żadnych zdolności do okradania ludzi na ulicy. Także bycie kieszonkowcem nie było moim powołaniem. Musiałem więc wybrać zawód ostatni z możliwych - przemyt.
Szybko się okazało, że jest to zawód w sam raz dla mnie. Po pierwsze wiązał się on z morzem, które zawsze było mi naprawdę bliskie. Od dziecka pływałem po nim łowiąc ryby, więc co jak co, ale doskonale wiedziałem, gdzie i jak płynąć, aby uniknąć kontroli celnej lub jak wyjść ze sztormu, gdyby nas takowy złapał. Poza tym w przeciwieństwie do pirata przemytnik wcale nie musi zabijać ludzi. Nie musi też rabować. Przemytnik po prostu bierze towar i przewozi go bez żadnej kontroli celnej, po czym sprzedaje z zyskiem. Nikogo przy tym nie musi zabijać. Uznałem więc, że to najmniej brutalny ze wszystkich nielegalnych zawodów na świecie, dlatego też stał się on również i moim zawodem.
Dość łatwo udało mi się znaleźć statek, a także załogę, która zechciała mnie zwerbować. Nie było to tak trudne, jakby się mogło wydawać. Przemytników jak psów, niekiedy nawet było ich więcej aniżeli miejsc na statkach, na których się chcieli zatrudnić. Łatwo z tego wywnioskować, że ten zawód jest wciąż popularny, ale mniejsza o to. Zostałem przemytnikiem poprzez wstąpienie do załogi statku o nazwie „Panna Amelia”. Dość szybko zaprzyjaźniłem się z jego kapitanem oraz załogą. Polubili mnie i przyjęli jak brata. Pływałem z nimi przez kilka ładnych lat poszerzając mocno dochody swoje, a także mojej rodziny. Zapewne do dzisiaj byłbym tylko zwykłym przemytnikiem, gdyby nie pewne wydarzenie, które miało miejsce w roku 1829.
Tego oto roku udało się nam wyłowić z morza rozbitka. Był on zarośnięty i wycieńczony, a do tego ubrany w podarte łachmany. Widać było wyraźnie, że jest zbiegłym więźniem, chociaż uparcie nie chciał się do tego przyznać. Powiedział nam, że pochodzi ze statku, który rozbił się poprzedniego dnia podczas sztormu. Na jego szczęście takowa katastrofa rzeczywiście miała miejsce i przez chwilę nawet byliśmy gotowi uwierzyć w tę jego bajeczkę, jednak strzał z zamku If, właśnie przez nas mijany, dał nam wyraźnie do zrozumienia, z kim mamy do czynienia. Pomimo to człowiek ów dalej mówił swoje. Swój zarost i długie włosy wytłumaczył nam tym, że składał on śluby niegolenia się aż do dzisiejszego dnia. I chociaż kłamał w żywe oczy, to my uznaliśmy, że lepszy więzień niż celnik, a poza tym człowiek ów doskonale znał się na morskim fachu. Zaproponowaliśmy mu zatem wstąpienie do naszej załogi. Zgodził się bez wahania. Kiedy nam bardziej zaufał, zdradził nam swe prawdziwe nazwisko. Nazywał się Edmund Dantes, a w więzieniu na wyspie If spędził czternaście długich lat.
Pływaliśmy na pokładzie „Panny Amelii” razem z naszym nowym nabytkiem, który dość szybko okazał się nader pomocny. Podczas jednej wyprawy doszło do strzelaniny z celnikami. Nie lubiliśmy z nimi walczyć, bowiem nie znosiliśmy przemocy. W tym oto jednak wypadku musieliśmy odpowiedzieć ogniem na ogień. Gdyby nas schwytano, posłano by nas bez wahania na galery i pływalibyśmy do końca życia przykuci łańcuchem do ogromnej, starej krypy pełnej innych takich frajerów jak my, którzy się dali wziąć żywcem. Nie uśmiechało się nam to, nie mówiąc już także o tym, iż wydawało się nam, że tak surowa kara za dość drobne przewinienie jest co najmniej niesprawiedliwa. Broniliśmy więc swojej wolności zażarcie niczym lwy. Podczas tej walki Dantes został ranny. Oberwał on w ramię kulką przeznaczoną dla mnie, gdyż zasłonił mnie własnym ciałem. Od tego czasu stał się moim najlepszym przyjacielem. Oczywiście nigdy nie zapomniałem mu tego wspaniałego i szlachetnego czynu, jakiego dokonał w mojej obronie.
Kilkakrotnie zatrzymywaliśmy się podczas naszych wypraw na wyspie Monte Christo. Była ona swego rodzaju takim portem przystaniowym dla naszego okrętu, a niekiedy nawet i kryjówką. Edmund Dantes wykazywał dziwne zainteresowanie tą wyspą, choć nigdy się otwarcie do tego nie przyznał. W końcu jednak, podczas jednego na niej pobytu Edmund poszedł polować na kozice. Wracając biedak upadł i skręcił nogę. Nie mogliśmy go zabrać na nasz statek, nie czyniąc mu przy tym krzywdy. Ponadto zaś towarzysz podróży ze skręconą nogą byłby dla nas tylko zawadą, a nam szykowała się kolejna intratna wyprawa. Mieliśmy więc dylemat, co powinniśmy zrobić. Dantes w końcu zaproponował, żebyśmy go pozostawili na wyspie i potem wrócili po niego pod koniec owej planowanej wyprawy. Tak też, pomimo licznych wątpliwości, zrobiliśmy. Ja zaś byłem gotów zostać z Dantesem rezygnując ze swego udziału w zyskach, lecz Edmund nie zgodził się na to, abym był poszkodowany z jego powodu. Ostatecznie też zostawiliśmy go na wyspie z zapasem jedzenia i amunicji. Gdy wróciliśmy, był już zdrowy. Zabraliśmy go do Marsylii, gdzie mieliśmy zamiar przepić i przejeść oraz prześpiewać nasz łup, jak zwykliśmy dotąd to czynić. Ja oczywiście prócz tego wspomagałem zyskami swoją rodzinę sobie pozostawiając niewiele.
Gdy już byliśmy w Marsylii, Edmund złożył mi pewną propozycję nie do odrzucenia. Poprosił mnie o drobną przyjacielską przysługę, obiecując mi za nią wdzięczność do końca życia. Kazał mi iść w głąb Marsylii i zapytać o dwoje ludzi, którzy nazywali się Ludwik Dantes i Mercedes Herrera. Nie mogłem odmówić tak drobnej przysługi człowiekowi, który uratował mi życie i to bez względu na to, jakie też motywy nim kierowały. Poszedłem więc, lecz niestety powróciłem ze smutnymi wiadomości. Ludwik Dantes nie żył, zaś Mercedes Herrera zniknęła. Edmund podziękował mi, po czym wystąpił z załogi „Panny Amelii” radząc, abym uczynił to samo. Posłuchałem jego rady, a on kupił mi piękny i wspaniały jacht, na którego pokładzie właśnie się znajdujemy. Zostałem jego kapitanem. Dość szybko zebrałem załogę do niego, składająca się w większości z dawnych przemytników okrętu „Panna Amelia”. Edmund zaś również nabył mały statek, na którym chciał ruszyć w świat. Zaproponowałem mu, abyśmy obaj ruszyli w drogę na pokładzie obu naszych statków. Pomimo początkowych obiekcji, ostatecznie wyraził na to zgodę i ruszyliśmy w drogę. Zanim to się jednak stało, mój drogi przyjaciel musiał załatwić jeszcze pewną ważną sprawę. Powiedział mi, że w Marsylii dowiedział się o spadku, który właśnie odziedziczył. Spadek ów uczynił go bajecznie bogatym i dlatego już nie musiał zajmować się szmuglem. Za pomocą wyżej wymienionego spadku wynagrodził on swych do niedawna jeszcze kolegów po fachu za okazaną mu przyjaźń. Moja rodzina nie musiała się już nigdy martwić o pieniądze, zaś wszyscy członkowie załogi „Panny Amelii” otrzymali po jednym diamencie. Zaraz po tym wydarzeniu, drogi moich dawnych kompanów z tego pięknego okrętu się rozeszły. Część z nich, łącznie z samym kapitanem, porzuciła swój dawny zawód. Reszta natomiast została moją załogą. Z kolei ja sam oddałem się pod komendę Edmunda, który wyrobiwszy sobie paszport na nazwisko lord de Wilmore kazał nam płynąć na Monte Christo, po czym wydobył z wyspy tajemniczą skrzynię. Nie powiedział nam, co w niej jest, dopiero później ja sam poznałem prawdę. Najpierw jednak musiałem złożyć przysięgę Edmundowi, że nigdy nikomu nie powiem o tym, co od niego teraz usłyszę. Nie mówiłbym wam tego, gdyby nie to, że dzisiaj przysięga ta już nie obowiązuje. Wieści te hrabiemu na pewno nie zaszkodzą.
Edmund Dantes przed laty był marynarzem z Marsylii. Miał zostać kapitanem statku, na którym pływał. Pragnął się również ożenić z Mercedes Herrera, rybaczką z Katalonii, ale dwóch ludzi sprzysięgło się przeciwko niemu: pierwszym z nich był inny marynarz, pływający na tym samym statku, co biedny Dantes. Zazdrościł Edmundowi jego szybkiego awansu, ponieważ uważał, że to jemu się on należy. Drugim zaś człowiekiem nienawidzącym mojego przyjaciela, był kuzyn Mercedes Herrera, zakochany w niej do szaleństwa młody rybak z Katalonii. Obaj uknuli podły spisek i fałszywie oskarżyli Edmunda o bonapartyzm, a zapewne wszystkim wiadomo, jak za czasów króla Ludwika XVIII okrutnie prześladowano zwolenników ex-cesarza Francuzów. Edmund trafił zatem przed oblicze zastępcy prokuratora generalnego, który szybko odkrył, że Dantes otrzymał list od samego Napoleona do jego agenta. Ponieważ Edmund nie wiedział w ogóle, co jest treścią listu, zastępca prokuratora postanowił go wypuścić. Zmienił jednak zdanie, gdy odkrył, że agentem cesarza jest pan Noirtier, z którym zastępca prokuratora był spokrewniony. Podły urzędnik wiedział doskonale, że gdyby ktokolwiek się o tym fakcie dowiedział, to jego kariera byłaby skończona. Dlatego bezwzględnie posłał Edmunda na dożywocie do zamku If. Dantes spędził tam czternaście długich lat, podczas których poznał on współwięźnia, niejakiego księdza Farię. Ten zaś opowiedział mu o wielkim skarbie ukrytym na wyspie Monte Christo. Kiedy ów współwięzień umarł, Dantes zawinął się w jego pogrzebowy całun i jako on został wrzucony do morza. Uwolniwszy się tam z całunu, płynął morzem wpław, a w końcu trafił na pokład „Panny Amelii”. Teraz zaś, kiedy zdobył ów tajemniczy skarb, postanowił go wykorzystać, aby się okrutnie zemścić na ludziach, którzy zniszczyli mu życie.
Gdy tylko poznałem prawdziwą historię mojego przyjaciela, oburzyłem się mocno na postępowanie jego wrogów. Jestem z pochodzenia Włochem i jak na pewno każdy dobrze wie, my Włosi emocjonalnie jesteśmy mocno przywiązani do zemsty za uczynione nam niegdyś krzywdy. Vendetta musi być, dlatego też bez wahania ofiarowałem Edmundowi Dantesowi swoje usługi. Obiecałem zachować sekret tajemniczej skrzyni na pokładzie jachtu Dantesa i zachowałem go. Załoga na szczęście nie zadawała nam zbędnych pytań. Oddani Edmundowi do reszty, nie interesowali się tym, co on ukrywa. Na szczęście wspólne przemytnicze wyprawy łączą często ze sobą ludzi do tego stopnia, że mogą oni na sobie polegać zawsze i wszędzie.
Jeśli chodzi o zemstę, to zaproponowałem Edmundowi wyjście siłowe, czyli zabić nożem każdego z wrogów, ale cóż... Tak z pewnością postąpiłby Jacopo albo nawet dawny Dantes przemytnik. Lord de Wilmore (bo takie oto nazwisko przyjął Dantes) miał inny plan. Chciał dowiedzieć się wszystkiego o swoich wrogach i zniszczyć ich odkrytymi tajemnicami. Pływaliśmy więc naszymi dwoma statkami po świecie, szukając przy tym każdej informacji na temat trzech ludzi: Danglarsa, Fernanda Mondego oraz Gerarda de Villeforta. Nie była to łatwa podróż. Trwała ona aż dziewięć lat. Lord de Wilmore stał się przez ten czas hrabią Monte Christo. Zdołał się bardzo dużo dowiedzieć o Danglarsie i Fernandzie Mondego. Udało mu się nawet kupić od sułtana pewną grecką księżniczkę imieniem Hayde, która to posiadała na wroga numer 2 mnóstwo kompromitujących wiadomości. Villefort wciąż był poza naszym zasięgiem, ale i o nim mieliśmy się jeszcze dość dużo dowiedzieć. Długo by można było opowiadać o wszystkim, co przeżyliśmy przez dziewięć lat tej podróży. Wspomnieć jednakże należy o tym, że podczas podróży spotkaliśmy kolejnego przemytnika i mego rodaka zarazem. Nazywał się Giovanni Bertuccio. Okazało się, że posiadał on pewne naprawdę ciekawe wiadomości na temat świętoszkowatego pana de Villeforta. Hrabia Monte Christo więc zwerbował go na służbę do siebie.
Rozpoczęła się zemsta. Sam nie byłem jej świadkiem. Podczas, kiedy hrabia działał, ja i moi ludzie podróżowaliśmy po świecie zdobywając nowe wiadomości dla Edmunda, a przy okazji również przemycając liczne towary, zaś wyspa Monte Christo za zgodą naszego kochanego hrabiego (który ją, nawiasem mówiąc, kupił), służyła nam za port i kryjówkę. Pamiętam nawet wydarzenie, jak w roku 1838 podczas jednego pobytu we Włoszech hrabia ucztował z nami na owej wyspie. Zjawił się wówczas na niej baron Franz d’Epinay, który to chciał w tym miejscu zapolować na kozice, został jednak przez nas schwytany i zabrany przed oblicze hrabiego. Ten zaś ugościł go najlepiej jak mógł, po czym kazał nam odesłać go do hotelu, w którym ten mieszkał.
Co do samej zemsty hrabiego Monte Christo, to niewiele o niej wiem. Mogę jednak wam powiedzieć, że podróżowałem niekiedy z polecenia samego Edmunda i zdobywałem dla niego niezbędne papiery, dokumenty itd, które to potwierdzały wszystkie dowody zebrane przeciw jego wrogom, żeby ich skompromitować. Gdy tylko je zdobywałem, to natychmiast dostarczałem hrabiemu. Pamiętam, jak się cieszył, kiedy podawałem mu do ręki ostatni już element ogniwa łańcucha jego zemsty. Rozmawiał on wówczas ze mną, Hayde, Bertucciem, a także swoim czarnoskórym niewolnikiem Alim, jak z najlepszymi przyjaciółmi (którymi my, nawiasem mówiąc, jak najbardziej się czujemy) i oznajmił, że ma już wszystko, aby móc rozpocząć polowanie na swych wrogów. Zacierałem wręcz ręce z radości. Nadszedł czas rewanżu. Oczywiście ja sam do jego realizacji użyłbym jedynie korsykańskiego noża z kilkunastocentymetrowym ostrzem, jednak z drugiej strony nie umiałem odmówić mojemu przyjacielowi pomysłowości. Sposób, w jaki to zniszczył swoich wrogów pozbawiając ich majątków oraz ośmieszając i ujawniając wszystkie ich głęboko skrywane tajemnice był po prostu genialny. Ci ludzie dostali coś o wiele gorszego niż zemstę. Z perspektywy czasu sądzę, że to była najlepsza dla nich kara. O wiele gorsza niż zaprawienie nożem.
W październiku 1838 roku zemsta Edmunda się dokonała, a ja sam na jego polecenie popłynąłem na wyspę Monte Christo, gdzie spotkałem pewną zakochaną parkę, którą to Dantes połączył ze sobą. Wręczyłem im list od hrabiego i zabrałem do ich nowego domu, po czym popłynąłem na Wschód, gdzie do dzisiaj wiernie służę mojemu panu i przyjacielowi, od czasu do czasu zajmując się przemytem. Przede wszystkim jednak wypełniam polecenia mego pana, tak jak i dzisiaj to robię wioząc państwa do niego.
Myślę, że mogę na tym zakończyć historię, choć prawdę mówiąc, jest jeszcze coś, o czym należy wspomnieć. Otóż kilka lat po zakończeniu swej zemsty mój pan sam nieomal padł ofiarą pomsty ze strony syna Villeforta. Mówię o tym nędzniku, młodzieńcu nazwiskiem Benedetto. On to, chcąc pomścić śmierć swojego ojca, prokuratora de Villeforta, zaatakował Edmunda i jego ukochaną żonę w Wenecji oraz porwał ich jedyne dziecko zmuszając mojego przyjacielu, aby ten przybył po nie na Monte Christo. Na całe szczęście Benedetto nie przewidział tego, że wśród swoich bandytów ma człowieka o imieniu Peppino, który wciąż był wiernym sługą Edmunda Dantesa. On to właśnie powiadomił o wszystkim Bertuccia, a potem razem z nim zawiadomili o wszystkim mnie, kiedy ze swoimi ludźmi przybywałem na wyspę Monte Christo, aby ukryć w niej swoje towary, jak to często robiłem. We trójkę uknuliśmy wręcz diabelnie skuteczny plan działania. Peppino przekazał nam dziecko Edmunda i Hayde, po czym ja i Bertuccio bardzo mocno związaliśmy go i zakneblowaliśmy, aby w razie ucieczki z naszych rąk Benedetto za nic w świecie nie podejrzewał naszego wspólnika o zdradę. Następnie zaś oddałem dzieciątko mojego przyjaciela pod opiekę kilku z mych ludzi, zaś z resztą udałem się na akcję. Wraz z Bertucciem zabiliśmy dwóch bandytów tego łajdaka Benedetta, skutecznie  wcieliliśmy się w nich i jako oni wprowadziliśmy moich przemytników na Monte Christo. Tam też doszło do walki, podczas której wybiliśmy, co do jednego tych nędzników, ale niestety Benedetto (zgodnie z naszymi przewidywaniami) zdążył uciec wysadzając za sobą grotę. Edmund nie był jednak w ciemię bity i po prostu wyprowadził nas innym przejściem. Gdy już byliśmy bezpieczni, to oddałem dziecko Hayde, po czym wraz z Bertucciem oraz Edmundem udaliśmy się do Paryża w pościg za Benedettem. Przebrani za grabarzy dopadliśmy go w grobowcu rodziny de Villefort i tam też wydaliśmy go w ręce żandarmów. Łotr poszedł na gilotynę, co od dawna mu się należało, zaś mój przyjaciel może już spać spokojnie.

2 komentarze:

  1. A zatem Jacopo pozostał wiernym sługa i zaufanym przyjacielem hrabiego, a ta para, którą Dantes połączył to zapewne nikt inny jak Walentyna i Maksymilian, któremu chciał się odwdzięczyć za dobrodziejstwa, jakie ojciec Maksymiliana wyświadczył jego ojcu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jacob to bardzo sympatyczna postać.
    Sprytny, pomysłowy i oddany hrabiemu całą duszą.
    W tej wersji z Dagmarą Domińczyk był super zagrany.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...