sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 17

Rozdział XVII

Dzienniki Jeana Chroniqueura


2 lipca 1855 r. c.d.
Gdy już skończyłem czytać rękopis, byłem w kompletnym szoku. Wyznanie Villeforta wypadło mi z ręki, a ja sam osunąłem się w głąb fotela. Nigdy jeszcze nie czytałem czegoś tak nasączonego ogromną podłością, okrucieństwem, fałszem i obłudą. Autor tego rękopisu nawet wzbudził moje współczucie, nie mogę temu zaprzeczyć, jednak tylko częściowo, bowiem przede wszystkim poczułem do niego wstręt i obrzydzenie. Prokurator Gerard de Villefort był człowiek jak najbardziej ohydnym, podłym, dwulicowym oraz niegodziwym. Bez najmniejszych skrupułów skazał na dożywocie młodego, niewinnego człowieka, Edmunda Dantesa, tylko dlatego, aby ratować swoją karierę. Z tych samych powodów próbował on zabić swoje nieślubne dziecko. Cóż za ohyda. Współczułem mu z powodu cierpienia jego rodziny, ale uważam, iż zasłużył na los, który go spotkał. Mógł on przecież ocalić córkę przed zamachami ze strony swojej żony. A jednak wolał uniknąć skandalu niż ratować ukochane dziecko. Żałosny pokurcz.
Teraz już doskonale wiedziałem, dlaczego hrabia de Monte Christo przyczynił się do upadku tych trzech kolosów Paryża. Danglars, Mondego, Villefort. Ci trzej ludzie na spółkę zniszczyli życie człowiekowi, który praktycznie nic złego im nie zrobił. Każdy miał inne powody, ale wszystkimi trzema kierowała tylko prywata oraz jak najniższe instynkty. Nic dziwnego, że hrabia de Monte Christo chciał tych ludzi ukarać. Już sama przyzwoitość i umiłowanie sprawiedliwości wystarczyłoby dla stu takich hrabiów jak on, żeby zniszczyć tych niegodziwców. Jeżeli jednak wierzyć relacjom Danglarsa i Villeforta, to przede wszystkim przeważył tutaj fakt, że Monte Christo chciał pomścić biednego Edmunda Dantesa. Tak, właśnie to spowodowało upadek tych oto trzech gigantów zła. W pełni zasłużyli oni na swój los. Nie było mi ich ani trochę żal.
Wiedziałem już doskonale, co spowodowało przybycie do Paryża hrabiego Monte Christo, jak również jaki miało ono związek z upadkiem hrabiego Fernanda de Morcerfa, prokuratora Gerarda de Villeforta i barona Danglarsa. Moje pytania uzyskały już odpowiedzi. Misja ma była zakończona.
Ledwo jednak tak pomyślałem, a od razu pojawiły się w mojej głowie nowe wątpliwości. Czyżbym już rzeczywiście poznał odpowiedzi na wszystkie dręczące mnie pytania? Gdy się nad tym zastanowiłem, zrozumiałem coś bardzo ważnego. Myliłem się poważnie sądząc, że to koniec mojej misji. Nie każde moje pytanie znalazło odpowiedź. Wciąż nie miałem pojęcia, co (poza samym obrzydzeniem do czynów tych łajdaków) spowodowało, że pan hrabia de Monte Christo postanowił pomścić Edmunda Dantesa. I dlaczego właśnie jego? Co ten człowiek dla niego zrobił, że hrabia stał się jego mścicielem? Edmund Dantes i hrabia Monte Christo. Co łączy tych ludzi?
Musiałem więc rozpocząć na nowo swoje śledztwo dziennikarskie, ale wciąż istniało pytanie, dokąd mam się udać. Nie wiedziałem już, gdzie mam szukać śladu hrabiego. Przede mną była już tylko jedna wielka niewiadoma. I musiałem przez nią kroczyć, czy mi się to podobało, czy nie. A chodzenie po omacku nigdy nie było czymś bezpiecznym, w dodatku również to nie był mój sposób działania. Musiałem wiedzieć, gdzie stawiać następne kroki.
Przypomniałem sobie wówczas, że mój drogi ojciec chrzestny mówił coś o Maksymilianie Morrelu. Mówił, iż ten człowiek znał hrabiego lepiej od wszystkich jego przyjaciół. W takim razie, to właśnie on powinien być następnym celem mojej wędrówki.

***

Wsiadłem do dorożki i udałem się nią do mojej redakcji. Tam też Alfons de Beauchamp już na mnie czekał, wyraźnie zadowolony.
- I jak tam wyniki śledztwa? Co zebrałeś? - zapytał.
W odpowiedzi wręczyłem mu mój dziennik z notatkami ze śledztwa. On zaś powoli otworzył go i z uśmiechem przejrzał dokładnie moje zapiski. Uśmiechnął się wówczas, po czym powiedział:
- Muszę ci powiedzieć, Jean, że odwaliłeś kawał dobrej roboty.
- Niestety, nie jest ona jeszcze zakończona, ojcze chrzestny - odpowiedziałem, siadając naprzeciwko niego.
Moje słowa wyraźnie go zdumiały. Spojrzał na mnie i zapytał:
- To znaczy?
Pokręciłem się nerwowo na krześle. Nie wiedziałem, czy mam powiedzieć szczerą prawdę memu ojcu chrzestnemu, ale jednak uważałem, że lepiej to zrobić niż okłamywać go. Szczerością można zawsze więcej zyskać aniżeli kłamstwem. Postawiłem więc w tej ruletce, którą to była moja rozmowa z nim, na szczerość i powiedziałem:
- Ojcze chrzestny, nie znam jeszcze odpowiedzi na pewne pytania.
Beauchamp popatrzył na mnie z lekką ironią.
- W takim razie czemu ich nie szukasz?
- Bo nie wiem, jak mam to zrobić.
- Jakże to?
- Moja ścieżka została zatarta.
- A konkretniej?
- Wszystkich ludzi, których mogłem przesłuchać, już przesłuchałem. Teraz zaś błądzę po omacku z zawiązanymi oczami.
- Tak, to musi być bardzo irytujące - Alfons de Beauchamp wyszczerzył zęby w złośliwym uśmiechu.
- Gorzej. Mam niekiedy ochotę palnąć sobie w łeb.
Mój drogi ojciec chrzestny spojrzał na mnie z pobłażliwością, a także czymś na kształt ironii, malującej się na jego twarzy.
- Mam nadzieję, że kończysz tylko na samej chęci.
- Przestań, ja mówię poważnie. Nie wiem już, do kogo mam się teraz udać. Pomyślałem o Maksymilianie Morrelu, twoim serdecznym przyjacielu. Podobno znał on hrabiego lepiej niż ktokolwiek inny w Paryżu.
Alfons złożył palce ze sobą, słuchając mnie uważnie. Zastanowił się przez chwilę.
- Owszem, to prawda. Obaj spędzili ze sobą bardzo dużo czasu. Byli niemalże nierozłączni. Tak, to dobry wybór. On powinien sporo wiedzieć.
Ucieszyłem się, że mój tok myślenia jest odpowiedni. Oznaczało to zatem, że zmierzam w odpowiednim kierunku, co oczywiście bardzo mnie cieszyło i dało mi do zrozumienia, że zostało mi już tylko odwiedzić tego pana i go wypytać.
- Gdzie mieszka pan Morrel?
- Na Polach Elizejskich, ale to ci i tak niewiele pomoże.
Zdziwiły mnie jego słowa. Wiadomość o tym, gdzie mieszka ktoś, z kim powinienem się spotkać, nie może mi pomóc? Wydawało mi się to co najmniej absurdalne. Być może mój drogi ojciec chrzestny żartował. Jeżeli tak, to wyglądał niewiarygodnie poważnie.
- A to niby dlaczego? - zapytałem.
- Dlatego, że nie ma ich we Francji. Oboje z żoną wyjechali do Włoch. W domu nikogo nie ma.
- Aha... Rozumiem - zawiedziony opuściłem głowę - Zatem zostaje mi tylko jedno... Jechać do Włoch.
Alfons de Beauchamp popatrzył na mnie z uśmiechem i podziwem. Z całą pewnością właśnie takiej odpowiedzi ode mnie oczekiwał.
- Miałem nadzieję, że to właśnie powiesz, mój drogi chrześniaku.
Popatrzyłem na niego uradowany.
- A zatem mam twoje pozwolenie na wyjazd?
- Naturalnie, że tak - machnął beztrosko ręką - Jedź na tak długo, jak będzie to konieczne. Bylebyś zebrał wszystkie niezbędne informacje do napisania artykułu. Choć miło by było, gdyby nie trwało to cały rok.
Uśmiechnąłem się lekko.
- Tyle raczej nie będzie to trwało, ale może się przedłużyć do miesiąca lub dwóch.
- W takim razie jedź na miesiąc lub nawet na dwa w poszukiwaniu informacji. Im ich będzie więcej, tym lepiej. Może nawet zamiast samego artykułu napiszesz również książkę o swojej podróży i wiadomościach, jakie zdobyłeś?
Musiałem przyznać, iż pomysł ten wydawał mi się co najmniej trafiony, a po jego krótkim rozważeniu, niesamowicie przypadł mi do gustu. Z tego też powodu, przyklasnąłem mu z radością.
- Idea ta mi się podoba. Nic tylko ją zrealizować.
- A więc zrealizuj ją. Masz miesiąc czasu. Może nawet dwa.
- To będzie najdłuższy urlop w moim życiu - zachichotałem.
- A kto tu niby mówi o urlopie? - Alfons de Beauchamp popatrzył na mnie poważnym wzrokiem - Ty tam jedziesz pracować i dostaniesz za to pensję. A więc czemu mówisz o urlopie?
- Bo widzisz, ojcze chrzestny... Ja po prostu nie chcę, aby redakcja, w której pracuję odniosła przez mój wyjazd jakieś straty.
Beauchamp wciąż spoglądał na mnie z delikatną ironią.
- Drogi chłopcze, twój wyjazd do Włoch jest jak najbardziej służbowy, zatem dostaniesz za niego należną ci od nas pensję. Gazeta nasza nie będzie w żaden sposób stratna, zapewniam cię.
Odetchnąłem z ulgą słysząc te słowa.
- A! Jeśli tak, to co innego! Uspokoiłeś mnie, ojcze chrzestny.
- Na tym polega moja praca. Ty się denerwujesz, a ja cię uspokajam.
Zaśmiałem się słysząc te słowa. Mój ojciec chrzestny chwilami potrafił być naprawdę zabawny. Musiał tylko tego mocno chcieć. A tak się złożyło, że chciał tego nader często. Stąd właśnie niejeden już raz miałem okazję poznać jego dość zwariowane poczucie humoru, co też nawiasem mówiąc, było dla mnie prawdziwą przyjemnością, gdyż wolę ludzi wesołych niż ponurych.
- A zatem... - powiedziałem, wstając powoli z krzesła i ściskając mu dłoń - Do zobaczenia.
- Szczęśliwej podróży, młodzieńcze.
- Mam nadzieję, że taka będzie.
Po tych słowach ruszyłem w drogę.

10 lipca 1855 r.
Nie będę się tutaj rozpisywał nad szczegółami mojej wyprawy. Nie ma to bowiem najmniejszego nawet znaczenia dla całej mojej opowieści. I nie wniosła ona niczego nowego do prowadzonej przeze mnie sprawy.
Powiem więc jedynie tyle, że trwała ona kilka dni, a po ich upływie dotarłem do Włoch i zamieszkałem w tym samym hotelu, w którym swego czasu hrabia de Monte Christo poznał Alberta de Morcerfa, Franza d’Epinaya oraz ich kolegów. Nazwę tego hotelu dowiedziałem się od tego ostatniego, zanim wyjechałem do Rzymu. Zapisałem ją sobie i potem, gdy znalazłem się we Włoszech, natychmiast go odnalazłem. Właściciel tego hotelu, pan Pastrini, przyjął mnie z największymi honorami i obiecał mi umilić jak najwięcej czas, jaki spędzę w Rzymie.
Byłem zachwycony. Zamieszkałem w tym samym apartamencie, w którym mieszkał przed laty słynny hrabia Monte Christo, czyli obiekt moich poszukiwań. Czułem się niesamowicie. Jakby moje ciało i umysł opanowała jakaś wspaniała energia dodająca mi sił do dalszej walki o wiadomości. Ogarnęło mnie natchnienie, chęć szukania i zapisywania wszystkiego, czego się dowiem. Chęć dość typowa dla każdego zapalonego dziennikarza-publicysty.
Jednak muszę przyznać, że to natchnienie, jakie mnie wtedy ogarnęło, już pierwszego dnia mojego pobytu w Rzymie, musiało zacząć się dzielić mym sercem z pewnym innym uczuciem, które mnie również schwytało w silne kleszcze i wcale nie zamierzało mnie puścić.
Aby łatwiej zrozumieć całą tę sytuację, opowiem teraz, jak to się wszystko zaczęło.

***

W chwili, w której to się zameldowałem w hotelu, usłyszałem, jak jakiś słodki kobiecy głosik poprosił delikatnie:
- Klucz do pokoju numer 7, proszę.
Odwróciłem się i wtedy ją zobaczyłem. Odwróciła się w tej samej chwili i nasze spojrzenia się spotkały.
To była dziewczyna w wieku około szesnastu, może siedemnastu lat. Miała piękne włosy, spięte w kok. Miały kolor słońca w południe. Oczy barwy nieba w pogodzie, a usta tak słodkie jak maliny. Policzki lekko zaróżowione z delikatnymi piegami, które jednak były widoczne tylko z bliska.
Serce zatrzepotało mi niczym ptaszek złapany w sidła. Tak, właśnie w sidła. Takie same sidła, w jakie ja właśnie wpadłem, kiedy ją dostrzegłem. Ledwo ją ujrzałem, a już wiedziałem, że nie zdołam się już wydostać z tych sideł. Najgorsze jednak w tym wszystkim było to, że ja wcale nie chciałem się wydostać z tych sideł. Wiedziałem, że jakiekolwiek ona sidła na mnie zastawi, to ja i tak w nich pozostanę.
Panienka, której spojrzenie zawładnęło całym moim sercem, uśmiechnęła się do mnie radośnie, prezentując przy tym swoją kolekcję niezwykle białych ząbków, po czym odwróciła się ona powoli do jakieś starszej pani, która jej towarzyszyła (prawdopodobnie była to jej niania) i wreszcie obie ruszyły po schodach na górę. Choć zabrzmi to może dość głupio, to muszę się przyznać, że jeszcze długi czas wpatrywałem się w miejsce, w którym przed chwilą jeszcze ona stała i uśmiechała się do mnie. Portier musiał szturchnąć lekko moje ramię, żebym się ocknął i ruszył do swojego pokoju, gdzie boy hotelu wniósł już moje bagaże.
Miałem przydzielony pokój numer 5. A więc blisko mnie znajdowały się apartamenty tej tajemniczej nieznajomej, która w tak niezwykły sposób wdarła się w moje serce i nie zamierzała z niego wyjść.
Z powodów jak najbardziej oczywistych nie mogłem skupić się na niczym innym jak na myśleniu o owej pięknej damie. Szczególne wrażenie wywarł na mnie jej dość orientalny strój. Dziewczyna ta miała bowiem na twarzy delikatną woalkę (z gatunku tych, które tylko podkreślają piękność kobiecego lica, zamiast je zakrywać), jej czoło natomiast zdobił diadem z prawdziwych diamentów. Szaty pochodziły niewątpliwie z okolic Grecji lub Turcji, chociaż skłaniałbym się ku tej pierwszej odpowiedzi. Tym bardziej taka osoba mnie zastanowiła.
Przypomniało mi się, jak Franz d’Epinay opowiadał mi, że hrabiemu Monte Christo towarzyszyła jakaś grecka niewolnica, którą wszak traktował bardziej jak kochankę niż służkę. Nie wiedzieć czemu ten szczegół wrócił do mej pamięci. To interesujące. Najpierw hrabia de Monte Christo przybywa do tego hotelu z piękną Greczynką, a teraz ja zamieszkuję w tym samym hotelu i kogo w nim spotykam? Grecką dziewczynę. Przypadek?

***

Ponieważ z powodu moich myśli, które wciąż krążyły wokół tej tajemniczej nieznajomej, nie mogłem zająć się swoją pracą, że nie wspomnę o tym, iż i tak nie posiadałem żadnych wiadomości, aby ją kontynuować, zszedłem powoli na dół, do restauracji, aby zjeść obiad. Dania tu były jak najbardziej wykwintne i warte ceny, jaką za nie żądali. Ponieważ moje fundusze nie były zbyt skromne, ale też nie na tyle potężne, aby pozwolić sobie na wszelkie zbytki, musiałem zadowolić się tym, na co było mnie stać. Zamówiłem więc sobie coś wykwintnego, ale jednak ani za drogiego, ani zbyt taniego. Coś, co jeść uchodzi szlachcicowi.
W restauracji ponownie spotkałem moją uroczą Greczynkę. Siedziała przy stoliku i najspokojniej w świecie jadła obiad w towarzystwie swojej niani, również ubranej w orientalny strój. Jadłem i co chwila zerkałem na te dwie panie, które najwyraźniej mnie nie dostrzegły, za co byłem Bogu wdzięczny, gdyż inaczej z pewnością bym wzbudził ich zdumienie tym, że grzebię widelcem w talerzu od kwadransa i nic nie jem.
Dziewczyna ta coraz bardziej mi się podobała. Zwłaszcza jej śmiech. Miał on w sobie coś niesamowitego, coś tak pięknego i cudownego, że aż trudno to nazwać słowami z ludzkiego słownika. Przypominał mi on nieco dźwięk dzwonu bijącego na oznajmienie wszystkich godziny 12:00. Taki słodki, subtelny, uroczy śmiech pełen radości, niewinności oraz chęci życia. Nie było w nim ani nutki fałszu czy zakłamania. Widocznie dziewczyna po raz pierwszy wychodziła powoli na świat i niewiele o nim jeszcze wiedziała. Na łzy mi się zbierało, gdy tylko pomyślałem, jak straszne ją czeka rozczarowanie tym światem, kiedy lepiej go pozna. Gdybym tylko mógł, oszczędziłbym jej tego. Niestety, tak się nie dało zrobić. Choć należało zwrócić uwagę na to, iż życie w niewiedzy nie zawsze jest czymś pożytecznym dla człowieka, a tak właściwie, to chyba nigdy. Może więc nie warto się wtrącać?

2 komentarze:

  1. LOL! Miłość od pierwszego wejrzenia! Wystarczyło, że na nią popatrzył, a już nie może przestać o niej myśleć. xD No ciekawe, jak to się dalej rozwinie i czy uda mu się do niej zbliżyć. xD

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba Kronikarz wpadł, jakby to powiedział Diego w pułapkę. W pułapkę miłości :)
    Czy tajemnicza nieznajoma przybliży go do hrabiego?
    Kronikarz jeszcze nie wie, że hrabia i Edmund Dantes to jedna i ta sama osoba.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...