sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 09

Rozdział IX

Dzienniki Jeana Chroniqueura


1 lipca 1855 r. c.d.
Było dokładnie tak, jak to zapowiedział Alfons de Beuachamp. Mój kolejny informator mówił przede wszystkim o sobie, nie zaś o hrabi Monte Christo. To było bardzo łatwe do przewidzenia, jednak czego się można było spodziewać po opuszczonej i skrzywdzonej przez los kobiecie? Choć muszę przyznać, iż wobec pani Herminii Danglars miałem zdecydowanie mieszane uczucia. Z jednej strony jej współczułem, gdyż była osobą niezwykle skrzywdzoną przez los, ale z drugiej wywarła na mnie wrażenie osoby przede wszystkim kochającej pieniądze i zbytki do tego stopnia, że nie umiała bez nich żyć. Płaska emocjonalnie kokietka oraz miłująca wygody bardzo nieciekawa osóbka. Tak właśnie oceniam obecną siostrę Herminię.
Jednego wszak zarzucić jej nie można. Tego, iż jej historia nie była ani trochę ciekawa. Wręcz przeciwnie, rzuciła ona zdecydowanie znacznie większe światło na postać prokuratora de Villeforta, który odtąd jawił się w mojej wyobraźni jako osoba obrzydliwa i pod każdym względem odpychająca. Bo w końcu, jak można inaczej nazwać człowieka, który dla ratowania kariery był gotów zabić własne dziecko? Co z tego, że pochodziło z nieprawego łoża? Dziecko to zawsze dziecko, tym bardziej własne. To, co zrobił podziwiany przez wszystkich pan Gerard trudno mi było nazwać inaczej niż zwykłą zbrodnią. Dlatego też zgadzam się ze zdaniem pani Danglars. Villefort dostał to, na co zasłużył.
Wciąż jednak zadawałem sobie wówczas pytanie: jaki niby ma to wszystko związek ze sprawą hrabiego Monte Christo? Nie można było zaprzeczyć temu, że odegrał on w ich życiu dość znaczną rolę, ale czy podejrzenia pani Danglars były słuszne? Czy rzeczywiście wiedział on o przeszłości Benedetta i czy specjalnie posłał go do więzienia, żeby w ten sposób poniżyć Villeforta? A jeśli tak, to po co to zrobił? Co on miał do Villeforta, Mondego czy też Danglarsa, aby chcieć ich wszystkich zniszczyć? Pytania zaczęły wtedy mnożyć mi się w głowie, natomiast odpowiedzi było o wiele za mało, a do tego były niezadowalające. Sprawa zaczęła się robić coraz bardziej skomplikowana, co jednak wcale nie sprawiało, że nie była ciekawa. Wręcz przeciwnie, z każdą chwilą coraz mocniej mnie ona pociągała. Przyznam, że im bardziej się w nią zagłębiałem, tym bardziej chciałem swoje śledztwo kontynuować. Wiedziałem już doskonale, że nie zrezygnuję z niego za nic w świecie.
Wstałem i uśmiechnąłem się do swojej rozmówczyni delikatnie.
- Dziękuję za rozmowę, siostro Herminio. Bardzo mi siostra pomogła.
- Cieszę się, że mogłam pomóc - odpowiedziała pani Danglars - Żałuję tylko, że więcej już dla ciebie, panie, nie mogę uczynić.
- Ależ możesz pani. Możesz.
- W jaki sposób? - spojrzała na mnie z zainteresowaniem.
- Dokąd teraz powinienem się udać, aby kontynuować moje śledztwo?
Pani Danglars rozłożyła bezradnie ręce.
- Przykro mi, ale niestety nie zdołam panu w tej sprawie pomóc. Nie wiem, dokąd powinien pan teraz się udać.
Posmutniałem. To oznaczało, że śledztwo moje utkwiło w martwym punkcie, a ja nie miałem najmniejszej nawet możliwości, żeby je znowu ruszyć. Załamany tą wiadomością pożegnałem się jeszcze raz z panią Danglars i wróciłem dorożką do domu.

***

Kiedy załamany powróciłem w domowe pielesze postanowiłem zjeść kolację, poczytać i pomyśleć nad tym, co się dzisiaj stało. Czytałem po kilka razy moje dzienniki, w których zapisałem opowieści moich dzisiejszych rozmówców starając się wypatrzeć w nich coś, co pozwoliłoby mi ruszyć z miejsca. Wyglądało jednak na to, że wszyscy ludzie znający hrabiego de Monte Christo już nie żyją albo są niedostępni dla mojej skromnej osoby.
Byłem wściekły. Czyżbym po raz pierwszy w życiu miał ponieść porażkę? Czyżbym musiał teraz porzucić tę sprawę, która już zdążyła mnie pochłonąć i to całkowicie? Nie! Na to nie chciałem się za nic w świecie zgodzić.
Załamany już miałem cisnąć czytany właśnie dziennik, gdy nagle coś mi się rzuciło w oczy. Jedno słowo, a właściwie imię. Przyjrzałem mu się uważnie. Było to imię BENEDETTO. Od początku, gdy tylko je usłyszałem, miałem pewność, że coś mi ono mówi, chociaż nie umiałem odgadnąć, co. Przypominało mi ono o pewnej sprawie. O czymś, co kiedyś sam osobiście redagowałem. To było chyba tak w zeszłym miesiącu. Natychmiast mnie coś tknęło. Gazety! O tak! Gazety z poprzedniego miesiąca! Muszę szybko je przejrzeć! Muszę coś sprawdzić. To w nich jest klucz do zagadki!
Pobiegłem szybko do biblioteki po zbiory gazet z ostatnich kilku lat. Odkąd rozpocząłem pracę w redakcji pisma mojego ojca chrzestnego, to z takiej jakby delikatnej próżności zacząłem kolekcjonować wszystkie jego wydania, w których były zamieszczane moje artykuły. Lubiłem bowiem podziwiać dzieło swoich rąk. Znowu je czytać, oglądać, zachwycać się nad niezwykłym doborem słów, a także zawartą w nich wiedzą. Taka to już moja drobna słabostka. Tym razem okazała się ona być dla mnie zbawienna. Pomogła mi bowiem rozpocząć śledztwo na nowo i znaleźć kolejnego informatora.
Przeszukałem zatem dokładnie gazety z poprzedniego miesiąca i dość szybko znalazłem w nich pewien ciekawy artykuł redagowany przeze mnie osobiście. Gdy go przeczytałem, to już wiedziałem, co należy zrobić. Ten oto artykuł ocalił mi bowiem życie. Nie dosłownie, ale zawsze, ponieważ to dzięki niemu nie musiałem się poddawać i moje poszukiwania wiadomości na temat hrabiego Monte Christo ruszyły znowu pełną parą.

3 komentarze:

  1. Jean jest naprawdę bystrym człowiekiem, bo łatwo wpadł ponownie na trop hrabiego Monte Christo, a raczej kolejnej osoby, która może mu dostarczyć informacje.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się z opinią o zakonnicy. Fachowy dziennikarz, skoro zdobył tyle informacji w jeden dzień. Zapowiada się chyba podróż zagraniczna.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakiś krótki dzisiaj ten odcinek. Kim jest ten Benedetto i co ma wspólnego z hrabim Monte Christo?
    Ciekawi mnie to coraz bardziej. Co okryje Hubert Kronikarz, jakiś nowy ślad prowadzący do rozwiązania zagadki?
    A Villefort był rzeczywiście łajdakiem i szaleńcem.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...