sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 59

Rozdział LIX

Opowieść hrabiego Monte Christo cz. IV - Nagroda dla wiernych i sprawiedliwych


Ostatnim razem opowiedziałem panu, panie Chroniqueur, o tym, jak to po ucieczce z zamku If przyłączyłem się do załogi „Panny Amelii”, jak również i o tym, jak odnalazłem skarb na wyspie Monte Christo oraz zyskałem prawdziwego przyjaciela imieniem Jacopo. Dzisiaj natomiast dowie się pan, jakież to następnie działania podjąłem.
Kiedy już opuściliśmy Leghorn, to postanowiłem szczerze rozmówić się z Jacopem i wtajemniczyć go w moje plany. Postanowiłem też wyjawić mu, skąd wziąłem pieniądze na kupno statku dla niego i na wynagrodzenie dla wszystkich członków załogi „Panny Amelii”. Wcześniej uzasadniłem to spadkiem po bogatym krewnym, ale teraz postanowiłem wyjawić Jacopowi całą prawdę. Tylko Jacopowi, nikomu więcej.
Długo się wahałem, zanim podjąłem ostateczną decyzję. Nie miałem bowiem pewności, iż mój drogi przyjaciel nie wykorzysta kiedyś tych tajemnic, które mu powierzę. Ostatecznie jednak uznałem, iż Jacopo wystarczająco udowodnił już swoją lojalność wobec mnie i zasłużył sobie na poznanie prawdy o swoim dawnym kompanie ze statku przemytników. Usiedliśmy więc sobie we dwóch wieczorem w kajucie kapitańskiej, gdzie opowiedziałem mu ze szczegółami całe moje życie od początku do chwili, w której to jego kapitan wyłowił mnie z morskich odmętów. Jacopo wysłuchał mnie bardzo uważnie nie umiejąc ukryć swych emocji. Moje dzieje wycisnęły z jego oczu łzy, zaś krzywdy, jakich doznałem sprawiły, iż poczuł on niesamowitą wściekłość wobec tych, którzy mnie skrzywdzili. Oświadczył, że w każdej chwili jest gotów dopaść Danglarsa, Fernanda Mondego oraz Gerarda de Villeforta i wpakować każdemu z nich nóż w serce. Przyznam się, iż taka wizja była dla mnie niezwykle kusząca. Musiałem jednak pohamować mojego drogiego przyjaciela. Po pierwsze z tego powodu, że wciąż nie znałem jeszcze wszystkich szczegółów zdrady, jakiej doświadczyłem, a po drugie dlatego, iż wszystkie moje odkrycia, których dokonałem z pomocą księdza Farii wciąż pozostawały jedynie w sferze domysłów. Faria co prawda był całkowicie pewien tego, iż ci trzej wyżej wymienieni ludzie odpowiadali za wszystkie moje krzywdy, ale przecież mógł się mylić. Co prawda względem Villeforta nie miałem najmniejszych wątpliwości, iż dokonał on tego, co zarzucał mu mój mentor, jednakowoż wciąż nie byłem pewien co do winy Danglarsa i Mondego. Uznałem, iż muszę poznać wszystkie szczegóły całej sprawy nim wydam na nich wyrok. Jacopo zgodził się ze mną i obiecał mi swą pomoc. Z radością przyjąłem tę ofertę, gdyż jego obecność była mi niezwykle droga. Rodzony brat tyle by dla mnie nie uczynił, ile uczynił dla mnie ten obcy mi pod względem więzów krwi, sympatyczny przemytnik z Włoch.
Po dotarciu do Marsylii, postanowiłem zaraz odnaleźć Kacpra Caderousse’a. Doskonale wiedziałem, że jeżeli ktoś wie coś na temat krzywd, których doznałem, to tylko on. W pamięci utkwił mi obraz, w którym ten żałosny pokurcz pije wino w towarzystwie tej pijawki Danglarsa oraz tego nędznika Mondego. Uznałem, iż nie mógł on nie wiedzieć, co ci dwaj zaplanowali przeciwko mnie. Kacper Caderousse miał bowiem zawsze uszy ułożone tak, aby usłyszeć wszystko, co tylko usłyszeć warto, zaś swoje kaprawe oczka ustawione na miejsce, na które warto je zwrócić. Byłem zatem pewien, że jeśli ktoś coś wie, to tylko on. Wiedziałem jednak, iż żeby dobrze wybadać tę glizdę, to muszę przybrać postać taką, która nie wzbudzi jego nawet najmniejszych podejrzeń. Tylko jaką? Podzieliłem się moim problemem z Jacopem, ten zaś uznał, iż najwięcej zaufania i najmniej obaw budzi zawsze postać księdza. Taki może chodzić wszędzie oraz wszystkich o wszystko wypytywać. Nikt nie zainteresuje się, dlaczego on to robi, a nawet jeżeli, to może on wymyślić najbardziej żałosną bajeczkę, zaś wszyscy mu w nią uwierzą. Dlatego właśnie, jeśli chciałem wybadać taką gnidę, to musiałem się przebrać za księdza, bo wtedy i tylko wtedy zechce się on przede mną otworzyć. Nawet bowiem takie żałosne pokurcze jak on czują respekt przez Bogiem i jego sługami.

 
Plan Jacopa wydał mi się genialny, jednak nie miałem odpowiedniego stroju do tej maskarady. Na całe szczęście mój drogi przyjaciel z kilkoma swymi ludźmi przekradł się na miasto i zdobył dla mnie mnisi habit. W jaki sposób to zrobił, do dzisiaj nie wiem, a jakoś nie miałem sumienia go o to pytać. Zresztą wówczas niewiele mnie to interesowało. Liczyło się dla mnie jedynie to, iż mogę spokojnie działać. Przebrałem się więc szybko w ten zdobyczny habit, po czym przybrawszy nazwisko księdza Busoni opuściłem statek i udałem się od razu na spotkanie z przeznaczeniem. Najpierw oczywiście skierowałem swoje kroki do oberży „Pod Flaszą i Dzwonem”, gdzie też, jak to dobrze pamiętałem, miało miejsce niezwykle tajemnicze spotkanie Caderousse’a, Danglarsa i Mondego. Wiedziałem, że osoba, która mnie interesowała, w tym miejscu bywała niemalże stale. Jeśli więc miałem rozpocząć moje poszukiwania, to tylko tam. Właściciel tej oberży opowiedział mi o tym, że Kacper Caderousse ożenił się oraz przeniósł na prowincję, gdzie obecnie prowadzi własną karczmę. Udałem się tam natychmiast.
Caderousse i jego żona niezbyt przychylnie mnie przyjęli, gdyż widok moich mnisich szat raczej nie wskazywał na to, iż jestem jakimś bogatym klientem, który może przynieść im dochód. Szybko jednak zmienili zdanie, kiedy pokazałem im pierścionek z diamentem wartym... bagatela, aż pięćdziesiąt tysięcy franków. Mój drogi gospodarz wówczas natychmiast zainteresował się mną i zaczął wypytywać, w jaki sposób wszedłem w posiadanie tak pięknego skarbu. Miałem już gotową na to pytanie odpowiedź. Powiedziałem mu, że nazywam się ksiądz Busoni i byłem swego czasu spowiednikiem w zamku If. W więzieniu tym przebywał kilka lat lord de Wilmore, ale ostatecznie udało mu się wyjść na wolność. Przed opuszczeniem swej niewoli, przekazał on ten oto pierścień z diamentem Edmundowi Dantesowi, który pielęgnował go w czasie choroby i był mu przyjacielem, zaś Dantes przed śmiercią przekazać miał ten diament mnie, abym go sprzedał, po czym pieniądze otrzymane z zysku podzielił równo pomiędzy jego wiernych przyjaciół: Ludwika Dantesa, Fernanda Mondego, Danglarsa i Kacpra Caderousse’a. Mój jakże chciwy gospodarz z miejsca wyjawił mi, iż stary Ludwik Dantes nie żyje, a z pozostałych trzech wymienionych spadkobierców tylko on, szlachetny oraz lojalny Caderousse zasługuje na to, aby ten skarb otrzymać. Oczywiście zaraz wyraziłem mu swoje wątpliwości w tej sprawie i zażądałem od niego dowodów na potwierdzenie tych słów. Pomimo protestów swojej żony, która to przeczuwała jakieś nieszczęście, Kacper postanowił opowiedzieć mi wszystko, co wiedział w tej sprawie.
Caderousse wyjawił mi, że w tym właśnie dniu, w którym widziałem go w oberży „Pod Flaszą i Dzwonem” z moimi wrogami, pił on z nimi i słyszał o czym rozmawiają. Danglars buntował Fernanda przeciwko mnie oraz zachęcał do tego, aby się mnie pozbyć, kiedy jednak Mondego wyznał, iż obawia się, że jeśli mnie zabije, to straci Mercedes na zawsze, Danglars zasugerował mojemu rywalowi w miłości nieco inne wyjście z sytuacji. Wystarczyło oskarżyć mnie o bonapartyzm i wysłać odpowiedni anonim na policję. To mówiąc chwycił za pióro i atrament, po czym na kartce papieru napisał natychmiast donos na moją osobę. Caderousse jednak zaprotestował przeciwko takiemu planowi i oświadczył, że nie pozwoli na jego realizację. Danglars wówczas okłamał go twierdząc, iż ów anonim to tylko żart, a na dowód pogniótł go szybko, wyrzucił w kąt oberży, po czym upił on Caderousse’a niemalże do nieprzytomności. Jakoś tak chwilę później obaj wyszli z oberży, pozostawiając w niej Fernanda, który niewątpliwie podniósł ów zgnieciony anonim i osobiście zaniósł go na pocztę. Efektem tego było moje aresztowanie następnego dnia. Kacper z miejsca zorientował się wówczas, iż jest to efekt owego rzekomego żartu, jaki wymyślił Danglars i chciał już iść na policję, aby się za mną wstawić, jednak ten nędzny buchalter uniemożliwił mu to sugerując, iż każdy, kto będzie bronił zdrajcy, sam może podzielić jego los, a przecież Caderousse’owi nie spieszyło się do siedzenia w lochu. Nie zrobił więc nic, aby mi pomóc, choć tak prawdę mówiąc, był on wtedy równie bezsilny, co i ja.
Jakiś czas po moim aresztowaniu Napoleon Bonaparte uciekł z Elby i przejął władzę na okres stu dni. Później zaś, wskutek przegranej pod Waterloo, ponownie abdykował i został zesłany na Wyspę Św. Heleny, gdzie spędził resztę swojego życia. W tym samym czasie, ten łajdak Danglars został na moje miejsce kapitanem „Faraona”, jednak po upadku cesarza, kiedy akcje Morrela spadły do zera, zaraz opuścił tę służbę i zaczął prędko robić karierę, wskutek której został bankierem oraz otrzymał tytuł barona. Fernand Mondego walczył zaś w armii Napoleona pod Waterloo, potem brał udział w wojnie z Hiszpanią w roku 1823, a następnie służył jako francuski emisariusz na dworze Ali Paszy. Ze wszystkich tych wypraw przyniósł wielki majątek, tytuł hrabiego i stopień generała. Ożenił się również z Mercedes i miał z nią syna Alberta, a żeby odciąć się już na zawsze od swojej proletariackiej przeszłości, zmienił nazwisko na de Morcerf.
O panu de Villefort, Caderousse nic nie wiedział. Za to wyznał mi, iż mój ojciec zmarł najgorszą z możliwych agonii, czyli śmiercią głodową. Żył w takiej biedzie, że gdyby nie hojne wsparcie mojego dawnego pracodawcy, pana Piotra Morrela, to dawno zostałby wyrzucony na bruk. Pan Morrel wspierał go jak tylko się dało, chociaż sam już gonił resztkami ze względu na swój bonapartyzm, który po upadku cesarza obrócił się przeciwko niemu. Mój ojciec jednak na wieść o mojej rzekomej śmierci w celi w zamku If, popadł w załamanie nerwowe oraz celowo zagłodził się, chcąc jak najszybciej się ze mną połączyć. Na dowód swych słów, Caderousse pokazał mi sakiewkę z inicjałami P.M. W tej oto sakiewce pan Piotr Morrel przynosił mojemu ojcu pieniądze na jedzenie oraz czynsz. Kacper zakończył swoją opowieść dość smutnym stwierdzeniem, że złym ludziom zawsze powodzi się na świecie, natomiast dobrzy i uczciwi ludzie są skazani na cierpienie. Odpowiedziałem mu, iż nie jest to zasadą, po czym odszedłem, zostawiając mu ten pierścień z diamentem, na który w moich oczach zasłużył swoimi informacjami. W zamian poprosiłem Kacpra o sakiewkę pana Morrela. Caderousse z radością spełnił moją prośbę, a ja wróciłem do Jacopa mówiąc mu, jakie zdobyłem wiadomości. Miałem już pewność, iż to Fernand Mondego oraz Danglars zniszczyli mi życie, jednak wciąż nie miałem wiadomości na temat do winy de Villeforta. Musiałem poznać prawdę, a prócz tego chciałem także jeszcze wynagrodzić mego dawnego pracodawcę za pomoc, którą ten bezinteresownie ofiarował mojemu biednemu ojcu w krytycznej dla niego sytuacji. Jacopo poradził mi, żebym na wywiad w tej sprawie udał się jako ktoś inny, ponieważ ksiądz Busoni raczej nie wzbudzi zaufania u urzędników ani nie wydobędzie z nich niczego. Posłuchałem jego rady i nabyłem kilka niezwykle bogatych ubrań, po czym podając się za agenta banku „Thomson and French” (papiery tego dowodzące również zdobyłem) udałem się w drogę.

 
Najpierw poszedłem do majora Marsylii, który to posiadał dużą część akcji firmy handlowej „Morrel i syn”. Wykupiłem od niego je wszystkie i zapytałem go, kto ma jeszcze akcje tej firmy, major zaś skierował mnie od razu do inspektora więziennictwa, który posiadał jeszcze więcej akcji pana Morrela. Udałem się tam i natychmiast je wykupiłem. Poprosiłem również inspektora o to, abym mógł mieć wgląd do akt więziennych, ten zaś ze względu na ogromną sumę, którą ode mnie otrzymał za akcje, bez wahania wyraził na to zgodę. Pozwolił mi on dokładnie przyjrzeć się aktom dotyczącym mojej osoby. Pamiętajmy, iż zostałem wszak uznany za zmarłego, a jeżeli wierzyć inspektorowi, to akta zmarłych więźniów nie są tajne. Mogłem więc śmiało przyjrzeć się papierom dotyczącym mojej sprawy. Udało mi się odnaleźć wśród nich anonimowy donos napisany przez Danglarsa i wysłany przez Fernanda Mondego - ukradłem go, czego szanowny pan inspektor albo nie zauważył, albo też nie chciał tego zauważyć. Udało mi się też przyjrzeć dokumentowi, który napisał sam pan de Villefort. Wyraził on w nim swoją opinię na mój temat. Opinia ta była bardzo niepochlebna i przedstawiała mnie jako wyjątkowo niebezpiecznego szpiega. Był to dowód, którego szukałem. Dowód na to, że Villefort odpowiada za moje uwięzienie w zamku If. Wiedziałem wtedy już wszystko, co chciałem wiedzieć, dlatego też opuściłem to okropne miejsce i to najszybciej, jak to było możliwe.
Po tej oto wycieczce udałem się natychmiast do firmy „Morrel i syn”. Muszę przyznać, iż widok mego dawnego miejsca pracy, a raczej tego, co z niego zostało, zasmucił mnie. Pamiętałem bowiem tę firmę jako dobrze prosperującą i mającą całą masę wiernych i oddanych pracowników, a teraz zastałem w niej jedynie stary budynek wymagający remontu oraz dwóch pracowników, z których pierwszy był starcem z jednym okiem, zaś drugi młodzieńcem o nazwisku Emanuel Herbaut, który służył u mojego dawnego pracodawcy głównie z powodu swojej szczerej miłości do jego córki, Julii. Z trudem ukrywając mój wielki smutek, podałem się za agenta firmy „Thomson and French” oraz poprosiłem o krótką chwilę rozmowy z panem Morrelem.
Wiedziałem już, co należy mi zrobić. Jako właściciel wszystkich akcji firmy handlowej mojego dawnego pracodawcy miałem przed sobą dwie drogi wyboru. Pierwsza to wyznać panu Morrelowi, kim jestem oraz oświadczyć, że wykupiłem wszystkie jego długi i podrzeć je na jego oczach. Czułem jednak, iż nie mogę tego zrobić, ponieważ chciałem zachować anonimowość najdłużej, jak to tylko było możliwe. Istniało bowiem ryzyko, że jeśli postąpię inaczej, to moi wrogowie mogą to odkryć i zniszczyć mnie tym razem już całkowicie, a na to przecież nie mogłem pozwolić. Poza tym wiedziałem, że pan Morrel nigdy nie przyjąłby ode mnie jałmużny. Był to zawsze człowiek niezwykle honorowy i wolałby raczej umrzeć z biedy pod mostem, aniżeli wziąć łaskawą ręką ofiarowane pieniądze. Wiedząc o tym postanowiłem wykorzystać drugą możliwość działania.
Spotkałem się więc z panem Piotrem Morrelem. Jakąż radością była dla mnie rozmowa z nim. Nic się nie zmienił przez te czternaście lat, co najwyżej nieco posiwiał, ale wciąż on był człowiekiem pełnym sił, choć wyraźnie na jego twarzy było widać efekt załamania nerwowego. Nie umiem wyrazić tego, co czułem w chwili, kiedy z nim rozmawiałem. Była to mieszanka euforii oraz smutku. Ale wracając do mojej opowieści, powiedziałem panu Morrelowi, że firma „Thomson and French” wykupiła wszystkie akcje jego firmy, a co za tym idzie, przejęła również długi, jakie on musiał spłacić. Rozmowę naszą przerwała nagła wieść o zatonięciu okrętu „Faraon” wraz z całym jego ładunkiem. Pan Morrel przyjął tę wiadomość z prawdziwą rozpaczą, pocieszając się jedynie tym, iż nikt z załogi okrętu nie ucierpiał. Kazał wezwać do siebie marynarzy z „Faraona”, po czym wypłacił należne im gaże i powiedział, że mogą iść teraz gdzie tylko zechcą, gdyż on niestety nie ma już za co im płacić. Gdy ujrzałem moich dawnych kompanów, o mało serce nie pękło mi na pół z bólu. Och, jak bardzo chciałem ich wszystkich wtedy pochwycić w ramiona, wyściskać, wycałować i wyznać im, kim jestem! Nie mogłem jednak tego zrobić, jeżeli oczywiście chciałem zrealizować swój plan działania. Dlatego z trudem powstrzymałem się od zdemaskowania i kiedy tylko marynarze wyszli, oświadczyłem memu dawnemu pracodawcy, że bank „Thomson and French” daję mu całe trzy miesiące czasu na spłatę zobowiązań. Następnie wyszedłem i natknąłem się na Julię Morrel. Powiedziałem jej, że jeśli jej ojciec nie zdoła w ciągu trzech miesięcy zdobyć niezbędnych do spłaty długów pieniędzy, to ona wówczas ma postąpić zgodnie ze wskazówkami zawartymi w liście, który jej ofiarowałem. List ten oczywiście ja napisałem, ale podpisałem się w nim jako Sindbad Żeglarz. Nakazałem w nim pannie Morrel udać się za trzy miesiące do dawnego mieszkania Ludwika Dantesa (które wracając na mój okręt kupiłem), a wówczas otrzyma coś, co wesprze jej rodzinę w kłopocie. Musi jednak udać się tam sama, bo jeżeli zjawi się z kimś, to mój zaufany człowiek nie wpuści jej do środka. Miałem nadzieję, iż dziewczyna postąpi wedle moich zaleceń.
Powróciwszy do Jacopa, natychmiast zdałem mu dokładną relację z tego, czego dokonałem, po czym razem udaliśmy się w miejsce, gdzie budowano statki. Postanowiłem stworzyć na nowo „Faraona”, napełnić go dobrym ładunkiem i nową załogą, po czym wysłać do pana Morrela. Musiałem się spieszyć, miałem na to zaledwie trzy miesiące. Poświęciłem na to wręcz horrendalną sumę pieniędzy, gdyż robotnicy byli opieszali i potrzebowali sporej zachęty do tego, aby pracować szybciej. Potroiłem nawet ekipę, byleby tylko zdążyć na czas. Udało mi się to i po wypełnieniu wszystkich formalności, statek był gotowy do drogi. Zanim jednak do tego doszło, wydarzyło się w moim życiu coś, o czym warto wspomnieć.


Kiedy nowy „Faraon” był budowany, to dowiedziałem się od Jacopa i jego ludzi o tym, że pewien człowiek nazwiskiem Giovanni Bertuccio przebywa w więzieniu za zabójstwo dwóch osób: pewnego bankiera oraz kobiety nazwiskiem Magdalena Caderousse. Usłyszawszy to naprawdę przerażające nazwisko, od razu w przebraniu księdza Busoni udałem się do więzienia, w którym ów Bertuccio przebywał. Chciałem się dowiedzieć, dlaczego zamordował on tych dwoje ludzi i co się stało z mężem denatki, panem Kacprem Caderousse? Jednak wiadomości, jakich się dowiedziałem od niego, przeraziły mnie. Bertuccio wyznał mi, że był przemytnikiem i po swej ostatniej wyprawie, musząc prędko uciekać przed policją, schował się w gospodzie swego dobrego znajomego, Caderousse’a. Gospodarza nie było w domu, a więc ukrył się tam bez jego wiedzy. Zmęczony zasnął, a kiedy się obudził był świadkiem, jak Kacper oraz jego żona Magdalena przyjęli u siebie pewnego bankiera, któremu chcieli sprzedać ofiarowany im przeze mnie pierścień z diamentem, bankier jednak chciał ich oszukać oferując jedynie czterdzieści pięć tysięcy franków, a nie pięćdziesiąt oraz zagroził, że albo małżonkowie przyjmą jego propozycję albo on doniesie na nich na policję, iż zdobyli ów diament w nielegalny sposób. Przestraszeni małżonkowie przyjęli zatem taką sumę, jaką on oferował, ale postanowili się na nim zemścić. Namówili go, aby został u nich na noc ze względu na burzę, jaka właśnie wybuchła. Bankier najpierw odmówił, ale później wyraził zgodę. Otrzymawszy sutą kolację oraz pokój, zasnął. Bertuccio pozostawał cały czas w swojej kryjówce nie wyjawiając swojej obecności i bardzo dobrze zrobił. W nocy bowiem Caderousse i jego żona zaatakowali bankiera chcąc odebrać mu diament, który oczywiście chcieli ponownie sprzedać. Bankier jednak zachował czujność i zastrzelił panią Caderousse. Nie zdążył wystrzelić strzelić po raz drugi, ponieważ jej mąż zabił go odbierając mu diament, po czym wraz z nim i pieniędzmi uciekł z oberży w mrok nocy. Chwilę później w oberży zjawiła się policja, zwabiona strzałem z pistoletu. Bertuccio został wówczas znaleziony przez funkcjonariuszy i to właśnie jego wzięto za sprawcę całej tej tragedii.
Nie miałem najmniejszego powodu, aby nie uwierzyć w opowieść Bertuccia. Znałem już dość długo Kacpra Caderousse’a, żeby zdawać sobie sprawę z tego, do czego on był zdolny. To, co on i jego chciwa żona zrobili z biednym jubilerem, którego podstępem zwabili do swojego domu było bardzo prawdopodobne. A ja głupi łudziłem się, że dzięki temu diamentowi Kacper Caderousse wyjdzie jakoś na prostą i rozpocznie uczciwe życie. No cóż... Jak widać nie należy ufać takim łajdakom, gdyż są oni niereformowalni i nigdy się nie zmienią, a jeżeli już, to na gorsze. Obiecałem więc Bertucciowi, że ocalę go od gilotyny, po czym udałem się do urzędników i przekonałem ich do tego, aby znaleźli prawdziwego winowajcę. Udało im się to nim jeszcze ten łajdak zdążył opuścić granice kraju. Chcąc zyskać łagodniejszy wymiar kary przyznał się do wszystkiego, jednak całą winą obarczył swoją żonę. Sąd uwierzył mu i zamiast kary śmierci Caderousse zatem otrzymał dożywocie na galerach w Tulonie. Bertuccio zaś został wypuszczony na wolność.
Po załatwieniu tej sprawy, powróciłem prędko do odbudowy „Faraona” i jak to już wspominałem, statek został ukończony na czas. Załadowałem go więc jego dawną załogą, którą w tym celu sprowadziłem z najróżniejszych stron kraju oraz wypełniłem całą masą użytecznych towarów do handlowania, po czym nakazałem mu płynąć do Marsylii. Prócz tego wysłałem też Jacopa do mieszkania mojego ojca, aby tam oczekiwał na Julię Morrel, kiedy ta zjawi się tam kierowana listem od tajemniczego Sindbada Żeglarza. Wbrew moim obawom, córka mego dawnego pracodawcy przybyła na miejsce spotkania sama. Wówczas to Jacopo wręczył jej sakiewkę z inicjałami P.M. W niej zaś znajdował się diament wart pięćdziesiąt tysięcy franków oraz wszystkie weksle pana Morrela spłacone i już nieważne. Mój były pracodawca został ocalony, zaś w jego firmie zapanowała wielka radość. Bardzo chciałem wziąć w niej udział, jednak ze względu na moje plany musiałem z tego zrezygnować. Wraz z Jacopem obserwowałem całą tę sytuację z daleka, po czym obaj powróciliśmy na swoje okręty, aby udać się nimi w świat, albowiem po nagrodzeniu sprawiedliwych musiałem wymierzyć karę niegodziwcom, ale żeby tego dokonać, musiałem zdobyć jak najwięcej kompromitujących ich wiadomości. Była to podróż długa i żmudna, ale przyniosła mi oczekiwane owoce.
Podróż ta jednak będzie tematem naszej kolejnej rozmowy, ponieważ na tym momencie muszę na dzisiaj zakończyć moją historię.

2 komentarze:

  1. A zatem hrabia postanowił dopomóc swemu dawnemu pracodawcy w spłaceniu długów, mając na uwadze jego prawość i uczciwość. Na swoich wrogach postanowił natomiast się zemścić i bardzo dobrze, bo ci łajdacy nie mogli się tak bezkarnie panoszyć i myśleć sobie, że stoją ponad prawem i że wszystko im wolno. Sprawiedliwość być musi! Hrabia jednak zaryzykował i powierzył Jacopowi swoje tajemnice, opowiadając mu o swojej burzliwej przeszłości i wyjawiając skąd zdobył tyle pieniędzy i dobrze zrobił powierzając mu swoje zaufanie, gdyż Jacopo okazał się być człowiekiem naprawdę godnym zaufania. Caderousse zaś, choć był łajdakiem i zbrodniarzem, gotowym zabić jedynie dla samego zysku, to jednak okazał się lojalny wobec Dantesa, kiedy to Danglars i Mondego zapragnęli się go pozbyć, ale co z tego, skoro poza tym był skończoną szumowiną i mordercą? To, że był lojalny nie przekreśla bynajmniej jego win i w żaden sposób nie usprawiedliwia dokonanych przez niego zbrodni.

    OdpowiedzUsuń
  2. Gerard Depardieu w serialu, w którym grał hrabiego, też kilka razy przebrał się za księdza Busoniego.
    Dobrze, że Morell i jego rodzina zostali wynagrodzeni za swoją dobroć.
    Jeśli chodzi o Kacpra Caderousse’a, to tacy ludzie jak on się nigdy nie zmienią.
    Ciekawe, co opiszesz w następnym rozdziale?

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...