sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 07

Rozdział VII

Dzienniki Jeana Chroniqueura


1 lipca 1855 r. c.d.
Przyznam, że czułem się nieco zawiedziony rozmową z Lucjanem Debrayem, gdyż oczekiwałem od niego co najmniej połowy tak ciekawych wiadomości jak te, których dowiedziałem się od barona d’Epinaya, a miast tego otrzymałem zaledwie ćwierć tychże informacji, a nie wiem, czy nawet i tyle. Szanowny minister spraw wewnętrznych nie powiedział mi nic, co pomogłoby mi ruszyć z miejsca. Przy okazji muszę zauważyć, iż widać było wyraźnie, że to polityk. Opowiedział mi dużo o swojej osobie, a bardzo mało o człowieku, który mnie interesuje. Typowe dla takich ludzi jak on.
Można było więc uznać moją wizytę u drogiego pana ministra za praktycznie bezsensowną. Chociaż może nie do końca. Ostatecznie przecież Lucjan Debray coś sensownego mi powiedział. Dowiedziałem się od niego szczegółów upadku barona Danglarsa i relacji jego żony z samym Debrayem, jednak z samym hrabią Monte Christo miało to naprawdę niewiele wspólnego. Rzecz jasna szczegóły bankructwa Danglarsa, które miało miejsce w tym samym czasie, kiedy hrabia zjawił się w Paryżu, były nader interesujące, jednak w przeciwieństwie do de Morcerfa lub de Villeforta nie mogłem tutaj wykryć żadnych oznak działalności pana de Monte Christo. Zakupił on hiszpańskie obligacje, to prawda. Danglars idąc w jego ślady również je nabył, przez co stracił sporą część majątku, to również prawda. Trudno mi było jednak w tym wszystkim doszukiwać się ręki hrabiego, co sugerował mi pan Debray. Ostatecznie przecież nikt nie kazał bankierowi naśladować jego klienta i kupować dosłownie to samo, co kupuje on. Danglars zatem sam był sobie winien. Trudno mi było doszukać się tu jakiejkolwiek działalności hrabiego. Co prawda niespodziewane zniknięcie telegrafisty po nadaniu fałszywego telegramu wydawało się tutaj podejrzane, to jednak była to raczej zbyt nikła poszlaka, aby można było na jej podstawie cokolwiek spekulować.
Został jeszcze ten Włoch, wicehrabia Andrea de Cavalcanti. Hrabia podobno wypromował go na paryskich salonach. Czy jednak zrobił to w celu skrzywdzenia Danglarsa i Villeforta? Tutaj także nie mogłem wysnuć żadnych poważniejszych wniosków. Owszem, hrabia mógł doskonale sobie zdawać sprawę z tego, kim jest rzekomy wicehrabia i celowo podesłać go Danglarsowi na zięcia. Było to jednak przypuszczenie szyte nazbyt grubymi nićmi, do tego jeszcze oparte jedynie na samym domysłach i pozbawione jakichkolwiek dowodów. Danglars mógł chcieć wydać swoją córkę za mąż sam z siebie, a więc hrabia nie musiał mieć z tym nic wspólnego. Związku przyczynowo-skutkowego doszukać się tu nie było można.
Z de Villefortem sprawa wyglądała już zdecydowanie inaczej. Ten wicehrabia Andrea Cavalcanti (czy jak on się tam naprawdę nazywał) raczej nie wiedział, kim jest, gdy wchodził na paryskie salony. Musiał dowiedzieć się tego niedługo przed swoim procesem, po czym ujawnił to na sali sądowej przed ojcem i wszystkimi obecnymi. Pozostaje jednak pytanie, skąd dowiedział się o tym wszystkim? Kto mu dostarczył tych wiadomości? Czyżby sam hrabia de Monte Christo? A jeśli tak, musiał mieć on bardzo ważny powód, aby tego dokonać. Choć oczywiście nie jest wykluczone, że rzekomy wicehrabia z góry wiedział kim jest i wykorzystał to jako swoją broń ostateczną przeciw ojcu, choć wydaje mi się to mało prawdopodobne. Przecież gdyby od dawna znał swoją tożsamość, to na pewno już zadbałby o to, żeby porozumieć się z tatusiem i nie dopuścić do swego aresztowania. Villefort na pewno zrobiłby wszystko, aby uniknąć skandalu - zapewne nie zawahałby się on nawet zabić swego nieślubnego syna. Wolałby już na pewno to aniżeli widzieć go na ławie oskarżonych, skąd on łatwo mógł dowieść, że jest jego potomkiem. Logicznie rzecz ujmując sam Benedetto, bo tak się chyba nazywał naprawdę ów rzekomy wicehrabia Cavalcanti, zadbałby już o to, aby tatuś nie dopuścił do jego aresztowania i publicznego procesu. Wobec tego, skoro do owego procesu jednak doszło, należy przyjąć za pewnik to, iż Benedetto odkrył swą tożsamość niedługo przed procesem. To wydawało mi się najbardziej logiczne.
Wciąż jednak nie miałem żadnej pewności, że hrabia Monte Christo był w to wszystko zamieszany. Mógł on oczywiście doskonale znać prawdziwą tożsamość wicehrabiego, dostarczyć mu wiadomości na ten temat i kazać ujawnić je podczas procesu, ale przecież na to nie mamy żadnych dowodów. Tylko czyste spekulacje. Być może następna rozmowa co nieco naświetliłaby całą sprawę i pomogła mi lepiej ją zrozumieć. Aby jednak ona mogła się odbyć, musiałem wiedzieć do kogo i po jakie informacje mam iść. A tego przecież nie wiedziałem.
Moje rozważania przerwał Lucjan Debray, który to niezbyt uprzejmym tonem (zresztą doskonale do niego pasującym) przypomniał mi, że ma on jeszcze do wykonania mnóstwo obowiązków i że powinienem się już iść. Jeszcze bardziej więc rozczarowany wstałem i powoli ruszyłem w kierunku wyjścia. W ostatniej chwili jednak przypomniałem sobie, że przecież nie wiem, dokąd powinienem się teraz udać. Miałem więc nadzieję, iż chociaż tyle ten cały pan minister od siedmiu boleści zechce mi powiedzieć.
- Przepraszam, panie Debray, ale zapomniałem pana o czymś bardzo ważnym.
Debray podniósł głowę znad papierów i spojrzał na mnie niechętnie.
- O czym to pan szanowny zapomniał?
- Zapomniałem się zapytać pana, gdzie też powinienem szukać następnych informacji. Kogo, pana zdaniem, powinienem teraz odwiedzić?
Debray pomyślał przez chwilę, zanim udzielił mi odpowiedzi.
- No cóż... Nie jestem pewien. Monte Christa znał doskonale Maksymilian Morrel, ale do niego chwilowo nie może się pan udać.
- Dlaczegóż to?
- Jest on obecnie wraz z żoną we Włoszech, nie znajdziesz go pan w mieście. Albert de Morcerf, który także miał z hrabią bardzo bliskie kontakty, jest również nieobecny w Paryżu. Choć on z powodu służby wojskowej.
- Pan Albert został żołnierzem? - zapytałem zdumiony.
Lucjan Debray zaśmiał z kpiną, jakby sam fakt zostania żołnierzem wydawał mu się być śmieszny, a może wręcz żałosny.
- Tak. Po tym, jak zbrodnia jego ojca stała się publicznym skandalem, Albert porzucił nazwisko de Morcerf i przyjął panieńskie nazwisko swojej matki, Herrera. Następnie wyjechał do Afryki i został żołnierzem. Dawno go już nie widziałem. Ostatni raz chyba w chwili, gdy żegnał się z matką. Wychodziłem wtedy z pokoju, w którym spotkała się ze mną pani Danglars. Prosiła mnie o radę, co ma zrobić w swojej obecnej sytuacji, kiedy mąż ją porzucił. Udzieliłem jej więc owej rady i wyszedłem. Wtedy to właśnie, zdaje się, wpadłem na Alberta, który powiedział mi o swoich planach na przyszłość, po czym zniknął. Przyznam się, że żal mi nieco tego biednego chłopaka. Nie nadaje się on na żołnierza. To w ogóle nie dla niego. Życie żołnierza jest ciężkie, a on przyzwyczajony do wygód... Ale ostatecznie to przecież jego sprawa, nie moja, jaki żywot będzie on wiódł.
Załamałem się słysząc te słowa. Wynikało z nich bowiem wyraźnie, że nie mam co liczyć na kolejnych informatorów.
- A zatem dokąd mam się udać?
Lucjan Debray uśmiechnął się tak, jakby nagle coś sobie nagle przypomniał i powiedział:
- Może pani Danglars?
- Pani Danglars? A ona wie cokolwiek o hrabim Monte Christo?
- Myślę, że tak. O ile mi dobrze wiadomo, to ów hrabia i jej nadepnął na odcisk.
- Nie bardzo rozumiem.
- I nie musi pan tego rozumieć. Ona już wszystko panu opowie. Pan poczeka chwilę. Skrobnę do niej parę słów.
Podszedł do biurka, namoczył pióro w atramencie, napisał na kartce kilka zdań, następnie tradycyjnie posypał piaskiem, poruszał nim chwilę po zapisanych słowach, zdmuchnął piasek, włożył list do koperty, którą to zaraz zapieczętował i wręczył mi.
- Daj pan jej to do przeczytania, a opowie panu wszystko, co tylko zechce pan wiedzieć.
- Dziękuję panu. A gdzie znajdę panią Danglars?
- Została siostrą miłosierdzia w klasztorze pod wezwaniem św. Agaty.
- W takim wypadku może istnieć mały problem. Mniszki bywają niezwykle uparte w swoim postanowieniu nie kontaktowaniu się ze światem zewnętrznym.
- To prawda, jeżeli jednak przekaże pan jej list ode mnie, to sądzę, iż zostanie pan przez nią przyjęty.
Po tych słowach mój rozmówca powrócił do swoich papierów, ja zaś udałem się do celu swej misji. Nie muszę chyba dodawać, że pan Lucjan Debray na pewno nie będzie należał do osób, które bym miał lubić czy też szanować.

***

Znalezienie klasztoru pod wezwaniem świętej Agaty nie było wcale trudne. O wiele gorzej poszło mi z namówieniem do rozmowy Herminię Danglars, a raczej siostrę Herminię, ponieważ takie właśnie imię owa kobieta teraz nosiła. Siostry miłosierdzia mają swój ustalony system prawny oraz moralny, a co za tym idzie, bynajmniej nie przyjmowały u siebie wszystkich obcych z zewnątrz. Zwłaszcza, jeżeli ci obcy byli mężczyznami. Miałem jednak nadzieję, że list szanownego ministra spraw wewnętrznych pomoże mi osiągnąć swój cel. I nie pomyliłem się. Wpuszczono mnie, gdy tylko się dowiedziano, kto mnie przysyła. Zaś siostra Herminia, po zapoznaniu się z treścią listu pana Debraya, zgodziła się poświęcić mi godzinę na rozmowę ze mną na interesujący mnie temat.
Ex-pani Danglars przyjęła mnie w swej celi gościnnie, choć wydawało mi się, że raczej postępowała wbrew sobie. Wciąż była smutna, a do tego często robiła ręką znak krzyża, gdy tylko powiedziałem coś, co jej się nie spodobało. Wywarła ona na mnie raczej niezbyt przyjemne wrażenie. Moje odczucia względem niej nazwałbym mieszaniną niechęci oraz współczucia. Starałem się jednak zachować za wszelką cenę jak największą grzeczność, gdyż wiadomości, jakie posiadała, mogły się okazać niezwykle cenne. Za nic w świecie nie mogłem jej więc do siebie zrazić.
Pani Danglars (będę ją tak nazywał, ponieważ jakoś nie umiem przywyknąć do zwrotu „Siostra Herminia”) usiadła naprzeciwko mnie i zapytała:
- A więc to pan, panie kawalerze, chce ze mną rozmawiać o hrabim Monte Christo?
- Nie inaczej, łaskawa pani - odpowiedziałem, dodając do mojej wypowiedzi delikatne skinięcie głowy.
Pani Danglars spojrzała na mnie smutnym spojrzeniem, po czym rzekła:
- Wie pan zapewne, że nie darzę tego człowieka przyjaźnią.
Odpowiedziałem, iż nic mi na ten temat nie wiadomo. Wyraźnie ją to bardzo zdziwiło.
- Jakże to? - zapytała - Czyżby nie słyszał pan o mej niechlubnej przeszłości? Czy pan Debray nie wtajemniczył pana w jakże pikantne szczegóły całej sprawy związanej bezpośrednio z hrabią Monte Christo?
W jej głosie brzmiały wyraźnie złość i kpina. Ja zaś, dla dobra śledztwa, które prowadziłem, musiałem powstrzymać się od komentarza na ten temat.
- Proszę pani...
- Siostro Hermionio, jeśli łaska, kawalerze.
- No dobrze. Siostro Herminio... Pan minister Debray nie powiedział mi nic prócz tego, co dotyczyło wyłącznie jego osoby. W resztę spraw nie wtajemniczał mnie, uznając zapewne, iż jeśli pani... przepraszam... Jeżeli „siostra” zechce, sama o wszystkim mi opowie.
Pani Danglars uśmiechnęła się do mnie wówczas bardzo ironicznie, a nawet powiedziałbym, że diabelsko, po czym z trudem siląc się na spokój odpowiedziała:
- Skoro tak, to uczynię zadość pana prośbie i opowiem wszystko po kolei. Zrozumie pan wówczas moją awersję do tego człowieka, który pana tak interesuje. Kilka lat temu nie puściłabym pary z ust, jednak w obecnej sytuacji wszystko mi jedno. Niechaj zatem pan zapisze moje słowa, a potem zrobi z nimi co zechce. Niewiele mnie to już zresztą obchodzi. Ważne jest dla mnie tylko to, żeby tylko wysłuchał pan uważnie mojej historii.
Uśmiechnąłem się lekko słysząc jej słowa, ponieważ miałem zamiar uważnie wysłuchać jej opowieści oraz skrzętnie ją zapisać, co oczywiście zrobiłem.

4 komentarze:

  1. Z tego Jeana to naprawdę zawzięty i uparty człowiek. Pewnie gdyby tylko mógł bez wahania pojechałby do Włoch, by odnaleźć wspomnianego przez ministra człowieka, który mógłby mu dostarczyć więcej informacji na temat hrabiego. Widać, że łatwo to on nie odpuszcza i jest gotów zrobić wiele by osiągnąć cel jaki sobie wyznaczył. Minister może nie był zbyt gościnny, ale spełnił jego prośbę i opowiedział mu wszystko co wie o hrabim. Dał mu nawet wskazówki, u kogo należy szukać dalszych informacji, więc Jean nie powinien go potępiać, tym bardziej, że z pewnością miał wiele spraw na głowie, toteż nic dziwnego, że przyjął go z niechęcią. Pani Danglars po tym wszystkim została zakonnicą. No tego to się nie spodziewałem. Przecież ona na zakonnicę to się w ogóle nie nadaje!

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak to już jest z politykami. Lubią opowiadać własne dzieje. A Herminia, jako zakonnica to duża niespodzianka. Od razy przechodzę do jej historii.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawie się to wszystko rozwija.
    Czy ta zakonnica pełna jadu to Mercedes, dawna ukochana hrabiego?
    Niby siostrzyczka pełna miłosierdzia, a tyle w niej nienawiści, a na pewno ma w sobie lekką aurę wyższości.
    Jak zaczęła rozmawiać z Hubertem dziennikarzem, to jakby mu robiła jakoś wielką łaskę z wyżyn swojego autorytetu.
    A może się mylę i jest w gruncie rzeczy tylko skrzywdzoną osobą i ma prawo do swoich uczuć?
    Jak to kolega zamierza przedstawić?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, to nie jest Mercedes, choć i do niej oczywiście także dojdziemy :) To jest żona barona Danglarsa, jednego z wrogów hrabiego Monte Christo. Powiedziałbym, że prawda o jej osobie leży gdzieś pośrodku tego, o czym mówisz. Z jednej strony nieszczęśliwa kobieta, niespełniona jako żona i matka, a z drugiej dość płytka kobietka z paryskich salonów, przywykła do luksusów, mająca siebie za wielką panią i rozdmuchująca mocno swoje bóle i rany, jakby się nimi pyszniła. Staram się ukazać postacie z tej historii tak, jak to zrobił Dumas ojciec, jedynie z lekką domieszką tego, co sam wymyśliłem, aby były ciekawsze. Sądzę, że nieźle to mi wyszło :)

      Usuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...