23 lipca 1855 r.
Kiedy otrzymałem list od Mercedes Herrera, byłem zarazem bardzo zdumiony i uradowany jednocześnie. Nie miałem bowiem nawet bladego pojęcia, dokąd ja i Marta moglibyśmy udać się dalej w poszukiwaniu informacji o hrabim Monte Christo. Czułem, iż poniosłem porażkę, co jak dotąd jeszcze ani razu mi się nie zdarzyło. Nie miałem pojęcia, w jaki sposób przeżyję taki blamaż, a w uszach już słyszałem słowa krytyki od moich czytelników oraz ojca chrzestnego. Wiedziałem, że jeżeli je usłyszę, to chyba zapadnę się żywcem pod ziemię. List od byłej hrabiny de Morcerf był niczym zwiastun nadziei, światełko w tunelu. Wiadomość od niej powitałem z taką radością, z jaką Maria powitała zjawienie się archanioła Gabriela.
Pokazałem list Marcie, która zareagowała na niego wielkim entuzjazmem.
- Widzisz, Jean?! A ty się bałeś, że utkwiliśmy już w martwym punkcie. A tu proszę, mamy już nowy trop.
Uśmiechnąłem się delikatnie słysząc jej słowa.
- Coś w tym jest, Marto, jednak ten list jest jakiś dziwny.
Marta popatrzyła na mnie z brakiem zrozumienia.
- Nie bardzo cię rozumiem, ukochany mój. Co w tym liście jest niby takiego dziwnego?
- Zobacz sama... Jesteśmy oboje w kropce. Nie wiemy, dokąd się mamy udać poszukując wiadomości o osobie hrabiego Monte Christo i proszę... Tutaj nagle dostajemy list od osoby, która zdaje się jakby wiedzieć dosłownie wszystko o tym człowieku i to właśnie wtedy, kiedy kogoś takiego potrzebujemy. Jak dotąd, takie rzeczy spotykałem jedynie w powieściach, a nie w prawdziwym życiu. Stąd też moje zdumienie połączone z lekką nieufnością. Ja po prostu jestem ostrożny.
Usiadłem w fotelu i spojrzałem uważnie na moją rozmówczynię. Ona zaś, słysząc moje słowa uśmiechnęła się tylko z takim lekkim politowaniem, po czym podeszła do mnie i delikatnie zmierzwiła mi włosy dłonią.
- Kochany mój, czy ty musisz praktycznie wszędzie dopatrywać się szalonych teorii spiskowych?
Jej słowa naprawdę mocno mnie rozbawiły. Spojrzałem w jej stronę, po czym uśmiechnąłem się lekko.
- Tak? A kiedy to ja niby wcześniej dopatrywałem się jakiś szalonych teorii spiskowych?
Marta rozłożyła wesoło ręce.
- Przecież co chwila je dostrzegasz. Jak rozmawiamy o hrabim Monte Christo i jego pochodzeniu, to od razu snujesz tak niezwykłe teorie, jakich nikt inny na świecie by nie wymyślił.
- A ty się z nimi nie zgadzasz?
- Zgadzać to się z nimi zgadzam, jednak muszę ci szczerze powiedzieć, że niektóre z nich są dość... Jakby to ująć... Dość fantastyczne.
Westchnąłem głęboko wiedząc, że ona po części rację.
- I ja tak myślę, ale jednak wiele na to wskazuje, że są one prawdziwe. A przynajmniej te, które się wzajemnie nie wykluczają.
- Nie inaczej - powiedziała Marta przedłużając swoją wypowiedź.
Uśmiechnąłem się wesoło.
- Co zatem proponujesz? Idziemy do pani de Morcerf, czy też nie?
- Po pierwsze, Jean, z listu tej pani jasno wynika, że nie nosi już ona nazwiska de Morcerf. Po drugie zaś, czemu zadajesz mi tak dziwne pytania? Przecież to oczywiste, że musimy się z nią spotkać. Być może ta kobieta to już ostatnia osoba, która wie coś na temat hrabiego de Monte Christo i którą możemy poprosić o wyjaśnienia w całej tej sprawie. Kto wie? Być może opowieść, jaką poznamy, będzie piękną historią miłosną, lecz ze smutnym zakończeniem?
- Dlaczego akurat ze smutnym? - zapytałem zdumiony.
Marta wskazała na list.
- Zwróć tylko uwagę na sposób, w jaki list jest napisany. Co byś mi o nim powiedział?
Wziąłem list do ręki i przyjrzałem mu się uważnie. Na pierwszy rzut oka nie dostrzegłem w nic dziwnego ani niezwykłego, jednak po dłuższej chwili, gdy znowu mu się przyjrzałem, to byłem już pewien, że w tym, co mówi Marta, jest dużo sensu. List ten zdecydowanie emanował smutkiem oraz rozgoryczeniem, a także wielką chęcią wygadania się komuś z tego, co mocno dręczy autorkę tego pisma.
- Hmm... Jakby się temu dobrze przyjrzeć, to wyraźnie widać, że masz rację... Nawet sporo racji.
Marta uśmiechnęła się radośnie niczym dziecko, którym to w pewnym sensie jeszcze była, choć Bóg oraz natura obdarzyły ją niezwykle pięknym i atrakcyjnym ciałem dorosłej kobiety. Mimo swego młodego wieku i bardzo dojrzałego wyglądu w pewnych sprawach, moja ukochana Marta wciąż była dzieckiem, co też jednak wcale mi nie przeszkadzało.
- Sam widzisz, Jean. Poza tym jestem pewna, że ta pani wie więcej, aniżeli możemy tego oczekiwać.
- Co masz na myśli?
Marta ponownie wzięła do ręki list i powiedziała:
- Mercedes pisze, że mieszka obecnie w domu Ludwika Dantesa, czyli ojca Edmunda Dantesa. Wnioskuję więc z tego, że musiała mieć z obydwoma panami coś wspólnego, nie uważasz?
- Tak... Albo zupełnie przypadkiem kupiła ten dom.
- Możliwe. Czytaj jednak dalej. W liście tym nie pisze nic na temat męża ani kochanka.
- A czy to kobieta musi o tym wspominać w listach do obcych sobie zupełnie ludzi? - zdziwiłem się.
Marta wybuchła śmiechem.
- Gdyby miała kochanka, mogłaby o tym nie wspominać, ale na pewno dałoby się to łatwo wyczytać między wierszami. Gdyby miała męża, to pisałaby również i w jego imieniu, nie tylko w swoim. Poza tym, chyba nie zwróciłeś uwagi na ten podpis.
Wskazała mi palcem serdecznym na wyżej wspomniany podpis. Przyjrzałem mu się bardzo uważnie.
- „Niegdyś hrabina de Morcerf”. No tak... Jaki ja jestem głupi, Marto! Co nam mówiła Julia Herbaut, siostra Maksymiliana Morrela? Że Edmund Dantes miał narzeczoną, która wyszła potem za mąż za Fernanda Mondego i została hrabiną de Morcerf. Jak ja mogłem tego nie połączyć w jedno?! Przecież Mercedes Herrera to dawna narzeczona Edmunda Dantesa!
- Właśnie, Jean. Właśnie. Stąd też mój wniosek, że jej opowieść będzie piękną historią miłosną, ale o bardzo smutnym zakończeniu.
Pokiwałem głową ze zrozumieniem.
- Tak, masz rację, Marto. Bo niby skąd radosne zakończenie w takiej sytuacji?
Marta wzruszyła ramionami.
- A tego, to ja już nie wiem. Co do szczegółów, to uważam, że jeżeli do tej pani pójdziemy, to wszystkiego się dowiemy.
Wyraziłem swoją zgodę milczeniem.
***
Po tej rozmowie udaliśmy się oboje powozem na miejsce spotkania z panią Herrera. Musieliśmy jeszcze co prawda dowiedzieć się, gdzie dokładnie znajduje się mieszkanie pana Ludwika Dantesa, obecnie należące do wdowy po hrabim de Morcerfie. Nasz woźnica na szczęście znał ten adres, dlatego z miejsca zabrał nas tam. Gdy tylko dotarliśmy na miejsce, to wysiedliśmy z powozu i weszliśmy do środka starej kamienicy, po czym zapukaliśmy do drzwi mieszkania, na którym wciąż wisiało jeszcze nazwisko „Ludwik Dantes”. Otworzyła nam je jakaś kobieta w średnim wieku, ale wciąż jeszcze mająca w sobie coś ze swej dawnej urody, a prócz tego również jakąś niezwykłą dumę pomieszaną z powagą, a także wielkim smutkiem.
- Pan Jean Chroniqueur? - zapytała kobieta.
- Tak, to ja. A to panna Marta de Gojeuxla, moja towarzyszka śledztwa. Pani Mercedes Herrera?
- Tak. Zapraszam państwa do środka.
Weszliśmy z Martą do mieszkania. Było ono skromne, ale również i schludne. Widać było niezwykłe wysublimowany gust pani Mercedes. Mieszkanie to tętniło jakąś niezwykłą mocą, tak jakby nostalgią oraz wielką tęsknotą za czymś, co już na zawsze utraciła jego właścicielka. Niezwykle smutne było to mieszkanie. Bardzo smutne i przygnębiające zarazem.
- Proszę usiąść - Mercedes pokazała nam fotele znajdujące się przy stoliku.
Usiedliśmy, a Mercedes podała nam filiżanki, do których już wcześniej nalała herbaty. Patrzyłem na nią uważnie, kiedy to robiła. Czynność tę wykonywała z niezwykłą gracją, a zarazem dziwnym spokojem, jakby zobojętniała praktycznie na wszystko, co się dzieje wokół niej. Jednocześnie też wyraźnie chciała dotrwać do swojego końca z dumą oraz odwagą. Musiałem w duchu przyznać, że budziło to częściowo mój podziw, ale tylko częściowo. Z drugiej bowiem strony nie mogłem się oprzeć jakiemuś takiemu lekkiemu wrażeniu, iż Mercedes robi wszystko, aby przekonać nas, jak to ona została strasznie dotknięta przez los. Niby nie skarżyła się na niego, a jednak domagała się współczucia od wszystkich wokół, o czym mówiło mi jej zachowanie. Choć mogłem się w tej kwestii mylić.
Nasza gospodyni usiadła naprzeciwko nas. My zaś zaczęliśmy powoli sączyć ciepły napar z Cejlonu, delikatnie okraszony łyżeczką cukru, a także i plasterkiem cytryny.
- A zatem słuchamy panią uważnie, pani Herrera - powiedziałem po długiej chwili ciszy.
Mercedes przestała sączyć herbatę i spojrzała na nas.
- A czego chcecie państwo słuchać?
- Przecież wezwała nas pani tutaj w celu opowiedzenia nam o hrabim Monte Christo - wyjaśniła Marta lekko zirytowana jej zachowaniem.
Gospodyni uśmiechnęła się do nas.
- Tak, to prawda. Wezwałam państwa właśnie w tym celu, ale czy naprawdę jesteście państwo tego wszystkiego ciekawi?
- Owszem... Bardzo jesteśmy tego ciekawi - potwierdziła Marta coraz bardziej zirytowana.
Mercedes co chwila zerkała na Martę, jakby osoba mojej ukochanej kogoś jej bardzo przypominała. Najwyraźniej jednak, albo nie umiała przypomnieć sobie, kogo panna de Gojeuxla jej przypomina, albo też wręcz przeciwnie, doskonale to wiedziała, lecz nie chciała się z tym zdradzić przeze mną. Tak czy inaczej, ja nie miałem zamiaru w to wnikać. Przyszedłem tutaj z Martą w jednym, konkretnym celu i chciałem go jak najszybciej zrealizować. Im szybciej tym lepiej.
- A zatem proszę nam opowiedzieć, co pani wie, pani Herrera - powiedziałem głosem, który brzmiał chyba bardziej jak rozkaz, niż prośba.
Mercedes jednak się tym nie przejęła. Wciąż tylko się uśmiechała.
- Mam tylko nadzieję, że ma pan coś, na czym zdoła pan zapisać całą moją opowieść, panie Chroniqueur.
Uśmiechnąłem się delikatnie, po czym wyjąłem dziennik, a następnie ołówek. Possałem lekko jego rysik w ustach i przygotowałem się do pisania.
- Jestem gotów do notowania.
- A ja jestem gotowa do wysłuchania - dodała wesoło Marta.
Gospodyni odłożyła wypitą już herbatę i wygodniej usadowiła się w fotelu.
- Zatem niech pan notuje, a pani niechaj słucha. Bo oto, co za chwilę państwo usłyszycie, to będzie smutna, aczkolwiek też prawdziwa opowieść. Opowieść o miłości, zdradzie i zemście. Dowiecie się dużo o człowieku, o którym wiadomości poszukujecie. Będzie tych wiadomości nie mniej i nie więcej, jak tylko tyle, ile ja sama wiem, a myślę, że wiem na tyle dużo, aby zaspokoić waszą ciekawość.
Skończywszy tę jakże piękną tyradę, Mercedes Herrera zaczęła mówić.
Kiedy otrzymałem list od Mercedes Herrera, byłem zarazem bardzo zdumiony i uradowany jednocześnie. Nie miałem bowiem nawet bladego pojęcia, dokąd ja i Marta moglibyśmy udać się dalej w poszukiwaniu informacji o hrabim Monte Christo. Czułem, iż poniosłem porażkę, co jak dotąd jeszcze ani razu mi się nie zdarzyło. Nie miałem pojęcia, w jaki sposób przeżyję taki blamaż, a w uszach już słyszałem słowa krytyki od moich czytelników oraz ojca chrzestnego. Wiedziałem, że jeżeli je usłyszę, to chyba zapadnę się żywcem pod ziemię. List od byłej hrabiny de Morcerf był niczym zwiastun nadziei, światełko w tunelu. Wiadomość od niej powitałem z taką radością, z jaką Maria powitała zjawienie się archanioła Gabriela.
Pokazałem list Marcie, która zareagowała na niego wielkim entuzjazmem.
- Widzisz, Jean?! A ty się bałeś, że utkwiliśmy już w martwym punkcie. A tu proszę, mamy już nowy trop.
Uśmiechnąłem się delikatnie słysząc jej słowa.
- Coś w tym jest, Marto, jednak ten list jest jakiś dziwny.
Marta popatrzyła na mnie z brakiem zrozumienia.
- Nie bardzo cię rozumiem, ukochany mój. Co w tym liście jest niby takiego dziwnego?
- Zobacz sama... Jesteśmy oboje w kropce. Nie wiemy, dokąd się mamy udać poszukując wiadomości o osobie hrabiego Monte Christo i proszę... Tutaj nagle dostajemy list od osoby, która zdaje się jakby wiedzieć dosłownie wszystko o tym człowieku i to właśnie wtedy, kiedy kogoś takiego potrzebujemy. Jak dotąd, takie rzeczy spotykałem jedynie w powieściach, a nie w prawdziwym życiu. Stąd też moje zdumienie połączone z lekką nieufnością. Ja po prostu jestem ostrożny.
Usiadłem w fotelu i spojrzałem uważnie na moją rozmówczynię. Ona zaś, słysząc moje słowa uśmiechnęła się tylko z takim lekkim politowaniem, po czym podeszła do mnie i delikatnie zmierzwiła mi włosy dłonią.
- Kochany mój, czy ty musisz praktycznie wszędzie dopatrywać się szalonych teorii spiskowych?
Jej słowa naprawdę mocno mnie rozbawiły. Spojrzałem w jej stronę, po czym uśmiechnąłem się lekko.
- Tak? A kiedy to ja niby wcześniej dopatrywałem się jakiś szalonych teorii spiskowych?
Marta rozłożyła wesoło ręce.
- Przecież co chwila je dostrzegasz. Jak rozmawiamy o hrabim Monte Christo i jego pochodzeniu, to od razu snujesz tak niezwykłe teorie, jakich nikt inny na świecie by nie wymyślił.
- A ty się z nimi nie zgadzasz?
- Zgadzać to się z nimi zgadzam, jednak muszę ci szczerze powiedzieć, że niektóre z nich są dość... Jakby to ująć... Dość fantastyczne.
Westchnąłem głęboko wiedząc, że ona po części rację.
- I ja tak myślę, ale jednak wiele na to wskazuje, że są one prawdziwe. A przynajmniej te, które się wzajemnie nie wykluczają.
- Nie inaczej - powiedziała Marta przedłużając swoją wypowiedź.
Uśmiechnąłem się wesoło.
- Co zatem proponujesz? Idziemy do pani de Morcerf, czy też nie?
- Po pierwsze, Jean, z listu tej pani jasno wynika, że nie nosi już ona nazwiska de Morcerf. Po drugie zaś, czemu zadajesz mi tak dziwne pytania? Przecież to oczywiste, że musimy się z nią spotkać. Być może ta kobieta to już ostatnia osoba, która wie coś na temat hrabiego de Monte Christo i którą możemy poprosić o wyjaśnienia w całej tej sprawie. Kto wie? Być może opowieść, jaką poznamy, będzie piękną historią miłosną, lecz ze smutnym zakończeniem?
- Dlaczego akurat ze smutnym? - zapytałem zdumiony.
Marta wskazała na list.
- Zwróć tylko uwagę na sposób, w jaki list jest napisany. Co byś mi o nim powiedział?
Wziąłem list do ręki i przyjrzałem mu się uważnie. Na pierwszy rzut oka nie dostrzegłem w nic dziwnego ani niezwykłego, jednak po dłuższej chwili, gdy znowu mu się przyjrzałem, to byłem już pewien, że w tym, co mówi Marta, jest dużo sensu. List ten zdecydowanie emanował smutkiem oraz rozgoryczeniem, a także wielką chęcią wygadania się komuś z tego, co mocno dręczy autorkę tego pisma.
- Hmm... Jakby się temu dobrze przyjrzeć, to wyraźnie widać, że masz rację... Nawet sporo racji.
Marta uśmiechnęła się radośnie niczym dziecko, którym to w pewnym sensie jeszcze była, choć Bóg oraz natura obdarzyły ją niezwykle pięknym i atrakcyjnym ciałem dorosłej kobiety. Mimo swego młodego wieku i bardzo dojrzałego wyglądu w pewnych sprawach, moja ukochana Marta wciąż była dzieckiem, co też jednak wcale mi nie przeszkadzało.
- Sam widzisz, Jean. Poza tym jestem pewna, że ta pani wie więcej, aniżeli możemy tego oczekiwać.
- Co masz na myśli?
Marta ponownie wzięła do ręki list i powiedziała:
- Mercedes pisze, że mieszka obecnie w domu Ludwika Dantesa, czyli ojca Edmunda Dantesa. Wnioskuję więc z tego, że musiała mieć z obydwoma panami coś wspólnego, nie uważasz?
- Tak... Albo zupełnie przypadkiem kupiła ten dom.
- Możliwe. Czytaj jednak dalej. W liście tym nie pisze nic na temat męża ani kochanka.
- A czy to kobieta musi o tym wspominać w listach do obcych sobie zupełnie ludzi? - zdziwiłem się.
Marta wybuchła śmiechem.
- Gdyby miała kochanka, mogłaby o tym nie wspominać, ale na pewno dałoby się to łatwo wyczytać między wierszami. Gdyby miała męża, to pisałaby również i w jego imieniu, nie tylko w swoim. Poza tym, chyba nie zwróciłeś uwagi na ten podpis.
Wskazała mi palcem serdecznym na wyżej wspomniany podpis. Przyjrzałem mu się bardzo uważnie.
- „Niegdyś hrabina de Morcerf”. No tak... Jaki ja jestem głupi, Marto! Co nam mówiła Julia Herbaut, siostra Maksymiliana Morrela? Że Edmund Dantes miał narzeczoną, która wyszła potem za mąż za Fernanda Mondego i została hrabiną de Morcerf. Jak ja mogłem tego nie połączyć w jedno?! Przecież Mercedes Herrera to dawna narzeczona Edmunda Dantesa!
- Właśnie, Jean. Właśnie. Stąd też mój wniosek, że jej opowieść będzie piękną historią miłosną, ale o bardzo smutnym zakończeniu.
Pokiwałem głową ze zrozumieniem.
- Tak, masz rację, Marto. Bo niby skąd radosne zakończenie w takiej sytuacji?
Marta wzruszyła ramionami.
- A tego, to ja już nie wiem. Co do szczegółów, to uważam, że jeżeli do tej pani pójdziemy, to wszystkiego się dowiemy.
Wyraziłem swoją zgodę milczeniem.
***
Po tej rozmowie udaliśmy się oboje powozem na miejsce spotkania z panią Herrera. Musieliśmy jeszcze co prawda dowiedzieć się, gdzie dokładnie znajduje się mieszkanie pana Ludwika Dantesa, obecnie należące do wdowy po hrabim de Morcerfie. Nasz woźnica na szczęście znał ten adres, dlatego z miejsca zabrał nas tam. Gdy tylko dotarliśmy na miejsce, to wysiedliśmy z powozu i weszliśmy do środka starej kamienicy, po czym zapukaliśmy do drzwi mieszkania, na którym wciąż wisiało jeszcze nazwisko „Ludwik Dantes”. Otworzyła nam je jakaś kobieta w średnim wieku, ale wciąż jeszcze mająca w sobie coś ze swej dawnej urody, a prócz tego również jakąś niezwykłą dumę pomieszaną z powagą, a także wielkim smutkiem.
- Pan Jean Chroniqueur? - zapytała kobieta.
- Tak, to ja. A to panna Marta de Gojeuxla, moja towarzyszka śledztwa. Pani Mercedes Herrera?
- Tak. Zapraszam państwa do środka.
Weszliśmy z Martą do mieszkania. Było ono skromne, ale również i schludne. Widać było niezwykłe wysublimowany gust pani Mercedes. Mieszkanie to tętniło jakąś niezwykłą mocą, tak jakby nostalgią oraz wielką tęsknotą za czymś, co już na zawsze utraciła jego właścicielka. Niezwykle smutne było to mieszkanie. Bardzo smutne i przygnębiające zarazem.
- Proszę usiąść - Mercedes pokazała nam fotele znajdujące się przy stoliku.
Usiedliśmy, a Mercedes podała nam filiżanki, do których już wcześniej nalała herbaty. Patrzyłem na nią uważnie, kiedy to robiła. Czynność tę wykonywała z niezwykłą gracją, a zarazem dziwnym spokojem, jakby zobojętniała praktycznie na wszystko, co się dzieje wokół niej. Jednocześnie też wyraźnie chciała dotrwać do swojego końca z dumą oraz odwagą. Musiałem w duchu przyznać, że budziło to częściowo mój podziw, ale tylko częściowo. Z drugiej bowiem strony nie mogłem się oprzeć jakiemuś takiemu lekkiemu wrażeniu, iż Mercedes robi wszystko, aby przekonać nas, jak to ona została strasznie dotknięta przez los. Niby nie skarżyła się na niego, a jednak domagała się współczucia od wszystkich wokół, o czym mówiło mi jej zachowanie. Choć mogłem się w tej kwestii mylić.
Nasza gospodyni usiadła naprzeciwko nas. My zaś zaczęliśmy powoli sączyć ciepły napar z Cejlonu, delikatnie okraszony łyżeczką cukru, a także i plasterkiem cytryny.
- A zatem słuchamy panią uważnie, pani Herrera - powiedziałem po długiej chwili ciszy.
Mercedes przestała sączyć herbatę i spojrzała na nas.
- A czego chcecie państwo słuchać?
- Przecież wezwała nas pani tutaj w celu opowiedzenia nam o hrabim Monte Christo - wyjaśniła Marta lekko zirytowana jej zachowaniem.
Gospodyni uśmiechnęła się do nas.
- Tak, to prawda. Wezwałam państwa właśnie w tym celu, ale czy naprawdę jesteście państwo tego wszystkiego ciekawi?
- Owszem... Bardzo jesteśmy tego ciekawi - potwierdziła Marta coraz bardziej zirytowana.
Mercedes co chwila zerkała na Martę, jakby osoba mojej ukochanej kogoś jej bardzo przypominała. Najwyraźniej jednak, albo nie umiała przypomnieć sobie, kogo panna de Gojeuxla jej przypomina, albo też wręcz przeciwnie, doskonale to wiedziała, lecz nie chciała się z tym zdradzić przeze mną. Tak czy inaczej, ja nie miałem zamiaru w to wnikać. Przyszedłem tutaj z Martą w jednym, konkretnym celu i chciałem go jak najszybciej zrealizować. Im szybciej tym lepiej.
- A zatem proszę nam opowiedzieć, co pani wie, pani Herrera - powiedziałem głosem, który brzmiał chyba bardziej jak rozkaz, niż prośba.
Mercedes jednak się tym nie przejęła. Wciąż tylko się uśmiechała.
- Mam tylko nadzieję, że ma pan coś, na czym zdoła pan zapisać całą moją opowieść, panie Chroniqueur.
Uśmiechnąłem się delikatnie, po czym wyjąłem dziennik, a następnie ołówek. Possałem lekko jego rysik w ustach i przygotowałem się do pisania.
- Jestem gotów do notowania.
- A ja jestem gotowa do wysłuchania - dodała wesoło Marta.
Gospodyni odłożyła wypitą już herbatę i wygodniej usadowiła się w fotelu.
- Zatem niech pan notuje, a pani niechaj słucha. Bo oto, co za chwilę państwo usłyszycie, to będzie smutna, aczkolwiek też prawdziwa opowieść. Opowieść o miłości, zdradzie i zemście. Dowiecie się dużo o człowieku, o którym wiadomości poszukujecie. Będzie tych wiadomości nie mniej i nie więcej, jak tylko tyle, ile ja sama wiem, a myślę, że wiem na tyle dużo, aby zaspokoić waszą ciekawość.
Skończywszy tę jakże piękną tyradę, Mercedes Herrera zaczęła mówić.

Wydaje się, że od Mercedes mogą się dowiedzieć naprawdę dużo. Ciekawe tylko skąd dowiedziała się, że poszukują informacji na temat hrabiego, a zaprosiła ich zapewne po to, żeby się komuś wygadać, bo zapewne nie potrafiła dłużej tego wszystkiego w sobie tłumić, a że nadarzyła się sposobność, aby się komuś zwierzyć, postanowiła z niej skorzystać, żeby sobie ulżyć, opowiadając im swoją historię.
OdpowiedzUsuńTrochę mnie przynudza ta Mercedes, ale może w drugiej części powie coś ciekawego i ważnego dla śledztwa.
OdpowiedzUsuń