sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 26

Rozdział XXVI

Wspomnienia Marty (wklejone do dziennika Jeana Chroniqueura)


Tuż przed naszym wspólnym wyjazdem do Paryża zaproponowałam memu ukochanemu Jeanowi, aby popłynął ze mną na wyspę Monte Christo. Wprawdzie, od czasu wykupienia jej przez pana hrabiego była to własność prywatna, ale wciąż można ją było swobodnie odwiedzać, ponieważ on sam udzielił na to pozwolenia turystom.
Dlatego też wynajęliśmy mały jacht i popłynęliśmy nim na tę wyspę. Łodzi swojej użyczył nam pewien Włoch imieniem Jacopo. Wyglądał on na niezwykle miłego i bardzo sympatycznego człowieka. Nie tylko bardzo chętnie pożyczył nam łódź, ale również udzielił mądrych rad na temat jej obsługi.
- Bardzo mnie ciekawi, dlaczego chcecie państwo tak bardzo odwiedzić tę wyspę - powiedział do nas Jacopo - Przecież to jest chyba najgroźniejsze miejsce na świecie. Nie licząc oczywiście Katakumb Św. Sebastiana.
Jean popatrzył na niego bardzo zdumiony jego słowami. Był on we Włoszech pierwszy raz i widać nie wiedział nic na temat legend, jakie krążyły o tym miejscu.
- A to niby czemu to miejsce jest takie groźne?
- Nie słyszał pan o tym? - Jacopo przyjrzał się nam uważnie i rozejrzał się dookoła, jakby się upewniał, czy nikt nas nie podsłuchuje - Ta wyspa, to siedlisko przemytników.
Ostatnie zdanie wypowiedział tajemniczym szeptem. Jean i ja byliśmy tymi słowami naprawdę zdumieni. Co prawda Jean słyszał już z opowieści jednego ze swych wcześniejszych informatorów, że hrabia de Monte Christo ukrywał na swej wyspie przemytników, ale chyba nie do końca uwierzył w tę historię. Teraz chyba zmienił zdanie w tej sprawie, lecz ja wciąż miałam wątpliwości.
- Przemytników? - zapytał Jean - Kontrabandzistów?
- Nie inaczej - odparł Jacopo.
Zaśmiałam się delikatnie.
- To na pewno tylko zwykłe bajki.
Jacopo uśmiechnął się do nas w lekko kpiący sposób.
- To nie są żadne bajki, moja droga panno. Ci przemytnicy od czasu do czasu przypływają na tę wyspę i urządzają tam sobie postój. I nieraz też ukrywają tam swoje towary. A hrabia bynajmniej się z tym nie kryje.
- Tylko po co hrabia to robi? - zapytał zdumiony Jean - Naraża się przecież na aresztowanie w taki sposób.
Jacopo uśmiechnął się do nas delikatnie, gdy to usłyszał.
- No cóż... Nie wiem, czy pan w to uwierzy, ale mówią o nim, że sam kiedyś był przemytnikiem i teraz najzwyczajniej w świecie pomaga swoim kolegom po fachu.
- Poważnie? - Jean nie mógł wyjść z podziwu.
Wyglądało na to, że ma zamiar i to z miejsca przeprowadzić wywiad z tym  człowiekiem. Wiedziałam, że jest do tego zdolny i dlatego też, aby tego uniknąć, szybko złapałam go za rękę.
- Jean, kochany... Miałeś dzisiaj nie pracować. Pamiętasz?
Ukochany spojrzał mi bardzo czule w oczy i uśmiechnął się delikatnie, po czym przytulił mnie do siebie i pocałował w czubek głowy.
- Dobrze, kochanie. Masz absolutną rację.
Oboje wsiedliśmy na pokład jachtu. Jacopo uśmiechnął się do nas.
- Ale niechaj państwo pamiętają, że płyniecie tam na własne ryzyko - zaśmiał się z lekką nutką grozy w głosie.
- Spokojnie, panie Jacopo - odpowiedział Jean, chichocząc przy tym wesoło - Ostatecznie sam pan powiedział, że ci przemytnicy przypływają na tę wyspę od czasu do czasu, więc mała jest szansa, że właśnie teraz ich spotkamy.
- Faktycznie, choć pragnę zwrócić państwu uwagę, że szansa na to zawsze jest - odpowiedział Jacopo - A zatem, do zobaczenia państwu. Miłego dnia życzę.
Pomachał nam ręką.
Jean szybko stanął za sterem i po chwili płynęliśmy w stronę wyspy Monte Christo. Była to wyspa niemalże całkowicie pozbawiona roślinności. Większość wyspy stanowiły skały i jaskinie. Jedyne stworzenia, które tutaj żyły, to były kozy. Dlatego też o powtórzeniu losów Robinsona Crusoe na tej właśnie wyspie można było zapomnieć. No, ale my nie mieliśmy takiego zamiaru. Na nasze szczęście.
Dobiliśmy do brzegu. Jean zeskoczył na brzeg.
- Rzucić cumę! - zawołał tonem dowódcy.
- Ay, ay, kapitanie! - odpowiedziałam i wykonałam polecenie.
Jean wciągnął naszą łódź delikatnie na brzeg i przywiązał ją mocno do skały, po czym podał mi dłoń pomagając zejść na ląd.
- I jak oceniasz wystrój tej wyspy? - zapytał mój ukochany żartem.
- No cóż... Można by tutaj wykarczować kilka skał - odpowiedziałam mu równie żartobliwie - Ale poza tym jest wszystko jak należy.
- Jestem tego samego zdania.
Wzięliśmy się za ręce i z uśmiechem zaczęliśmy zwiedzać wyspę. Była ona naprawdę piękna, pomimo tych wszystkich skał oraz takiej, swego rodzaju grozy, którą chwilami budziła. Obeszliśmy ją niemalże całą dookoła. Chcieliśmy bowiem poznać każdy jej najmniejszy skrawek. Przyznam się, że była ona niesamowicie imponująca. Można było tutaj skutecznie się ukryć przed całym światem. Możliwe, że właśnie to sprawiło, iż hrabia de Monte Christo nabył właśnie tę wyspę, a nie inną.
Z takimi oto właśnie myślami szłam tuż obok ukochanego, trzymając go czule jedną ręką, a drugą głaszcząc powoli skały.
- To bardzo piękne miejsce, mój drogi. Nie sądzisz? - zapytałam z uśmiechem puszczając na chwilę jego dłoń.
- Niczego sobie, moja droga - uśmiechnął się - Choć brakuje mi plaży.
Zaśmiałam się delikatnie.
- Za to pełno tu jest najróżniejszych zakamarków, nie sądzisz? - zapytałam zadziornym głosem odwracając się do niego przodem.
- Tak... To prawda.
- I można się w nich ukryć.
- We dwoje?
- No właśnie.
- Sami?
- Bez nikogo innego.
- Przed całym światem?
- Właśnie.
Cofnęłam się lekko o kilka kroków i nagle poczułam, że tracę równowagę. Zdążyłam tylko krzyknąć i osunęłam się w dół na niższe skały. Jean wrzasnął z przerażenia i podbiegł do skraju skały, na której to przed chwilą stałam.
- Marta! Marta! Żyjesz?!
Na całe szczęście spadłam na niższą półkę skalną, która była zaledwie dwa metry pod tą, na której się znajdowaliśmy i nic mi się nie stało, jednak kiedy próbowałam wstać poczułam ostry ból w lewej stopie.
- Żyję, ale noga mnie strasznie boli. Chyba ją skręciłam.
- Poczekaj, schodzę do ciebie. Tylko nigdzie nie idź.
- Strasznie śmieszne.
Już po chwili Jean był przy mnie. Ukucnął i dotknął delikatnie mojej stopy. Syknęłam z bólu, gdy to zrobił.
- Auu... Boli!
- Wygląda naprawdę na skręconą. Chodź, złap mnie za szyję! Zabiorę cię stąd!
Złapałam go za szyję i mocno się w niego wtuliłam. Gdy tylko to zrobiłam, poczułam nagle niesamowicie przyjemne uczucie w sercu. Byłam w ramionach Jeana malutką kruszynką, bezbronną i kruchą. To uczucie było mi nad wyraz miłe. Mogłam tak leżeć w jego ramionach całe życie.
Jean przycisnął mnie mocniej do siebie, ale tak, żeby nie urazić mojej nóżki. Niósł mnie na brzeg niedaleko naszej łodzi, myśląc na pewno, jak mi pomóc. Ja jednak marzyłam wtedy tylko o tym, żeby pod żadnym pozorem mój najdroższy mnie nie wypuszczał z objęć.
Po minucie albo dwóch byliśmy już oboje na miejscu. Jean posadził mnie na skale, rozłożył koc i położył mnie na nim. Zdjął mi but oraz pończochę, po czym zaczął powoli masować mą stopę. Nie szło mu to jednak zbyt łatwo. Moja kiecka najwidoczniej mu w tym przeszkadzała, ponieważ co chwila opadała na stopę. Uśmiechnęłam się do niego zadziornie.
- Kochanie, czy ta kreacja ci aby nie przeszkadza?
Popatrzył na mnie z wesołym uśmiechem.
- Owszem, co nieco przeszkadza - odpowiedział.
- A więc może pomożesz mi ją zdjąć? - zasugerowałam.
Popatrzył na mnie uważnie.
- Miałem ci masować stopę, a nie rozbierać.
W całej mojej osobie pożądanie wywołane tą jakże przyjemną sytuacją, ciągle rosło i rosło. Gdy Jean masował mi stópkę, czułam się niesamowicie przyjemnie. Fala słodkiego gorąca uderzała we mnie z całą siłą. Szła ona od nogi do kolana, a od kolana do uda, a od uda do mojego pewnego miejsca, którego nie poznał żaden mężczyzna poza moim ukochanym. Czułam się wspaniale. Musiałam coś zrobić. Wiedziałam, że im bardziej będzie mnie masował, to tym większe będzie moje pożądanie. A zatem musiałam użyć małego podstępu. Zmusić go jakoś do tego, aby pozbawił mnie ubrania. Bo inaczej on tak by się troszczył o moją nogę, że nie zwróciłby na nic innego uwagi. No cóż... Odpowiedzialny na pewno był, ale czasami ta odpowiedzialność była stanowczo zbyt wielka. Musiałam coś zrobić, aby nie zwariować z tego dzikiego podniecenia. Moje miejsce ściskało się oraz rozluźniało na zmianę. Czułam, jak pantalony robią mi się coraz bardziej mokre. I to bynajmniej nie ze zmęczenia czy też potu. Pomyślałam, że jeśli zaraz czegoś nie zrobię, to chyba zwariuję.
- Kochanie, oj... aj...
- Co się stało, najdroższa?
- Duszę się... Czuję ucisk w brzuszku...
Wzięłam jego dłoń i położyłam ją na mym brzuchu.
- Tutaj... To tutaj...
- Mam cię tu wymasować?
- Tak.
Zaczął go masować, ale przez suknię.
- Głuptasku, nie przez suknię. Trzeba go masować naturalnie.
Uśmiechnął się do mnie delikatnie.
- Jesteś urocza, wiesz? I strasznie wypadkowa z ciebie dziewczyna.
Popatrzyłam na niego zdumiona.
- Wypadkowa?
- No tak. Najpierw skręcona nóżka, a potem bolący brzuszek.
Oboje zaśmialiśmy się.
Nie wiadomo jednak, czy by mnie rozebrał, czy też nie, gdyby nie to, że w międzyczasie wybuchła mała burza, a morze zaczynało być groźne. A wówczas jakaś ogromna fala zebrała się i spadła na nas oboje z wielką siłą. Zanim się obejrzeliśmy, oboje byliśmy mokrzy.
- Teraz to naprawdę musisz mnie rozebrać - powiedziałam zadziornie - Siebie przy okazji też. Inaczej się przeziębimy.
Szybko zdjął z siebie kamizelkę i koszulę. Jego nagi tors rozpalił me uczucia, gdyż był on tak doskonale wyrzeźbiony. Uśmiechnęłam się na ten widok. Nie umiałam się powstrzymać i jedną ręką go pogłaskałam.
Tymczasem mój ukochany usiadł tuż za mną i szybko zaczął rozpinać guziki mojej sukni. Czułam się niesamowicie, ponieważ przy tej oto czynności dotykał opuszkami palców moich plecków. Zadrżałam delikatnie, kiedy mi to robił. Każde dotknięcie było o wiele piękniejsze od poprzedniego. Nawet nieco żałowałam, że nie mam więcej guzików w sukni, bo by mi je dłużej rozpinał i mogłabym się rozkoszować jego boskim dotykiem. Ale w końcu i guziczki się skończyły. Rozpiął ją do końca, podniósł mi ręce w górę i zdjął ze mnie suknię, a potem halkę. Następnie rozpiął mi stanik, również dotykając przy tym moich słodkich plecków. Potem zaczął się szarpać z gorsetem. Było to nieco trudne, ale w końcu mu się udało. Pozbawił go mnie, a już następnie zabrał się szybko za pantalony i tę drugą pończoszkę, która wciąż była na mojej prawej stopie. Robił to z naprawdę niezrównaną finezją i doświadczeniem. W końcu nie rozbierał mnie pierwszy raz.
Kiedy już byłam całkowicie naga, uśmiechnąłem się do niego rozkosznie i pocałowałam jego usta. Objęłam go czule za szyję, całując jego usta zachłannie, wręcz szalenie. Popatrzył na mnie z uśmiechem, kiedy już skończył pocałunek, po czym zabrał się z powrotem do masowania mojej stópki. Ujął ją w obie dłonie i zaczął masować. Masował ją i masował. Raz po raz, coraz mocniej i coraz silniej. Czułam niesamowitą rozkosz i słodkie szaleństwo podniecenia. Jego męskie dłonie rozcierały mą biedną nogę. Były one takie męskie, takie silne i rozkoszne. Takie władcze. Mógłby mnie nimi bez problemu zmiażdżyć. A jednocześnie mógł mnie nimi mocno do siebie obejmować, przytulać, jak również dawać liczne pieszczoty.
- Jesteś piękny - zamruczałam niczym słodka kotka, ponownie patrząc na jego nagi tors pozbawiony koszuli.
Uśmiechnął się do mnie delikatnie, zachwycony tym komplementem.
- Dziękuję. Ty jeszcze piękniejsza.
Zarumieniłam się lekko, gdy to powiedział. Nigdy nie uważałam siebie za piękną. Byłam chuda, moje piersi nie były wcale ogromne, a uda miałam moim zdaniem niesamowicie żylaste. Pomimo to, Jean wpatrywał się we mnie wzrokiem pełnym niekłamanego podziwu, dlatego też poczułam się szczęśliwa. W końcu przyciągnęłam go do siebie i pocałowałam namiętnie w usta.
- Jean... Najdroższy mój...
- Marta... Moja jedyna - odpowiedział mi szeptem.
Następnie, dotykając zmysłowo mojego ciała, wniknął we mnie i zabrał mnie do raju. Nie wiem, jak długo w nim byliśmy, ale mnie się zdawało, iż trwało to całą wieczność. Potem zaś oboje opadliśmy na siebie spoceni oraz zaspokojeni, a nadto niesamowicie szczęśliwi.
Pocałowałam jeszcze raz jego usta, po czym szepnęłam:
- Kocham cię...
I zasnęłam w jego męskich i bardzo silnych ramionach. To samo zrobił też i on, wtulony w moje piersi.
Po jakieś godzinie ocknęliśmy się. Zorientowaliśmy się wówczas, że burza ustała, a nasze ubrania dawno już wyschły. Ubraliśmy się więc i po chwili byliśmy gotowi do powrotu. Wsiedliśmy więc do łodzi i powróciliśmy do Rzymu. Nie mówiliśmy nikomu o tym, co zrobiliśmy. Tylko patrzyliśmy sobie czule w oczy i uśmiechaliśmy się. W niektórych sytuacjach słowa są całkowicie zbędne i to była jedna z takich sytuacji.
- I jak tam, spotkaliście państwo może jakiś przemytników? - zapytał wesoło Jacopo, gdy oddawaliśmy mu łódź.
- Nie, ani jednego - odpowiedział Jean.
- Ale wyprawa była udana? - zapytał ponownie Jacopo.
- Jeszcze jak - zaśmiałam się i wtuliłam się w ukochanego.
Wieczorem powróciliśmy do hotelu, a już następnego dnia wyruszyliśmy w drogę do Paryża.

3 komentarze:

  1. Ciekawy rozdział, nie ma co, ale za dużo to tej wyspy nie zwiedzili, bo się zgoła czymś innym zajęli. xD

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo przyjemna i subtelna scena erotyczna, gdzie widać złączenie duszy i ciała.
    Ładna aktorka na tym zdjęciu, z jakiego filmu jest to zdjęcie?
    Wygląda mi właśnie na taką nieco dumną i nieco zadziorną pannicę, która jednak umie szczerze kochać, nie patrzy na to konwenanse i pójdzie za ukochanym wszędzie: do nieba i piekła rozkoszy.
    Martusia jakby powtarzała za panią Trojanowską: "Wszystko, czego dziś chce, pamiętaj o tym, tam i powrotem, polecieć z twych ramion wprost do nieba".
    Wydaje mi, że to był tylko taki miły przerywnik przed jakimś dramatycznymi wydarzeniami i kłopotami.
    Tak mi mój pisarski nos podpowiada. Ciekawe, czy się mylę, czy też mam rację?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie to chciałem tutaj ukazać. Subtelną i uroczą scenę erotyczną, podkreślającą więź emocjonalną naszej zakochanej pary. I jak widzę udało mi się to osiągnąć :) Oj tak, taka właśnie jest panna Marta. Zadziorna i dumna pannica, ale umie szczerze kochać i nie patrząc na wszelkie konwenanse, jest gotowa za ukochanym iść wszędzie. Swoją drogą uwielbiam tę piosenkę pani Trojanowskiej :)
      A jeśli pytasz o zdjęcie, to jest Natalie Dormer w filmie "CASANOVA" z 2005 roku. Ona potem zasłynęła jako Anna Boleyn w serialu "DYNASTIA TUDORÓW". Ale w tym filmie się nieco wybiła i dlatego potem dostała rolę Aniusi :) I też grała w "CASANOVIE" taką niegrzeczną nieco dziewczynę z dobrego domu, która lubi łamać konwenanse i bardzo lubi rozkoszne cielesne połączone z prawdziwą miłością. Dlatego uznałem, że to zdjęcie idealnie pasuje jako wyobrażenie postaci Marty :)
      No, a w kwestii dramatycznych wydarzeń, to niekoniecznie będzie dramatycznie. Ale będzie na pewno ciekawie i kilka kłopotów także się przytrafi. Ale to tylko zaostrza apetyt naszych śledczych na odkrycie prawdy :)

      Usuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...