sobota, 16 grudnia 2017

Zakończenie

Epilog

Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzięki niemu nareszcie zyskałem pewność, że losy hrabiego de Monte Christo po dokonaniu przez niego zemsty na jego wrogach wcale nie były takie złe, jak to niektórzy pisarze próbują nam wmówić. Prócz tego poznałem również kilka niezwykle istotnych i ciekawych faktów, o których nie wspominał w swojej powieści pan Dumas ojciec, ani także żaden artysta po nim.
- Najwyraźniej słynny pisarz nie miał pojęcia o wszystkich aspektach całej sprawy - powiedziałem sam do siebie - Albo po prostu celowo pominął on kilka szczegółów, które w ogóle nie pasowały do jego powieści. Jakkolwiekby nie było, to ten rękopis jest na wagę złota.
Moje rozmyślania przerwało nagle pukanie do drzwi. Wciąż będąc bardzo z mojego odkrycia zadowolony, poszedłem je otworzyć. Oczywiście domyślałem się tego, któż to właśnie przyszedł mnie odwiedzić. Jak zwykle nie pomyliłem się.
- Witam, panie Kronikarz.
W progu moich drzwi stał Tajemniczy Nieznajomy. Ten sam człowiek, który wcześniej oddał mi ów cudowny rękopis i to za darmo, chociaż wcześniej sam był nim zainteresowany.
- Witam pana. Zapraszam serdecznie do środka.
Z radością wpuściłem mojego niespodziewanego gościa do środka, po czym poczęstowałem go herbatą. Kiedy już usiedliśmy w fotelach, racząc się ciepłym napojem, mój gość przemówił:
- Zakładam, że przeczytał pan już rękopis.
- W rzeczy samej - odpowiedziałem mu z uśmiechem na twarzy - No i muszę panu powiedzieć, że jego lektura naprawdę przypadła mi przypadła do gustu.
- Tak, domyślałem się tego - Nieznajomy uśmiechnął się do mnie w bardzo tajemniczy sposób - Myślę jednak, że mimo, iż rękopis wyjaśnił panu wiele spraw, to jednak nadal ma pan kilka pytań na temat historii, której jest on poświęcony. Mam rację?
- Owszem, ma pan rację. Pewne kwestie nadal wymagają wyjaśnień.
- Tak myślałem. Zatem proszę mnie pytać śmiało. Chętnie rozwieję wszelkie pana wątpliwości.
- Doprawdy? Z całym szacunkiem, ale co pan może wiedzieć na temat faktów ukazanych w tym rękopisie?
Tajemniczy Nieznajomy zaśmiał się radośnie, po czym odpowiedział:
- No cóż... Myślę, że wiem bardzo wiele na ten temat. Ostatecznie przecież jestem prawnukiem Jeana Chroniqueura.
Zdziwienie na chwilę odebrało mi mowę. Czego jak czego, ale tego, to ja się bynajmniej nie spodziewałem. Mój Tajemniczy Nieznajomy był potomkiem Jeana i Marty? Teraz dopiero zrozumiałem, dlaczego tak bardzo zależało mu na tym rękopisie oraz czemu mi go oddał. Rękopis miał dla niego wartość sentymentalną, ale widząc moje zainteresowaniem tym dziełem postanowił mi je oddać, bo i tak zawartą w nim historię dobrze znał.
- Chce mi pan powiedzieć, że jest pan potomkiem Jeana i Marty? - zapytałam po chwili, gdy już otrząsnąłem się ze zdumienia.
Tajemniczy Nieznajomy pokiwał głową twierdząco.
- Nie inaczej.
- Ale to chyba również oznacza, że jest pan potomkiem także hrabiego Monte Christo!
- W rzeczy samej, panie Kronikarz. W rzeczy samej.
Uśmiechnąłem się zadowolony, jednak postanowiłem, nim zacznę się cieszyć, sprawdzić, czy moje przypuszczenia na temat jego zainteresowania rękopisem, jak również i nagłym spadkiem tegoż zainteresowania są słuszne.
- W takim razie już rozumiem, czemu zależało panu na tym rękopisie. Czemu jednak w takim razie powierza pan go mnie?
Nieznajomy uśmiechnął się przyjaźnie.
- Gdyż wiem, że panu również na nim zależy. Poza tym chcę, żeby historia mojego przodka była powszechnie znana w pańskim kraju. Wierzę, że dotrzyma pan słowa, panie Kronikarz i przetłumaczy pan ten rękopis na swój ojczysty język, po czym opublikuje go pan w swojej ojczyźnie. Tak nawiasem mówiąc, bardzo pięknej oraz niesamowicie uroczej, przynajmniej moim zdaniem.
A więc miałem rację, pomyślałem sobie. Na głos zaś odpowiedziałem:
- Cieszę się, że pan tak uważa, proszę pana, jednak miał pan odpowiedzieć na moje pytania.
- To prawda, miałem.
- A więc czemu pan nie odpowiada?
- Nie mogę.
- Dlaczego?
- Bo jeszcze pan mi tych pytań nie zadał.
Zarumieniłem się lekko zawstydzony. No fakt, przecież jeszcze nie zadałem mu żadnego pytania. Jak więc miał na nie odpowiedzieć? Oj, ja to czasami bywam naprawdę roztrzepany.
- No tak... A więc pierwsze pytanie. Co się stało z Jeanem i Martą?
Nieznajomy uśmiechnął się do mnie przyjaźnie.
- To chyba oczywiste, proszę pana. Pobrali się, mieli kilkoro dzieci, a także żyli długo i szczęśliwie. Przez jakiś czas mieszkali oboje w Paryżu, ale też często odwiedzali Algierię. Gdy jednak nadeszła zgubna i zupełnie nikomu niepotrzebna dla Francji wojna z Prusami, Jean wyjechał z rodziną na stałe do swojego teścia, który dożył sędziwego wieku. Gdy umarł, to w sercach najbliższych mu osób na zawsze zagościł smutek. Hayde, choć dużo młodsza od niego, nie przeżyła go zbyt długo i dość szybko odeszła z tego świata, aby móc raz na zawsze połączyć się ze swoim ukochanym Edmundem.
- Cóż... To bardzo przykre, co pan mówi, ale przecież nie możemy oczekiwać, że jakikolwiek człowiek będzie żył wiecznie. Nawet jeżeli jest on hrabią de Monte Christo. A co z Bertucciem? Co z Jacopem? A z Alim?
- Wszyscy oni dożyli spokojnej starości. Bertuccio zmarł rok przed swoim panem, Jacopo zaś przeżył Edmunda o kilka lat, po czym zmarł i zgodnie z jego wolą, pochowano go w morzu. Ali zaś żył jeszcze na tyle długo, aby móc potem opiekować się dziećmi Jeana i Marty.
- A co z Albertem?
- Doczekał się on wysokich stanowisk w świecie. Zarówno on, jak też i jego rodzina swoimi szlachetnymi uczynkami zmazali hańbę z rodowego nazwiska, także w końcu Albert zgodził się korzystać z tytułu hrabiego de Morcerf, który należał mu się po śmierci ojca.
- A Mercedes?
- Ona z kolei na zawsze już zamknęła się w sobie i zmarła jakoś tak kilka lat przed Edmundem Dantesem.
- A inni? Co z innymi bohaterami tej opowieści?
- Maksymilian Morrel nie mieszał się nigdy do polityki, dlatego miał spokój pomimo licznych zmian w rządzie oraz tym podobnych spraw. On i Walentyna przekazali po swej śmierci firmę „Morrel i syn“ swoim dzieciom, a ci swoim itd. Emanuel i Julia Herbaut nie doczekali się dzieci, ale troskliwie dbali o potomstwo Maksymiliana i Walentyny, jak o swoje własne. Byli dla nich bardzo kochającym wujostwem. Alfons de Beauchamp do emerytury zajmował się gazetą, w której pracował Jean, a resztę życia spędził spokojnie na wsi. Franz d’Epinay walczył na wojnie francusko-pruskiej. Służył on w jednym oddziale razem z Albertem de Morcerfem i Raulem de Chateau-Renaud. Ze względu na swój wiek nie walczyli na pierwszej linii, ale jako oficerowie w sztabie samego cesarza. Cała ta dzielna trójka wyszła z tej wojny jako bohaterowie, jednak po jej zakończeniu skończyła się na zawsze ich przygoda z wojskiem. Każdy z nich doczekał się przyzwoitej emerytury. Jak panu zapewne wiadomo z lekcji historii, po zakończeniu wojny francusko-pruskiej, cesarz Napoleon III został pozbawiony władzy. Lucjan Debray wówczas na pewien czas wyjechał z Francji na tzw. dobrowolną emigrację, ale po jakimś czasie wrócił i wkręcił się do nowego rządu.
- Mogłem się tego spodziewać. On przecież zawsze potrafił łatwo zmieniać stronnictwa polityczne. A reszta bohaterów rękopisu?
- Danglars zmarł w więzieniu jakoś tak rok po wydarzeniach opisanych w rękopisie. Pochowano go na koszt państwa w zbiorowej mogile. Nikt nie zjawił się na jego pogrzebie, nawet Eugenia, która wraz z panną Ludwiką długo jeszcze wiodła życie artystki rewiowej, a gdy obie były już za stare, aby móc triumfować na scenie, to wówczas Eugenia przybrała ostatecznie postać Eugeniusza d’Armilly i za pieniądze zarobione na scenie, kupiła sobie piękny domek we włoskiej wsi, gdzie wraz ze swą ukochaną i przyjaciółką zarazem spędziła resztę swego życia.
- A Luigi Vampa?
- Przez jeszcze kilka lat zajmował się rozbojem, po czym rozpuścił swą bandę i zmieniwszy nazwisko wraz ze swą ukochaną żoną Teresą zamieszkał w pięknej, włoskiej posiadłości, którą nabył za zbójeckie łupy oszczędzone przez te wszystkie lata, kiedy był jeszcze postrachem Rzymu. Nikt go nigdy nie nękał. Niektórzy ludzie oczywiście wiedzieli, że ów wielki i możny pan, który kupił sobie jeden z najpiękniejszych domów w Rzymie, to tak naprawdę słynny włoski bandyta, ale nie znalazł się nikt, kto by ośmielił się powiedzieć to publicznie. Luigi był bowiem zbyt bogatym człowiekiem i zbyt wiele posiadał koneksji, aby ktoś ośmielił się go niepokoić. Poza tym był przyjacielem hrabiego Monte Christo, a to nazwisko wiele znaczyło w świecie.
- A co z jego bandą?
- Większość dawnych bandytów Vampy rozpoczęła uczciwe życie, inni zaś powrócili na drogę rozboju. Z tych ostatnich niektórzy skończyli na szafocie. Co do Peppina zwanego Rocca Priori, to zaczął on pracować jako kamerdyner w domu Vampy, który zapewnił mu godne życie oraz spokojną starość, jak i również pensję godną ministra. Ponoć nawet pozwolił mu ją sobie od czasu do czasu powiększać.
- To znaczy?
- Peppino mógł go okradać.
Słysząc tę wypowiedź, parsknąłem śmiechem.
- Słowa godne wielkiego pana. A czy Peppino to robił?
- Oczywiście, że nie. Zbyt wysoko cenił on sobie Vampę, aby móc to zrobić. Podobnie jak pan Pastrini, o którego powiązaniach z bandą Luigiego nikt nigdy się nie dowiedział, także mógł on spokojnie prowadzić swój hotel bez obaw, że trafi do więzienia.
Uśmiechnąłem się delikatnie.
- Cóż... To chyba już wszystko, co powinienem wiedzieć.
- No, jeszcze nie do końca - uśmiechnął się tajemniczo mój niezwykły gość - Pozostała jeszcze jedna sprawa do wyjaśnienia.
- A jakaż to? - zapytałem z ciekawością w głosie.
- Muszę panu coś wyjaśnić. Mianowicie... Chodzi o to, że Jean lekko okłamał swoich czytelników.
Zdumienie moje sięgnęło zenitu, gdy tylko usłyszałem te słowa. Jak to? Jean Chroniqueur kłamał? Niemożliwe! Ale w takim razie w czym?
- Jak to okłamał swoich czytelników? Nie rozumiem.
Tajemniczy Nieznajomy uśmiechnął się do mnie przyjaźnie.
- Niech się pan nie niepokoi, panie Kronikarz. Jego kłamstwo, jeżeli w ogóle można je tak nazwać, jest naprawdę bardzo delikatne.
- A na czym ono polega?
- No cóż... Po prostu Jean nie spisywał na bieżąco relacji ze swojej podróży.
- Jakże to? Nie spisywał jej na bieżąco?
- Ano jej nie spisywał. Jedyne, co zapisywał na bieżąco, to opowieści osób, które spotkał podczas swojej podróży. Zaś relację z całej wyprawy zapisał dopiero po jej zakończeniu.
Popatrzyłem zdumiony na mojego rozmówcę. Jego słowa niesamowicie mnie zaskoczyło.
- Jak to? Więc cała historia jest zmyślona?
- Nie, bynajmniej nie jest ona zmyślona. Po prostu jej część została zapisana już po wszystkim, gdy cała ta historia się zakończyła.
- Ale Jean twierdził, że spisywał ją na bieżąco!
Tajemniczy Nieznajomy uśmiechnął się w dowcipny sposób.
- Małe, niewinne kłamstewko.
- A więc Jean Chroniqueur był zwykłym kłamcą!
- Nie, panie Kronikarz. On był po prostu pisarzem.
- Ale jakoś nie oparł się pokusie ubarwienia całej tej historii, a to jest przecież równoznaczne z kłamstwem!
Mój gość spojrzał mi w oczy z wyraźną przyjaźnią we wzroku.
- Każda porządna historia zasługuje na ubarwienie, mój przyjacielu. Sądzę, że sam pan takie piszesz, a jeżeli jeszcze takich nie piszesz, to kiedyś pan zaczniesz. To nieuniknione, panie Janie. To cecha każdego pisarza.
Słysząc jego słowa, jak również orientując się w tym, że przeszedł ze mną na stosunek już bardzo poufały, uśmiechnąłem się delikatnie, po czym wypiłem do końca swoją herbatę i powiedziałem:
- Pewnie masz pan rację, przyjacielu. Pewnie masz pan rację.
Rozmawialiśmy jeszcze oboje przez pewien czas, a gdy już ten czas minął, to Tajemniczy Nieznajomy pożegnał się ze mną i wyszedł. Zanim to jednak zrobił, zadałem mu jeszcze tylko jedno, małe pytanie, które mnie dręczyło w tej sprawie.
- Jeszcze tylko jedno. Jak się pan właściwie nazywa?
Tajemniczy Nieznajomy uśmiechnął się do mnie, po czym powiedział:
- Jean, przyjacielu. Jean Lapuff.
- Jeanie Lapuff... Dziękuję ci. Dziękuję, że mnie odwiedziłeś i dałeś mi ten jakże cenny dla mnie rękopis.
- Nie ma za co, Janie Kronikarzu. Nie ma za co.
Chwilę później podaliśmy sobie nawzajem dłonie, a mój gość wyszedł. Ja zaś usiadłem przy biurku, aby natychmiast zapisać to wszystko, co właśnie mieliście okazję przeczytać, Drodzy Czytelnicy.

JAN KRONIKARZ

KONIEC

2 komentarze:

  1. No i ostatecznie wyjaśniło się, kim był owy Tajemniczy Nieznajomy, który dostarczył Janowi tego jakże cennego rękopisu, spisanego ręką Jeana, a do tego wiadomo już, jak potoczyły się dalsze losy bohaterów powieści. Luigi i większość jego ludzi ustatkowała się i wyszła na prostą, a Danglars nie doczekał się już wyjścia na wolność, gdyż zmarł opuszczony i zapomniany przez wszystkich, gdyż poza córką, nie posiadał żadnych bliskich, a ona przestała interesować się jego losem po wyjeździe do Włoch, gdzie rozpoczęła samodzielne i niezależne życie na własną rękę tak, jak zawsze marzyła. Jean rzecz jasna poślubił Martę i doczekał się z nią dzieci, a hrabia dożył późnej starości. O Hayde nie można tego powiedzieć, skoro była od niego aż o 20 lat młodsza, a zmarła niedługo po nim. Jego przyjaciele również wiedli dostatnie i szczęśliwe życie. Najdłużej żył Ali przez to, że był z nich najmłodszy i pewnie nie raz przysłużył się Jeanowi i Marcie, jako wierny i oddany służący.

    OdpowiedzUsuń
  2. Intrygujące zakończenie z nutką pewnej tajemnicy.
    To musi być dziwne uczucie, poznać swojego potomka. Znaczy nie tyle swojego, co potomka bohatera dzieła, któremu poświęcono tak wiele czasu i tak wiele serca.
    A że pisarz trochę ubarwił swoją powieść? No cóż... Takie prawo literackiej fikcji, która musi być lepsza i ciekawsza od prawdziwego życia.
    Dziękuję za powieść, która zapewniła mi miesiące fascynującej zabawy. Trochę żal rozstawać się z bohaterami, ale każda podróż w życiu musi dobiegnąć końca. Ważne, że ten koniec jest naprawdę świetny i pozytywny.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...