Opowieść Walentyny Morrel
Jestem córką prokuratora generalnego, pana Gerarda de Villefort i jego pierwszej żony, Renaty de Villefort z domu de Saint-Meran. Świat nie znał równie piękniej i wspaniałej kobiety. Niestety, zmarła młodo, kiedy byłam jeszcze małym dzieckiem i nie zdołałam jej poznać. Moje wspomnienia na temat matki mają kształt jedynie samych obrazów, w których to przypomina ona anioła. Na całe szczęście ojciec i dziadek dużo mi o niej opowiadali, zwłaszcza dziadek, który kochał ją jak własną córkę. Ponoć jestem do niej podobna. Niewykluczone, że w dużej mierze dlatego mój dziadek pokochał mnie tak mocno.
Po śmierci mojej matki, ojciec dość długo nie mógł się otrząsnąć, lecz jego żałoba trwała krócej aniżeli mogłam się tego spodziewać, a po jakimś czasie, który w moim mniemaniu był stanowczo za krótki, ożenił się on ponownie. Niestety, wybrał najgorszą z możliwych kobiet na świecie. Jego żoną została bowiem panna Heloiza z domu... Niestety, nie pamiętam już, jak się ona nazywała z domu. Zresztą, to nie jest ważne. Kobieta ta nigdy nie zdobyła w najmniejszym nawet stopniu mojej sympatii. Z jej bowiem oczu biła wyraźna niechęć do mnie, pomieszana wręcz z nienawiścią. Co prawda, Heloiza nigdy nie okazała mi jawnie swojej niechęci, a wręcz przeciwnie, robiła wszystko, aby cały świat myślał, iż kocha mnie jak własną córkę. Była to jednak jedynie doskonale zaplanowana gra pozorów. Nie było mi z nią źle, ale też nie byłam szczęśliwa. Na ojca nie mogłam liczyć, ponieważ zaślepiony swoją nową małżonką uważał, że jestem zwyczajnie zazdrosna o to, iż zdołał ułożyć sobie życie na nowo, a ja wciąż jestem panną. Jedyną osobą, która mnie wspierała, był mój dziadek (czyli ojciec mojego ojca), pan Francois de Noirtier de Villefort.
Dla wyjaśnienia muszę tu powiedzieć, że tak naprawdę nasza rodzina nosiła podwójne nazwisko. Brzmiało ono Noirtier de Villefort, jednak potem mój dziadek zaczął popierać Bonapartego, zaś ojciec po osiągnięciu wieku męskiego przeszedł do opozycji i należał do stronników króla Ludwika XVIII. Wówczas to nastąpił swoisty podział naszej rodziny. Dziadek został bonapartystą i porzucił drugi człon nazwiska - de Villefort. Zaś ojciec został rojalistą i porzucił jego pierwszy człon - de Noirtier. W ten sposób ojciec i syn zerwali ze sobą wszelkie kontakty. Pierwszy z nich stał się panem Francois de Nortierem, zaciekłym bonapartystą, natomiast drugi z nich stał się panem Gerardem de Villefortem, zaciekłym rojalistą i służbistą. Nikt nie mógł ich ze sobą powiązać. Kariera jednego lub drugiego (w zależności oczywiście od tego, czyje stronnictwo zdołałoby odnieść ostatecznie zwycięstwo) mogłaby ulec poważnemu pogorszeniu, gdyby to pokrewieństwo wyszło na jaw. A zwłaszcza kariera mojego ojca. Dziadek bowiem wcale nie drżał na samą myśl publicznego ujawnienia tego sekretu - sam cesarz go uwielbiał, zatem on nie musiał się niczego obawiać. Mógł też śmiało posyłać swoich krewnych na bardzo poważne stanowiska państwowe i nikt by nie podważył jego decyzji. Oczywiście mógł on to zrobić jedynie wtedy, gdyby Napoleon znowu został cesarzem, co też się stało... na okres zaledwie stu dni.
Wracając do mojego dziadka, to dość szybko dotknęła tego jakże wspaniałego człowieka wielka tragedia i to większa od ponownego upadku jego ukochanego cesarza. Pękła mu bowiem żyłka w mózgu, wskutek czego biedak został na zawsze sparaliżowany i spędził resztę swojego życia w tym smutnym położeniu. Zmarł on zaledwie kilka lat temu. Zdążył się jednak nacieszyć prawnukami, jakimi ja i mój mąż go obdarzyliśmy. Bardzo go nam brakuje i tęsknimy za nim, jednak tak w gruncie rzeczy muszę powiedzieć, że śmierć była dla niego wybawieniem. Pan Noirtier był bowiem więźniem własnego ciała, choć wolę miał taką samą jak umysł, czyli niezłomną i potężną. Jego wola była zawsze tak samo silna. I nic nie było w stanie jej złamać. Biedny staruszek na pozór tylko był bezbronny i nie potrafił już niczego dokonać. W rzeczywistości miał znacznie więcej potęgi w sobie niżby ktokolwiek mógł przypuszczać. Z dziadkiem zawsze łączyła mnie wielka więź emocjonalna. Gdy został sparaliżowany, płakałam wiele dni, jednakże potem, gdy już się uspokoiłam, wpadłam na pomysł, w jaki sposób mogę porozumiewać się z moim dziadkiem. Mógł on w końcu delikatnie poruszać wargami, a także powiekami, które jako jedyne części ciała pozostały mu sprawne. Umysł jego również pozostał taki sam, a może nawet i więcej... Może to się wydawać nieco szalone, ale jestem pewna, że po sparaliżowaniu i unieruchomieniu się ciała, umysł oraz siła woli mojego dziadka znacznie wzrosły. Ale to tylko moje przypuszczenia.
Postanowiłam znaleźć z moim dziadkiem jakiś wspólny język, tylko dla nas. Po kilku nieudanych próbach udało się nam tego dokonać. Oboje ustaliliśmy wtedy, że jedno mrugnięcie powiekami będzie oznaczało „tak”, zaś dwa szybkie mrugnięcia „nie”. Gdy mój dziadek chciał mnie o coś poprosić, to zaczęłam wymieniać po kolei wszystkie litery alfabetu. Dziadek zatrzymywał mnie mrugnięciem powiek na literze, od której zaczynało się słowo, które chciał wypowiedzieć. Robiliśmy tak samo z pozostałymi literami alfabetu, aż w końcu ułożyliśmy z nich słowo, które chciał on powiedzieć (zwykle była to nazwa jakiegoś przedmiotu, którego akurat potrzebował). Rozmowy prowadzone w taki sposób trwały niekiedy bardzo długo, jednak prawdę mówiąc, czas nie miał dla nas wówczas najmniejszego znaczenia. Mieliśmy go bowiem oboje pod dostatkiem. Nieraz przesiedziałam z dziadkiem w jego pokoju całe godziny i rozmawiałam z nim, szukając w jego osobie wsparcia i pociechy, a dziadek, chociaż sparaliżowany, zawsze miał dla mnie czas, a ponadto ofiarowywał mi także pomoc oraz wsparcie. Największą przyjemnością dla mnie było opiekowanie się nim, ale nie mogłam przecież wiecznie robić tego sama. Dlatego też nauczyłam naszego specjalnego języka mojego ojca, a także i starego sługę mojego dziadka (weterana wojennego o imieniu Barrois), aby mogli mi w tym dopomagać. Sługa ów czynił to wręcz ochoczo, co zaś do mojego ojca, to cóż... On zawsze nienawidził mojego dziadka całym sercem. Trzymał go w swoim domu chyba tylko z poczucia jakiegoś obowiązku, albowiem odrzucenie opieki nad schorowanym ojcem groziło poważnym skandalem, jak również publicznym ostracyzmem, a tego wszak ojciec mój przede wszystkim chciał uniknąć.
Jakiś czas po ponownym ślubie mego ojca na świat przyszedł mój brat, któremu macocha nadała iście królewskie imię, Edward. Chłopiec ten był niewątpliwie synem mojego ojca, bowiem podobnie jak on lubił być zawsze w centrum uwagi. I umiał doskonale udawać. Świetnie się czuł, kiedy udało mu się kogoś omotać swoimi jakże pięknymi słówkami, jednakże bardziej wdał się w swoją matkę, a moją macochę, gdyż podobnie jak ona, miał zło wypisane na twarzy. Nie darzyłam go więc jakimś specjalnym uczuciem, ale był moim bratem i bardzo chciałam, aby wyrósł na porządnego człowieka. Niejedna moralizująca lekcja wyszła z moich ust w jego kierunku. Niestety, wszystko na próżno. Macocha moja robiła co się tylko dało, abym nie miała na Edwarda najmniejszego nawet wpływu. Rozpieszczała go jak tylko mogła, psując mu tym samym jego charakter do samego końca. W wieku kilku lat Edward był już tak bardzo rozpuszczony, że nawet Heloizy nie chciał słuchać. A co ona na to? Oczywiście była zapatrzona w niego jak w obrazek. Na mnie zaś patrzeć nie mogła i tylko czekała, aby jak najszybciej pozbyć się mnie z domu. Albo wydać za mąż, albo oddać do klasztoru. Ta druga opcja szybko jednak odpadła, bowiem mój ojciec czuł jakąś dziwną awersję do Kościoła i postanowił, że nie pozwoli na to, żeby krew z jego krwi została służką tej, jak to określił, żałosnej organizacji manipulującej ludzkimi umysłami. Z perspektywy czasu sądzę, że miał on sporo racji, kiedy tak oceniał Kościół. Chociaż tak naprawdę większym powodem, dla którego nie zostałam mniszką był fakt, że przecież każda nowicjusza musi wnieść do klasztoru całkiem spore wiano jako swój posag. Macocha moja zaś była bardzo zachłanna, ojciec w pewnym sensie też. Oboje woleli więc na mnie oszczędzić. Oczywiście, gdybym tak wyszła za mąż, to również musieli wypłacić za mnie posag, ale byłby to posag o wiele mniejszy niż taki, który należy wpłacić klasztorowi, abym została mniszką. Różnica była tak wielka, że mój ojciec i moja macocha nie mogli jej nie zauważyć. I z całą pewnością zauważyli.
Dość szybko znalazł się konkurent do mojej ręki. Był to młody baron Franz d’Epinay. Bardzo miły i dość sympatyczny młodzieniec. Przyznaję, że nawet bym za niego wyszła, gdyby nie to, że nieco wcześniej poznałam prawdziwą miłość mojego życia, czyli mego obecnego męża, Maksymiliana Morrela. Zakochaliśmy się w sobie i chcieliśmy być razem. Mój ukochany, aby móc mnie widywać, przebierał się za robotnika i wynajął się do pracy w sąsiednim domu. Spotykaliśmy się więc niemalże codziennie, zwykle przez płot. Niekiedy jedno lub drugie przechodziło przez niego i mogliśmy wtedy wpaść sobie w objęcia, jednak wciąż nad naszymi głowami wisiała groźba wydania mnie za barona d’Epinaya. Macocha szczególnie na to naciskała - chciała się wszak jak najszybciej pozbyć mnie z domu. Mój ukochany w przypływie uczuć zaproponował mi ucieczkę. Początkowo delikatnie się na niego oburzyłam za tę propozycję, jednakże po jakimś czasie zaczęłam się zastanawiać, czy to aby nie jest najlepsze wyjście z sytuacji.
Właśnie wtedy na scenę wkroczył hrabia de Monte Christo. Wszedł on w nasze życie w dosyć nietypowy sposób, uratował on bowiem życie mojej macosze i bratu, kiedy to jechali oni powozem zaprzężonym w konie pani Herminii Danglars. Konie były narowiste i w rękach osoby, której nie znały, mogły ponieść. Tak też się stało i w tym przypadku, chociaż słyszałam takie pogłoski, że to sam hrabia de Monte Christo spowodował ten wypadek z pomocą swojego czarnoskórego sługi, niemowy o imieniu Ali. Murzyn ów miał podobno za pomocą jakiegoś specjalnego gwizdnięcia lub też jakiegoś wywaru spowodować, że konie spłoszyły się i poniosły. Niestety, hrabia nigdy nie zdradził mi, czy te pogłoski to prawda. Faktem natomiast jest to, iż kiedy konie poniosły, Ali zjawił się nie wiadomo skąd, wskoczył na kozioł powozu i uspokoił te narowiste wierzchowce. Hrabia zaś szybko zabrał macochę i Edwarda, po czym ocucił mego brata kroplą brucyny. Macocha z wdzięczności zaprosiła swego wybawcę do naszego domu. Od tego czasu dość często ją odwiedzał i oboje spędzali godziny rozmawiając ze sobą jak serdeczni przyjaciele na temat trucizn, lekarstw oraz ich użycia w historii. Podczas jednej z takich rozmów hrabia podarował mojej macosze flakonik brucyny z zastrzeżeniem, że może go używać jako środek na ocucenie, ale dawka musi wynosić jedynie jedną kroplę, ponieważ użycie większej ilości spowoduje śmierć w bardzo okropnych bólach. Wkrótce miało się okazać, jak macocha używać będzie owego lekarstwa.
Przyznam się, że hrabia z początku nie wywarł na mnie pozytywnego wrażenia. Przede wszystkim dlatego, że żył w przyjaźni z moją macochą, co już samo w sobie stanowiło dla mnie powód, aby mu nie ufać. Powodem tej nieufności był również jego nietypowy wygląd i zachowanie. Pamiętam, że był zawsze blady niczym trup. Niektórzy sugerowali, że to być może jakiś wampir przybyły z orientalnego kraju, ale jego zachowanie było jeszcze bardziej ekscentryczne i niezwykłe niż sam wygląd. Ja sama, niestety, nie byłam świadkiem zbyt wielu takich jego ekscentrycznych wybryków. Poza tym miałam na głowie inne sprawy niż przejmowanie się hrabią. Pamiętam jednak, że mój ukochany Maksymilian zaproponował, żebyśmy poprosili hrabiego o pomoc w ratowaniu naszej miłości. Odmówiłam mu, podając za powód, że jest on przyjacielem mojej macochy, a co za tym idzie na pewno jest do nas wrogo nastawiony. Maksymiliana zdziwił mój osąd, gdyż ponoć poznał hrabiego od tej lepszej strony, jednakże nie zajmowaliśmy się tym zagadnieniem wtedy.
Niedługo potem, kiedy w domu naszym pojawił się hrabia zaczęły się dziać dziwne rzeczy. W międzyczasie również musiałam ratować się od niechcianego małżeństwa. Mój ukochany po raz kolejny zaproponował mi ucieczkę z domu. Choć groziło mi to powszechnym potępieniem ze strony społeczeństwa, byłam w desperacji i gotowa się na to zgodzić. Najpierw jednak do akcji wkroczył mój dziadek. Pewnego dnia nakazał nam przez Barroisa wezwać nas wszystkich do swego pokoju, po czym poprosił nas, żebyśmy sprowadzili tu notariusza. Zdziwieni uczyniliśmy to. Dziadek zaś z pomocą moją, mojego ojca oraz starego sługi spisał testament. W nim zaś wydziedziczał mnie, gdybym wyszła za pana Franza d’Epinaya. Dziadek mój bowiem nie życzył sobie mieć pana barona w swojej rodzinie. Ojciec chłopaka bowiem był niegdyś bonapartystą, ale potem po pierwszym upadku cesarza zmienił poglądy i został rojalistą, czego mój dziadek nigdy mu nie wybaczył. Teraz zapowiedział, że jeżeli wyjdę za Franza, cały jego majątek przejdzie na cele dobroczynne. Dziadek liczył na to, że tym czynem przestraszy ojca i macochę. Niestety, sukces był tylko połowiczny. Macocha przestraszyła się, ale ojciec wyśmiał ten testament i powiedział, że niechaj i tak będzie, ale ja i tak poślubię Franza, czy się dziadkowi to podoba, czy też nie. Jednakże mój dziadek nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
Zanim je jednak wypowiedział, wydarzyła się w moim życiu poważna tragedia. Państwo de Saint-Meran, rodzice mojej matki, postanowili mnie odwiedzić w związku z planowanym przez ojca moim ślubem, jednakże po drodze mój dziadek, pan de Saint-Meran, zażył nagle swoje lekarstwo (to samo, które nieco wcześniej sama mu przysłałam, na jego zresztą prośbę), a następnie zasnął i... już nigdy się nie obudził. Biedak umarł, wprawiając tym samym babcię w rozpacz. Przybyła ona cała zapłakana i zrozpaczona. Ojciec i ja pocieszaliśmy ją, jak tylko mogliśmy najlepiej, jednak ona nie widziała już sensu istnienia. Kilka dni później wezwała notariusza i zapisała mi cały majątek swój i swego męża, a mojego dziadka. Na łożu boleści zaś nakazała mi, abym poślubiła pana d’Epinaya. Nie mogłam jej odmówić i zgodziłam się, chociaż zrobiłam to z bólem serca. Babcia nieco później umarła. Do dziś pamiętam jej śmierć. Po kolei następowały u niej niewiarygodne ataki bólów i palenia w gardle, z których niestety trzeci był śmiertelny. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że te objawy mają tak poważne znaczenie, jak się później okazało. O ile się nie mylę, to właśnie tej nocy, której umarła moja babcia, mój ukochany przygotował dla nas dokładny plan ucieczki. Nie mogłam jednak zjawić się w umówionym miejscu ze względu na śmierć babci. Maksymilian zaniepokojony więc przyszedł dowiedzieć się, co się stało. Opowiedziałam mu o wszystkim i zabrałam do mego dziadka, chcąc prosić go o radę. Dziadek szybko polubił Maksymiliana, jednak oświadczył, że na moją ucieczkę z domu się nie zgadza, miał bowiem znacznie lepszy plan działania i kazał nam czekać. Posłuchaliśmy go, choć przyznaję, że nie było to dla nas łatwe.
Po odpowiednim okresie żałoby ojciec i macocha postanowili wydać mnie za mąż za pana d’Epinaya, ale wtedy przyszedł czas na cios ze strony mojego dziadka. Wezwał on nas na chwilę przed podpisaniem intercyzy przedmałżeńskiej i oznajmił, że ma nam coś ważnego do powiedzenia. Na jego polecenie znaleźliśmy w jego biurku pewien stary rękopis, w którym napisane były dokładnie oraz szczegółowo wszystkie okoliczności śmierci ojca Franza d’Epinaya. Wyglądały one następująco: ojciec Franza został wezwany na spotkanie bonapartystów, którzy właśnie szykowali odbicie cesarza z Elby. Liczyli na pomoc swego dawnego stronnika, on jednak nie zamierzał im pomagać i oświadczył to w sposób niezwykle butny. Prezes całego tego zgromadzenia i jego poplecznicy zmusili więc pana d’Epinaya, aby przysiągł, że ich nie wyda, po czym postanowili odwieźć go do domu. Stary baron d’Epinay jednak narzekał głośno, że jego rozmówcy są bandytami i że siłą go do tej przysięgi zmusili. Odgrażał im się nawet. Prezes spotkania nie wytrzymał tego. Zatrzymał powóz, którym wiózł barona do domu i zażądał satysfakcji. Doszło wtedy do pojedynku, w którym to prezes zadał baronowi trzy rany. Ostatnia z nich była śmiertelna. Tak oto wyglądały okoliczności śmierci ojca mego niedoszłego męża. Oczywiście, było to wielkim szokiem dla Franza, jednakże najgorsze miało dopiero nadejść - kiedy Franz zapytał mojego dziadka, czy wie on, kto był tym prezesem bonapartystów, dziadek odpowiedział, że wie. A po chwili na kolejne pytanie, kim że jest ten człowiek, odpowiedział „JA”. Nie umiem opisać tego szoku, który odmalował się na twarzach nas wszystkich, a najbardziej na twarzy Franza, kiedy odkryliśmy ten straszny sekret. Baron d’Epinay natychmiast oznajmił nam, że nie może poślubić wnuczki mordercy swojego ojca, czym wprawił mnie i dziadka w radość, a mego ojca i macochę we wściekłość. Żal mi było biednego Franza, ostatecznie nic złego mi nie zrobił, ale nie kochałam go i nie mogłam go nigdy pokochać. Wstyd powiedzieć, jednak byłam w tej chwili zbyt mocno zajęta myśleniem o tym, że mogę być z moim ukochanym, iż nie myślałam zbytnio o bólu, jaki niewątpliwie musiał czuć mój niedoszły małżonek.
Radość w naszym domu bardzo szybko zanikła. Zmarł bowiem nasz wierny Barrois i to w naprawdę niesamowitych okolicznościach. Zaczęło się od tego, że w dniu, w którym doszło do tej tragedii, panował bardzo duży upał. Dziadek mimo tego był jednak bardzo z siebie zadowolony. Kilka dni wcześniej zmienił nawet testament, w którym zapisał mi cały swój majątek. Barrois został wysłany do miasta po jakieś sprawunki, a kiedy wrócił, był strasznie zmęczony. Dałam mu więc do picia lemoniadę, którą zrobiłam dla dziadka. Jakąś chwilę po jej wypiciu biedny Barrois doznał ostrych bólów w brzuchu oraz gardle. Po chwilowym ich ustąpieniu nastąpił kolejny atak, potem znowu przerwa i następny atak, tym razem śmiertelny. Wezwany na pomoc lekarz nie zdołał już go ocalić. Nie wiedziałam, co się stało. Mogłam się tylko domyślać tego, że do lemoniady mego dziadka ktoś dolał trucizny i na jej skutek nasz stary kochany Barrois został zamordowany.
Ale kto by chciał zabić naszego starego sługę, pytaliśmy sami siebie. Szybko stwierdziliśmy, że nikt nie miał powodu, aby tego dokonać. Zatem zabójca chciał zabić mojego dziadka lub mnie. Dziadek jednak wcześniej pił tę samą lemoniadę i nic mu się nie stało. Jak to było możliwe? Nie miałam pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Wiedziałam tylko jedno. Moja babcia, pani de Saint-Meran, miała niemalże takie same bóle przed swoją śmiercią, jak biedny Barrois. Nie mogło to być dzieło przypadku. Ktoś otruł moją biedną babcię (a niewykluczone, że wcześniej również i dziadka), a teraz zabrał się za pana Noirtiera. Odpowiedź, kto to zrobił, była tutaj widoczna jak na dłoni, ale jakoś nikt nie odważył się wypowiedzieć jej na głos. Tak właściwie, to nikt nawet nie śmiał pomyśleć, że to ta osoba.
Niedługo potem to samo, co moją babcię i wiernego Barroisa spotkało i mnie. Tyle tylko, że ja przeżyłam. Ataki bólów nadeszły, jednak były one o wiele mniej bolesne. Wywołały we mnie jedynie osłabienie, wskutek czego musiałam leżeć w łóżku. Wezwany lekarz szybko rozpoznał, że to ta sama trucizna, która zabiła moich dziadków (nie ukrywał już bowiem przede mną tego, że państwo de Saint-Meran zostali otruci) i starego sługę, teraz o mało nie zabiła mnie. Dlaczego ja jednak przeżyłam? Odpowiedź była bardzo prosta. Po prostu nieświadomie uodporniłam się na działanie tej trucizny. Jak to możliwe? Otóż mój dziadek od dawna zażywał brucynę, gdyż lekarz przypisał mu ją jako lek na paraliż, wskutek czego zatruta lemoniada nie zabiła go, choć wyczuł on truciznę w napoju. Obawiając się o moje życie wtajemniczył w całą sprawę swojego sługę, następcę Barroisa. Nakazał mu, aby dodawał do mego napoju i jedzenia odrobinę brucyny. Najpierw mało, a potem coraz więcej. To by też tłumaczyło, dlaczego moje posiłki miały nieraz smak goryczy. Uodporniałam się więc na działanie tej trucizny, choć wciąż wisiało ryzyko, że truciciel spróbuje szczęścia jeszcze raz, tym razem dając mi końską dawkę brucyny, przed którą żadne uodpornienie mi nie pomoże. Albo będąc bardziej przezornym nafaszeruje mnie inną trucizną i już nic mi nie pomoże. Niebezpieczeństwo zatem wciąż wisiało nad moją głową, zaś morderca czaił się w pobliżu, jednak najgorsze było to, że ja nie miałam pojęcia, kim on jest.
Jednej nocy, kiedy jeszcze leżałam osłabiona po niedawnym zamachu, odwiedził mnie pewien człowiek. Wkradł się do mego domu przez okno za pomocą drabinki sznurowej. Był to pewien Włoch, niejaki ksiądz Busoni. Za takiego się przynajmniej podawał, ale szybko ujawnił mi, że naprawdę jest on hrabią de Monte Christo w przebraniu i chce mi pomóc, abym mogła połączyć się z ukochanym Maksymilianem, którego on kocha jak własnego syna. Wyjawił mi również całą prawdę. Trucicielką w naszym domu była... moja macocha. Pomimo całej niechęci, jaką do niej żywiłam, z początku nie uwierzyłam w jego słowa, szybko jednak okazało się, że pan hrabia mówił prawdę. Zostawił mnie na chwilę samą, a wówczas do mojej sypialni weszła moja macocha i myśląc, że śpię, wlała mi do szklanki z wodą, jaką miałam na nocnej szafce, narkotyk o niezwykle trującym działaniu. Gdybym go wypiła, zginęłabym niechybnie. Zrobiwszy to wyszła natychmiast, myśląc widocznie, że nikt jej nie dostrzegł, jednak ja i hrabia ją widzieliśmy. Hrabia wylał truciznę do kominka i podał mi środek nasenny. Miałam po nim spać dwie doby i wyglądać jak nieżywa. Monte Christo oznajmił mi, że gdy już złożą mnie do rodzinnego grobowca, to on się tam zjawi i wydostanie mnie, po czym odda mnie Maksymilianowi. Plan ten, rodem z dzieł Szekspira, był niezwykle ryzykowny, ale wtedy nie mieliśmy innego wyboru. Zaufałam hrabiemu i zażyłam likwor, jaki mi podał, po czym zasnęłam.
Nie wiem, co się potem działo, byłam bowiem pogrążona w letargu. Wiem jednak, że tak po dwóch dobach obudziłam się i siedział obok mnie ksiądz Busoni. Zabrał mnie on potem na wyspę Monte Christo, po czym oddał pod opiekę swojej wychowanicy, greckiej księżniczki Hayde. Obie miałyśmy do dyspozycji cały oddział bardzo sympatycznych włoskich przemytników, którzy to spełniali wszystkie nasze zachcianki. Czekałyśmy na przybycie hrabiego i Maksymiliana. W końcu się oni zjawili. Mój ukochany nie wiedział, że ja żyję, hrabia pozostawił bowiem najlepsze na koniec. On już tak miał. Obaj panowie usiedli i zaczęli ze sobą rozmawiać. Nie wiem dokładnie o czym, ale wiem, że już po chwili byli lekko odurzeni haszyszem (mój ukochany znacznie mocniej). Wówczas to wyszłyśmy my i rzuciłyśmy się w objęcia swoim ukochanym. Mówię w liczbie mnogiej, ponieważ podczas pobytu na wyspie Monte Christo Hayde i ja zaprzyjaźniłyśmy się ze sobą, a Hayde wyznała mi, że od dawna darzy wielkim uczuciem hrabiego, że kocha go jak swojego pana, ojca i męża zarazem i że nie umie bez niego żyć, ale on ciągle wzdraga się przed tą miłością. Był od niej bowiem o połowę starszy. Miał już wtedy czterdzieści dwa lata, a ona zaledwie dwadzieścia cztery. Hrabia miał zatem wątpliwości, czy taka różnica wieku może być możliwością na osiągnięcie szczęścia w miłości. Poza tym też obawiał się, czy zasługuje na miłość. Hayde jednak wyznała mu swoje uczucie, a potem dla pewności powiedziała mu na ucho swój słodki sekret.
Pyta pan jaki sekret? Już panu mówię. Znam go, gdyż Hayde wcześniej wyznała mi go. Mianowicie była brzemienna i to właśnie z hrabią de Monte Christo. Tak, nosiła pod sercem jego dziecko. Podobno hrabia, tuż przed swoim pojedynkiem z Albertem de Morcerfem uległ pokusie i kochał się z Hayde, do której już od dawna zaczął czuć coś więcej aniżeli tylko uczucie opiekuna do wychowanicy. Noc ta zaowocowała ciążą. Myślę, że pan hrabia, słysząc jej słowa, na pewno się ucieszył i wszelkie wątpliwości, aby mogli być ze sobą rozwiały się jak pod podmuchem wiatru. Tak myślę, ale nie mam pewności, czy dokładnie tak było. To już na zawsze chyba pozostanie w sferze moich domysłów, bowiem hrabia i Hayde odpłynęli na Wschód statkiem, zanim ta rozmowa została przeprowadzona. Chwilę potem ich wspólny przyjaciel, przemytnik o takim dziwnym imieniu... Zaczynało się ono chyba na J... Nie wiem, nie pamiętam. W każdym razie ów przemytnik wręczył nam list od hrabiego. Pisał on w nim, że prosi nas, abyśmy przyjęli od niego skarb, jaki miał na wyspie Monte Christo, a w każdym razie tę resztę, której nie zdążył spożytkować. Mieliśmy też wziąć oba jego domy: ten na Polach Elizejskich oraz ten w Auteuil. Hrabia postawił nam jednak jeden warunek. Mieliśmy majątek, który odziedziczyłam po państwu de Saint-Meran oraz po dziadku Noirtier, przekazać na cele dobroczynne. W liście hrabia de Monte Christo wyjawił nam też, że mój ojciec dowiedział się o zbrodniach mojej macochy i zmusił ją do popełnienia samobójstwa i to jej własną brucyną, jednakże ona przed śmiercią podała brucynę Edwardowi, nie chcąc, aby chłopiec musiał żyć bez niej, bo ponoć nie dałby sobie rady sam na tym świecie. Ojciec mój, na wskutek tego wydarzenia dostał pomieszania zmysłów, a niedługo potem został zamknięty w szpitalu dla wariatów, gdzie jakiś rok później zmarł. Po odczytaniu tego listu przemytnik zabrał nas do domu na Polach Elizejskich, gdzie czekał już na nas mój dziadek, by pobłogosławić nasz związek.
Pobraliśmy się i jesteśmy obecnie ze sobą bardzo szczęśliwi. Poznałam siostrę Maksymiliana, Julię oraz jej męża, Emanuela. To naprawdę cudowni ludzie. Urodziły nam się dzieci, którym to nadaliśmy imiona Edmund i Hayde. Nie wzięliśmy jednak całego skarbu hrabiego de Monte Christo, jego większość oddając właścicielowi, sobie zaś zachowując jedynie jego niewielką część, która to pomogła mojemu mężowi rozwinąć jego rodzinną firmę „Morrel i syn”. Hrabia nieco się zasmucił, ale uszanował naszą decyzję i odebrał swój skarb, sprzedał swój dom w Auteuil, którego to mroczna atmosfera odpychała od siebie wszystkich gości, zaś dom na Polach Elizejskich zachowaliśmy my i mieszkamy w nim do dzisiaj. Nasze dzieci zaś powoli wchodzą w dorosłe życie i wierzę, że będą w nim szczęśliwe. A co do hrabiego i Hayde, to wraz ze swoim dzieckiem często nas odwiedzają, stając się niezbędną częścią naszego życia, na co w pełni zasługują.

Trzeba przyznać, że Walentyna ma za sobą naprawdę tragiczną przeszłość, choć dla niej na szczęście to wszystko zakończyło się szczęśliwie, a zawdzięcza to tylko hrabiemu, bo gdyby nie on , to również zostałaby otruta przez macochę, która była tak tępa, że wlała truciznę do szklanki w obecności Walentyny zamiast zrobić to gdzie indziej. Nie pomyślała, że Walentyna mogła tylko udawać, że śpi. Głupia, pusta, żałosna menda. No, ale Walentynie udało się wyjść na prostą i wszystko dobrze się skończyło, skoro ostatecznie wyszła za Morrela, a hrabia okazał się naprawdę hojny i szczodrobliwy oddając w ich posiadanie swoje domy we Francji oraz skarby. Pewnie w ten sposób chciał wynagrodzić Walentynie stratę dziadków, do której poniekąd się przyczynił dając tę wiedźmie truciznę. Nie przewidział, że ona zamiast męża zapragnie otruć dziadków Walentyny i nią samą. Postąpił naprawdę głupio, bo był zaślepiony żądzą zemsty na Villeforcie. Przecież to tylko o jego śmierć mu chodziło za to, że skazał go na pobyt w wiezieniu bez żadnego procesu.
OdpowiedzUsuńHrabia w niezwykły sposób odmienił życie wielu osób. Dzięki niemu Walentyna może być ze swym ukochanym.
OdpowiedzUsuńChyba już się domyślam, że Marta jest córką hrabiego Monte Christo i tylko ona może wyznać Kronikarzowi prawdę. Ciekawe, jak on na nią zareaguje?