sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 41

Rozdział XLI

Dzienniki Jeana Chroniqueura


23 lipca 1855 r. c.d.
Musiałem przyznać, że choć zapiski Fernanda Mondego nie wyjaśniły nam wszystkich istotnych kwestii, to jednak stało się tak, jak powiedziała pani Herrera - rzuciły one znacznie więcej światła na prowadzoną przez nas sprawę i pomogły nam zrozumieć o wiele więcej, niż rozumieliśmy do tej pory. Przede wszystkim zaś, co zresztą moim zdaniem było najważniejsze, pozwoliły nam one poznać historię hrabiego Monte Christo z zupełnie innej strony niż dotychczas. W ten sposób dowiedzieliśmy się, dlaczego Fernand wziął udział w spisku przeciwko Edmundowi Dantesowi, jakie motywy nim kierowały oraz to, co czuł przez te wszystkie lata, zanim w końcu dosięgła go karząca ręka sprawiedliwości. Muszę przyznać, iż po lekturze tegoż rękopisu było mi jeszcze bardziej żal biednego hrabiego de Monte Christo i tak właściwie, to rozumiałem, dlaczego się zemścił. Ileż on musiał się wycierpieć przez tych oto czterech nędzników: Caderousse’a, Mondego, Villeforta i Danglarsa.
Sam rękopis uważałem za pełne cynizmu oraz nienawiści studium nad ludzką złą naturą. Jego autor był kanalią i dostał to, na co zasłużył. Czułem się okropnie po jego lekturze. Pocieszało mnie w pewnym sensie to, że pan Mondego alias hrabia de Morcerf miał okropne wyrzuty sumienia z powodu tego, co zrobił. Nie był więc taki zwyrodniały jak baron Danglars, ani tak bezlitosny jak prokurator Gerard de Villefort, co jednak nie zmieniło mojej antypatii do niego. Co prawda, zgodnie z obietnicą daną Mercedes Herrera, postanowiłem nie oceniać jej śp. męża, ale nie zamierzałem też udawać, że gdyby jeszcze żył, to splunąłbym mu chyba w twarz z pogardą.
- Doskonałe są te zapiski, Jean - powiedziała Marta, gdy skończyliśmy czytać rękopis - Idealnie stworzone zapiski zbrodniarza.
Zaśmiałem się delikatnie słysząc jej słowa.
- Zapiski zbrodniarza. Cha cha cha! Och, droga Martusiu! Tak długo już podróżujemy razem, a jednak wciąż mnie zaskakujesz.
Marta słysząc moje słowa zrobiła bardzo zadowoloną minę.
- Tym lepiej. Uznaję twoje słowa za komplement.
- I bardzo dobrze - pokiwałem głową z uśmiechem - Ale nie wiem, co takiego intrygującego znajdujesz w tym rękopisie?
Ukochana moja spojrzała na mnie z figlarnym uśmieszkiem powoli dopijając wino ze swojej szklanki.
- Bo sam powiedz, Jean, jak często trafiają ci się takie zapiski jak te? Zapiski stworzone przez zbrodniarza?
Musiałem przyznać, że zdarzały mi się one niezmiernie rzadko.
Marta pokiwała zadowolona głową słysząc moje słowa.
- No właśnie. Sam więc widzisz, że to dość nietypowy rodzaj zapisków i to właśnie jest w nich tak bardzo intrygujące. Ta ich nietypowość, jak i również fakt, że zbrodniarz bez najmniejszej krępacji pisze o tym wszystkim, co uczynił.
- Pisze bez krępacji, ponieważ wie, że stoi już nad grobem i praktycznie jest mu już wszystko jedno. Ale masz rację, to interesujący aspekt psychologiczny.
- Raczej typowa reakcja człowieka, który ma za chwilę umrzeć. Chce dostać łagodniejszy wyrok na Sądzie Ostatecznym, dlatego zbiera mu się na szczerość i chce się wyspowiadać. Zwyczajnie drań liczy na zrozumienie. Każdy, kto ma coś na sumieniu, tak robi.
Wybuchnąłem śmiechem, kiedy usłyszałem jej słowa.
- Chyba raczysz żartować, Martusiu. Niby skąd nagle u ciebie takie wielkie doświadczenie w tych sprawach?
Uśmiechnęła się do mnie tajemniczo i odpowiedziała:
- Jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz. Poza tym nie obrażaj mnie, proszę. Może i jestem młoda wiekiem, ale na pewno nie głupia. Szesnaście wiosen wcale nie oznacza bycie mało inteligentnym.
Zacząłem jej szybko wyjaśniać, że wcale nie zamierzałem jej obrazić, ale po prostu nie spotkałem jak dotąd jeszcze kobiety o tak niesamowicie nietypowych zainteresowaniach jak psychologia czy też śledztwa dziennikarskie. Marta mi na to odrzekła, że najwidoczniej mało inteligentnych kobiet poznałem w swoim życiu. Musiałem przyznać jej rację.
Zapłaciłem rachunek i razem wyszliśmy z tawerny.
- A więc, Jean, jakbyś tak ogólnie ocenił naszą dzisiejszą wizytę? Wizytę u pani Mercedes? - zapytała Marta, gdy szliśmy w stronę powozu.
Obdarzyłem ją promiennym uśmiechem, po czym odpowiedziałem:
- Uważam naszą wizytę u tej pani za bardzo owocną. Dowiedzieliśmy się bowiem wielu istotnych szczegółów jak chociażby tożsamość hrabiego de Monte Christo, a to moim zdaniem najważniejsze.
Marta spojrzała na mnie ponownie.
- A co sądzisz o naszej informatorce?
- Co ja o niej sądzę? - odpowiedziałem Marcie pytaniem na pytanie - Ano muszę ci powiedzieć, że uważam panią Mercedes za istotę co najmniej głupią.
- O! To bardzo ciekawe - zaśmiałem się - A czy wolno wiedzieć, dlaczego tak radykalnie ją oceniasz?
- Może nie tyle radykalnie, co po prostu bardzo realnie. No, bo zobacz sama... Jestem pewien, iż hrabia Monte Christo na pewno wciąż ją kochał, a jeżeli nawet nie kochał, to na pewno wciąż coś do niej czuł. My Francuzi zwykliśmy mawiać w takich sytuacjach, że stara miłość nie rdzewieje.
Marta, słysząc moje słowa, delikatnie zachichotała.
- Doprawdy? - zapytała zalotnym tonem.
- Ano tak. W każdym razie, zazwyczaj tak się dzieje. A ja jestem pewien, że hrabia i Mercedes mogli być dalej razem, ale ona nie umiała z nim żyć. Nie umiała docenić jego uczuć.
- Tak. Tutaj się z tobą zgadzam, Jean - potwierdziła moja ukochana - Ponadto wybrała żałosną egzystencję w samotności wyrzekając się nawet bliższych relacji z synem i jego dziećmi.
- Owszem, bo przecież mogła najspokojniej w świecie, nie myśląc w ogóle o przeszłości, zamieszkać z synem i jego rodziną, być prawdziwą matką oraz babcią, a zamiast tego...
- A zamiast tego woli egzystować w jakieś norze na przedmieściach Marsylii. Nazywam to egzystencją, gdyż trudno mi jest nazwać to, co ona robi, „życiem”.
- Mnie również. Pytanie jednak, po co ona to robi? Co ona niby chce przez to osiągnąć?
Marta szła obok mnie zastanawiając się przez chwilę nad odpowiedzią na to zagadnienie. Chyba dość szybko przyszła ona jej do głowy, gdyż po chwili ciszy rzekła:
- Może to jest tak, że ona po prostu... Jakby to ująć... Że ona świadomie szuka samotności, gdyż chce się wszystkim ukazać jako biedna i niewinna ofiara męskiej rywalizacji o jej osobę. Chce pokazać wszystkim, jaka to ona jest pokrzywdzona i nieszczęśliwa, jak to Fernand Mondego odebrał jej ukochanego, zaś hrabia Monte Christo męża oraz godność. Zaprasza nas do siebie, pokazuje swoje zdecydowanie ubogie mieszkanie, ukazuje nam siebie jako nieszczęśliwą ofiarę intryg swojego kuzyna i męża. Mówi nam: „Zobaczcie, jak ja cierpię”.
Słowa Marty wydawały mi się być co najmniej dziwne, jednak kiedy je sobie przypomniałem, łącząc to z jakże żałosnym wyglądem mieszkania ex-hrabiny de Morcerf, to stwierdziłem, że w tym, co mówi moja ukochana, jest wiele prawdy.
- Ale przecież... To jest żałosne... - powiedziałem.
- Nie inaczej. Żałosne. Doskonałe słowo - potwierdziła Marta kiwając palcem - Sama bym lepiej tego nie określiła, ale jak widzisz, nawet takie sytuacje się na świecie zdarzają.
Westchnąłem głośno, zastanawiając się nad tym, jak niesamowicie bezdenna potrafi być ludzka głupota.
- Mimo wszystko i tak nieco współczuję tej biednej kobiecie - powiedziałem ze smutkiem i melancholią w głosie - Choćby najbardziej z powodu jej głupoty.
- Nie współczuj jej, Jean. Nie współczuj - rzekła Marta - Ona by tego bardzo chciała, ale nie jest tego warta. Nie potępiaj jej również. W końcu głupota jest cechą dominującą wielu ludzi na tym świecie. Niestety, głównie kobiet, jednak taka już nasza natura. Zresztą nieważne. Nie współczuj jej, ale też i nie potępiaj. Pamiętaj jedynie, że jeżeli jej los jest smutny i żałosny, to tylko i wyłącznie z jej własnej woli. Człowiek jest kowalem własnego losu i bez względu na wszystko, co go spotyka, może wyjść na prostą, jeśli tylko oczywiście sam tego chce. Mercedes sama wybrała swój los. Dlatego też, jeżeli już kogoś może o niego winić, to tylko samą siebie. Nie potępiaj jej ani nie współczuj, bo ani jednego ani drugiego nie jest warta.
- Biedni są wszyscy ludzie, którzy nie są godni ani naszego współczucia, ani też potępienia - powiedziałem filozoficznym tonem.
- To prawda, bo przecież nawet ludzie, których potępiamy, mogą też zdobyć nasze współczucie. A takie osoby jak ona nie zasługują od innych ludzi na nic.
- Masz rację, Marto. Masz rację.
Postanowiliśmy jednak przestać mówić o tej kobiecie, gdyż mówiąc o niej czułem w sercu ogromny smutek, a i mojej towarzyszce podróży też wcale nie było wesoło z tego powodu. Dlatego też zmieniliśmy temat. Marta zapytała mnie, dokąd teraz się udamy.
- Widzisz... W tym jest właśnie problem - odpowiedziałem jej z delikatnym zażenowaniem - Mianowicie taki, że sam tego nie wiem.
- Jakże to? - zdziwiła się Marta.
- Tak to. Bo sama zobacz. Mercedes nie wskazała nam żadnego człowieka, którego moglibyśmy odwiedzić i wypytać go o hrabiego Monte Christo.
- Właściwie to masz rację, ale być może coś wymyślimy...
- Śmiem wątpić. Nie mam nawet żadnego punktu zaczepienia.
- Mimo wszystko uważam, że winniśmy kontynuować poszukiwania.
- No ba! Ale jak to zrobić? Nie wiemy nawet, dokąd mamy się udać, a przecież informator nie zjawi się przed nami niczym deus ex machine.
Ledwo wypowiedziałem te słowa, a przed nami stanął jakiś niski mężczyzna o czarnych włosach oraz lekkim wąsiku. Od razu go rozpoznałem. Był to Jacopo, Włoch poznany przez nas podczas pobytu w Rzymie.
- Dzień dobry, państwu - powiedział Jacopo, kłaniając się nam nisko.
- Dzień dobry, panie Jacopo - odpowiedziałem zdumiony - A cóż pan tu robi w Marsylii?
- Szukam państwa i to już od jakiegoś czasu - wyjaśnił nam Włoch.
- Szukał nas pan? A niby w jakim celu? - zapytałem zdumiony jego słowami.
- Dokładnie. W jakim celu nas pan szukał? - dodała Marta.
- W takim oto celu.
Wypowiadając te słowa Jacopo wyjął zza pazuchy list i podał mi go do ręki. Zdumiony wziąłem od niego pismo nie wiedząc przez chwilę, co mam z nim zrobić.
- Cóż to takiego jest?
- Niech pan otworzy i sam przeczyta - odpowiedział mi tajemniczym głosem Jacopo - W piśmie tym wszystko jest wyjaśnione.
Ciekawość zżerała mnie od środka, dlatego też bardzo szybko otworzyłem list i zachłannie zacząłem go czytać.

2 komentarze:

  1. Może i Fernand żałował popełnionych zbrodni, ale to niczego nie zmienia, bo trochę za późno to zrozumiał. Ambicja tak go zaślepiła, że z byle rybaka stał się wielkim panem przez liczne zdrady, jakich się dopuścił, co bynajmniej go nie usprawiedliwia. Mercedes z kolei rzeczywiście nie postępuje mądrze, skoro woli żyć w samotności i zgryzocie, rozpamiętując to, co było zamiast zająć się teraźniejszością. Skoro nie potrafiła zdobyć się na to, żeby wrócić do hrabiego, to mogła zamieszkać ze swoją rodziną, a nie żyć w odosobnieniu i zgrywać ofiarę losu, bo takie życie nie ma najmniejszego sensu, skoro zamierza je spędzić na użalaniu się nad swoim losem, którego przecież nie zmieni. Sama zrobiła z siebie męczennicę i pokutnicę, choć nie była przecież niczemu winna, bo i skąd mogła wiedzieć, że Fernand stał za uwięzieniem Dantesa? A Jean znów miał niesłychane szczęście, że spotkał kolejnego informatora, który przyjechał do Paryża tylko po to, aby go odnaleźć i opowiedzieć mu, co wie na temat hrabiego. Widocznie zależy mu na tym, aby biografia hrabiego została opublikowana w gazecie, bo czyny takiego człowieka powinny zyskać sławę we Francji, tym bardziej, że przecież większość Francuzów nie przypuszczała nawet, że niezwykle bogaty, a przy tym i rozrzutny hrabia Monte Christo może być ich rodakiem, tylko przypisywali mu włoskie bądź też wschodnie pochodzenie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Marta ma dopiero szesnaście lat? Nie wiem czemu, ale wydawała mi się starsza o kilka ładnych lat, taka pewna siebie, a nawet lekko zarozumiała w ocenianiu innych.
    Niesamowite! Jacopo sam się pojawił z tym pismem u naszej pary śledczych.
    I co w tym piśmie jest? Ciekawość mnie rozpala. Jakie tajemnice się tam kryją?

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...