sobota, 16 grudnia 2017

Przedmowa spisana ręką Jeana Chroniqueura


Rok 1855 ma dla mnie bardzo szczególne znaczenie. Tego bowiem roku miały miejsce pewne niezwykłe wydarzenia, które na zawsze odmieniły moje życie i uczyniły mnie najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Teraz, kiedy po latach rozmyślam o tym wszystkim, wciąż nie mogę się nadziwić, jak w ogóle do tego wszystkiego doszło. Błogosławię też często dzień, w którym zlecono mi napisanie artykułu na temat hrabiego Monte Christo, ponieważ to właśnie od niego rozpoczął się ten łańcuch niesamowitych zdarzeń, dzięki którym zyskałem szczęście i to tak wspaniałe, że już lepszego nie mógłbym sobie wymarzyć. Chciałbym opowiedzieć, jak do tego wszystkiego doszło. Mam tylko nadzieję, że moja opowieść nikogo nie znuży, a prócz tego pomoże każdemu łatwiej zrozumieć, kim tak naprawdę był człowiek, którego cały świat poznał pod nazwiskiem hrabiego Monte Christo.
Nazywam się Jean du La Puffe. Pochodzę z bardzo starej, francuskiej rodziny szlacheckiej, która w ciągu ostatnich lat przetraciła znaczną część swojego majątku na hulankach i zabawach. Z tego też powodu ja, jako potomek tego szlachetnego rodu, aby mieć za co żyć, musiałem, że tak powiem, splamić swoje ręce pracą w uczciwym zawodzie. Oczywiście moi jakże szlachetni przodkowie na pewno do dzisiaj przewracają się w grobie na myśl o tym, że ich potomek poniża się pracując jak zwykły, szary obywatel. Jeśli jednak mam być szczery, niewiele mnie ten fakt obchodzi. Smutną prawdą na tym świecie jest to, że jeśli człowiek chce żyć, to musi przestać przejmować się pochodzeniem, bo nie jest ono w stanie go wyżywić. Mogłem oczywiście znaleźć sobie bogatą kochankę i pójść na utrzymanie, ale na to nie potrafiłem się jakoś zdobyć, uważając takie wyjście z sytuacji za co najmniej niehonorowe, jeżeli nie wręcz upokarzające. Dlatego właśnie zacząłem pracować.
Muszę jednak zauważyć, iż niełatwo mi było znaleźć odpowiednią dla moich możliwości pracę. Jako człowiek nieprzygotowywany przez rodziców do trudnej sytuacji życiowej, nie miałem praktycznie żadnych kwalifikacji do ciężkiej pracy fizycznej, do której też (tak nawiasem mówiąc) nie miałem najmniejszego zapału. Na szczęście z pomocą przyszedł mi wówczas mój ojciec chrzestny, Alfons de Beauchamp, podobnie jak i ja pochodzący ze starej arystokratycznej rodziny. Był on redaktorem naczelnym popularnej wtedy gazety „Journal de Paris” i załatwił mi w niej pracę, oczywiście pod swoim kierownictwem. Zgodziłem się na nią bez wahania. Miałem smykałkę do pisania, gdyż od jakiegoś czasu amatorsko zajmowałem się pisarstwem, ale rzecz jasna wydawałem wszystkie swoje dzieła pod pseudonimem. Moi liczni i wciąż żyjący krewni, którzy w ciężkiej mej sytuacji materialnej łatwo zapomnieli o mnie, nigdy nie darowaliby mi tego, gdybym wręcz zszargał ich nazwisko poniżającą pracą pisarza. Dlatego też przyjąłem pseudonim Jean Chroniquer. Pod tym oto fałszywym nazwiskiem kontynuowałem swoją karierę pisarską jako dziennikarz, dlatego też jako Jeana Chroniquera poznali mnie wszyscy czytelnicy gazety „Journal de Paris”. To oto moje przybrane nazwisko zyskało też w niedługim czasie wielką i moim zdaniem zasłużoną sławę.
Mój fach bardzo szybko przypadł mi do gustu. Nie musiałem w nim ciężko pracować, obowiązki sprawiały mi przyjemność, poznawałem interesujących ludzi, zaś moja ciekawość dotycząca wszelkich wydarzeń dziejących się w Paryżu i na świecie, była zaspokajana w stu procentach. Pracowałem za porządną pensję, zaś mój pracodawca lubił mnie i był ze mnie całkowicie zadowolony. Nie oznacza to oczywiście, że miałem jakieś fory. Nic z tych rzeczy. Mój drogi ojciec chrzestny nie traktował mnie lepiej od innych swoich pracowników, ale na równi z nimi. Wdzięczny jestem mu za to, ponieważ to właśnie dzięki temu nie uderzyła mi do głowy woda sodowa. Uczciwie jednak muszę również powiedzieć to, że widać było, iż mój pracodawca pozwala mi się rozwinąć w każdej mojej specjalności, a miałem ich kilka. Posiadałem więc wszystko, czego mi było trzeba do szczęścia.
Jedyne, co mnie denerwowało w moim trybie życia, to jego prawdziwie męcząca monotonia. Chwilami stawała się ona wręcz nie do zniesienia, ponieważ większość moich dni wyglądała praktycznie to samo, co bywało dość irytujące. Ja bowiem pragnąłem przygód i niesamowitych zdarzeń. Mój drogi ojciec chrzestny umożliwił mi zatem wejście na paryskie salony. Minęły bowiem te czasy, kiedy to praca dziennikarza była szlachcica hańbiąca i mogli oni bez trudu wejść pomiędzy śmietankę towarzyszką. Właściwie, to dziennikarze, podobnie jak i pisarze, byli prawdziwą atrakcją na salonach, porównywalną chyba tylko małp w cyrku, ale nieco bardziej podziwianą. Przy okazji, bycie małpą raczej ubliżałoby człowiekowi mającemu do siebie chociażby odrobinę szacunku, natomiast bycie dziennikarzem bądź pisarzem już nie.
Oczywiście dla mojej szanownej rodzinki to, że pracuję był już hańbą samą w sobie, jednak zawód dziennikarza uważali, podobnie jak i cała elita, za coś, co najmniej ciekawego, by nie rzec, pociągającego.
Dzięki wejściu na salony, zdołałem zapoznać się z całą miejscową śmietanką towarzyską, zawarłem liczne znajomości, wdawałem się w kilka romansów. Nie było to jednak to, czego szukałem, a jak już zaznaczyłem, ja szukałem przygód oraz prawdziwej miłości. Wydawało się wówczas, że one już nigdy nie nadejdą. Tak było aż do dnia, kiedy to dwa lata po moim przyjęciu do pracy, mój ojciec chrzestny powierzył mi nagle bardzo poważne zadanie. Zadanie, które na zawsze odmieniło całe moje życie i to na lepsze, a prócz tego pomogło mi też zrealizować najbardziej skryte pragnienia mego serca.
W dalszym ciągu tych oto moich zapisków opowiem dokładnie, jak do tego doszło. Dokonam tego za pomocą dzienników, jakie prowadziłem w dniach, kiedy realizowałem powierzone mi zadanie. Relacja w nich zawarta będzie (a w każdym razie mam nadzieję, że taka będzie) najlepszym chyba sposobem na opowiedzenie wszystkiego, co powinno być opowiedziane.

5 komentarzy:

  1. Niezła przedmowa. Jestem ciekaw, co będzie dalej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przedmowa Jeana Chroniqueura brzmi ciekawie i zachęca czytelników do zapoznania się z właściwymi przygodami tego młodego człowieka. Mnie w każdym razie na pewno zachęciła i zainteresowała.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobre wprowadzenie w pierwszoosobowej narracji. Ciekawe, jak bohaterowie odnaleźli się po kolejnej restauracji Cesarstwa.

    OdpowiedzUsuń
  4. To, co mówi Jean du La Puff o pracy, brzmi bardzo gorzko i prawdziwie. Faktycznie w tamtych czasach było takie hasło, że szlachta nie pracuje, bo pracuję tylko biedota i pospólstwo, a my się tylko bawimy i korzystamy z życia.
    Ciekawe co odkryje Kronikarz? Bo każdy rasowy dziennikarz musi odkryć w swoim życiu, jakoś aferę, tajemnicę, spisek, w który zaplątani są przedstawiciele elit. Będą może chcieli go uciszyć, aby brudna prawda o ich sprawkach nigdy nie wyszła na jaw?
    Taki jest twój pomysł, dobrze odczytuję?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, nawet w jednym filmie słyszałem, jak ojciec wypytuje córkę o jej ukochanego, o jego fach, ona mówi, że fachu nie ma, a ojciec na to: "A zatem to dżentelmen" xD Dość zabawne stwierdzenie, że skoro dżentelmen, to nie pracuje. Ma majątek, gra na giełdzie i pomnaża ów majątek, a czasami jak np. pan Fogg grywa w karty i ma farta i powiększa w ten sposób swoje dochody. Choć Fogg, o ile pamiętam, to przeznaczał wygrane na cele dobroczynne :) Tak czy inaczej chciałem ironicznie pokazać prawdę o tamtych czasach, co zresztą też było cechą pisania Dumasa ojca. I tutaj oddaję mu hołd w ten sposób :)
      Tak, każdy rasowy dziennikarz musi odkryć w swoim życiu jakąś aferę, która przyniesie mu sławę. No, nie tak do końca. Nie będzie go nikt chciał uciszyć. Ale odkryje kilka ciekawostek na temat skandali, które już wybuchły. On pozna dokładne ich źródło, które nazywa się hrabia Monte Christo. I pozna ich genezę :)

      Usuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...