Prolog:
Jako nastolatek interesowałem się powieściami Aleksandra Dumasa ojca. Były one dla mnie czymś więcej niż tylko zwykłymi książkami, o nie! Dla mnie to były prawdziwe arcydzieła. Zwariowane przygody trzech muszkieterów czy też smutne i romantyczne historie Józefa Balsamo bądź królowej Margot zawsze mnie pociągały i sprawiały, że chętnie do nich wracałem i wracam nadal, chociaż po jakimś czasie znałem je już na pamięć. Uważam, że prawdziwie genialna książka to taka, którą można wręcz czytać w nieskończoność, a która mimo to nigdy nie straci swej atrakcyjności. Takimi to właśnie genialnymi książkami są według mnie dzieła mistrza Aleksandra.
Jak więc już moi czytelnicy mogli łatwo się zorientować, uwielbiam wszelkie powieści Aleksandra Dumasa ojca, którego to uważam za króla pisarzy. Żadna jednak książka tego geniusza pióra nie zrobiła na mnie tak wielkiego wrażenia jak monumentalne dzieło pod tytułem „Hrabia Monte Christo”. Powieść ta sprawiła mi wiele przyjemności podczas czytania oraz zmusiła do licznych refleksji nad sensem życia oraz wielu zagadnień takich jak zemsta czy też wybaczenie. Pomimo swojej niemałej objętości nigdy jej czytanie nie sprawiło mi najmniejszej nawet trudności. Czytałem ją zawsze i nadal czytam z zapartym tchem i za każdym razem równie chętnie ponownie wracałem do przygód szlachetnego Edmunda Dantesa i jego niezwykle wyrafinowanej zemsty na ludziach, którzy zniszczyli mu życie. Po wręcz kilkunastu razach czytania tej jakże znakomitej powieści znam już chyba na pamięć wszystkie jej szczegóły i dokładnie każdy wątek w niej poruszany. Krótko mówiąc, ta oto powieść Dumasa zawładnęła dogłębnie moją wyobraźnią i króluje w niej do tej pory jako najlepsza na świecie książka.
Istnieje jednak pewien szczegół, który nie dawał mi nigdy spokoju, odkąd tylko się o nim dowiedziałem. Mianowicie chodzi tutaj o kwestię kontynuacji wiekopomnego dzieła Aleksandra Dumasa. Słyszałem pogłoski o tym, iż napisał on dalszą część przygód słynnego hrabiego. Po długich oraz bardzo wnikliwych poszukiwaniach udało mi się w końcu odnaleźć wzmiankowaną książkę napisaną pod nazwiskiem wielkiego Dumasa, lecz spłodzoną przez zupełnie innego niż on autora. Co ciekawe, ów autor twierdził w przedmowie, że napisał tę książkę na podstawie zaginionych prywatnych notatek ojca trzech muszkieterów. No cóż... Pomyślałem sobie, że być może mówi on prawdę. Dlatego też właśnie nabyłem tę książkę i przeczytałem ją. Nosiła ona tytuł „Upadek hrabiego Monte Christo”. Już sam jej tytuł sprawił, że zacząłem mieć spore dreszcze niepokoju na całym ciele. Inny tytuł tej samej książki, czyli „Martwa ręka” bynajmniej nie poprawił mojego nastroju. Ale cóż, wziąłem się za czytanie tej książki. I jak się na pewno czytelnicy domyślają, mocno się na tej powieści zawiodłem.
Dlaczego, spyta ktoś? Otóż powieść ta bowiem zamieniła znakomitą i piękną powieść w prawdziwe piekło, a wręcz przerażający i ohydny thriller. W tej książce hrabia Monte Christo, pomimo tego, iż żeni się ze swoją ukochaną Hayde i ma z nią dziecko, nie może liczyć na spokój. Benedetto czai się na niego i jego bliskich. Za co? A za zniszczenie jego ojca - prokuratora de Villeforta, do którego ten podły chłopak zaczyna czuć dziwne przywiązanie emocjonalne. Z tego właśnie powodu kradnie on prawą dłoń martwego Villeforta z jego grobu i używając jej jako swego talizmanu rusza tropem hrabiego Monte Christo. Przekabaca też na swoją stronę bandytów Luigiego Vampy (jego samego posyłając podstępem na gilotynę), a także i Danglarsa (który jednak ginie podczas podróży), po czym przeprowadza swoją perfidną zemstę na panu de Monte Christo. Porywa jego synka i kradnie jego skarb. Na wskutek tych działań Hayde popełnia samobójstwo, a hrabia zostaje nędzarzem. Udaje mu się jednak pochwycić tego nędznika i oddać w ręce policji. Benedetto trafia na gilotynę, a sam hrabia przeżywa śmierć wiernego Bertuccia, by w końcu umrzeć na pogrzebie Mercedes. Syn hrabiego natomiast zostaje oddany na wychowanie Maksymiliana i Walentyny Morrelów, do których trafia również córka Eugenii Danglars - owoc gwałtu dokonanego na niej przez Luigiego Vampy. Niestety, Morrelowie oraz ich przybrane dzieci giną podczas morskiej katastrofy, w której ginie też Albert de Morcerf.
Tak oto, według tego autora, miały ponoć wyglądać dalsze losy szlachetnego hrabiego Monte Christo. Nie muszę wam chyba mówić, że mnie, jako wielkiemu miłośników przygód Edmunda Dantesa, w ogóle nie spodobało się takie właśnie zakończenie jego przygód. Oczywiste również wydaje się to, że nie uznałem takiej kontynuacji i nie potrafiłem uwierzyć w to, że sam Dumas przed śmiercią zostawił notatki o właśnie takiej treści. Zacząłem więc podzielać zdanie innych miłośników prozy wielkiego Dumasa ojca, którzy twierdzili, iż „Martwa ręka” nie powstała na podstawie żadnych notatek ojca trzech muszkieterów i jedynie ktoś chciał zrobić sobie sławę pisząc sequel tego wiekopomnego dzieła. Sequel, który jednak z „Hrabią Monte Christo” oraz samym Dumasem nie ma nic wspólnego. Brałem też oczywiście pod uwagę fakt, iż jednak to sam genialny i wielki Aleksander stworzył tak ohydne paskudztwo, ale jakoś nie umiałem tego przyjąć jako rzecz oczywistą. Po długim namyśle stwierdziłem ostatecznie, że jeśli nawet Aleksander Dumas w swoich przedśmiertnych notatkach stworzył takie... okrutne i po prostu żałosne coś, to musiał on chyba mocno sfiksować pod koniec życia.
W moich poszukiwaniach wszystkich dzieł literackich o naprawdę ogromnej wartości natrafiłem także na inną kontynuację „Hrabiego Monte Christo”, na książkę zatytułowaną „Pamiętniki hrabiego Monte Christo”. Powieść ta napisana została przez współczesnego mi autora, który to w przeciwieństwie do autora poprzedniej kontynuacji miał na tyle taktu, że nie kłamał on, iż wzorował się na jakichkolwiek notatkach. W powieści swojej Francois Taillender (tak się bowiem nazywa autora „Pamiętników hrabiego Monte Christo”) opisał podróż Alfonsa de Beauchamp do Afryki, gdzie spotyka on hrabiego, a także ożenionych ze sobą... Alberta i Hayde. Hrabia opowiada gościowi o swoim życiu, zaś Alfons spisuje to wszystko w formie pamiętnika, który zostaje uzupełniony wspomnieniami samej Hayde. Po tym wszystkim hrabia wyjeżdża w podróż po świecie. Alfons natomiast spotyka się z Franzem d’Epinay i razem z nim dyskutuje na temat osobowości hrabiego. Sam hrabia natomiast podróżuje przeżywając przy tym różne przygody (np. wraz z Luigim Vampą walczy o połączenie się księstw włoskich). W końcu jednak, podczas wyprawy geograficznej na Kaukazie, biedaka dopada jego okrutne nemezis. Hrabia spotyka podczas swojej podróży Danglarsa, który wynajmuje bandytów, aby ci zastrzelili hrabiego. Rana otrzymana w owym zamachu jest niegroźna, lecz hrabia ją lekceważy. Wskutek czego nabawia się poważnej choroby i na wskutek tego umiera. Zostaje pochowany obok swojego ojca, zaś na jego pogrzebie zjawiają się jedynie Hayde, Albert, Jacopo i Alfons. Na chwilę również pojawia się tam Mercedes.
Powieść ta, jak się może czytelnik domyślać, zasmuciła mnie równie mocno co „Martwa ręka”. Oczywiście nie był to taki sam smutek, lecz był on również mocny. Jedyne, co mnie pocieszyło po lekturze tej książki, to fakt, iż ta wersja nie była tak straszna jak „Upadek hrabiego Monte Christo” i nie miała ona elementów horroru w sobie. Przy okazji pomogła mi ona spojrzeć na całą sprawę z innej perspektywy, lecz ta wersja także mnie nie zadowoliła. Wciąż bowiem pokazywała ona pesymistyczną wizję dalszych losów hrabiego, a to mi zdecydowanie nie odpowiadało. Nie mówiąc już o tym, że wprowadzała w losy bohaterów powieści „Hrabia Monte Christo” liczne zmiany, jak choćby takie, jak wątek miłosny Alberta i Hayde. Dlatego moje poszukiwania nad dalszymi losami hrabiego ciągle trwały. I mimo tego, że wszystko wskazywało, że jest inaczej, to wciąż miałem nadzieję, że jednak istnieje jakaś optymistyczna wersja nowych przygód pana de Monte Christo. Wszelkie jednak moje poszukiwania w tym kierunku spełzły na niczym.
I kiedy już miałem porzucić wszelką nadzieję, niczym Dante przed bramami Piekła, dowiedziałem się, że u znajomego antykwariusza znajduje się rękopis niezwykle interesującego dzieła. Nosiło ono niezwykle (jak dla mnie) ciekawy tytuł „Odkryta karta, czyli wywiad z hrabią Monte Christo”. Miała ona zawierać relację z pierwszej ręki na temat wszystkich przygód Edmunda Dantesa. Przy okazji nie tylko dowodziła, że wydarzenia opisane przez Dumasa wydarzyły się naprawdę, ale również ukazywała dalsze losy hrabiego, które jednak wcale nie były takie smutne, jak je opisywali inni pisarze. Okazało się, że autor „Upadku hrabiego Monte Christo” i autor „Pamiętników hrabiego Monte Christo” zawarli w swoich dziełach sporo prawdy. Faktem bowiem było to, że Benedetto chciał się zemścić na hrabim Monte Christo oraz to, że sam hrabia walczył o niepodległość Włoch oraz przeżył zamach zorganizowany na niego przez Danglarsa. Prawda jednak była zupełnie inna, niż ci dwaj pisarze ją opisywali. Bowiem te wszystkie wydarzenia nie zakończyły się dla Dantesa tragicznie. Pisarze ci jedynie chcieli podnieść dramatyzm całej sytuacji lub też słyszeli jedynie pogłoski i plotki z drugiej ręki, które to w takim wypadku zwykle bywają ze sobą sprzeczne. Z tego właśnie powodu nie napisali oni całej prawdy, fakty zaś najzwyczajniej w świecie przeinaczyli - celowo bądź też i nie.
Fakt, że mogę wreszcie odnaleźć dzieło, które ukazuje całą prawdę na temat hrabiego Monte Christo ucieszył mnie niczym prezent od Świętego Mikołaja. Natychmiast zatem pobiegłem do antykwariatu, żeby kupić ów rękopis. Jednakże kiedy się w nim zjawiłem, sprzedawca powiedział mi jedynie te oto smutne słowa:
- Przykro mi, panie Kronikarz, ale ten rękopis już ktoś wykupił.
Słowa te dobiły mnie. Nie mogłem uwierzyć w ich prawdziwość. Bo, czy po to starałem się i spędziłem wiele miesięcy szukając tak wielkiego dzieła, żeby teraz musieć z niego zrezygnować? Nie, to było dla mnie nie do przyjęcia.
- A czy nie wie pan może, kto kupił ten rękopis, proszę pana? - zapytałem antykwariusza.
- Przykro mi, ale nie wiem - odpowiedział mi antykwariusz - Nie znam tego pana i nigdy wcześniej go nie widziałem.
- A jak on wyglądał?
- Jak wyglądał? Niech pomyślę... Tak na Greka lub Turka. Chodził dziwnie ubrany. Wie pan... Na taką orientalną modłę. Ale co jeszcze zabawniejsze, mówił z francuskim akcentem.
Teraz już byłem naprawdę zdumiony. Grek lub też Turek mówiący po polsku, ale z francuskim akcentem? Jak dla mnie bardzo dziwna mieszanka. Pasowałaby raczej do kilku lub też może kilkunastu ludzi niż dla jednego. To wszystko było naprawdę niezwykłe.
Zasmucony więc i pełen zawiedzionych nadziei udałem się do swojego domu czując, że przegrałem na i to całej linii. Wszelkie moje poszukiwania więc spełzły na niczym. No cóż... W takim wypadku chyba nie zostało mi nic innego, jak tylko się z tym pogodzić i więcej o tym nie myśleć.
Wróciłem więc do domu i usiadłem w fotelu rozmyślając o wszystkim, co mnie spotkało. Moje rozmyślania przerwało jednak dość natarczywe pukanie do drzwi. Niechętnie wstałem z miejsca i otworzyłem je będąc ciekaw, któż to może być o tej porze i czego ten ktoś chce. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy się wówczas okazało, że był to ten sam człowiek, o którym mówił mi antykwariusz. Rzeczywiście chodził on ubrany w nieco wschodni ubiór i wyglądał na Greka lub Turka. Do tego też mówił dość dobrze po polsku, jednak z wyraźnym francuskim akcentem, co nawiasem mówiąc dodawało mu jeszcze ekscentryczności.
- Dzień dobry panu - powiedział do mnie kłaniając mi się uprzejmie.
- Dzień dobry - odpowiedziałem mu mocno zdumiony tym wszystkim.
Gość mój uśmiechnął się do mnie tajemniczo.
- Czy mam zaszczyt mówić z panem Janem Kronikarzem? - zapytał, wciąż wpatrując się we mnie uważnie.
- Owszem, ma pan zaszczyt z nim mówić - odpowiedziałem mu - Co pana do mnie sprowadza?
- To, proszę pana.
Po czym wyjął coś zza pazuchy. Był to ten sam rękopis, który chciałem dzisiaj nabyć. Poznałem go od razu, jak tylko zobaczyłem na stronie tytułowej napisane: „Odkryta karta, czyli wywiad z hrabią Monte Christo”. Ledwo ujrzałem ten tytuł, a ucieszyłem się niczym małe dziecko na widok upragnionej zabawki. Radośnie wpuściłem tajemniczego gościa do środka i ugościłem go herbatą, po czym obaj usiedliśmy naprzeciwko siebie, a ja zapytałem ponownie, co dokładnie go do mnie sprowadza. Gość uśmiechnął się tajemniczo i rzekł:
- Kupiłem ten rękopis, proszę pana, ponieważ zawiera on zapisane niezwykle ważne dla mnie wydarzenia.
- Rozumiem i nie śmiem nalegać, żeby mi go pan ofiarował. Gdyby jednak pan zechciał mi go sprzedać, to zapłacę każdą...
Gość mój dał mi znak ręką, żebym już nic nie mówił. Spełniłem jego prośbę, a on kontynuował swoje przemówienie.
- A więc, jak już panu mówiłem, nabyłem ten rękopis, ponieważ zawiera on zapisane niezwykle ważne dla mnie i dla całej mojej rodziny wydarzenia. Mniejsza o szczegóły, ale jednak są one dla mnie ważne. Kiedy go jednak kupiłem, to dowiedziałem się, że pan również poszukiwał tego rękopisu. Poczułem wówczas swego rodzaju wyrzuty sumienia. Po bardzo długim namyśle zaś doszedłem do wniosku, że panu bardziej się on przyda. Ostatecznie ja doskonale wiem, co jest treścią owego rękopisu.
Popatrzyłem na niego zdumiony.
- Jak to? Pan wie, co zawiera rękopis?
- Naturalnie, że tak. W końcu pisał go mój pra-pradziadek.
Słowa te jeszcze bardziej mnie zdumiały.
- Więc jest pan potomkiem autora owego rękopisu? - zapytałem.
Pokiwał głową.
- Oczywiście. Jestem jego potomkiem i dobrze znam to dzieło. Mój przodek opisał w tym rękopisie swoje prawdziwe przygody, dzięki którym dowiedział się bardzo wiele na temat hrabiego Monte Christo i jego historii. Osobiście go spotkał i rozmawiał z nim. Rękopis ten zawiera tę rozmowę oraz wiele jeszcze innych rozmów, które odbył z ludźmi, którzy spotkali na swojej drodze Edmunda Dantesa. Dzięki tym oto zapiskom dowiadujemy się, jak naprawdę wyglądały przygody słynnego hrabiego de Monte Christo. Powiem panu, że moim skromnym zdaniem sam wielki Aleksander Dumas ojciec, pisząc swoją słynną powieść, wzorował się na owym rękopisie. A nawet jeśli nie, to mógł to i owo osobiście dowiedzieć się o zawartych tutaj wydarzeniach i samemu napisać powieść na podstawie tego, co odkrył. Tak czy inaczej zapoznałem się z tą jego powieścią. Jest genialna, chociaż moim skromnym zdaniem ma ona kilka niedociągnięć. Co zaś do książek „Upadek hrabiego Monte Christo” oraz „Pamiętniki hrabiego Monte Christo”, to cóż... Ich autorzy niewątpliwie musieli co nieco o wydarzeniach zawartych w tym rękopisie wiedzieć, ponieważ wiele spraw, jakie oni opisali w swoich dziełach zgadza się niemalże dokładnie z owym rękopisem. Ale jak pan zapewne wie, „wiele” nie znaczy wcale „wszystko”. Pisarze ci bowiem wiele spraw pozmieniali lub też poszli za głosem własnej wyobraźni, co moim zdaniem jest niemalże profanacją. Prawda natomiast wygląda inaczej niż oni ją przedstawili.
- Przyznam się, że chciałbym ją poznać. Tę prawdę.
Gość uśmiechnął się do niej i podał mi do ręki rękopis.
- Ma pan taką możliwość. Proszę. Niech pan się z nim zapozna.
Uśmiechnąłem się i popatrzyłem na niego.
- No cóż... Dziękuję bardzo. A wolno wiedzieć, ile pan chce za ten literacki rarytas?
Gość mój zaśmiał się wesoło.
- Nic.
- Jak to nic? - zdziwiło mnie mocno jego zachowanie.
Ostatecznie nikt nie oddawał, tak ważnej dla siebie rodzinnej pamiątki w ręce obcego człowieka i to jeszcze na zawołanie. No, a jeśli już to robił, to niewątpliwie musiał liczyć na coś w zamian. Tak w każdym razie czułem i dlatego jego słowa wprawiły mnie w prawdziwe zdumienie.
- Nic nie chcę - ciągnął on - Naprawdę niczego mi nie trzeba. Historię zawartą w tym rękopisie doskonale znam. Jeśli chciałem ją kupić, to tylko ze względów sentymentalnych.
- A czy wolno wiedzieć, skąd pan ją zna, skoro nie miał go pan wcześniej w rękach?
- Skąd pan wie, że nie miałem go nigdy wcześniej w rękach?
- No cóż... Nie szukałby go pan i nie kupował, gdyby go pan posiadał u siebie w swojej bibliotece.
Zaśmiał się wesoło.
- Mądry z pana człowiek, panie Kronikarz. Bardzo mądry. Podobnie jak autor tego rękopisu. Wie pan, to zabawne, ale używał on jako dziennikarz pseudonimu takiego samego jak ten, którego używa pan. To znaczy „Kronikarz”. Oczywiście w wersji francuskiej, ma się rozumieć.
Jego słowa jeszcze bardziej mnie zdumiały. A więc nie tylko ja wpadłem na pomysł używania pseudonimu Kronikarz? Bardzo interesujące.
- Zaskoczył mnie pan tą ciekawostką.
- Cóż... Pewnie jeszcze nie jeden raz pana zaskoczę, o ile kiedyś uda się nam ponownie ze sobą spotkać. Lecz nie to jest teraz ważne. Pytał pan, skąd wiem, co jest treścią rękopisu? No cóż... W mojej bibliotece jest jego kopia. Oryginał przed laty zaginął. Kopię znam już na pamięć. Jak już panu mówiłem, poszukiwałem oryginału ze względów czysto sentymentalnych. Ale dowiedziałem się, że pan również go poszukuje. Rozważyłem wszystkie za i przeciw, po czym stwierdziłem, że panu bardziej się ten rękopis przyda niż mnie. Dlatego też oddaję go panu nie prosząc o nic w zamian. Prócz jednego.
Wiedziałem, że w tym wszystkim musi być jakiś haczyk. I teraz on właśnie się pojawił. Byłem jednak gotów zapłacić za to dzieło każdą cenę, jaką tylko mi on wyznaczy.
- Jaka jest cena tego dzieła?
Mój tajemniczy gość uśmiechnął się do mnie ponownie tym swoim jakże tajemniczym uśmiechem i rzekł:
- Proszę pana, aby po zapoznaniu się z rękopisem przetłumaczył go pan na język polski, następnie zaś opublikował to tłumaczenie i to pod swoim własnym nazwiskiem. Albo pseudonimem, jak pan woli. Oczywiście dzieło to musi zostać zaopatrzone w odpowiedni prolog, który wyjaśni czytelnikom pochodzenie tego dzieła.
Popatrzyłem na nieznajomego jeszcze bardziej zdumiony. Jego warunki były naprawdę bardzo dziwaczne. Nie chciał ode mnie pieniędzy i zadowalał się takim drobiazg? Rzecz jasna, jego propozycja sama w sobie niesamowicie mnie cieszyła, ale jednocześnie też i dziwiła. Nie miałem zamiaru jej jednak odmawiać.
- Drogi panie... Pana warunek jest bardzo prosty do spełnienia. Zajmę się tym natychmiast. Jak tylko przeczytam ten rękopis, zabiorę się za jego tłumaczenie na mój ojczysty język.
- Cieszę się, że się dogadaliśmy, panie Kronikarz. Zna pan francuski?
- Na tyle dobrze, aby zrozumieć to dzieło.
Nieznajomy uśmiechnął się do mnie ponownie.
- Oto jest odpowiedź godna prawdziwego człowieka czynu. Gratuluję panu, panie Kronikarz. Utwierdził mnie pan w przekonaniu, że słusznie postąpiłem przekazując panu ten rękopis. A zatem należy on do pana. Liczę, że zrobi pan z niego dobry użytek. Prawda o hrabim Monte Christo musi wreszcie ujrzeć światło dzienne.
- Zgadzam się z panem, proszę pana. Mam tylko nadzieję, że pana w tej sprawie nie zawiodę, drogi panie... A właściwie jak się pan nazywa?
Mój gość jednak tylko wstał i podał mi dłoń na znak, że chce się już ze mną pożegnać.
- Moje nazwisko nie ma tu najmniejszego znaczeniu. Wolę pozostać w pana prologu jedynie Tajemniczym Nieznajomym, którego nazwisko nigdy nie zostaje podane. Być może po lekturze tego rękopisu domyśli się pan, kim jestem. Może tak, a może nie. Zresztą to nie ma znaczeniu. Zależy mi jedynie na opublikowaniu tego rękopisu w każdym kraju, w którym to przygody hrabiego Monte Christo są powszechnie znane. W tym również i w Polsce.
- Więc czemu pan sam tego nie dokona?
Zaśmiał się do mnie delikatnie.
- Ponieważ mam taki kaprys, żeby pozostać anonimowy. Nie mówiąc już o tym, że czytałem różne pana dzieła i jestem pod ich wrażeniem. Liczę więc na to, że wyda pan w swoim ojczystym języku to dzieło i zrobi to w taki sposób, na jaki pozwala pana geniusz literacki. Bo wierzę, że go pan posiada. Proszę mnie zatem nie zawieść, panie Kronikarz.
- Nie zawiodę pana... Panie Tajemniczy Nieznajomy.
Uścisnęliśmy sobie wzajemnie dłonie, po czym mój gość pożegnał się ze mną i wyszedł. Ja zaś radośnie pobiegłem radośnie do gabinetu, przyciskając do serca ów szalenie ważny dla mnie rękopis. Następnie usiadłem przy biurku i zacząłem go czytać.
Zapraszam zatem mojego szanownego czytelnika bądź czytelniczkę, żeby zechciał (on bądź ona) razem ze mną udać się w podróż do XIX wieku, do świata, który już nie istnieje. I zechciał również wraz ze swym przewodnikiem (czyli mną) zapoznać się z treścią rękopisu, który tutaj przekładam na mój język ojczysty najlepiej, jak to tylko możliwe.
Jan Kronikarz
No tak, pierwsze co mi się rzuciło w oczy to dość liczny spis bohaterów występujących w powieści. Trudno będzie ich wszystkich spamiętać kto jest kim, ale z drugiej strony: więcej postaci, więcej wydarzeń, co wiąże się z ciekawszą i bardziej rozbudowaną akcją. Ogólnie rzecz biorąc powieść zapowiada się dość ciekawie, choć nie jestem żadnym fanem książek Dumasa, bo żadnej z nich nie przeczytałem, a historie Dantesa znam jedynie z ekranizacji, którą obejrzałem jakiś czas temu. Co do dalszych przygód hrabiego, opisanych przez innych autorów to podzielam Twoje zdanie, ze rzeczywiście są one żałosne i mało realistyczne, dlatego sądzę, że Twoja powieść będzie zupełnie inna i o wiele bardziej warta przeczytania niż owe pseudo-dzieła.
OdpowiedzUsuńPrzeczytałam ów Prolog z wielkim zaciekawieniem i powiem szczerze, że mnie również interesuje zarówno Tajemniczy Nieznajomy, jak i to, co przekazał autorowi powyższego tłumaczenia owego oryginału zapisków pod zagadkowym tytułem „Odkryta karta czyli wywiad z hrabią Monte Christo”.
OdpowiedzUsuńDotychczasowe kontynuacje Hrabiego były bardzo słabe, zwłaszcza Martwa Ręka, gdzie fabuła sprowadzała się do uśmiercania wszystkich postaci. Zadowoliłem się opisem na polskojęzycznej wikipedii, skądinąd bardzo dobrym. A historia zdobycia pamiętników niezwykła, podobnie jak postać Tajemniczego Nieznajomego. Przyjemnością będzie poznać prawdziwe losy hrabiego, po zakończeniu walki.
OdpowiedzUsuńNie wiem, czy mi uwierzysz, ale ja napisałem ten artykuł na Wikipedii o powieści "Martwa ręką". Jak miałem więcej czasu, to w pewne wakacje napisałem też artykuły na temat postaci z powieści "Hrabia Monte Christo". Byłem wtedy świeżo po lekturze książki i zapisałem wszystko, co zapamiętałem. Dzięki temu potem pisząc swoją powieść o hrabim traktowałem te artykuły jako swego rodzaju notatki. Możesz mi nie wierzyć, ale tak właśnie było :) Namęczyłem się trochę, jednak było warto.
UsuńIntryguje mnie ten tajemniczy nieznajomy, o co mu tak naprawdę chodzi?
OdpowiedzUsuńPrzypomina mi to trochę "Rękopis znaleziony w Saragossie". Czy to przypadek, czy celowe zgrabne nawiązanie, Hubercie Kronikarzu? :)
I co będzie dalej, bo to przecież dopiero początek fascynującej przygody? :)
Bardzo się cieszę, że spodobał Ci się prolog i zachęcił Cię do poznania dokładnie całej historii. Wiesz, sprawiłaś mi wielką przyjemność tym porównaniem, ponieważ... Nie jest to przypadek :) Rzeczywiście, celowo tutaj nawiązałem do powieści "RĘKOPIS ZNALEZIONY W SARAGOSSIE". Znalezienie rękopisu, czytanie go przez autora książki i zaczyna się akcja właściwa :) Zresztą nawiązań do tej książki jest znacznie więcej :) Nieco też nawiązałem do powieści "DRACULA" Brama Stokera w swoim stylu pisania :) Oj tak, tak właśnie rozpoczyna się ciekawa przygoda i mam nadzieję, że Ci się ona spodoba :)
Usuń