sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 01

Rozdział I

Dzienniki Jeana Chroniqueura


1 lipca 1855 r.
Dzień mojej pracy zaczął się nietypowo, zupełnie inaczej niż wszystkie inne dotychczasowe dni robocze, ledwie bowiem zdążyłem zasiąść za swym biurkiem, a natychmiast zjawił się mój pracodawca i powiedział do mnie:
- Jean! Pozwól ze mną do gabinetu.
Po stanie jego głosu wywnioskowałem, że nie jest on bynajmniej na mnie zły. Sprawiał raczej wrażenie czymś bardzo podnieconego. Najwyraźniej zapalił się do jakiegoś projektu i chciał mnie w niego wciągnąć. Byłem tego pewien, ponieważ dość długo znam już mojego ojca chrzestnego, aby potrafić rozpoznać, co może oznaczać taki oto sposób mówienia do mnie. Miałem jedynie wielką nadzieję, że jego pomysł nie jest ani szalony ani groźny dla mojego życia. Ostatecznie o moim pracodawcy krążyło w Paryżu wiele historii i nie wszystkie były pochlebne. W większość z nich nie wierzyłem, ale nieco się przeraziłem możliwości, iż Alfons de Beauchamp wciągnie mnie w jakiś swój szalony projekt. Mimo wszystko udałem się do jego gabinetu, chociaż duszę miałem na ramieniu z powodu obaw, które dyktowała mi przerażona wyobraźnia.
- Słucham cię, ojcze chrzestny - powiedziałem, gdy już wszedłem do gabinetu swego pryncypała.
Alfons de Beauchamp spojrzał na mnie wówczas z uwagą i powiedział:
- Cieszę się, że jesteś. Siadaj, proszę. Muszę z tobą porozmawiać.
Posłuchałem polecenia i usiadłem.
- Jak długo tu pracujesz, Jean? - zapytał po chwili Alfons.
Przyznam się, że pytanie to mocno mnie zdziwiło, ponieważ nie widziałem w ogóle jakiekolwiek związku pomiędzy nim, a moją wizytą w gabinecie mego ojca chrzestnego. Mimo wszystko jednak odpowiedziałem:
- Już dwa lata, co do dnia, ojcze chrzestny.
Alfons de Beauchamp uśmiechnął się.
- Dokładnie tak, mój drogi. Jak zapewne doskonale pamiętasz, nigdy jeszcze nie powierzyłem ci byle jakiej i nudnej sprawy, wręcz przeciwnie. W miarę moich wszystkich możliwości dawałem ci tylko same interesujące i ciekawe przypadki. Czyż nie tak?
- To sama prawda, mój ojcze chrzestny. Co do słowa. I chcę powiedzieć, że jestem ci za to wszystko niezmiernie wdzięczny.
Beauchamp uśmiechnął się ponownie.
- To miło z twojej strony, że tak mówisz, lecz nie w celu usłyszenia wyrazów twojej wdzięczności cię tutaj wezwałem. Otóż chcę ci powiedzieć, że choć zawsze powierzałem ci zadania moim zdaniem niezwykłej wagi, to jednak nigdy jeszcze nie była to sprawa tak poważna jak ta, którą chce ci powierzyć teraz. To sprawa niezwykle dla mnie ważna i zdecydowanie nie powierzyłbym jej nikomu innemu, jak tylko komuś, do kogo mam naprawdę bezgraniczne zaufanie. A ze wszystkich pracowników jedynie do ciebie takie zaufanie posiadam. I nie przez wzgląd na twe pochodzenie, ale przez wzgląd na twoją sumienność i uczciwość w wykonywaniu swej pracy.
Kiedy tylko skończył swoją wypowiedź, to pomyślałem, że serce mi z piersi wyskoczy. Z radości, rzecz jasna, nie zaś z przerażenia. A więc mój drogi ojciec chrzestny chciał powierzyć mi taką sprawę, jakiej nie powierzyłby nikomu innemu na świecie? To bez wątpienia był naprawdę wielki zaszczyt oraz dowód zaufania. Nie mówiąc już o tym, iż był to wyraźny znak od losu. W moim życiu miała się odbyć długo wymarzona przeze mnie przygoda. Właśnie taka, o jakiej marzyłem całe swoje życie. Tak przynajmniej wtedy czułem.
Z radości oraz podniecenia nie mogłem wykrztusić z siebie nawet jednego, sensownego słowa poza prostym i zwyczajnym: „Naprawdę?”. Beauchamp zaś, widząc moją reakcję jedynie wybuchnął radosnym śmiechem, po czym zapytał:
- Czy słyszałaś coś o hrabim de Monte Christo?
- Nie, ojcze chrzestny. Nigdy o nim nie słyszałem.
- I nie dziwię ci się. W Paryżu był ostatnio w 1838 roku, za czasów ostatniego króla, Ludwika Filipa I. I nie był tutaj zbyt długo, może tylko miesiąc lub dwa. Nie pamiętam dokładnie. Po tym okresie pobytu w stolicy naszego państwa zniknął i już nigdy więcej się tu nie pojawił. Jednak jego pobyt w Paryżu zbiegł się z trzema bardzo ważnymi dla naszego świata wydarzeniami. Były to kolejno upadki trzech sławnych i bogatych ludzi: hrabiego de Morcerfa, barona Danglarsa i prokuratora de Villeforta.
- Interesujące - powiedziałem z niekłamanym zainteresowaniem.
- A i owszem. Nawet bardzo interesujące. Dość dziwny zbieg okoliczności, nie sądzisz?
- Czyżby to hrabia de Monte Christo przyczynił się do upadku tychże trzech ludzi?
Beauchamp rozłożył bezradnie ręce.
- Tego nie wiem, jednak jego osoba nadal fascynuje i ciekawi ludzi w naszym mieście. Na tyle mocno, że postanowiliśmy... To znaczy ja oraz moja redakcja... Chcemy napisać wszystko, co wiemy o hrabim de Monte Christo. A być może, jeśli materiału będzie dużo, opublikować to również w formie książki.
- Przecież to wyśmienity pomysł! - zawołałem radośnie, nie umiejąc ukryć zapału.
Beauchamp uśmiechnął się do mnie z taką lekką pobłażliwością, jaką ludzie doświadczeni i mądrzy obdarzają zwykle młodych zapaleńców, a ja wtedy byłem takim zapaleńcem.
Zacząłem się domyślać celu mojej rozmowy z ojcem chrzestnym.
- Rozumiem więc, że mam teraz za zadanie zebrać wszystkie wiadomości dotyczące hrabiego de Monte Christo, jakie tylko znajdę?
- Właśnie tak. Niestety, w tym planie istnieje poważna skaza.
- Jakże to?
- W Paryżu nie ma zbyt wielu ludzi, którzy by wiedzieli cokolwiek o hrabim de Monte Christo. Świadkowie jego pobytu w Paryżu albo już nie żyją, albo też mieszkają daleko stąd. Dlatego chyba sam rozumiesz, Jean, że zadanie, jakie ci powierzam, nie należy bynajmniej do łatwych.
- Rozumiem, w czym rzecz.
Natychmiast zacząłem liczyć na palcach, co i jak należy teraz zrobić.
- Trzeba teraz będzie podróżować i poszukiwać ludzi, którzy osobiście znali hrabiego i coś o nim wiedzą. Należy zebrać na to odpowiednie fundusze, aby nie zabrakło mi nawet franka na tę podróż. Potrzeba mieć jakąś wskazówkę, od czego zacząć. Bo początek to przecież podstawa. Warto przy tym znać obce języki, gdyż informatorzy mogą być obcej narodowości. Nie mówiąc już o czasie niezbędnym do wykonania zadania.
- Czasu masz w nadmiarze, przyjacielu. Nie zależy nam na pośpiechu, ale na porządnym wykonaniu zadania.
- Skoro tak, to co innego. Jeśli będę miał dużo czasu, to zapewniam cię, ojcze chrzestny, że zadanie swe wykonam tak, jak je wykonać należy.
- To dobrze - powiedział Beauchamp, a po chwili milczenia dodał: - Co do języków obcych, to znasz jakieś, prawda?
- Naturalnie. Znam włoski, hiszpański, angielski i grekę. I to zarówno grekę starą, jak i nową.
- To doskonale, bo może być ci to potrzebne. Jeżeli zaś idzie o fundusze, nie powinieneś mieć z nimi problemów, gdyż nasza redakcja opłaci wszelkie koszta, jakie możesz ponieść podczas tej wyprawy. Zawsze też możesz, w razie kłopotów, zwrócić się do banku „Thomson and French” o kredyt. Jakbyś go brał, to powołaj się na mnie, a możesz być pewien, że go otrzymasz.
- Bardzo miło mi jest to słyszeć. Co zaś do początku wyprawy, to czy można wiedzieć, kiedy mam ruszać i gdzie znajdę pierwszego informatora?
- Twoje pytanie dowodzi, że podejmujesz się wykonać to zadanie, mam rację?
- Masz. Podejmuję się go, ojcze chrzestny.
- To doskonale. Zatem postanowione. A co do twoich pytań, to odpowiedzi na nie są dość proste. Zaczynasz od teraz.
- Od teraz?
- Właśnie tak. Od teraz. Chyba, że ci nie pasuje.
- Nie o to chodzi. A moje obowiązki w redakcji...
- To już załatwione. Nie przejmuj się tym.
- Skoro tak, to w takim razie idę teraz...
- A dokąd?
- Prawda, nie wiem.
Byłem tak podekscytowany swoim zadaniem, że zupełnie zapomniałem, iż wcale nie wiem nawet, dokąd ani też do kogo mam się udać. Wciąż bowiem nie miałem możliwości ruszenia z miejsca, bo nie znałem żadnego nazwiska osoby, od której mógłbym rozpocząć swe poszukiwania.
Beauchamp uśmiechnął się do mnie pobłażliwie, po czym rzekł:
- Spokojnie, mój młody przyjacielu. Bez obaw. Wiesz, tak się akurat składa, że nazwisko pierwszego swego informatora już posiadasz.
- Naprawdę?
- Nawet bardzo naprawdę. Posiadasz to nazwisko, ale jeszcze go nie znasz, gdyż dopiero teraz je ci je zdradzę.
- A zatem, mój drogi ojcze chrzestny, kim jest pierwsza osoba, którą muszę odwiedzić? Któż to taki?
- Ja.
Wiadomość ta naprawdę mnie zaszokowała. Zatem mój ojciec chrzestny był pierwszym człowiekiem, z którym miałem odbyć rozmowę na temat hrabiego Monte Christo? Czego jak czego, ale tego się nie spodziewałem. To było dla mnie prawdziwe zaskoczenie. Prawdziwe, aczkolwiek sprawiało mi to swego rodzaju radość. Przynajmniej zacznę od rozmowy z kimś, kogo znam.
- A więc to ty, mój drogi ojcze chrzestny, jesteś pierwszą osobą, z którą muszę odbyć wywiad?
- Nie inaczej, mój drogi chłopcze.
- Skoro tak, to w takim razie nie ma na co czekać.
Wyjąłem więc z kieszeni dziennik, który praktycznie zawsze noszę ze sobą do zapisywania wywiadów z osobami, które muszę przesłuchać lub do zapisywania tego, co zauważę, a co mnie bardzo zaintrygowało. Następnie chwyciłem ołówek, nasączyłem rysik w ustach i powiedziałem:
- A zatem zaczynajmy, ojcze chrzestny. Kiedy dokładnie poznałeś hrabiego de Monte Christo?

3 komentarze:

  1. Strasznie podoba mi się forma dziennika. Przywodzi na myśl Stockera!
    Pędzę do kolejnego rozdziału!

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajne zdjęcie, klimat jak z filmów kostiumowych. To zdaje się Thomas Wyatt z "DYNASTII TUDORÓW", mam rację? :) Dla mnie niesamowicie to zdjęcie pasuje do historii i do ciebie Huberta Kronikarza :) To dopiero początek, a już się zapowiada ciekawie. Co wyniknie z tego dziennikarskiego śledztwa? Jestem bardzo zaintrygowana :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, bardzo dobrze zgadłaś. To jest właśnie ta postać z tego właśnie serialu :) Cieszę się, że tak mówisz. Zobaczysz, będzie się sporo działo :)

      Usuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...