sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 02

Rozdział II

Opowieść Alfonsa de Beauchampa


Nie chcę ci tu dokładnie opowiadać wszystkich kolei mojego życia, dzień po dniu, szczegół po szczególe, ponieważ nie jest to bynajmniej tematem naszego spotkania, mój drogi Jeanie. Z tego właśnie powodu skupię się jedynie na tym, co najważniejsze, czyli na mojej znajomości z człowiekiem, który nas obu interesuje. Chociaż, jak się domyślam, inni informatorzy, których spotkasz na swojej drodze, bynajmniej będą mieli oni inne podejście do całej sprawy i opowiedzą ci całe swoje życie od początku do chwili obecnej, zaś losy pana hrabiego będą w nich jedynie dodatkiem, wręcz pretekstem do tego, aby się wygadać. No, ale mniejsza z tym. Ja zamierzam postąpić inaczej. Z góry powiedzieć ci jednak muszę, że nie wiem zbyt wiele o tej sprawie, lecz tym, co wiem podzielę się z tobą.
Pana hrabiego de Monte Christo poznałem w roku 1838. Byłem wówczas młodym oraz żądnym sławy dziennikarzem, takim jak ty teraz. Szukałem sensacji, a tak się akurat złożyło, że los pozwolił mi trafić na jedną z nich. Wszystko zaczęło się w chwili, gdy zostałem zaproszony na śniadanie do jednego z moich bliskich przyjaciół, wicehrabiego Alberta de Morcerf. Miał on przedstawić mnie oraz kilku naszym przyjaciołom swojego wybawcę - człowieka, który to ponoć ocalił go z rąk włoskich bandytów. Tym kimś był nie kto inny, tylko właśnie pan de Monte Christo. Okazało się bowiem, że kiedy zbóje porwali Alberta i zażądali za niego wysokiego okupu, to hrabia Monte Christo udał się do nich i przekonał sobie tylko znanymi argumentami, aby natychmiast wypuścili swego cennego jeńca i to bez płacenia okupu. Zbóje zaś, o dziwo, posłuchali go i wypuścili zaraz na wolność Alberta, który z wdzięczności zaprosił hrabiego do Paryża, a prócz tego obiecał go wypromować w stolicy naszej ukochanej Francji. Hrabia więc przybył do nas. Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Przybyliśmy wszyscy na miejsce i czekaliśmy na przybycie tej jakże niezwykłej osobistości. Hrabia oczywiście już samym swoim przybyciem zrobił na nas wszystkich ogromne wrażenie. Przybył on bowiem do domu Alberta punktualnie i to co do sekundy. Mówię poważnie. Co do sekundy. Niezwykła punktualność. Wszystkich nas tym zadziwił.
Hrabia zrobił na nas bardzo pozytywne wrażenie. Był miły, uprzejmy, a do tego niezwykle sympatyczny. Miał jednak w sobie coś takiego... jakby to ująć... Coś z lekka jakby szatańskiego. Przypominał mi bowiem, nie wiedzieć czemu, Mefistofelesa z legend o Fauście. Miał taki dziwny sposób życia. Podchodził do wielu spraw ironicznie, a nawet wręcz z kpiną. Jakby był kimś wyższym ponad nas wszystkich. Na pewne sprawy patrzył zaś z góry, tak jakby wiedział o tym, jak te sprawy się skończą i kpił z nas, że my tego przewidzieć nie potrafimy. Ale pomimo tego dość przerażającego uczucia, wywierał na nas wszystkich bardzo pozytywne i miłe ważenie. Nie wydawał się zły. I raczej taki nie był.
Obawiam się, że wiele ci powiedzieć nie mogę. Hrabia bowiem więcej czasu spędzał z Albertem de Morcerf niż ze mną. Tak jakby pomagał mu wchodzić w dorosłe życie. Był jego doradcą, prowadził go, mówił mu, co się dzieje na świecie. Dawał też dobre rady i jeśli mam być szczery, to Albert wcale źle nie wyszedł na słuchaniu tych rad. Wręcz przeciwnie. Skoro zaś o Albercie tu mowa, to miało miejsce związane z nim pewne ważne wydarzenie, w którym i ja brałem udział. Wydarzenie to przyczyniło się do upadku ojca Alberta, czyli hrabiego Fernanda de Morcefa. Sprawa wyglądała tak:
Baron Danglars, znamienity bankier i dobry znajomy ojca Alberta, na prośbę hrabiego Monte Christo dowiedział się tego i owego o hrabim de Morcerf. Potem ktoś (nie mam jednak pojęcia, kto to był) wysłał do mojej redakcji te wiadomości. Wynikało z nich, że pewien oficer imieniem Fernand pełniąc rolę francuskiego emisariusza na dworze Ali Tebelina (znanego też jako Ali Pasza) - paszy i wezyra Janiny - podczas powstania Greków o niepodległość, zdradził go na rzecz Turków, a podobno i osobiście zamordował. Gazeta moja opublikowała te wiadomości. Co prawda nie padło w nich ani razu nazwisko ojca Alberta, jednak wszyscy i tak wiedzieli, o kogo tu chodzi. Wybuchł wówczas niezły skandal, jak się możesz domyślać. Albert był wściekły i wręcz dyszał żądzą zemsty. Przyszedł do mnie, obraził mnie i oświadczył, że ja i moi koledzy drukujemy w swojej gazecie ohydne kalumnie na temat jego ojca. Był żądny krwi i chciał się ze mną pojedynkować. Ja jednak spróbowałem jakoś mu to wyperswadować. Powiedziałem, że i owszem, pojedynkować się z nim mogę, ale to przecież mojej gazety (ani tym bardziej opinii publicznej) nie uciszy. A ponadto w artykule na temat tego tajemniczego Fernanda nie padło wcale jego imię, zatem to wcale nie musi chodzić o ojca Alberta. A jeśli cała sprawa ma zostać wyciszona, to należy zdobyć wiadomości, które te nowe rewelacje potwierdzą lub też zadadzą im fałsz. Poprosiłem zatem Alberta o trzy tygodnie zwłoki, żebym miał czas zbadać dokładnie całą sprawę. Otrzymałem go i rozpocząłem śledztwo dziennikarskie.
Te trzy tygodnie minęły jak z bicza strzelił, ale ja niestety nie miałem pozytywnych wiadomości dla Alberta. Wszystko bowiem, co udało mi się ustalić, to potwierdzenie tego, co już zostało napisane w naszej gazecie. Nie było już najmniejszych wątpliwości, że Fernand Mondego, oficer francuski, który zdradził Ali Tebelina oraz hrabia de Morcerf, generał i par Francji, to jedna i ta sama osoba. Ze względu na moją przyjaźń z Albertem, wezwałem go do siebie i zamiast dać do redakcji zdobyte fakty dałem je jemu. On zaś przerażony spalił je na miejscu. Nic to jednak nie dało, gdyż nie wiedzieć czemu inne gazety opublikowały te same wiadomości, które wicehrabia de Morcerf spalił na moich oczach. Wszystkie już gazety wręcz krzyczały, że Fernand Mondego, ojciec Alberta, to zwykły łajdak i zdrajca. Potwierdziła to też osobiście sama księżniczka Hayde, córka Ali Tebelina, wychowana przez hrabiego Monte Christo. Pamiętam, że przybyła ona osobiście na specjalne posiedzenie Izby Parów, która to miała rozpatrzyć całą sprawę. Dzięki jej zeznaniom winę hrabiemu bez trudu udowodniono.
Albert tymczasem, chociaż zrozumiał, że jego ojciec popełnił zarzucaną mu zbrodnię, to jednak nadal dyszał żądzą zemsty i chciał zmazać plamę na tarczy herbowej swojego nazwiska. Miał zamiar się pojedynkować, ale nie wiedział, z kim. Dowiedział się ode mnie, że to pan baron Danglars sprowadził z Janiny wiadomości na temat jego ojca, więc poszedł do niego z wyzwaniem. Danglars jednak butnie oświadczył mu, iż owszem, wiadomości z Janiny sprowadził, lecz zrobił to jedynie na usilną prośbę hrabiego de Monte Christo. Albert, kiedy to usłyszał, wpadł w szał. Nigdy nie widziałem go w takim stanie. Był żądny krwi i chciał zabijać. Jak lew był gotowy chłeptać krew swojej ofiary i pastwić się nad jej ciałem. Szukał hrabiego w domu, lecz go nie znalazł. Wiedział jednak, że będzie on o tej i o tej godzinie w operze na „Wilhelmie Tellu” Rossiniego. Dlatego też poszedł tam, wcześniej wzywając wszystkich swoich przyjaciół (w tym również i mnie) do opery, abyśmy byli świadkami tego, co zamierza zrobić. I rzeczywiście, byliśmy świadkami, jak to zapalczywy oraz narwany Albert de Morcerf wyzwał na pojedynek hrabiego de Monte Christo, robiąc to tak głośno, że chyba cała opera go słyszała. O mały włos nie cisnął hrabiemu w twarz rękawicy, lecz powstrzymałem go przed tym haniebnym uczynkiem, po czym też osobiście przeprosiłem pana Monte Christo za zapalczywość oraz całkowity brak zdrowego rozsądku u mojego przyjaciela. Liczyłem na załagodzenie całej sprawy, ale niestety hrabia uznał wyzwanie mojego przyjaciela i powiedział, iż przyjmuje warunki pojedynku takie, jakie mu wyznaczymy. Dodał jeszcze, że on ze swej strony zapowiada, iż zabije w tej walce Alberta de Morcerfa i to bez najmniejszych nawet skrupułów. Mnie zaś jako sekundantowi Alberta (drugim został pan baron Raul de Chateau-Reneaud) pozostało już jedynie wybrać broń. Wybrałem więc pistolety. Miejscem starcia natomiast miały być, jak zwykle zresztą, Pola Marsowe. Nie muszę ci chyba mówić, że bardzo niepokoiłem się o życie Alberta. On przecież nigdy się nie pojedynkował, hrabia zaś świetnie strzelał. W takim starciu wynik był łatwy do przewidzenia.
Do pojedynku jednak nie doszło. Z niewiadomych bowiem przyczyn Albert wezwał na Pola Marsowe wszystkich świadków tej dramatycznej sceny w operze wczorajszego dnia, po czym oznajmił on hrabiemu Monte Christo, iż miał on pełne prawo zdemaskować jego ojca jako zdrajcę Ali Paszy, a następnie przeprosił go za doznaną od siebie zniewagę. Pamiętam wielkie nasze zdziwienie, gdy to wszystko usłyszeliśmy. Hrabia był chyba niemniej niż my zdziwiony tą nagłą zmianą uczuć wobec niego, jednakże przeprosiny przyjął. Ja zaś z kolei nic z tego wszystkiego nie rozumiałem. Wiedziałem jednak jedno - tylko cudem uniknęliśmy wówczas rozlewu szlachetnej krwi dwóch wspaniałych ludzi.
Wkrótce potem hrabia de Morcerf zastrzelił się. Było to chyba tego samego dnia, w którym jego syn odmówił walki z człowiekiem, który go zhańbił. Niedługo potem prokurator de Villefort oraz baron Danglars zostali poniżeni i upokorzeni, wskutek czego pierwszy trafił do domu obłąkanych, drugi natomiast zbankrutował i musiał uciekać za granicę. Potem zaś hrabia wyjechał i nigdy więcej go już nie spotkałem. Nigdy też nie dowiedzieliśmy się, czy to właśnie on stał za upadkiem wszystkich tych ludzi, a jeżeli tak, to czy miał jakikolwiek powód, aby to robić? Nigdy się tego nie dowiedzieliśmy. Pozostało to już na zawsze tajemnicą tego niezwykłego i dziwnego człowieka, który potrafił wzbudzić w nas mieszaninę strachu oraz podniecenia.

3 komentarze:

  1. Dobra, pierwsze dwa rozdziały przeczytane. Trzeba przyznać, że robi się coraz ciekawiej. Zobaczymy zatem, jak się dalej to wszystko potoczy. W końcu nie tak łatwo będzie odnaleźć ludzi, którzy znali lub słyszeli o hrabim, skoro nie wiadomo nawet, gdzie ich szukać. W końcu nie wszyscy muszą mieszkać we Francji, tak że Jean dostał zadanie nie lada, ale skoro jest ambitny, bystry i pełen zapału, to na pewno uda mu się sprostać oczekiwaniom ojca chrzestnego. Najbardziej tajemniczą postacią pozostaje rzecz jasna sam hrabia. Dość kontrowersyjny z niego człowiek. Z jednej strony robi pozytywne wrażenie swoim zachowaniem, obyciem i manierami, ale z drugiej jest w nim coś takiego, co nie pozwala obdarzyć go zaufaniem. No i praktycznie nic o nim nie wiadomo. Alfons nie wie nic na temat jego przeszłości ani kim on tak właściwie jest. Doprawdy bardzo enigmatyczna i zagadkowa z niego postać. Prawdę mówiąc Jean nie dowiedział się z tego opowiadania zbyt wiele. No i trzeba dodać, że hrabia jest wyjątkowo pewny siebie, skoro z góry założył, że wygra pojedynek na broń palną z Albertem. Alfons z kolei okazał się lojalny wobec Alberta, mimo że ten próbował go wcześniej wyzwać na pojedynek, oskarżając o wydanie gazety, uwłaszczającej honorowi jego ojca, ale co poradzić, skoro on rzeczywiście okazał się zdrajcą? I tak prędzej czy później wyszłoby to na jaw, ale najbardziej w tym wszystkim zaskakujące jest to, że Albert ostatecznie zmienił zdanie i poniechał zemsty, której z początku tak bardzo pragnął. Widać to człowiek, który najpierw działa, a potem myśli. Tą swoją gwałtowność i porywczość może jeszcze przypłacić życiem, jak będzie tak wszystkich wkoło na pojedynki wyzywał.

    OdpowiedzUsuń
  2. Okoliczności tych wydarzeń tak śledzonych przez czytelnika, rzeczywiście mogły wydawać się niezwykłe, gdy obserwujemy je z nowego punktu widzenia. Albertowi się bardzo poszczęściło podczas pojedynku, mam nadzieję że to doceni.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czuję tutaj bardzo dobrze klimat tej opowieści i tajemniczą, niezwykłą aurę wokół hrabiego.
    Czy jego spojrzenie jest szatańskie i przynosi nieszczęście?
    A może ludzi, do których upadku doprowadził, sami sobie zasłużyli na swój los?
    Jaką role odegra Hubert Kronikarz w wyjaśnieniu tych wszystkich historii i czy je wyjaśni?
    Niby niewiele się jeszcze dzieje, ale napięcie rośnie i moja ciekawość co będzie dalej :)

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...