Dzienniki Jeana Chroniqueura
1 lipca 1855 r. c.d.
Przyznam się, że byłem nieco zawiedziony moją rozmową z Alfonsem de Beauchampem. Co prawda, uprzedzał mnie on, że niewiele wie o całej tej sprawie, jednak nie sądziłem, że jego wiedza jest aż tak minimalna. Chociaż oczywiście nie mogę powiedzieć, iż nie dowiedziałem się od niego niczego wartościowego, bo dowiedziałem się. Poznałem bowiem kilka ciekawych rzeczy o hrabim Monte Christo. Człowiek ten sprawił na mnie wrażenie kogoś, kto wiele wie o ludziach, lecz zachowuje to dla siebie i korzysta z tego tylko wtedy, kiedy jest odpowiedni do tego moment. Niczym wąż boa pełza wokół swoich ofiar i dusi je powoli, aż stracą wszystkie swoje siły, nie mają najmniejszej szansy uciec i są na jego łasce. A wówczas... Ale czy to aby na pewno dobre porównanie? Ostatecznie nie miałem pewności, czy pan Monte Christo miał w ogóle jakikolwiek udział w zniszczeniu hrabiego de Morcerfa. Nie mówiąc już o tym, że po tym wszystkim, co usłyszałem od mojego ojca chrzestnego, świętej pamięci hrabia de Morcerf sprawił na mnie wrażenie kanalii i nędznika, który jak najbardziej zasłużył na taki los, jaki go spotkał. Pozostaje jednak pytanie, czy ów jakże tajemniczy pan Monte Christo miał jakiekolwiek prawo kogokolwiek karać za jego grzechy, które przecież jego samego nie dotyczyły?
Och, nie! Znowu posądziłem biednego hrabiego de Monte Christo o to, że zniszczył pana de Morcerfa. A przecież nie posiadam na to najmniejszego dowodu. Przypuśćmy jednak czysto hipotetycznie, iż wiem na pewno, że hrabia de Monte Christo stał za upadkiem moralnym ojca Alberta. Pozostaje więc pytanie, dlaczego to zrobił? Czy z pobudek czysto moralnych? Czy może też osobiście znał naszego winowajcę i miał do niego jakąś osobistą urazę? A może miał jakiś związek z Ali Tebelinem? To ostatnie wydawało mi się bardzo sensowne. W końcu opiekował się jego córką. Mógł ją pokochać jak swoje własne dziecko i chciał zrobić tylko to, co zrobiłby sam Ali Pasza, gdyby żył. Czyżby więc miłość ojcowska do panny Hayde była jedynym powodem, dla którego nagle zdecydował się on ukarać hrabiego de Morcerfa? Jeśli to prawda, to wtedy wątek osobistej zemsty na Fernandzie należy pominąć. Nie jestem jednak do końca pewien, czy mam rację. Do tego jeszcze ten tajemniczy upadek prokuratora de Villefort oraz barona Danglarsa? Beauchamp niewiele o nich wiedział. I nie miał pojęcia, czy Monte Christo i z nimi miał coś wspólnego. Upadek tych dwóch ludzi w dziwny sposób zbiegł się z upadkiem Fernanda Mondego, hrabiego de Morcerfa. Czy był jedynie to czysty przypadek? A może przypadki w ogóle nie istnieją?
Miałem nadzieję, że być może kolejna wizyta cokolwiek lepiej naświetli mi całą sytuację. Beauchamp bowiem oznajmił mi, iż wie doskonale, gdzie mogę znaleźć człowieka, który to może być moim drugim informatorem. Powiedział do mnie tak:
- Na pewno jesteś zawiedziony tym, że nie dowiedziałeś się ode mnie zbyt wiele o poszukiwanym przez nas człowieku. Być może jednak więcej powie ci mój osobisty przyjaciel.
- A kimże jest ten przyjaciel? - zapytałem bardzo zainteresowany.
- To Franz Quesnel, baron d’Epinay. On znał hrabiego lepiej niż ja. Poznał go o wiele wcześniej i być może jest w stanie powiedzieć ci o nim coś, czego ja nie wiem. Z pewnością baron d’Epinay udzieli ci informacji o nim, o ile oczywiście je posiada, chociaż mam wrażenie, że je posiada jak najbardziej. Musisz tylko iść do niego i powiedzieć mu, iż to ja cię do niego przysyłam, a na pewno cię przyjmie i udzieli wszelkich informacji.
- Wydaje mi się, że trzeba jednak zapowiedzieć wizytę. W końcu pan baron d’Epinay jest na pewno człowiekiem bardzo zajętym.
- To prawda, jest człowiekiem, który ma obowiązki i jest bardzo zajęty. Ale jestem pewien, że dla ciebie znajdzie on trochę czasu. Zwłaszcza, kiedy wręczysz mu to.
To mówiąc wziął do ręki kartkę papieru, namoczył lekko pióro w atramencie i napisał na niej kilkanaście słów. Następnie posypał papier piaskiem, lekko go zdmuchnął, złożył kartkę w pół i podał mi ją. Schowałem ową kartkę do portfela.
- Nie zgub jej tylko, przyjacielu. Gdyż to jest twoja przepustka do informacji skrywanych w bezdennej pamięci pana barona d’Epinaya.
Nie mogłem oprzeć się chęci wyrażenia głośno swojej radości z tego powodu.
- Ojcze chrzestny! Jesteś po prostu najlepszy! - zawołałem.
Beauchamp zaśmiał się do mnie delikatnie, gdy to usłyszał.
- Wiem o tym, wiem. Ale dość rozmów. Ruszaj, póki trop świeży!
Uśmiechnął się do mnie ponownie, po czym dał mi znak ręką, abym odszedł. Nie trzeba było mi tego dwa razy powtarzać. Wyszedłem szybko z redakcji, zamówiłem dorożkę i pojechałem nią na miejsce kolejnego spotkania. Miejscem tym była willa pana barona Franza d’Epinaya, człowieka wielce zasłużonego dla cesarza i naszego obecnego rządu, notabene więc jednego z najbogatszych ludzi w całym Paryżu.
Baron przyjął mnie tym chętniej, że wiedział, iż jestem chrześniakiem jego bliskiego przyjaciela, Alfonsa de Beauchampa. Widział mnie parę razy na kilku przyjęciach, chociaż nie zwrócił na mnie jakieś szczególnej uwagi. Teraz jednak przypomniał mnie sobie od razu.
- Wiem, że jest pan chrześniakiem pana Beauchampa! Tym serdeczniej więc pana witam. Co pana do mnie sprowadza?
- Pan Alfons de Beauchamp przesyła mnie do pana. Ta kartka wszystko panu wyjaśni.
Wyjąłem kartkę z portfela i podałem mu ją do ręki. On zaś bardzo uważnie ją przeczytał i uśmiechnął się do mnie wesoło.
- No cóż... Pan zbiera wszelkie informacje o hrabim Monte Christo?
- Tak, panie baronie.
- I stary, dobry Alfons de Beauchamp przysyła pana do mnie, abym podzielił się z panem wszystkim, co wiem o tym człowieku.
- Jeśli to nie sprawi panu trudności, to tak.
- Ależ dlaczego niby miałoby mi to sprawić trudność? Zrobię wszystko dla mego starego przyjaciela. Niech pan siada.
Usiadłem w fotelu naprzeciwko niego, on zaś uraczył mnie winem i cygarem. Następnie zapytał, czego konkretnie chciałbym się dowiedzieć.
- Widzi pan, panie baronie - odpowiedziałem mu z lekkim wahaniem w głosie - Obawiam się, że jestem nieco laikiem w całej tej sprawie. Niestety, dopiero dziś rozpocząłem poszukiwanie hrabiego de Monte Christo. Niewiele więc wiem w tej sprawie i nie wiem, czego konkretnie mam szukać. Najlepiej by zatem było, gdyby pan baron podzielił się ze mną tym wszystkim, co sam wie.
- To zrozumiałe, że to zrobię. A więc czego się pan dowiedział, drogi panie Chroniqueur?
Opowiedziałem mu więc wszystko, czego dowiedziałem się od mojego ojca chrzestnego, po czym dodałem:
- Mój ojciec chrzestny pokłada w panu wielkie nadzieje, drogi panie baronie. Mówił mi, że pan doskonale znał hrabiego.
Baron lekko zachichotał, gdy to usłyszał.
- No cóż... „Doskonale“ to nieco za mocno powiedziane. Nie znałem hrabiego tak dobrze, jak np. mój przyjaciel, wicehrabia Albert de Morcerf. Przyznaję jednak, że kilka razy los zetknął nas ze sobą. Trudno mi jednak powiedzieć, żebym był jego przyjacielem. To już raczej Albert zasługiwał na ten tytuł.
- Ale ojciec chrzestny mówił, iż pan wie więcej o hrabim niż on sam.
- Z tym się akurat zgodzę, ponieważ z całego naszego wesołego towarzystwa, to ja właśnie poznałem hrabiego Monte Christo osobiście i to znacznie wcześniej niż oni wszyscy.
- Rozumiem. Mogę zatem liczyć na opowieść z pana strony?
- Nie inaczej. Choć nie wiem, czy się ona panu spodoba.
- Pozwoli pan, że najpierw pan ją opowie, a potem dopiero ją ocenię.
Baron d’Epinay zaśmiał się ponownie, rozbawionymi moimi słowami.
- Słuszne podejście. Bardzo słuszne.
- A zatem, panie baronie... Jeszcze tylko jedno pytanie, zanim zacznie pan swą opowieść.
- Pytaj pan zatem.
- Czy wie pan coś o upadku hrabiego de Morcerfa?
Baron splótł lekko ze sobą palce swoich dłoni, co widocznie pomagało mu w skupieniu się nad tym, o czym myślał.
- No cóż... O jego upadku wiem tyle, ile wiedzą wszyscy. Czyli tyle, ile oficjalnie napisano w gazetach. Ale wiem coś niecoś o upadku innej, swego czasu, znamienitej osobistości.
- O kim pan mówi, panie baronie?
- O prokuratorze królewskim Gerardzie de Villeforcie.
A więc jednak, pomyślałem sobie. Widocznie upadek trzech, wielkich ludzi w bardzo zbliżonym do siebie czasie nie jest tylko i wyłącznie dziełem przypadkiem. Musiałem więc drążyć temat, żeby dowiedzieć się wszystkiego, co może mieć jakiekolwiek znaczenie dla interesującej mnie sprawy.
- Zna pan zatem szczegóły jego upadku, panie baronie? - zapytałem.
- A i owszem, znam - odpowiedział baron d’Epinay.
- Czy to Monte Christo się do niego przyczynił?
Baron zawahał się przez chwilę, zanim mi odpowiedział.
- W pewnym sensie można by to tak określić.
- Co pan ma na myśli, panie baronie?
Baron westchnął, po czym odpowiedział:
- Bo hrabia nie zrobił tego osobiście i nie mam pewności, czy nie stało się to wbrew jego woli. Prokuratora bowiem ośmieszył człowiek, którego Monte Christo wypromował na paryskich salonach.
- Któż to taki?
- Wicehrabia Andrea de Cavalcanti.
Wicehrabia Cavalcanti. Nazwisko to niewiele mi mówiło, choć przypominało mi ono pewną sprawę sprzed lat. Chodziło wtedy o zabójstwo niejakiego Kacpra Caderousse, ex-oberżysty, a później mordercy, galernika i szantażysty. Z tego, co czytałem, łajdaka tego zlikwidował jego wspólnik w zbrodni i był nim właśnie ten oto człowiek posługujący się nazwiskiem Cavalcanti. Co ciekawe, cała ta sprawa również wydarzyła się w roku 1838. Czyżby więc istniało jakieś powiązanie pomiędzy zabójstwem Kacpra Caderousse’a i procesem wicehrabiego Cavalcanti, a historią hrabiego Monte Christo?
Pytania na temat tego morderstwa postanowiłem zachować jednak na później. Teraz bowiem co innego zajmowało moje myśli.
- Czy to wszystkie pytania? - zapytał mnie baron d’Epinay.
- Tak. Chociaż właściwie, to nie... - odpowiedziałem mu z lekkim wahaniem - Mam bowiem jeszcze jedno pytanie natury raczej osobistej.
- Pytaj pan śmiało.
- Co pana łączyło z prokuratorem de Villefortem?
Baron nieco westchnął, jakby zastanawiał się, czy ma mi odpowiedzieć na to pytanie, czy też może lepiej nie. Ostatecznie jednak otrzymałem swoją upragnioną odpowiedź.
- To był mój niedoszły teść.
Słowa te wywarły na mnie niesamowicie wielkie wrażenie.
- Niedoszły teść? Ale jakże to?
- Przykro mi, jednak te pytania wykraczają już poza ustalony wcześniej limit pytań - zaśmiał się wesoło baron d’Epinay.
- Bardzo przepraszam - odpowiedziałem i zrobiło mi się głupio.
Baron zaśmiał się rubasznie.
- Ależ nic się nie stało, zapewniam pana. Nic się przecież nie stało. A zresztą dowie się pan ode mnie wszystkiego. Opowiem bowiem panu to, co tylko mam do powiedzenia względem hrabiego Monte Christo. Jeżeli pan pozwoli, to nie pominę w mojej opowieści żadnego, najmniejszego nawet szczegółu, który może mieć znaczenie, opowiem panu wszystko, co miało miejsce w moim życiu.
Zaśmiałem się lekko w duchu, gdy to usłyszałem. Beauchamp przewidział to. Opowieść o hrabim Monte Christo będzie tylko i wyłącznie pretekstem dla ludzi, których spotkam, aby mogli mi się oni wygadać i podać mi całą swoją biografię. Mimo wszystko jednak przystałem na to. Ostatecznie bowiem nawet najmniejszy z pozoru szczegół może być ważny. Dlatego lepiej jest usłyszeć całą historię jakieś konkretnej osoby i wyłapać z niej wszystkie szczegóły mogące mieć jakiekolwiek znaczenie dla poszukiwacza wiadomości o hrabim Monte Christo.
- A więc... Do dzieła, drogi panie baronie - zaśmiałem się, po czym wyjąłem dziennik, ołówek i zacząłem zapisywać opowieść mojego rozmówcy.
Przyznam się, że byłem nieco zawiedziony moją rozmową z Alfonsem de Beauchampem. Co prawda, uprzedzał mnie on, że niewiele wie o całej tej sprawie, jednak nie sądziłem, że jego wiedza jest aż tak minimalna. Chociaż oczywiście nie mogę powiedzieć, iż nie dowiedziałem się od niego niczego wartościowego, bo dowiedziałem się. Poznałem bowiem kilka ciekawych rzeczy o hrabim Monte Christo. Człowiek ten sprawił na mnie wrażenie kogoś, kto wiele wie o ludziach, lecz zachowuje to dla siebie i korzysta z tego tylko wtedy, kiedy jest odpowiedni do tego moment. Niczym wąż boa pełza wokół swoich ofiar i dusi je powoli, aż stracą wszystkie swoje siły, nie mają najmniejszej szansy uciec i są na jego łasce. A wówczas... Ale czy to aby na pewno dobre porównanie? Ostatecznie nie miałem pewności, czy pan Monte Christo miał w ogóle jakikolwiek udział w zniszczeniu hrabiego de Morcerfa. Nie mówiąc już o tym, że po tym wszystkim, co usłyszałem od mojego ojca chrzestnego, świętej pamięci hrabia de Morcerf sprawił na mnie wrażenie kanalii i nędznika, który jak najbardziej zasłużył na taki los, jaki go spotkał. Pozostaje jednak pytanie, czy ów jakże tajemniczy pan Monte Christo miał jakiekolwiek prawo kogokolwiek karać za jego grzechy, które przecież jego samego nie dotyczyły?
Och, nie! Znowu posądziłem biednego hrabiego de Monte Christo o to, że zniszczył pana de Morcerfa. A przecież nie posiadam na to najmniejszego dowodu. Przypuśćmy jednak czysto hipotetycznie, iż wiem na pewno, że hrabia de Monte Christo stał za upadkiem moralnym ojca Alberta. Pozostaje więc pytanie, dlaczego to zrobił? Czy z pobudek czysto moralnych? Czy może też osobiście znał naszego winowajcę i miał do niego jakąś osobistą urazę? A może miał jakiś związek z Ali Tebelinem? To ostatnie wydawało mi się bardzo sensowne. W końcu opiekował się jego córką. Mógł ją pokochać jak swoje własne dziecko i chciał zrobić tylko to, co zrobiłby sam Ali Pasza, gdyby żył. Czyżby więc miłość ojcowska do panny Hayde była jedynym powodem, dla którego nagle zdecydował się on ukarać hrabiego de Morcerfa? Jeśli to prawda, to wtedy wątek osobistej zemsty na Fernandzie należy pominąć. Nie jestem jednak do końca pewien, czy mam rację. Do tego jeszcze ten tajemniczy upadek prokuratora de Villefort oraz barona Danglarsa? Beauchamp niewiele o nich wiedział. I nie miał pojęcia, czy Monte Christo i z nimi miał coś wspólnego. Upadek tych dwóch ludzi w dziwny sposób zbiegł się z upadkiem Fernanda Mondego, hrabiego de Morcerfa. Czy był jedynie to czysty przypadek? A może przypadki w ogóle nie istnieją?
Miałem nadzieję, że być może kolejna wizyta cokolwiek lepiej naświetli mi całą sytuację. Beauchamp bowiem oznajmił mi, iż wie doskonale, gdzie mogę znaleźć człowieka, który to może być moim drugim informatorem. Powiedział do mnie tak:
- Na pewno jesteś zawiedziony tym, że nie dowiedziałeś się ode mnie zbyt wiele o poszukiwanym przez nas człowieku. Być może jednak więcej powie ci mój osobisty przyjaciel.
- A kimże jest ten przyjaciel? - zapytałem bardzo zainteresowany.
- To Franz Quesnel, baron d’Epinay. On znał hrabiego lepiej niż ja. Poznał go o wiele wcześniej i być może jest w stanie powiedzieć ci o nim coś, czego ja nie wiem. Z pewnością baron d’Epinay udzieli ci informacji o nim, o ile oczywiście je posiada, chociaż mam wrażenie, że je posiada jak najbardziej. Musisz tylko iść do niego i powiedzieć mu, iż to ja cię do niego przysyłam, a na pewno cię przyjmie i udzieli wszelkich informacji.
- Wydaje mi się, że trzeba jednak zapowiedzieć wizytę. W końcu pan baron d’Epinay jest na pewno człowiekiem bardzo zajętym.
- To prawda, jest człowiekiem, który ma obowiązki i jest bardzo zajęty. Ale jestem pewien, że dla ciebie znajdzie on trochę czasu. Zwłaszcza, kiedy wręczysz mu to.
To mówiąc wziął do ręki kartkę papieru, namoczył lekko pióro w atramencie i napisał na niej kilkanaście słów. Następnie posypał papier piaskiem, lekko go zdmuchnął, złożył kartkę w pół i podał mi ją. Schowałem ową kartkę do portfela.
- Nie zgub jej tylko, przyjacielu. Gdyż to jest twoja przepustka do informacji skrywanych w bezdennej pamięci pana barona d’Epinaya.
Nie mogłem oprzeć się chęci wyrażenia głośno swojej radości z tego powodu.
- Ojcze chrzestny! Jesteś po prostu najlepszy! - zawołałem.
Beauchamp zaśmiał się do mnie delikatnie, gdy to usłyszał.
- Wiem o tym, wiem. Ale dość rozmów. Ruszaj, póki trop świeży!
Uśmiechnął się do mnie ponownie, po czym dał mi znak ręką, abym odszedł. Nie trzeba było mi tego dwa razy powtarzać. Wyszedłem szybko z redakcji, zamówiłem dorożkę i pojechałem nią na miejsce kolejnego spotkania. Miejscem tym była willa pana barona Franza d’Epinaya, człowieka wielce zasłużonego dla cesarza i naszego obecnego rządu, notabene więc jednego z najbogatszych ludzi w całym Paryżu.
Baron przyjął mnie tym chętniej, że wiedział, iż jestem chrześniakiem jego bliskiego przyjaciela, Alfonsa de Beauchampa. Widział mnie parę razy na kilku przyjęciach, chociaż nie zwrócił na mnie jakieś szczególnej uwagi. Teraz jednak przypomniał mnie sobie od razu.
- Wiem, że jest pan chrześniakiem pana Beauchampa! Tym serdeczniej więc pana witam. Co pana do mnie sprowadza?
- Pan Alfons de Beauchamp przesyła mnie do pana. Ta kartka wszystko panu wyjaśni.
Wyjąłem kartkę z portfela i podałem mu ją do ręki. On zaś bardzo uważnie ją przeczytał i uśmiechnął się do mnie wesoło.
- No cóż... Pan zbiera wszelkie informacje o hrabim Monte Christo?
- Tak, panie baronie.
- I stary, dobry Alfons de Beauchamp przysyła pana do mnie, abym podzielił się z panem wszystkim, co wiem o tym człowieku.
- Jeśli to nie sprawi panu trudności, to tak.
- Ależ dlaczego niby miałoby mi to sprawić trudność? Zrobię wszystko dla mego starego przyjaciela. Niech pan siada.
Usiadłem w fotelu naprzeciwko niego, on zaś uraczył mnie winem i cygarem. Następnie zapytał, czego konkretnie chciałbym się dowiedzieć.
- Widzi pan, panie baronie - odpowiedziałem mu z lekkim wahaniem w głosie - Obawiam się, że jestem nieco laikiem w całej tej sprawie. Niestety, dopiero dziś rozpocząłem poszukiwanie hrabiego de Monte Christo. Niewiele więc wiem w tej sprawie i nie wiem, czego konkretnie mam szukać. Najlepiej by zatem było, gdyby pan baron podzielił się ze mną tym wszystkim, co sam wie.
- To zrozumiałe, że to zrobię. A więc czego się pan dowiedział, drogi panie Chroniqueur?
Opowiedziałem mu więc wszystko, czego dowiedziałem się od mojego ojca chrzestnego, po czym dodałem:
- Mój ojciec chrzestny pokłada w panu wielkie nadzieje, drogi panie baronie. Mówił mi, że pan doskonale znał hrabiego.
Baron lekko zachichotał, gdy to usłyszał.
- No cóż... „Doskonale“ to nieco za mocno powiedziane. Nie znałem hrabiego tak dobrze, jak np. mój przyjaciel, wicehrabia Albert de Morcerf. Przyznaję jednak, że kilka razy los zetknął nas ze sobą. Trudno mi jednak powiedzieć, żebym był jego przyjacielem. To już raczej Albert zasługiwał na ten tytuł.
- Ale ojciec chrzestny mówił, iż pan wie więcej o hrabim niż on sam.
- Z tym się akurat zgodzę, ponieważ z całego naszego wesołego towarzystwa, to ja właśnie poznałem hrabiego Monte Christo osobiście i to znacznie wcześniej niż oni wszyscy.
- Rozumiem. Mogę zatem liczyć na opowieść z pana strony?
- Nie inaczej. Choć nie wiem, czy się ona panu spodoba.
- Pozwoli pan, że najpierw pan ją opowie, a potem dopiero ją ocenię.
Baron d’Epinay zaśmiał się ponownie, rozbawionymi moimi słowami.
- Słuszne podejście. Bardzo słuszne.
- A zatem, panie baronie... Jeszcze tylko jedno pytanie, zanim zacznie pan swą opowieść.
- Pytaj pan zatem.
- Czy wie pan coś o upadku hrabiego de Morcerfa?
Baron splótł lekko ze sobą palce swoich dłoni, co widocznie pomagało mu w skupieniu się nad tym, o czym myślał.
- No cóż... O jego upadku wiem tyle, ile wiedzą wszyscy. Czyli tyle, ile oficjalnie napisano w gazetach. Ale wiem coś niecoś o upadku innej, swego czasu, znamienitej osobistości.
- O kim pan mówi, panie baronie?
- O prokuratorze królewskim Gerardzie de Villeforcie.
A więc jednak, pomyślałem sobie. Widocznie upadek trzech, wielkich ludzi w bardzo zbliżonym do siebie czasie nie jest tylko i wyłącznie dziełem przypadkiem. Musiałem więc drążyć temat, żeby dowiedzieć się wszystkiego, co może mieć jakiekolwiek znaczenie dla interesującej mnie sprawy.
- Zna pan zatem szczegóły jego upadku, panie baronie? - zapytałem.
- A i owszem, znam - odpowiedział baron d’Epinay.
- Czy to Monte Christo się do niego przyczynił?
Baron zawahał się przez chwilę, zanim mi odpowiedział.
- W pewnym sensie można by to tak określić.
- Co pan ma na myśli, panie baronie?
Baron westchnął, po czym odpowiedział:
- Bo hrabia nie zrobił tego osobiście i nie mam pewności, czy nie stało się to wbrew jego woli. Prokuratora bowiem ośmieszył człowiek, którego Monte Christo wypromował na paryskich salonach.
- Któż to taki?
- Wicehrabia Andrea de Cavalcanti.
Wicehrabia Cavalcanti. Nazwisko to niewiele mi mówiło, choć przypominało mi ono pewną sprawę sprzed lat. Chodziło wtedy o zabójstwo niejakiego Kacpra Caderousse, ex-oberżysty, a później mordercy, galernika i szantażysty. Z tego, co czytałem, łajdaka tego zlikwidował jego wspólnik w zbrodni i był nim właśnie ten oto człowiek posługujący się nazwiskiem Cavalcanti. Co ciekawe, cała ta sprawa również wydarzyła się w roku 1838. Czyżby więc istniało jakieś powiązanie pomiędzy zabójstwem Kacpra Caderousse’a i procesem wicehrabiego Cavalcanti, a historią hrabiego Monte Christo?
Pytania na temat tego morderstwa postanowiłem zachować jednak na później. Teraz bowiem co innego zajmowało moje myśli.
- Czy to wszystkie pytania? - zapytał mnie baron d’Epinay.
- Tak. Chociaż właściwie, to nie... - odpowiedziałem mu z lekkim wahaniem - Mam bowiem jeszcze jedno pytanie natury raczej osobistej.
- Pytaj pan śmiało.
- Co pana łączyło z prokuratorem de Villefortem?
Baron nieco westchnął, jakby zastanawiał się, czy ma mi odpowiedzieć na to pytanie, czy też może lepiej nie. Ostatecznie jednak otrzymałem swoją upragnioną odpowiedź.
- To był mój niedoszły teść.
Słowa te wywarły na mnie niesamowicie wielkie wrażenie.
- Niedoszły teść? Ale jakże to?
- Przykro mi, jednak te pytania wykraczają już poza ustalony wcześniej limit pytań - zaśmiał się wesoło baron d’Epinay.
- Bardzo przepraszam - odpowiedziałem i zrobiło mi się głupio.
Baron zaśmiał się rubasznie.
- Ależ nic się nie stało, zapewniam pana. Nic się przecież nie stało. A zresztą dowie się pan ode mnie wszystkiego. Opowiem bowiem panu to, co tylko mam do powiedzenia względem hrabiego Monte Christo. Jeżeli pan pozwoli, to nie pominę w mojej opowieści żadnego, najmniejszego nawet szczegółu, który może mieć znaczenie, opowiem panu wszystko, co miało miejsce w moim życiu.
Zaśmiałem się lekko w duchu, gdy to usłyszałem. Beauchamp przewidział to. Opowieść o hrabim Monte Christo będzie tylko i wyłącznie pretekstem dla ludzi, których spotkam, aby mogli mi się oni wygadać i podać mi całą swoją biografię. Mimo wszystko jednak przystałem na to. Ostatecznie bowiem nawet najmniejszy z pozoru szczegół może być ważny. Dlatego lepiej jest usłyszeć całą historię jakieś konkretnej osoby i wyłapać z niej wszystkie szczegóły mogące mieć jakiekolwiek znaczenie dla poszukiwacza wiadomości o hrabim Monte Christo.
- A więc... Do dzieła, drogi panie baronie - zaśmiałem się, po czym wyjąłem dziennik, ołówek i zacząłem zapisywać opowieść mojego rozmówcy.

Robi się coraz ciekawiej, choć mam przeczucie, że Franz d'Epinay nie wniesie zbyt wiele w całą tę historię, ale coś tak czuję, iż może jednak posiadać pewne cenne informacje, które Jeanowi mogą się bardzo przydać. Poczytamy, zobaczymy :)
OdpowiedzUsuńInteresujące jest to stopniowe odrywanie tajemnicy. Fakt, Monte Christo był niezwykle ostrożny. Posługiwał się w działaniach rozmaitymi figurami, jak gracz. Ale w przypadku Fernanda, nawet nie można mówić o zemście. Było to po prostu ujawnienie prawdy o występkach i danie sprawiedliwości poszkodowanej. Na miejscu narratora też wziąłbym pod uwagę pobudki moralne
OdpowiedzUsuńCiekawe, co wyjawi ten baron. Zachowujesz cały czas ten sam styl, podobny do tego z "Pamiętników hrabiego Monte Christo".
OdpowiedzUsuńJesteśmy bardzo ciekawi jako czytelnicy, co tam tak naprawdę zaszło i w jaki sposób na te wydarzenia miał wpływ tajemniczy, fascynujący hrabia o nonszalanckim sposobie bycia. Człowiek, którego spojrzenie przynosi podobno nieszczęście.
I w jaki sposób baron się wymigał od ślubu z niekochaną dziewczyną?