Nazywam się Franz Quesnel, baron d’Epinay. Urodziłem się jako jedyny syn generała Quesnela, któremu Ludwik XVIII za wierność dynastii Burbonów nadał tytuł barona d’Epinay, pomimo jego wcześniejszego bonapartyzmu. Matka moja zmarła przy porodzie, ojciec zaś zginął w bardzo tajemniczych okolicznościach, o których jednak opowiem panu w trakcie naszej dalszej rozmowy. Myślę, że zrozumiesz pan, dlaczego właśnie tak zdecydowałem, gdy nadejdzie już koniec mojej opowieści. A w niej dowiesz się pan o tym, jak poznałem hrabiego Monte Christo oraz w jaki to sposób o mały włos nie związałem się z rodziną de Villefort, której to tajemniczy upadek w niezwykle dziwny sposób złączył się z pobytem hrabiego w Paryżu.
A zatem zacznę od początku.
Ponieważ mój biedny ojciec osierocił mnie, kiedy miałem zaledwie kilka lat, zaopiekowali się mną krewni. Oni to wypromowali mnie w tym świecie i nadali mi należną w nim pozycję. A gdy to się stało, zaprzyjaźniłem się z wicehrabią Albertem de Morcerfem, Lucjanem Debrayem, baronem Raulem de Chateau-Renauld, a także pana ojcem chrzestnym, drogim mojemu sercu Alfonsem de Beauchampem. Razem tworzyliśmy niezwykle zgraną grupę, której to wydawało się, że jest zdolna podbić nawet cały świat. Zna pan to uczucie, nieprawdaż? Wiedziałem, że tak. Uwierz mi pan, że choć teraz na pewno na to nie wyglądam, to kiedyś również byłem młody i przeżywałem zwariowane, młodzieńcze przygody. Mieliśmy także wiele zwariowanych pomysłów z gatunku tych, które polegają raczej na wielkiej brawurze niż na rozwadze czy też ostrożności. Pewnie doskonale pan wie, o czym ja mówię, nieprawdaż?
A zatem w 1838 roku ja, Albert i jeszcze kilka osób pojechaliśmy na karnawał do Rzymu. Była to niesamowicie cudowna zabawa. Przyjęcia, bale maskowe, odwiedziny w operze... Krótko mówiąc: żyć, nie umierać. Jednak pomimo tych wszystkich rozrywek nudziliśmy się nieco i od czasu do czasu szukaliśmy przygód wszelkiego rodzaju. I odnaleźliśmy je szybciej niż się mogliśmy tego spodziewać.
Pierwsza z nich spotkała właśnie mnie. Wszystko zaczęło się wtedy, kiedy to wpadłem na nieco zwariowany pomysł. Polegał on na tym, aby wybrać się łodzią na samotną wysepkę niedaleko Włoch. Nazywała się ona Monte Christo i składała się, a raczej wciąż się składa, ze skał oraz bardzo rzadkiej roślinności. O wyspie tej krążyły pogłoski, iż zwykli się na niej ukrywać przemytnicy i innego rodzaju złodzieje czy szumowiny. Mówiono o niej, że jest ona nawiedzona, jednak ja nie wierzyłem w żadne tego rodzaju historie. Byłem wówczas bardzo młody, a głowę miałem pełną zwariowanych pomysłów. Dlatego właśnie postanowiłem odwiedzić tę wyspę. Pretekstem do popłynięcia na nią było polowanie na kozice. Prócz tego chciałem też poznać słynnych włoskich bandytów, którzy to rzekomo przebywali na tej wyspie. Oczywiście, kiedy popłynąłem na Monte Christo nie wierzyłem w nich w ogóle, choć miałem nadzieję ich spotkać, lecz było to tylko i wyłącznie pobożne życzenie, gdyż spodziewałem się, że co jak co, ale bandytów tutaj raczej nie spotkam. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy dotarłem tam, a oczom moim ukazali się przemytnicy. Moi przewodnicy, którzy wieźli mnie swoją łodzią na Monte Christo, też jak się okazało, nimi byli. Zapytali mnie oni, czy nadal chcę płynąć na tę wyspę, skoro znam ich tożsamość i narażać w ten sposób swoje młode życie na szwank. Ja oczywiście odpowiedziałem im, że tak. Nie chciałem bowiem rezygnować z przygody zaraz po jej rozpoczęciu. Powiedziałem więc, że jestem gotowy na spotkanie z nieznanym bez względu na to, czy to nieznane będzie groźne dla mojego życia, czy też nie. Przewodnicy moi zatem oznajmili mi, że zabiorą mnie na spotkanie ze swoim naczelnikiem. Naczelnik ów zaś chętnie zje ze mną obiad, jeśli zechcę uczynić mu ten zaszczyt. Bez namysłu zgodziłem się.
Zastanawiało mnie jednak, gdzie ten tajemniczy naczelnik zamierza mnie przyjąć. Na skałach? Bo wszak wyspa Monte Christo nie ma żadnych jaskiń ani grot. W każdym razie ja nie słyszałem o takich. Szybko się jednak okazało, że byłem w błędzie - grota na wyspie istniała. Wprowadzono mnie do niej, wcześniej jednak zawiązując mi oczy, abym nie miał możliwości rozpoznania drogi do miejsca, w które mnie prowadzili. Ciekawość paliła mnie mocno od środka, ale nie miałem najmniejszej szansy jej zaspokoić. Jednakże doszedłem do samego serca tajemniczej groty, a wówczas rozwiązano mi oczy, którym ukazał się niesamowity widok. Wydawało mi się, że trafiłem do jaskini z „Księgi tysiąca i jednej nocy”. Grota ta przypominała mi słynny Sezam pełen masy zbójnickich skarbów. Już się zacząłem obawiać, że za chwilę przyłapie mnie banda czterdziestu rozbójników.
Jaskinia wewnątrz skalistej wyspy Monte Christo wręcz bezgranicznie mnie zachwyciła. Jej skały były wyłożone najróżniejszego rodzaju diamentami, które to błyszczały dzięki pochodniom zapalonym w różnych miejscach. Dostrzegłem wówczas człowieka, który siedział na niezwykle pięknym, miękkim posłaniu ubrany w arabski strój i wpatrywał się we mnie uważnie. Obok niego stał Murzyn-niemowa, który (jak to się później dowiedziałem) miał na imię Ali. Człowiekiem owym był naczelnik przemytników, mój szanowny amfitrion. Sprawił on na mnie wrażenie postaci żywcem wyjętej z opowieści Szeherezady, a nawet przedstawił mi się jako Sindbad Żeglarz. Poczęstował mnie wręcz wyśmienitym obiadem, który składał się z samych specjałów wschodniej kuchni. Na koniec zaś dał mi do spróbowania specjał nad specjały - haszysz. Łyknąłem niewielką jego dawkę, a po chwili wpadłem w wizję narkotyczną i pogrążyłem się w głębokim śnie.
Gdy się ocknąłem, było już po wszystkim. Przemytnicy wynieśli mnie z groty i nie miałem najmniejszej możliwości, aby do niej wrócić. Wsiadłem więc do mej łodzi i popłynąłem nią do Rzymu. Byłem pod wrażeniem swojej niesamowitej przygody. Nie co dzień bowiem mają miejsce tak niezwykłe wydarzenia. Rzecz jasna, jak możesz się domyślać, byłem żądny kolejnego spotkania z tajemniczym naczelnikiem przemytników. Nie wiedziałem, że bardzo szybko uda mi się go ponownie spotkać. Niedługo potem bowiem ujrzałem go w jednej z lóż w operze. Wskazała go mnie oraz Albertowi hrabina G. Wiesz na pewno, jaka to kobieta ukrywa się pod tym pseudonimem. Prawda? Ostatnia wielka miłość lorda Byrona.
Hrabina G. uważała, że tajemniczy Sindbad Żeglarz jest wampirem, miał on bowiem niezwykle bladą cerę. Oficjalnie ja i Albert wyśmiewaliśmy taką teorię. Ale w duchu po cichu zastanawialiśmy się, czy nie ma ona aby racji. Ostatecznie taki ekscentryk, jak on mógł być praktycznie każdym. Nawet istotą z zaświatów. Zaciekawiła nas również niezwykła towarzyszka hrabiego. Była to bardzo piękna Greczynka. Dowiedzieliśmy się później, że to sama księżniczka Hayde, zaginiona córka Ali Tebelina, paszy i wezyra Janiny, która po śmierci ojca popadła w niewolę u sułtana. Sindbad Żeglarz wykupił ją od niego i trzymał rzekomo jako swoją niewolnicę, choć jeśli mam być szczery, była ona dla niego czymś znacznie więcej. Bo w końcu, czy niewolnica posiada swoje własne służki, swobodę ruchu i jest traktowana niczym księżniczka krwi? Nie wydaje mi się.
Nie znaliśmy jeszcze nazwiska tajemniczego Sindbada Żeglarza. Poznaliśmy je dopiero wtedy, gdy potrzebowaliśmy powozu na karnawał. Wszystkie były już zarezerwowane, a na kupno czy wynajęcie nowego nie można było co liczyć. Wówczas to z pomocą przyszedł nam hrabia Monte Christo. Mieszkał on w tym samym hotelu, co ja i Albert. Gdy dowiedział się o naszym kłopocie, to wezwał nas do siebie i zaoferował, że użyczy nam swojego powozu, jak również umożliwi nam oglądanie publicznych egzekucji ze swojego balkonu. Byliśmy wniebowzięci i udaliśmy się do niego, gdy tylko była ku temu możliwość, aby mu podziękować. Gdy jednak ujrzałem naszego hojnego sąsiada, to od razu rozpoznałem w nim Sindbada Żeglarza z wyspy Monte Christo, który był też naszym wampirem z opery. W naszych późniejszych prywatnych rozmowach hrabia bynajmniej nie wypierał się przede mną tego, co robił. Przeciwnie, wydawało mi się, że wręcz się tym chlubił. Jakby zaszczyt przynosiła mu współpraca z włoskimi bandytami i ogólnoświatową kontrabandą.
Teraz, kiedy to mówię, przypomniało mi się pewne ważne wydarzenie. Zanim doszło do naszego spotkania z hrabią de Monte Christo, ja i Albert zwiedzaliśmy ruiny starego amfiteatru. Usłyszałem wówczas przypadkiem rozmowę pomiędzy hrabią a słynnym włoskim bandytą nazwiskiem Luigi Vampa. Rozmawiali oni o wzięciu do niewoli człowieka Vampy, młodego pasterza Peppina zwanego również Rocca Priori. Hrabia de Monte Christo zobowiązał się do uwolnienia go. Wkrótce potem miała się odbyć publiczna egzekucja Peppina oraz jeszcze jednego takiego łajdaka, który to (o ile dobrze pamiętam) zamordował swojego opiekuna dla jego pieniędzy. Hrabia wówczas zaprosił nas do oglądania tego niezwykłego skądinąd widowiska ze swego balkonu i dał nam do zrozumienia, że tortury ogromnie go fascynują. Powiedział też, że według niego gilotyna czy inny rodzaj szybkiego zadawania śmierci jest żałosny i bardzo słaby. Uważał on, że zemsta musi boleć długo i zadawać niewyobrażalne cierpienia. Przyznam się panu, że przeraziły mnie nieco jego słowa. Wkrótce potem doszło do egzekucji. Ja, Albert i Monte Christo obserwowaliśmy ją uważnie. Gdy tylko do niej doszło, hrabia zapowiedział nam, że Peppino uniknie dziś śmierci i zostanie ułaskawiony. I rzeczywiście, tak się właśnie stało. Dla Alberta wydarzenie to było naprawdę bardzo dziwne, ale dla mnie samego było jasne, iż widać w tym rękę hrabiego, co potwierdzała jego wcześniejsza rozmowa z Vampą w ruinach amfiteatru. Peppino został ułaskawiony i odprowadzony do więzienia, skąd wkrótce potem uciekł. Ale drugi skazaniec został zabity w wyjątkowo okrutny sposób - kat uderzył skazańca maczugą, potem rozciął mu gardło nożem, a następnie wskoczył na niego i zaczął po nim chodzić. Ja i Albert byliśmy przerażeni tym widokiem. Ja sam miałem ochotę zwrócić obiad, de Morcerfa niemalże sparaliżowało ze zgrozy, a hrabia de Monte Christo? Najspokojniej w świecie stał i patrzył na to widowisko, dziwnie się przy tym uśmiechając. Do dziś zastanawia mnie jedno. Czy śmiał się on z cierpień skazańca, czy może z naszej własnej słabości? Czy może też, niczym jakiś bóg starożytnych czasów patrzył z politowaniem na ten motłoch, którego okrutna kaźń podniecała? Prawdopodobnie już nigdy nie poznam odpowiedzi na to pytanie. Wiem jednak z całą pewnością, iż hrabia uzyskał ułaskawienie dla Peppina w ten oto sposób, że ofiarował samemu Ojcu Świętemu piękny szmaragd. Widać nawet głowa Kościoła katolickiego nie jest nieprzekupna.
Hrabia budził w nas wszystkich mieszane uczucia. Przede wszystkim jednak budził respekt, jaki należy się człowiekowi, który z łatwością rządzi bandytami i przemytnikami. Czułem, że chociaż jego wpływy są wielkie, to z całą pewnością zawahałbym się, zanim poprosiłbym go pomoc. Złośliwy los sprawił jednak, że musiałem już niedługo o nią poprosić hrabiego.
Było to tak: pojechaliśmy z Albertem na bal maskowy, ale de Morcerf w ostatniej chwili zrezygnował z udziału w nim, gdyż otrzymał bilecik miłosny z wezwaniem na schadzkę od tajemniczej damy. Poszedłem więc na bal sam. Wesołą zabawę przerwał mi list od Alberta - okazało się, że schadzka ta była jedynie podstępem ze strony Luigiego Vampy, zaś tajemniczą damą, która uwiodła mojego przyjaciela, była Teresa (kochanka Luigiego). Ów słynny bandyta pojmał de Morcerfa i żądał za niego wysokiego okupu. Albert miał pieniądze i kazał mi je wydobyć i nimi zapłacić za jego życie. Problem polegał na tym, że pieniędzy tych było za mało nawet wtedy, kiedy ja dołożyłem się do tej sumy. Nie wiedziałem, skąd mam wziąć brakującą sumę. Pojechałem zatem do hrabiego Monte Christo i poprosiłem go o pomoc. Ten najpierw chciał mi udzielić pożyczki, potem jednak zmienił zdanie, gdy podczas rozmowy z nim dałem mu do zrozumienia, iż wiem o jego rozmowie z Vampą w amfiteatrze i jego wpływie na tego bandytę. Monte Christo więc (zapewne po to, żeby zamknąć mi usta) pojechał razem mną w Katakumby Świętego Sebastiana, gdzie mieli swą kryjówkę Vampa i jego ludzie. Zastaliśmy ich herszta podczas czytania słynnych „Komentarzy” Juliusza Cezara (wiem, jaką on książkę czytał, gdyż po zakończeniu tej przygody z ciekawości zapytałem go o to). Monte Christo powiedział Vampie, że ich umowa przewiduje, iż Vampa nie będzie napadał ani na hrabiego, ani na jego przyjaciół w zamian za ochronę ich działalności. Albert de Morcerf zaś od niedawna jest zaliczany w poczet przyjaciół hrabiego. Bandyci, słysząc słowa hrabiego, natychmiast uwolnili Alberta i wszyscy wróciliśmy do hotelu. Albert zaś z wdzięczności zaprosił Monte Christa do siebie, do Paryża i obiecał także wprowadzić go na tamtejsze salony. Niedługo potem de Morcerf powrócił do Francji. Ja jeszcze na trochę zostałem w Rzymie, aby bawić się i korzystać z karnawału.
Niedługo potem i ja również powróciłem do Paryża i zająłem się swoimi planami matrymonialnymi. Chciałem bowiem ożenić się z panną Walentyną de Villefort, córką prokuratora królewskiego. Jej ojciec, Gerard de Villefort był temu przychylny, dziadek zaś wręcz przeciwnie. Zdania samej panny nie znałem, zresztą w tamtych czasach nikt kobiet o to nie pytał. Gdy zacząłem się starać o pannę Walentynę, pan Noirtier (ojciec Villeforta) ogłosił swój testament. Napisał w nim, że jego wnuczka zostanie wydziedziczona, jeżeli za mnie wyjdzie. Villefort jednak oznajmił, że pomimo tak nieprzychylnej dla nich wszystkich ostatniej woli jego ojca, Walentyna i tak zostanie moją żoną. Nie wiedzieliśmy jednak, że nie jest to ostatnie słowo starego człowieka. W dniu, gdy mieliśmy już podpisać intercyzę małżeńską, Noirtier wezwał nas wszystkich do siebie i wręczył nam papiery, które były tak jakby relacją ze śmierci mojego drogiego ojca. Przeczytałem je i byłem nimi kompletnie zszokowany. Dowiedziałem się nareszcie, w jaki sposób umarł mój ojciec. A było to tak:
Mój ojciec był kiedyś bonapartystą, ale ostatecznie przystąpił do rojalistów. Pewnego wieczoru został on wezwany przez tajemniczych ludzi na jakieś tajne spotkanie, które miało się odbyć na obrzeżach miasta. Zaciekawiony pojechał na nie, jednakże ku swojemu wielkiemu przerażeniu odkrył, że jest to spotkanie bonapartystów. Ci ludzie chcieli umożliwić ex-cesarzowi ucieczkę z Elby i jego powrót na tron Francji. Mój ojciec miał im pomóc w realizacji tego szalonego projektu. On jednak wysłuchał dokładnie ich planów, po czym oświadczył im, że dla niego istnieje tylko jeden władca - Ludwik XVIII. Wypowiedział przy tym wiele niemiłych słów pod adresem uczestników spotkania, a chyba nawet groził im wydaniem ich. Wówczas prezydent spiskowców wymusił na moim ojcu przysięgę, że nie uczyni on niczego, co mogłoby ich posłać do więzienia lub na śmierć. Mój ojciec z trudem, bo z trudem, ale taką przysięgę złożył, po czym sam prezydent spiskowców odwiózł go powozem do domu. Prawdopodobnie na tym by się cała sprawa skończyła, gdyby mój ojciec pohamował swój język i przestał wyzywać spiskowców od porywaczy, skrytobójców itp. Bardzo zdenerwował tymi słowami prezydenta, który kazał natychmiast zatrzymać powóz. Następnie obaj wysiedli z niego i stoczyli ze sobą pojedynek, zakończony niestety śmiercią mojego ojca.
Nie muszę chyba mówić, że zaszokowało mnie to, co usłyszałem. Poznałem dokładnie ostatnie chwile z życia mojego ojca, lecz nie znalazłem nazwiska jego zabójcy. Słusznie założyłem, że pan Noirtier musi je znać. I rzeczywiście, znał je. To zabójcą był... on sam. Tak, Noirtier de Villefort był mordercą mojego ojca, a ja chciałem ożenić się z jego wnuczką. Byłem w kompletnym szoku. Nie muszę chyba mówić, że natychmiast zerwałem zaręczyny z panną Walentyną de Villefort. Panna i jej dziadek zaraz wpadli z tego powodu w euforię, tak jakby wszystko to sobie z góry zaplanowali, choć nie jest to wykluczone.
Zdaje się jednak, że w swojej opowieści chyba nazbyt mocno odszedłem od osoby naszego wspólnego znajomego. Już jednak naprawiam ten błąd.
Otóż hrabia Monte Christo podczas swojego pobytu w Paryżu odkrył pewne ohydne szczegóły z życia hrabiego Fernanda de Morcerfa, czyli ojca Alberta, po czym opublikował je w gazecie pańskiego ojca chrzestnego. Wskutek tego doszło potem do procesu, po którym hrabia de Morcerf został pozbawiony miejsca w Izbie Parów i spotkał go publiczny ostracyzm. Gdy mój przyjaciel Albert odkrył, kto za tym wszystkim stoi, pojechał do opery i wyzwał publicznie hrabiego Monte Christo na pojedynek. Ja i jeszcze kilku naszych wspólnych znajomych byliśmy świadkami tego wydarzenia, ponieważ sam Albert celowo wezwał nas wszystkich do opery. Prawdę mówiąc, było to bardzo żałosne z jego strony. Zrobił bowiem z siebie tylko widowisko. To zresztą było w jego stylu, robić wokół siebie naprawdę bardzo dużo szumu. Następnego jednak dnia, kiedy miał się odbyć pojedynek, Albert wezwał na Pola Marsowe wszystkich uczestników wczorajszego incydentu w operze i przy nas przeprosił hrabiego Monte Christo oświadczając przy tym, iż miał on pełne prawo zdemaskować jego ojca. Pamiętam doskonale, że nic a nic z tego wszystkiego nie rozumieliśmy.
Wkrótce potem wydarzyło się coś jeszcze ciekawszego. Mianowicie doszło do procesu niejakiego wicehrabiego Andrei de Cavalcanti, Włocha, którego to Monte Christo wypromował na nasze salony. Cavalanti miał się żenić z córką barona Danglarsa, znamienitego bankiera tamtych czasów. W dniu podpisania intercyzy małżeńskiej wyszło jednak na jaw, że przyszły pan młody jest tak naprawdę galernikiem, złodziejem, a od niedawna również i mordercą. Poszedł więc on pod sąd, jednakże na procesie ujawnił coś niesamowitego i szokującego zarazem. Okazało się bowiem, że pan prokurator Gerard de Villefort (notabene prowadzący przeciwko niemu akt oskarżenia) jest jego ojcem. Oskarżony miał podobno narodzić się jako owoc romansu Villeforta z jakąś tajemniczą wdową, której nazwiska nie zdołaliśmy poznać. Rzekomy pan Cavalcanti urodził się w sekrecie przed wszystkimi, a zaraz potem Villefort wmawiając swojej kochance, że dziecko jest martwe, wsadził je do skrzyni i zakopał żywcem w ogrodzie. Jednakże pewien Korsykanin, który miał z prokuratorem stare porachunki, obserwował jego poczynania i w chwili, gdy zakopywał on skrzynię, rzucił się na niego, dźgnął go nożem (niezbyt skutecznie, jak widać) i wydobył skrzynkę. Odkrywszy znajdujące się w jej wnętrzu dziecko, zabrał je i wychował jak swoje własne. Jak się okazało, wychował je tylko po to, aby teraz poszło na gilotynę i to skazane na nią przez własnego ojca.
Villefort, gdy tylko usłyszał to wszystko, był w takim szoku, że nawet się nie bronił. A wręcz, o dziwo, potwierdził słowa oskarżonego. Skandal, którego za wszelką cenę próbował uniknąć, teraz go dopadł. Przyznam się jednak, że nikt z nas nie miał wówczas wobec niego litości, zwłaszcza ja. Nie wiedziałem wówczas, co ja niby takiego wielkiego widziałem w tej rodzinie, że chciałem do niej wejść. Teraz cieszyłem się, że tak się nie stało. Villefort natomiast tego samego dnia dowiedział się o tym, iż jego żona trucicielka, powodowana chyba wyrzutami sumienia, otruła siebie oraz ich ukochanego synka, Edwardka. Nasz prokurator po tym wszystkim dostał pomieszania zmysłów i wylądował na resztę swego życia w szpitalu dla obłąkanych, gdzie zmarł kilka lat temu. Biedny człowiek. Był on co prawda żałosnym i nędznym dorobkiewiczem, poświęcającym nawet najbliższych dla własnej kariery i dobrego imienia, ale nie jestem pewien, czy aby nie za ciężko los go spotkał. Tak, niebo słusznie go ukarało, czy jednak kara powinna być aż tak dotkliwa?
A może to nie było wcale niebo? Może Morcerfa i Villeforta, a może nawet i Danglarsa zniszczył jeden i ten sam człowiek, hrabia de Monte Christo? Jeśli tak, to rodzi się wówczas inne pytanie, dlaczego on to wszystko zrobił? Dlaczego ich wszystkich ukarał w imię sprawiedliwości, która dawno dała już sobie z nimi spokój? Co nim tak naprawdę kierowało? Czy było to jakieś szalone poczucie moralności? A może osobista zemsta? Jeśli tak, to co ci trzej ludzie, jakkolwiek podli i żałośni by nie byli, mu zrobili, że tak okrutnie się na nich zemścił?
Jeżeli kiedykolwiek poznasz odpowiedzi na te pytania, mój drogi panie, to proszę cię, podziel się pan nimi ze mną. Bardzo chętnie je poznam, gdyż człowiek zwany hrabią de Monte Christo nadal mnie fascynuje. Budzi mój strach i podziw zarazem. Wstręt i respekt. Przerażenie oraz szacunek. Zniknął mi z oczu tuż po obłędzie Villeforta i nigdy więcej go nie spotkałem. Nie wiem, co się z nim obecnie dzieje, ale mimo to chętnie bym znów zobaczył go i ujrzał jego tajemniczy uśmiech na twarzy. Uśmiech, który to budził we mnie i Albercie tyle mieszanych uczuć. Uśmiech, który nazwałbym zarówno anielskim, jak i diabelskim.
A zatem zacznę od początku.
Ponieważ mój biedny ojciec osierocił mnie, kiedy miałem zaledwie kilka lat, zaopiekowali się mną krewni. Oni to wypromowali mnie w tym świecie i nadali mi należną w nim pozycję. A gdy to się stało, zaprzyjaźniłem się z wicehrabią Albertem de Morcerfem, Lucjanem Debrayem, baronem Raulem de Chateau-Renauld, a także pana ojcem chrzestnym, drogim mojemu sercu Alfonsem de Beauchampem. Razem tworzyliśmy niezwykle zgraną grupę, której to wydawało się, że jest zdolna podbić nawet cały świat. Zna pan to uczucie, nieprawdaż? Wiedziałem, że tak. Uwierz mi pan, że choć teraz na pewno na to nie wyglądam, to kiedyś również byłem młody i przeżywałem zwariowane, młodzieńcze przygody. Mieliśmy także wiele zwariowanych pomysłów z gatunku tych, które polegają raczej na wielkiej brawurze niż na rozwadze czy też ostrożności. Pewnie doskonale pan wie, o czym ja mówię, nieprawdaż?
A zatem w 1838 roku ja, Albert i jeszcze kilka osób pojechaliśmy na karnawał do Rzymu. Była to niesamowicie cudowna zabawa. Przyjęcia, bale maskowe, odwiedziny w operze... Krótko mówiąc: żyć, nie umierać. Jednak pomimo tych wszystkich rozrywek nudziliśmy się nieco i od czasu do czasu szukaliśmy przygód wszelkiego rodzaju. I odnaleźliśmy je szybciej niż się mogliśmy tego spodziewać.
Pierwsza z nich spotkała właśnie mnie. Wszystko zaczęło się wtedy, kiedy to wpadłem na nieco zwariowany pomysł. Polegał on na tym, aby wybrać się łodzią na samotną wysepkę niedaleko Włoch. Nazywała się ona Monte Christo i składała się, a raczej wciąż się składa, ze skał oraz bardzo rzadkiej roślinności. O wyspie tej krążyły pogłoski, iż zwykli się na niej ukrywać przemytnicy i innego rodzaju złodzieje czy szumowiny. Mówiono o niej, że jest ona nawiedzona, jednak ja nie wierzyłem w żadne tego rodzaju historie. Byłem wówczas bardzo młody, a głowę miałem pełną zwariowanych pomysłów. Dlatego właśnie postanowiłem odwiedzić tę wyspę. Pretekstem do popłynięcia na nią było polowanie na kozice. Prócz tego chciałem też poznać słynnych włoskich bandytów, którzy to rzekomo przebywali na tej wyspie. Oczywiście, kiedy popłynąłem na Monte Christo nie wierzyłem w nich w ogóle, choć miałem nadzieję ich spotkać, lecz było to tylko i wyłącznie pobożne życzenie, gdyż spodziewałem się, że co jak co, ale bandytów tutaj raczej nie spotkam. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy dotarłem tam, a oczom moim ukazali się przemytnicy. Moi przewodnicy, którzy wieźli mnie swoją łodzią na Monte Christo, też jak się okazało, nimi byli. Zapytali mnie oni, czy nadal chcę płynąć na tę wyspę, skoro znam ich tożsamość i narażać w ten sposób swoje młode życie na szwank. Ja oczywiście odpowiedziałem im, że tak. Nie chciałem bowiem rezygnować z przygody zaraz po jej rozpoczęciu. Powiedziałem więc, że jestem gotowy na spotkanie z nieznanym bez względu na to, czy to nieznane będzie groźne dla mojego życia, czy też nie. Przewodnicy moi zatem oznajmili mi, że zabiorą mnie na spotkanie ze swoim naczelnikiem. Naczelnik ów zaś chętnie zje ze mną obiad, jeśli zechcę uczynić mu ten zaszczyt. Bez namysłu zgodziłem się.
Zastanawiało mnie jednak, gdzie ten tajemniczy naczelnik zamierza mnie przyjąć. Na skałach? Bo wszak wyspa Monte Christo nie ma żadnych jaskiń ani grot. W każdym razie ja nie słyszałem o takich. Szybko się jednak okazało, że byłem w błędzie - grota na wyspie istniała. Wprowadzono mnie do niej, wcześniej jednak zawiązując mi oczy, abym nie miał możliwości rozpoznania drogi do miejsca, w które mnie prowadzili. Ciekawość paliła mnie mocno od środka, ale nie miałem najmniejszej szansy jej zaspokoić. Jednakże doszedłem do samego serca tajemniczej groty, a wówczas rozwiązano mi oczy, którym ukazał się niesamowity widok. Wydawało mi się, że trafiłem do jaskini z „Księgi tysiąca i jednej nocy”. Grota ta przypominała mi słynny Sezam pełen masy zbójnickich skarbów. Już się zacząłem obawiać, że za chwilę przyłapie mnie banda czterdziestu rozbójników.
Jaskinia wewnątrz skalistej wyspy Monte Christo wręcz bezgranicznie mnie zachwyciła. Jej skały były wyłożone najróżniejszego rodzaju diamentami, które to błyszczały dzięki pochodniom zapalonym w różnych miejscach. Dostrzegłem wówczas człowieka, który siedział na niezwykle pięknym, miękkim posłaniu ubrany w arabski strój i wpatrywał się we mnie uważnie. Obok niego stał Murzyn-niemowa, który (jak to się później dowiedziałem) miał na imię Ali. Człowiekiem owym był naczelnik przemytników, mój szanowny amfitrion. Sprawił on na mnie wrażenie postaci żywcem wyjętej z opowieści Szeherezady, a nawet przedstawił mi się jako Sindbad Żeglarz. Poczęstował mnie wręcz wyśmienitym obiadem, który składał się z samych specjałów wschodniej kuchni. Na koniec zaś dał mi do spróbowania specjał nad specjały - haszysz. Łyknąłem niewielką jego dawkę, a po chwili wpadłem w wizję narkotyczną i pogrążyłem się w głębokim śnie.
Gdy się ocknąłem, było już po wszystkim. Przemytnicy wynieśli mnie z groty i nie miałem najmniejszej możliwości, aby do niej wrócić. Wsiadłem więc do mej łodzi i popłynąłem nią do Rzymu. Byłem pod wrażeniem swojej niesamowitej przygody. Nie co dzień bowiem mają miejsce tak niezwykłe wydarzenia. Rzecz jasna, jak możesz się domyślać, byłem żądny kolejnego spotkania z tajemniczym naczelnikiem przemytników. Nie wiedziałem, że bardzo szybko uda mi się go ponownie spotkać. Niedługo potem bowiem ujrzałem go w jednej z lóż w operze. Wskazała go mnie oraz Albertowi hrabina G. Wiesz na pewno, jaka to kobieta ukrywa się pod tym pseudonimem. Prawda? Ostatnia wielka miłość lorda Byrona.
Hrabina G. uważała, że tajemniczy Sindbad Żeglarz jest wampirem, miał on bowiem niezwykle bladą cerę. Oficjalnie ja i Albert wyśmiewaliśmy taką teorię. Ale w duchu po cichu zastanawialiśmy się, czy nie ma ona aby racji. Ostatecznie taki ekscentryk, jak on mógł być praktycznie każdym. Nawet istotą z zaświatów. Zaciekawiła nas również niezwykła towarzyszka hrabiego. Była to bardzo piękna Greczynka. Dowiedzieliśmy się później, że to sama księżniczka Hayde, zaginiona córka Ali Tebelina, paszy i wezyra Janiny, która po śmierci ojca popadła w niewolę u sułtana. Sindbad Żeglarz wykupił ją od niego i trzymał rzekomo jako swoją niewolnicę, choć jeśli mam być szczery, była ona dla niego czymś znacznie więcej. Bo w końcu, czy niewolnica posiada swoje własne służki, swobodę ruchu i jest traktowana niczym księżniczka krwi? Nie wydaje mi się.
Nie znaliśmy jeszcze nazwiska tajemniczego Sindbada Żeglarza. Poznaliśmy je dopiero wtedy, gdy potrzebowaliśmy powozu na karnawał. Wszystkie były już zarezerwowane, a na kupno czy wynajęcie nowego nie można było co liczyć. Wówczas to z pomocą przyszedł nam hrabia Monte Christo. Mieszkał on w tym samym hotelu, co ja i Albert. Gdy dowiedział się o naszym kłopocie, to wezwał nas do siebie i zaoferował, że użyczy nam swojego powozu, jak również umożliwi nam oglądanie publicznych egzekucji ze swojego balkonu. Byliśmy wniebowzięci i udaliśmy się do niego, gdy tylko była ku temu możliwość, aby mu podziękować. Gdy jednak ujrzałem naszego hojnego sąsiada, to od razu rozpoznałem w nim Sindbada Żeglarza z wyspy Monte Christo, który był też naszym wampirem z opery. W naszych późniejszych prywatnych rozmowach hrabia bynajmniej nie wypierał się przede mną tego, co robił. Przeciwnie, wydawało mi się, że wręcz się tym chlubił. Jakby zaszczyt przynosiła mu współpraca z włoskimi bandytami i ogólnoświatową kontrabandą.
Teraz, kiedy to mówię, przypomniało mi się pewne ważne wydarzenie. Zanim doszło do naszego spotkania z hrabią de Monte Christo, ja i Albert zwiedzaliśmy ruiny starego amfiteatru. Usłyszałem wówczas przypadkiem rozmowę pomiędzy hrabią a słynnym włoskim bandytą nazwiskiem Luigi Vampa. Rozmawiali oni o wzięciu do niewoli człowieka Vampy, młodego pasterza Peppina zwanego również Rocca Priori. Hrabia de Monte Christo zobowiązał się do uwolnienia go. Wkrótce potem miała się odbyć publiczna egzekucja Peppina oraz jeszcze jednego takiego łajdaka, który to (o ile dobrze pamiętam) zamordował swojego opiekuna dla jego pieniędzy. Hrabia wówczas zaprosił nas do oglądania tego niezwykłego skądinąd widowiska ze swego balkonu i dał nam do zrozumienia, że tortury ogromnie go fascynują. Powiedział też, że według niego gilotyna czy inny rodzaj szybkiego zadawania śmierci jest żałosny i bardzo słaby. Uważał on, że zemsta musi boleć długo i zadawać niewyobrażalne cierpienia. Przyznam się panu, że przeraziły mnie nieco jego słowa. Wkrótce potem doszło do egzekucji. Ja, Albert i Monte Christo obserwowaliśmy ją uważnie. Gdy tylko do niej doszło, hrabia zapowiedział nam, że Peppino uniknie dziś śmierci i zostanie ułaskawiony. I rzeczywiście, tak się właśnie stało. Dla Alberta wydarzenie to było naprawdę bardzo dziwne, ale dla mnie samego było jasne, iż widać w tym rękę hrabiego, co potwierdzała jego wcześniejsza rozmowa z Vampą w ruinach amfiteatru. Peppino został ułaskawiony i odprowadzony do więzienia, skąd wkrótce potem uciekł. Ale drugi skazaniec został zabity w wyjątkowo okrutny sposób - kat uderzył skazańca maczugą, potem rozciął mu gardło nożem, a następnie wskoczył na niego i zaczął po nim chodzić. Ja i Albert byliśmy przerażeni tym widokiem. Ja sam miałem ochotę zwrócić obiad, de Morcerfa niemalże sparaliżowało ze zgrozy, a hrabia de Monte Christo? Najspokojniej w świecie stał i patrzył na to widowisko, dziwnie się przy tym uśmiechając. Do dziś zastanawia mnie jedno. Czy śmiał się on z cierpień skazańca, czy może z naszej własnej słabości? Czy może też, niczym jakiś bóg starożytnych czasów patrzył z politowaniem na ten motłoch, którego okrutna kaźń podniecała? Prawdopodobnie już nigdy nie poznam odpowiedzi na to pytanie. Wiem jednak z całą pewnością, iż hrabia uzyskał ułaskawienie dla Peppina w ten oto sposób, że ofiarował samemu Ojcu Świętemu piękny szmaragd. Widać nawet głowa Kościoła katolickiego nie jest nieprzekupna.
Hrabia budził w nas wszystkich mieszane uczucia. Przede wszystkim jednak budził respekt, jaki należy się człowiekowi, który z łatwością rządzi bandytami i przemytnikami. Czułem, że chociaż jego wpływy są wielkie, to z całą pewnością zawahałbym się, zanim poprosiłbym go pomoc. Złośliwy los sprawił jednak, że musiałem już niedługo o nią poprosić hrabiego.
Było to tak: pojechaliśmy z Albertem na bal maskowy, ale de Morcerf w ostatniej chwili zrezygnował z udziału w nim, gdyż otrzymał bilecik miłosny z wezwaniem na schadzkę od tajemniczej damy. Poszedłem więc na bal sam. Wesołą zabawę przerwał mi list od Alberta - okazało się, że schadzka ta była jedynie podstępem ze strony Luigiego Vampy, zaś tajemniczą damą, która uwiodła mojego przyjaciela, była Teresa (kochanka Luigiego). Ów słynny bandyta pojmał de Morcerfa i żądał za niego wysokiego okupu. Albert miał pieniądze i kazał mi je wydobyć i nimi zapłacić za jego życie. Problem polegał na tym, że pieniędzy tych było za mało nawet wtedy, kiedy ja dołożyłem się do tej sumy. Nie wiedziałem, skąd mam wziąć brakującą sumę. Pojechałem zatem do hrabiego Monte Christo i poprosiłem go o pomoc. Ten najpierw chciał mi udzielić pożyczki, potem jednak zmienił zdanie, gdy podczas rozmowy z nim dałem mu do zrozumienia, iż wiem o jego rozmowie z Vampą w amfiteatrze i jego wpływie na tego bandytę. Monte Christo więc (zapewne po to, żeby zamknąć mi usta) pojechał razem mną w Katakumby Świętego Sebastiana, gdzie mieli swą kryjówkę Vampa i jego ludzie. Zastaliśmy ich herszta podczas czytania słynnych „Komentarzy” Juliusza Cezara (wiem, jaką on książkę czytał, gdyż po zakończeniu tej przygody z ciekawości zapytałem go o to). Monte Christo powiedział Vampie, że ich umowa przewiduje, iż Vampa nie będzie napadał ani na hrabiego, ani na jego przyjaciół w zamian za ochronę ich działalności. Albert de Morcerf zaś od niedawna jest zaliczany w poczet przyjaciół hrabiego. Bandyci, słysząc słowa hrabiego, natychmiast uwolnili Alberta i wszyscy wróciliśmy do hotelu. Albert zaś z wdzięczności zaprosił Monte Christa do siebie, do Paryża i obiecał także wprowadzić go na tamtejsze salony. Niedługo potem de Morcerf powrócił do Francji. Ja jeszcze na trochę zostałem w Rzymie, aby bawić się i korzystać z karnawału.
Niedługo potem i ja również powróciłem do Paryża i zająłem się swoimi planami matrymonialnymi. Chciałem bowiem ożenić się z panną Walentyną de Villefort, córką prokuratora królewskiego. Jej ojciec, Gerard de Villefort był temu przychylny, dziadek zaś wręcz przeciwnie. Zdania samej panny nie znałem, zresztą w tamtych czasach nikt kobiet o to nie pytał. Gdy zacząłem się starać o pannę Walentynę, pan Noirtier (ojciec Villeforta) ogłosił swój testament. Napisał w nim, że jego wnuczka zostanie wydziedziczona, jeżeli za mnie wyjdzie. Villefort jednak oznajmił, że pomimo tak nieprzychylnej dla nich wszystkich ostatniej woli jego ojca, Walentyna i tak zostanie moją żoną. Nie wiedzieliśmy jednak, że nie jest to ostatnie słowo starego człowieka. W dniu, gdy mieliśmy już podpisać intercyzę małżeńską, Noirtier wezwał nas wszystkich do siebie i wręczył nam papiery, które były tak jakby relacją ze śmierci mojego drogiego ojca. Przeczytałem je i byłem nimi kompletnie zszokowany. Dowiedziałem się nareszcie, w jaki sposób umarł mój ojciec. A było to tak:
Mój ojciec był kiedyś bonapartystą, ale ostatecznie przystąpił do rojalistów. Pewnego wieczoru został on wezwany przez tajemniczych ludzi na jakieś tajne spotkanie, które miało się odbyć na obrzeżach miasta. Zaciekawiony pojechał na nie, jednakże ku swojemu wielkiemu przerażeniu odkrył, że jest to spotkanie bonapartystów. Ci ludzie chcieli umożliwić ex-cesarzowi ucieczkę z Elby i jego powrót na tron Francji. Mój ojciec miał im pomóc w realizacji tego szalonego projektu. On jednak wysłuchał dokładnie ich planów, po czym oświadczył im, że dla niego istnieje tylko jeden władca - Ludwik XVIII. Wypowiedział przy tym wiele niemiłych słów pod adresem uczestników spotkania, a chyba nawet groził im wydaniem ich. Wówczas prezydent spiskowców wymusił na moim ojcu przysięgę, że nie uczyni on niczego, co mogłoby ich posłać do więzienia lub na śmierć. Mój ojciec z trudem, bo z trudem, ale taką przysięgę złożył, po czym sam prezydent spiskowców odwiózł go powozem do domu. Prawdopodobnie na tym by się cała sprawa skończyła, gdyby mój ojciec pohamował swój język i przestał wyzywać spiskowców od porywaczy, skrytobójców itp. Bardzo zdenerwował tymi słowami prezydenta, który kazał natychmiast zatrzymać powóz. Następnie obaj wysiedli z niego i stoczyli ze sobą pojedynek, zakończony niestety śmiercią mojego ojca.
Nie muszę chyba mówić, że zaszokowało mnie to, co usłyszałem. Poznałem dokładnie ostatnie chwile z życia mojego ojca, lecz nie znalazłem nazwiska jego zabójcy. Słusznie założyłem, że pan Noirtier musi je znać. I rzeczywiście, znał je. To zabójcą był... on sam. Tak, Noirtier de Villefort był mordercą mojego ojca, a ja chciałem ożenić się z jego wnuczką. Byłem w kompletnym szoku. Nie muszę chyba mówić, że natychmiast zerwałem zaręczyny z panną Walentyną de Villefort. Panna i jej dziadek zaraz wpadli z tego powodu w euforię, tak jakby wszystko to sobie z góry zaplanowali, choć nie jest to wykluczone.
Zdaje się jednak, że w swojej opowieści chyba nazbyt mocno odszedłem od osoby naszego wspólnego znajomego. Już jednak naprawiam ten błąd.
Otóż hrabia Monte Christo podczas swojego pobytu w Paryżu odkrył pewne ohydne szczegóły z życia hrabiego Fernanda de Morcerfa, czyli ojca Alberta, po czym opublikował je w gazecie pańskiego ojca chrzestnego. Wskutek tego doszło potem do procesu, po którym hrabia de Morcerf został pozbawiony miejsca w Izbie Parów i spotkał go publiczny ostracyzm. Gdy mój przyjaciel Albert odkrył, kto za tym wszystkim stoi, pojechał do opery i wyzwał publicznie hrabiego Monte Christo na pojedynek. Ja i jeszcze kilku naszych wspólnych znajomych byliśmy świadkami tego wydarzenia, ponieważ sam Albert celowo wezwał nas wszystkich do opery. Prawdę mówiąc, było to bardzo żałosne z jego strony. Zrobił bowiem z siebie tylko widowisko. To zresztą było w jego stylu, robić wokół siebie naprawdę bardzo dużo szumu. Następnego jednak dnia, kiedy miał się odbyć pojedynek, Albert wezwał na Pola Marsowe wszystkich uczestników wczorajszego incydentu w operze i przy nas przeprosił hrabiego Monte Christo oświadczając przy tym, iż miał on pełne prawo zdemaskować jego ojca. Pamiętam doskonale, że nic a nic z tego wszystkiego nie rozumieliśmy.
Wkrótce potem wydarzyło się coś jeszcze ciekawszego. Mianowicie doszło do procesu niejakiego wicehrabiego Andrei de Cavalcanti, Włocha, którego to Monte Christo wypromował na nasze salony. Cavalanti miał się żenić z córką barona Danglarsa, znamienitego bankiera tamtych czasów. W dniu podpisania intercyzy małżeńskiej wyszło jednak na jaw, że przyszły pan młody jest tak naprawdę galernikiem, złodziejem, a od niedawna również i mordercą. Poszedł więc on pod sąd, jednakże na procesie ujawnił coś niesamowitego i szokującego zarazem. Okazało się bowiem, że pan prokurator Gerard de Villefort (notabene prowadzący przeciwko niemu akt oskarżenia) jest jego ojcem. Oskarżony miał podobno narodzić się jako owoc romansu Villeforta z jakąś tajemniczą wdową, której nazwiska nie zdołaliśmy poznać. Rzekomy pan Cavalcanti urodził się w sekrecie przed wszystkimi, a zaraz potem Villefort wmawiając swojej kochance, że dziecko jest martwe, wsadził je do skrzyni i zakopał żywcem w ogrodzie. Jednakże pewien Korsykanin, który miał z prokuratorem stare porachunki, obserwował jego poczynania i w chwili, gdy zakopywał on skrzynię, rzucił się na niego, dźgnął go nożem (niezbyt skutecznie, jak widać) i wydobył skrzynkę. Odkrywszy znajdujące się w jej wnętrzu dziecko, zabrał je i wychował jak swoje własne. Jak się okazało, wychował je tylko po to, aby teraz poszło na gilotynę i to skazane na nią przez własnego ojca.
Villefort, gdy tylko usłyszał to wszystko, był w takim szoku, że nawet się nie bronił. A wręcz, o dziwo, potwierdził słowa oskarżonego. Skandal, którego za wszelką cenę próbował uniknąć, teraz go dopadł. Przyznam się jednak, że nikt z nas nie miał wówczas wobec niego litości, zwłaszcza ja. Nie wiedziałem wówczas, co ja niby takiego wielkiego widziałem w tej rodzinie, że chciałem do niej wejść. Teraz cieszyłem się, że tak się nie stało. Villefort natomiast tego samego dnia dowiedział się o tym, iż jego żona trucicielka, powodowana chyba wyrzutami sumienia, otruła siebie oraz ich ukochanego synka, Edwardka. Nasz prokurator po tym wszystkim dostał pomieszania zmysłów i wylądował na resztę swego życia w szpitalu dla obłąkanych, gdzie zmarł kilka lat temu. Biedny człowiek. Był on co prawda żałosnym i nędznym dorobkiewiczem, poświęcającym nawet najbliższych dla własnej kariery i dobrego imienia, ale nie jestem pewien, czy aby nie za ciężko los go spotkał. Tak, niebo słusznie go ukarało, czy jednak kara powinna być aż tak dotkliwa?
A może to nie było wcale niebo? Może Morcerfa i Villeforta, a może nawet i Danglarsa zniszczył jeden i ten sam człowiek, hrabia de Monte Christo? Jeśli tak, to rodzi się wówczas inne pytanie, dlaczego on to wszystko zrobił? Dlaczego ich wszystkich ukarał w imię sprawiedliwości, która dawno dała już sobie z nimi spokój? Co nim tak naprawdę kierowało? Czy było to jakieś szalone poczucie moralności? A może osobista zemsta? Jeśli tak, to co ci trzej ludzie, jakkolwiek podli i żałośni by nie byli, mu zrobili, że tak okrutnie się na nich zemścił?
Jeżeli kiedykolwiek poznasz odpowiedzi na te pytania, mój drogi panie, to proszę cię, podziel się pan nimi ze mną. Bardzo chętnie je poznam, gdyż człowiek zwany hrabią de Monte Christo nadal mnie fascynuje. Budzi mój strach i podziw zarazem. Wstręt i respekt. Przerażenie oraz szacunek. Zniknął mi z oczu tuż po obłędzie Villeforta i nigdy więcej go nie spotkałem. Nie wiem, co się z nim obecnie dzieje, ale mimo to chętnie bym znów zobaczył go i ujrzał jego tajemniczy uśmiech na twarzy. Uśmiech, który to budził we mnie i Albercie tyle mieszanych uczuć. Uśmiech, który nazwałbym zarówno anielskim, jak i diabelskim.

Trzeba przyznać, że nudnego życia to ten Franz nie miał, tym bardziej, że trzymały się go takie zwariowane pomysły. Co do hrabi, to można się tylko domyślać, że pewni ludzie musieli mu w przeszłości wyrządzić wiele zła, skoro tak długo ich prześladował, aż dopiął swego, doprowadzając do ich klęski. No, ale teraz przynajmniej Jean zyskał znacznie więcej informacji na jego temat.
OdpowiedzUsuńFranz jest dość bystry, skoro powiązał z hrabią wszystkie te wydarzenia. Prokurator zasłużył sobie w mojej opinii najbardziej ze wszystkich, zwłaszcza że niczego nigdy nie żałował.
OdpowiedzUsuńHrabia jest prawdziwą zagadką, zakłada na siebie tyle masek jednocześnie. Która z nich jest prawdziwa?
OdpowiedzUsuńEdmund Dantes czy hrabia Monte Christo, czy to druga strona tej samej monety?
A ludzie pozornie łagodni często kryją w sobie ogień wielkich namiętności.
Oglądanie cierpień skazańców daje hrabiemu jakoś sadystyczną, perwersyjną przyjemność.
Sin band Żeglarz, poczułam dreszcz podniecenia i przygody, bo Guy też grał postać zuchwałego kapitana, który jednym spojrzeniem umie ocenić zarówno wartość statku, jak i dziewczyny. Ciekawe czy to celowe nawiązanie z twojej strony?
Oj tak, tyle masek nosił na sobie i która z nich jest prawdziwa? Myślę, że przede wszystkim jego prawdziwą twarzą był Edmund Dantes, a pozostałe jego twarze były maskami, ale posiadały nieraz część jego osobowości :)
UsuńTak, ludzie pozornie łagodni i spokojni, potrafią w sobie kryć wielkie namiętności, a gdy te wybuchają, to cóż... Wtedy mamy dopiero wulkan.
Wiesz, w książce nie jest to powiedziane wprost, ale sądzę, że hrabia wcale nie czuł przyjemności z obserwowania kaźni skazańców. Budziło to raczej jego obrzydzenie, ale udawał, że jest inaczej, aby w ten sposób pokazać się jako człowiek światowy, lekceważący wszelkie konwenanse i twardy, którego nic nie złamie. A może przy okazji na swój sposób sprawiło mu przyjemność wyobrażanie sobie, jak jego wrogowie umierają w taki właśnie sposób?
Niestety nie... Tutaj kłania się inwencja Aleksandra Dumasa ojca. To on wymyślił, że Edmund Dantes nie działał tylko jako hrabia Monte Christo, ale też jako ksiądz Busoni, lord Wilmore i właśnie jako Sindbad Żeglarz. Raz też działał jako agent firmy "Thompson and French". Miał zatem więcej twarzy niż Zorro :)