sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 05

Rozdział V

Dzienniki Jeana Chroniqueura


1 lipca 1855 r. c.d.
Gdy tylko skończyłem zapisywać opowieść mojego rozmówcy, poczułem się emocjonalnie usatysfakcjonowany. Mój drogi ojciec chrzestny miał bowiem rację. Rzeczywiście, pan baron Franz d’Epinay wiedział o wiele więcej niż on o hrabim Monte Christo. Co prawda wciąż jeszcze byłem raczej daleki od poznania całej osobowości tego człowieka, o którym to wiadomości szukałem, jednak wiedziałem już zdecydowanie więcej niż przedtem. Dzięki informacjom, które dziś zdobyłem, mogłem już sobie wyrobić nieco zdanie na temat hrabiego Monte Christo, którego to postać zaczęła mnie bardzo intrygować. Ta opowieść o jego fascynacji torturami połączonych z przyłożeniem ręki (świadomie czy też nie) do ujawnienia informacji o podłej przeszłości de Villeforta i hrabiego de Morcerfa. Ta znajomość z włoskimi bandytami i chronienie ich działalności, ta przyjaźń z włoskimi przemytnikami, ta wspaniała uczta niczym z „Tysiąca i jednej nocy” oraz inne szczegóły z życia tego człowieka - to wszystko wprawiało mnie w prawdziwe osłupienie, a może raczej w podniecenie. Kimże on był? Kim był ten oto człowiek, który gardził rozrywkami pospólstwa, wymierzał ludziom sprawiedliwość niczym bicz Boży, a jednocześnie ciekawiły go ludzkie tortury? Kim był ten obrońca przemytników oraz bandytów, opiekun greckiej księżniczki i co go łączyło ze zniszczonymi przez siebie ludźmi? Tak wiele pytań, a tak mało odpowiedzi. A ja musiałem je w końcu poznać, gdyż byłem z natury zawzięty i nie ustąpię, póki nie poznam prawdy.
Dlatego też właśnie uznałem wręcz za mój obowiązek prowadzenie dalszych poszukiwań informacji o tajemniczym hrabim Monte Christo. Uznałem, że nawet gdyby coś poszło nie tak i odebrano mi tę sprawę, to pewnie i tak bym czuł się w obowiązku kontynuować ją i doprowadzić do jak najszczęśliwszego zakończenia. Zbyt mocno się w nią bowiem zaangażowałem, aby z niej się kiedykolwiek wycofać. Co za tym idzie, najwyższa już była pora, żeby ruszyć w dalszą drogę. Problem polegał wszak na tym, że nie wiedziałem, dokąd mam się teraz udać.
Zapytałem więc o to barona d’Epinay mając nadzieję, że odpowie mi on na to pytanie. Nie zawiodłem się na nim, ponieważ odpowiedział on z uśmiechem:
- Proponuję, aby odwiedził pan mojego przyjaciela, Lucjana Debray. Jest on w obecnym rządzie ministrem spraw wewnętrznych, a więc jako taki oczywiście jest człowiekiem bardzo zajętym. Jeśli jednak pokaże mu pan ten liścik ode mnie...
To mówiąc wziął do ręki kartkę papieru i napisał na niej piórem kilka zdań. Następnie posypał ją lekko piaskiem, zdmuchnął go, złożył ją i podał mi, kończąc jednocześnie swoją wypowiedź:
- ... to sądzę, że bardzo chętnie pana przyjmie, drogi panie Chroniqueur. Nie gwarantuję, oczywiście, że wie on więcej niż ja. Być może zdoła panu powiedzieć coś, czego ja nie wiem, a być może nie, ale nie należy zaniedbywać najmniejszego nawet szczegółu.
- Tak, to prawda - odpowiedziałem z uśmiechem i zadowoleniem - Zgadzam się z panem całkowicie.
Zabrałem swoje rzeczy, po czym wstałem i uścisnąłem bardzo mocno dłoń panu baronowi.
- Dziękuję panu za rozmowę, panie baronie. Bardzo mi pan pomógł.
- Miło mi to słyszeć - odpowiedział wesoło baron d’Epinay.
Już miałem wychodzić, gdy nagle coś sobie przypomniałem.
- Jeszcze tylko jedno pytanie, panie baronie.
- Tak, słucham?
- Gdzie mogę znaleźć pana Lucjana Debraya? Och, przepraszam bardzo! Pana ministra spraw wewnętrznych?
- Oczywiście w ministerstwie spraw wewnętrznych. O ile mnie pamięć nie myli, to jeszcze teraz urzęduje. A jeżeli nie, to w ministerstwie już na pewno panu powiedzą, gdzie go szukać.
- Dziękuję panu, panie baronie.

***

Dość szybko dotarłem powozem do ministerstwa spraw wewnętrznych. Jak przewidywał baron Franz d’Epinay pan minister był jeszcze w swoim gabinecie i chętnie zgodził się mnie przyjąć. Zwłaszcza, kiedy tylko zobaczył liścik od barona, który mu wręczyłem. Przeczytał go uważnie, po czym wskazał mi krzesło stojące naprzeciwko swojego biurka. Usiadłem i poczekałem, aż zajmie on swoje miejsce.
Z żalem muszę przyznać, iż pan Lucjan Debray gościnnością ani tym bardziej grzecznością nie grzeszył. Zanim raczył mnie on w ogóle wysłuchać, to sprawdzał jakieś papiery, podpisywał je i dał potem swojemu sekretarzowi. Przez pierwsze kilka minut zdawał się zachowywać tak, jakby mnie tutaj w ogóle nie było, co mnie oczywiście mocno raziło. Nie mówiąc już o tym, że nie raczył mnie w ogóle niczym poczęstować. Chwilami zaś odnosiłem wrażenie, iż poczęstowałby mnie on co najwyżej kopniakiem, gdybym się o cokolwiek zaczął dopraszać. Wołałem więc nie poruszać tej kwestii, tylko od razu przejść do sedna sprawy, co oczywiście uczyniłem.
- Panie ministrze... Ja wiem i rozumiem to, iż jest pan człowiekiem niezwykle zajętym oraz zapracowanym. Dlatego też z góry panu obiecuję, że nie zajmę panu więcej czasu niż będzie to konieczne.
- Och, jestem tego całkowicie pewien - odpowiedział lekko obojętnym tonem Lucjan Debray - Także nie bawmy się teraz ze sobą w jakieś głupie konwenanse i przejdźmy od razu do rzeczy. Interesuje pana osoba hrabiego Monte Christo oraz wszystko, co o nim wiem, prawda?
- Nie inaczej.
- Świetnie. A zatem muszę z góry panu zapowiedzieć, iż chyba wiem o nim najmniej ze wszystkich ludzi na świecie. Co za tym idzie, obawiam się, że moje wiadomości panu w niczym nie pomogą.
Wiedziałem doskonale, że tymi oto dziwacznymi słowami próbuje on dać mi do zrozumienia, że moja wizyta nie jest mu wcale na rękę i gdyby nie prośba jego serdecznego przyjaciela, to na pewno by mnie stąd odprawił z kwitkiem. Jeżeli więc zabawiał się w ten dziwaczny Wersal, to pewnie tylko dlatego, żeby wszelkim grzecznościowym formalnościom uczynić zadość. A być może również kierowała nim przyjaźń wobec barona d’Epinaya i chyba także mojego ojca chrzestnego, a najwyraźniej przyjaźń zawsze zobowiązuje, nawet ministrów.
Oczywiście nie dałem mu się zbić z pantałyku. Ostatecznie nie po to przecież przybyłem do niego, aby się potem dać odprawić jak jakiś pierwszy lepszy petent. Powiedziałem zatem grzecznie, aczkolwiek stanowczo:
- Pan wybaczy, panie ministrze, ale pozwoli pan, iż ja to ocenię, co mi się może przydać, a co nie.
Lucjan Debray popatrzył na mnie spojrzeniem, którego nie umiałem nazwać, po czym zaczął się śmiać.
- Odważny człowiek z pana. Bardzo odważny i zawzięty. Lubię takich. Niech więc panu będzie, panie Chroniqueur. Skoro panu na tym tak zależy, to opowiem panu, co wiem o hrabim Monte Christo. Jeżeli jednak rezultat naszej rozmowy nie będzie dla pana zadowalający, to proszę mnie o to nie obwiniać. Jak bowiem już panu powiedziałem, bardzo niewiele wiem o tym człowieku.
- Być może i niewiele, ale dosyć, aby mnie zaciekawić i rzucić nowe światło na tę całą sprawę.
- No cóż... Skoro pan tak uważa... To niech pan słucha uważnie.
Następnie pan Debray zaczął opowiadać.

3 komentarze:

  1. Niezbyt mi się podoba ten cały Lucjan Debray. Widać, że to typowy, żałosny polityk, jakich pełno na tym świecie. Ale może chociaż na coś się przyda i powie coś pożytecznego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Coraz ciekawiej. Wchodzimy wraz Z Jeanem na szczyty władzy, zapowiada się tło polityczne.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten minister jest taki jakiś arogancki, bufon prawdziwy. A może to przypadłość większości ministrów?
    Ale nie zniechęca to Huberta Kronikarza i chyba wyciągnie w końcu więcej informacji. Czuję, że to dopiero początek, wielkiej fascynującej przygody, gdzie jest zemsta, miłość, przyjaźń i namiętność.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...