Jak już panu wspomniałem, nie miałem nigdy możliwości dobrego poznania hrabiego Monte Christo. Pierwszy raz spotkałem go w roku 1838 na takim małym śniadanku u mego dobrego przyjaciela, wicehrabiego Alberta de Morcerfa. Albert poznał hrabiego w Rzymie, gdzie ten ponoć ocalił mu życie. Dlatego też mój przyjaciel zaprosił go do siebie i przedstawił nam, swoim kolegom z dzieciństwa. Byliśmy nimi ja, baron Franz d’Epinay, dziennikarz Alfons de Beauchamp, baron Raul de Chateau-Renaud oraz jego wierny druh z Afryki, Maksymilian Morrel. Poza Albertem oraz Franzem nikt z nas nie znał wcześniej pana de Monte Christo. Tym chętniej więc go poznaliśmy. Przyznam się jednak, że nie tyle interesował mnie on, co raczej pieniądze, jakie posiadł, jak również i to, w co zamierzał je zainwestować. To było dla mnie najważniejsze zagadnienie dotyczące tego pana. Już wtedy bowiem zajmowałem się grą na giełdzie i muszę przyznać, że robiłem to z raczej dobrym skutkiem, o czym z pewnością świadczyć może chociażby mój obecny stan majątkowy. Jako sekretarz ówczesnego minister spraw wewnętrznych miałem zawsze bardzo dobre wiadomości, dzięki czemu udało mi się nieraz podjąć właściwe decyzji. Zarobiłem na giełdzie miliony franków, czego jednak nie da się powiedzieć o moim dobrym znajomym, baronie Danglarsie, o którym to zaraz opowiem. Hrabia Monte Christo, specjalnie czy też raczej niechcący, przyczynił się do jego bankructwa. W jaki sposób, zapyta pan? Już to panu wyjaśniam.
Wyobraź pan sobie, że drogi hrabia Monte Christo zakupił za milion franków hiszpańskie obligacje. Baron Danglars, który to zwykle papugował praktycznie wszystkie inwestycje hrabiego, również je nabył. Przyznam się szczerze, że sam mu poradziłem chodzenie po rynku giełdowym śladami hrabiego Monte Christo. Wyczułem bowiem, iż interesy tego człowieka zawsze przynoszą olbrzymie zyski. Baron posłuchał mnie i nabył te obligacje. Po jakimś czasie jednak przyszła do Paryża straszna wieść. Okazało się, że Don Carlos (czyli dawny hiszpański władca, który został obalony w trakcie zamachu stanu) wydostał się właśnie z niewoli i dotarł do Hiszpanii, gdzie już wybuchło wspierające go powstanie. To więc mogło oznaczać tylko jedno. Każdy, kto kiedykolwiek nabył jakiekolwiek hiszpańskie obligacje, zainwestował swoje pieniądze w wojnę domową, a co za tym idzie, nie miał co liczyć na najmniejszy choćby zysk. Postanowiłem zatem ostrzec mojego znajomego bankiera. Udałem się zatem do pani Herminii Danglars, z którą to już od dawna utrzymywałem przyjazne stosunki i powiadomiłem ją o wszystkim.
Między nami mężczyznami przyznam się panu, że utrzymywałem z tą panią stosunki nader przyjazne. Może nawet więcej niż tylko przyjazne. Domyślasz się pan na pewno, co mam na myśli, prawda? Jeżeli zaś ocenia mnie pan negatywnie za mój romans z panią Danglars, to zapewnić pana mogę, że miał on miejsce nie tylko za jej zgodą, ale i za zgodą jej męża, który to kochał wyłącznie pieniądze. I prawdę mówiąc, bardzo mu było na rękę to, że jego kochana żona miała romans z człowiekiem, który zawsze wie, w co, jak oraz kiedy zainwestować. A ja właśnie byłem takim człowiekiem. Dlatego właśnie mój romans z panią Herminią Danglars odpowiadał praktycznie wszystkim stronom zainteresowanym w tej sprawie.
A wracając do tematu, poszedłem do pani Danglars i zapytałem, czy jej mąż posiada nadal jakieś hiszpańskie obligacje. Odpowiedziała mi, że tak. Poradziłem jej zatem, żeby czym prędzej je sprzedał, gdyż niedługo będą one bez wartości. Danglars posłuchał mojej rady i sprzedał swoje obligacje. Niektóre z nich nawet za połowę ceny, resztę zaś za całkowity bezcen. Inni bankierzy panikowali nie mając pojęcia, co mają teraz zrobić ze swoimi hiszpańskimi obligacjami i narzekali, że zainwestowali oni pieniądze w wojnę domową. Pozostali natomiast z zazdrością gratulowali Danglarsowi tak sprawnie podjętej decyzji. Szybko się jednak okazało, że ich jakże optymistyczny osąd w tej sprawie był przedwczesny. Następnego dnia wyszło bowiem na jaw, że wiadomość o ucieczce Don Carlosa z więzienia oraz rewolcie w Hiszpanii jest fałszywa. Prawdopodobnie telegrafista, który ją nadał, źle odczytał wiadomość z powodu mgły i przesłał ją źle do Paryża. Niewykluczone też, że człowiek ten po prostu zwariował, ponieważ niedługo po opublikowaniu rzekomej wiadomości z Hiszpanii, nasz telegrafista zniknął bez śladu i nikt go już więcej nie widział. Obligacje hiszpańskie zaś mocno skoczyły w górę. Co za tym idzie, wszyscy zyskali, zaś Danglars stracił na ich sprzedaży wielkie sumy. Od tego czasu zaczęło się jego bankructwo.
Baron Danglars jednak nie na darmo nazywany był przez niektórych królem bankierów. Ponieważ jego finanse poniosły znaczne straty, wpadł on na pomysł, jak naprawić tę złą dla siebie sytuację. Postanowił wydać swoją córkę Eugenię za mąż za wicehrabiego Andreę de Cavalcanti, pewnego młodego Włocha, którego to wypromował na paryskich salonach hrabia Monte Christo. Jednak w dniu zaręczyn okazało się, że pan Cavalcanti to w rzeczywistości jest Benedetto, były galernik. Danglars chciał więc wydać córkę za złodzieja i mordercę. Nie muszę tu chyba dodawać, że wybuchł z tego powodu niezły skandal. Biedak ośmieszył się przed całym Paryżem, a w dodatku stał się niewypłacalny. Jego bank prędzej czy później musiał ogłosić bankructwo. Było to już tylko kwestią czasu. Danglars jednak nie był w ciemię bity, więc jak najszybciej uciekł do Włoch i to jeszcze z pieniędzmi przeznaczonymi na szpitale oraz sierocińce. Nie wiem, co się potem z nim stało. Krążą pogłoski, że ponoć wpadł w ręce słynnego bandyty, Luigiego Vampy, który to najpierw zabrał mu wszystkie pieniądze, a potem zagłodził go na śmierć.
Co do jego żony, to spodziewała się ona, że po tym wszystkim, co się stało, będę dalej jej kochankiem. A może jeszcze nawet okażę jej wsparcie w tej trudnej sytuacji. Pomyliła się i to mocno. Musiałem dbać o swoje dobre imię, dlatego też zerwałem z nią wszelkie kontakty. Zwróciłem jej jedynie pieniądze, które dzięki mnie zarobiła ona na giełdzie, potem zaś nasze drogi się rozeszły. Nie wiem, co się z nią teraz dzieje. Wiem za to, co się teraz dzieje ze mną i co się będzie dziać. Po przywróceniu cesarstwa, zostałem ministrem i to w tym samym ministerstwie, w którym kiedyś pracowałem jako sekretarz i jak dotąd, dobrze mi się powodzi.
Zaś hrabia Monte Christo wyjechał niedługo potem z Paryża i nigdy więcej go już nie widziałem. I prawdę mówiąc, nie chciałbym raczej się z nim spotkać. To bardzo dziwny człowiek. Dość przerażający, a w dodatku niesamowity dziwak. Budził on wokół siebie aurę groźnej tajemniczości połączoną z jakby szatańską wszechwiedzą, a to nie jest najlepsze połączenie. Do tego podejrzewam, że mógł mieć coś wspólnego z tą plotką na temat rewolty w Hiszpanii, przez którą Danglars zbankrutował. Jeżeli jednak to prawda, to wciąż nie umiem sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego to zrobił. Ale z drugiej strony, jakie to ma teraz znaczenie dla świata? Danglars upadł, tak jak i upadł Napoleon I, a potem również i król Ludwik Filip I, na miejsce którego przyszedł prezydent Bonaparte, który to obecnie jest naszym cesarzem. Nie ma zatem co płakać nad tymi, którzy upadli, ale trwać przy tych, którzy stoją twardo o własnych siłach. Umarł król, niech żyje cesarz. Umarł Danglars, niech żyje hrabia Monte Christo.
Wyobraź pan sobie, że drogi hrabia Monte Christo zakupił za milion franków hiszpańskie obligacje. Baron Danglars, który to zwykle papugował praktycznie wszystkie inwestycje hrabiego, również je nabył. Przyznam się szczerze, że sam mu poradziłem chodzenie po rynku giełdowym śladami hrabiego Monte Christo. Wyczułem bowiem, iż interesy tego człowieka zawsze przynoszą olbrzymie zyski. Baron posłuchał mnie i nabył te obligacje. Po jakimś czasie jednak przyszła do Paryża straszna wieść. Okazało się, że Don Carlos (czyli dawny hiszpański władca, który został obalony w trakcie zamachu stanu) wydostał się właśnie z niewoli i dotarł do Hiszpanii, gdzie już wybuchło wspierające go powstanie. To więc mogło oznaczać tylko jedno. Każdy, kto kiedykolwiek nabył jakiekolwiek hiszpańskie obligacje, zainwestował swoje pieniądze w wojnę domową, a co za tym idzie, nie miał co liczyć na najmniejszy choćby zysk. Postanowiłem zatem ostrzec mojego znajomego bankiera. Udałem się zatem do pani Herminii Danglars, z którą to już od dawna utrzymywałem przyjazne stosunki i powiadomiłem ją o wszystkim.
Między nami mężczyznami przyznam się panu, że utrzymywałem z tą panią stosunki nader przyjazne. Może nawet więcej niż tylko przyjazne. Domyślasz się pan na pewno, co mam na myśli, prawda? Jeżeli zaś ocenia mnie pan negatywnie za mój romans z panią Danglars, to zapewnić pana mogę, że miał on miejsce nie tylko za jej zgodą, ale i za zgodą jej męża, który to kochał wyłącznie pieniądze. I prawdę mówiąc, bardzo mu było na rękę to, że jego kochana żona miała romans z człowiekiem, który zawsze wie, w co, jak oraz kiedy zainwestować. A ja właśnie byłem takim człowiekiem. Dlatego właśnie mój romans z panią Herminią Danglars odpowiadał praktycznie wszystkim stronom zainteresowanym w tej sprawie.
A wracając do tematu, poszedłem do pani Danglars i zapytałem, czy jej mąż posiada nadal jakieś hiszpańskie obligacje. Odpowiedziała mi, że tak. Poradziłem jej zatem, żeby czym prędzej je sprzedał, gdyż niedługo będą one bez wartości. Danglars posłuchał mojej rady i sprzedał swoje obligacje. Niektóre z nich nawet za połowę ceny, resztę zaś za całkowity bezcen. Inni bankierzy panikowali nie mając pojęcia, co mają teraz zrobić ze swoimi hiszpańskimi obligacjami i narzekali, że zainwestowali oni pieniądze w wojnę domową. Pozostali natomiast z zazdrością gratulowali Danglarsowi tak sprawnie podjętej decyzji. Szybko się jednak okazało, że ich jakże optymistyczny osąd w tej sprawie był przedwczesny. Następnego dnia wyszło bowiem na jaw, że wiadomość o ucieczce Don Carlosa z więzienia oraz rewolcie w Hiszpanii jest fałszywa. Prawdopodobnie telegrafista, który ją nadał, źle odczytał wiadomość z powodu mgły i przesłał ją źle do Paryża. Niewykluczone też, że człowiek ten po prostu zwariował, ponieważ niedługo po opublikowaniu rzekomej wiadomości z Hiszpanii, nasz telegrafista zniknął bez śladu i nikt go już więcej nie widział. Obligacje hiszpańskie zaś mocno skoczyły w górę. Co za tym idzie, wszyscy zyskali, zaś Danglars stracił na ich sprzedaży wielkie sumy. Od tego czasu zaczęło się jego bankructwo.
Baron Danglars jednak nie na darmo nazywany był przez niektórych królem bankierów. Ponieważ jego finanse poniosły znaczne straty, wpadł on na pomysł, jak naprawić tę złą dla siebie sytuację. Postanowił wydać swoją córkę Eugenię za mąż za wicehrabiego Andreę de Cavalcanti, pewnego młodego Włocha, którego to wypromował na paryskich salonach hrabia Monte Christo. Jednak w dniu zaręczyn okazało się, że pan Cavalcanti to w rzeczywistości jest Benedetto, były galernik. Danglars chciał więc wydać córkę za złodzieja i mordercę. Nie muszę tu chyba dodawać, że wybuchł z tego powodu niezły skandal. Biedak ośmieszył się przed całym Paryżem, a w dodatku stał się niewypłacalny. Jego bank prędzej czy później musiał ogłosić bankructwo. Było to już tylko kwestią czasu. Danglars jednak nie był w ciemię bity, więc jak najszybciej uciekł do Włoch i to jeszcze z pieniędzmi przeznaczonymi na szpitale oraz sierocińce. Nie wiem, co się potem z nim stało. Krążą pogłoski, że ponoć wpadł w ręce słynnego bandyty, Luigiego Vampy, który to najpierw zabrał mu wszystkie pieniądze, a potem zagłodził go na śmierć.
Co do jego żony, to spodziewała się ona, że po tym wszystkim, co się stało, będę dalej jej kochankiem. A może jeszcze nawet okażę jej wsparcie w tej trudnej sytuacji. Pomyliła się i to mocno. Musiałem dbać o swoje dobre imię, dlatego też zerwałem z nią wszelkie kontakty. Zwróciłem jej jedynie pieniądze, które dzięki mnie zarobiła ona na giełdzie, potem zaś nasze drogi się rozeszły. Nie wiem, co się z nią teraz dzieje. Wiem za to, co się teraz dzieje ze mną i co się będzie dziać. Po przywróceniu cesarstwa, zostałem ministrem i to w tym samym ministerstwie, w którym kiedyś pracowałem jako sekretarz i jak dotąd, dobrze mi się powodzi.
Zaś hrabia Monte Christo wyjechał niedługo potem z Paryża i nigdy więcej go już nie widziałem. I prawdę mówiąc, nie chciałbym raczej się z nim spotkać. To bardzo dziwny człowiek. Dość przerażający, a w dodatku niesamowity dziwak. Budził on wokół siebie aurę groźnej tajemniczości połączoną z jakby szatańską wszechwiedzą, a to nie jest najlepsze połączenie. Do tego podejrzewam, że mógł mieć coś wspólnego z tą plotką na temat rewolty w Hiszpanii, przez którą Danglars zbankrutował. Jeżeli jednak to prawda, to wciąż nie umiem sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego to zrobił. Ale z drugiej strony, jakie to ma teraz znaczenie dla świata? Danglars upadł, tak jak i upadł Napoleon I, a potem również i król Ludwik Filip I, na miejsce którego przyszedł prezydent Bonaparte, który to obecnie jest naszym cesarzem. Nie ma zatem co płakać nad tymi, którzy upadli, ale trwać przy tych, którzy stoją twardo o własnych siłach. Umarł król, niech żyje cesarz. Umarł Danglars, niech żyje hrabia Monte Christo.

Ten Lucjan to zbyt gościnny nie był. Z kolei dla Danglarsa liczyły się tylko pieniądze. Nic poza tym nie miało dla niego znaczenia. Nawet własną żonę miał w głębokim poważaniu i nie przeszkadzało mu w zupełności to, że go zdradzała. Zresztą ona również była chciwa na pieniądze, które stanowiły dla niej nadrzędną wartość. Za tym błędnym przekazem telegraficznym z pewnością stał Monte Christo, chcąc doprowadzić Danglarsa do bankructwa. Kolejna rzecz mu się udała. Trzeba przyznać, ze jest naprawdę dobry w dokonywaniu zemsty na innych, tylko ciekawe co oni mu właściwie takiego zrobili, że tak bardzo zaleźli mu za skórę, do tego stopnia, że nie potrafi darować wyrządzonych mu krzywd? Domyślam się, że to między innymi przez nich trafił do więzienia, ale to są jedynie moje domysły, gdyż z obejrzanego filmu nie pamiętam żadnych nazwisk. Przyznam, że nawet nie pamiętałem prawdziwego imienia i nazwiska głównego bohatera, bo oglądałem ten film dość dawno, no a książki jeszcze nie czytałem.
OdpowiedzUsuńTutaj mamy pierwszy nieco inny punkt widzenia. Przeczuwam, że Lucjan i Danglars odegrają jeszcze jakąś role w tej historii. Na miejscu hrabiego uważałbym na nowego ministra.
OdpowiedzUsuńCiekawe co będzie dalej?
OdpowiedzUsuńCzuję dalej ten klimat i styl Dumasa. Jak ten świat się zmienia i dziwnie kreci, jedni politycy odchodzą, drudzy przychodzą na ich miejsce. Umarł król, niech żyje król, a hrabia Monte Christo dalej roztacza wokół siebie jakiś szatański urok i tajemnice.
Pełno tajemnic, wartych okrycia i poznania. Tajemnic, które może odkryć tylko dociekliwy dziennikarz Hubert Kronikarz. I mam nadzieję, że osłoni je przed czytelnikami, co zamierza zmienić w tej znanej nam opowieści.