sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 08

Rozdział VIII

Opowieść Herminii Danglars


Urodziłam się jako Herminia de Salvieux. Byłam jedynym dzieckiem mojego ojca, jedyną jego spadkobierczynią oraz nadzieją na przyszłość. Dlatego też musiał zadbać jeszcze za swojego życia o to, abym wyszła za mąż. Wydał mnie więc dość wcześnie za bogatego pana de Nargonne. Był to dobry człowiek, choć dużo starszy ode mnie. Nie był zły, ale nudny, a co za tym idzie, nie byłam szczęśliwa w tym małżeństwie. Nie zdziwi więc chyba pana fakt, że szukałam pociechy. Marzyłam o wielkiej i wzniosłej miłości niczym z powieści, w których to wówczas się nad wyraz zaczytywałam. Gdybym tylko wiedziała, jak przykre będą konsekwencje realizacji tych moich marzeń, to nigdy bym nie zdradzała mego małżonka. Jednak nie wiedziałam o tym i stało się to, co się stało. Ale los słusznie mnie pokarał za to, co zrobiłam. Oby każdą niewierną żonę to spotkało.
Jakiś czas po ślubie zamieszkałam wraz z mężem niedaleko Paryża w Auteuil. W naszym sąsiedztwie mieszkał markiz de Saint-Meran z małżonką. Niedawno zmarła ich córka, Renata. Znałam ją bardzo dobrze, była moją dobrą przyjaciółką. Wyszła ona za mąż za prokuratora Gerarda de Villeforta. Byłam z ojcem na ich zaręczynach i cóż... zakochałam się w nim. Ponieważ jednak był on narzeczonym mojej przyjaciółki, to musiałam dla dobra naszej przyjaźni zapomnieć o nim. A potem sama wyszłam za mąż i pan de Villefort zniknął z mojego życia tak szybko, jak się w nim pojawił. Do czasu.
Pan prokurator dość często bywał u swoich teściów. Równie mocno, co oni, przeżył śmierć Renaty. Jako sąsiadka państwa de Saint-Meran ja również bywałam u nich dość częstym gościem. Podczas jednej z wizyt spotkałam de Villeforta, a wówczas uczucie do niego, które tak długo w sobie tłumiłam, nagle powróciło, wybuchając przy tym z całą swoją potęgą. Ja i pan de Villefort zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Najpierw tylko grzecznościowo, potem coraz bardziej poufale. Dość szybko zawiązała się pomiędzy nami wielka nić sympatii. Poczułam, że wreszcie ktoś mnie rozumie; że na tym świecie wreszcie jest ktoś mi bliski. Ponieważ zaś mojego męża często nie było w domu, Villefort stał się w nim mile widzianym gościem. Wizyty jego były dla mnie niczym balsam na ranę, którą zadało mi to nieszczęśliwe małżeństwo z człowiekiem, którego pomimo jego szlachetności, nie umiałam pokochać. Prokurator był dla mnie taki dobry i wyrozumiały. Nie mówiąc już o tym, że łączyła nas miłość do Renaty. Oboje cierpieliśmy z powodu jej przedwczesnej śmierci. Dlatego tak łatwo udało się nam ze sobą porozumieć.
Nie muszę panu mówić, co było potem, prawda? Jest pan na pewno bardzo mądrym i bystrym człowiekiem, pomimo swojego młodego wieku. I z pewnością doskonale pan orientuje się w tych sprawach. Może mnie pan w duchu potępiać za to wszystko, co się stało. Proszę bardzo, niech pan to zrobi. Na swoją obronę mogę tylko powiedzieć, że mój mąż był często poza domem, a Gerard z kolei zjawiał się właśnie wtedy, gdy był mi potrzebny, a ponieważ nie mam serca z kamienia, to cóż... Sam pan chyba pojmuje. Spotykaliśmy się w domu państwa de Saint-Meran, którzy zostawili go Gerardowi pod opiekę, a sami wyjechali za granicę, aby jakoś uspokoić nerwy po śmierci swojego jedynego dziecka. Dom stał pusty, a więc mieliśmy pełną swobodę ruchów.
Efektem tego, co zaszło pomiędzy mną a Villefortem stało się to, co też było nieuniknione. Po dwóch miesiącach odkryłam, że jestem brzemienna. Mąż, kiedy wrócił z wyjazdu służbowego również to odkrył, jednak wtedy byłam już w trzecim miesiącu ciąży i nie mogłam tego przed nim ukrywać. Oczywiste było dla niego to, iż to nie on jest ojcem mojego dziecka. W końcu z powodu swoich interesów nie sypiał ze mną od dobrych kilku miesięcy. Przeraził się więc na myśl o skandalu, jaki go czekał po wyjściu na światło dziennie tejże sprawy, przez co zmarł wkrótce potem na zawał serca. Proszę nie wierzyć tym podłym plotkarzom, którzy twierdzą, że biedak sam zadał sobie śmieć. Mogę pana zapewnić, iż pan de Nargonne nigdy nie popełnił samobójstwa.
I tak oto zostałam wdową. W pewnym sensie było mi to na rękę. Mogłam zamknąć się w domu przed światem i ludźmi, dzięki czemu udało mi się ukryć mój stan. Jedynym mym gościem wówczas stał się de Villefort, któremu oczywiście nie spodobał się wcale fakt, iż jestem w ciąży. Wtedy myślałam, że jego niechęć do mojej ciąży wiąże się z narażeniem mojego dobrego imienia. Tak naprawdę jednak nie bał się on o mnie, ale o siebie samego. Wiedział doskonale, czym grożą mu narodziny naszego dziecka. Jeżeli chciał on zachować swoją karierę, nie mógł go uznać. Wystarczyłby przecież jeden mały skandal i wówczas mógłby już na zawsze pożegnać się ze swoim stanowiskiem w systemie sprawiedliwości. To był bardzo dziwny człowiek. Wolał zabić stu niewinnych niż puścić płazem winę jednemu winowajcy. Nie mówiąc już o tym, iż tak panicznie bał się skandalu, że nie cofnął się przed niczym, byle tylko do niego nie dopuścić. Nie miał on przed tym żadnych skrupułów moralnych. To, że był ojcem mojego dziecka jakoś do niczego go nie zobowiązywało. Moje dziecko stanowiło dla niego tylko zagrożenie i musiał je usunąć, najlepiej jak najszybciej. Jedynie resztki moralności lub obawy, że zostanie wykryty sprawiły, iż nie zamordował mnie w chwili, gdy jeszcze nosiłam w łonie jego syna. Musiał zatem wymyślić coś innego. I wymyślił.
Pomyśleć tylko, że dałam się nabrać na tę jego czułość, troskliwość i opiekę jaką mnie wtedy obdarzał. Naiwnie wówczas wierzyłam w to, że on mnie kocha. Wierzyłam, że chce szczerze zaopiekować się mną i naszym maleństwem. Mówił mi, że nie myśli o sobie, ale o mnie i jeśli boi się skandalu, to tylko ze względu na mnie. Jakże ja byłam głupia, że mu wierzyłam. Czy liczyłam na ślub? Nie wiem. Możliwe... Już nie pamiętam. W końcu oboje byliśmy wdowcami, więc mogliśmy z łatwością się pobrać. Być może chodziły mi takie plany po głowie, lecz teraz nie mogę tego powiedzieć z całą stanowczością. Wiem jednak, iż święcie wierzyłam w każde słowo tego człowieka. Tak jakby był on bogiem. A jemu chodziło tylko i wyłącznie o uniknięcie skandalu.
W końcu nadszedł dzień rozwiązania i dziecko się narodziło. Nastąpiło to w ścisłej tajemnicy, bez pomocy mojej służby, Gerard bowiem nie chciał nikogo mieszać w tę sprawę. Wiedział on doskonale, że jeden niewyparzony język może wszystko zniszczyć. Dlatego też jedynie on był przy mnie, kiedy urodziłam mu nasze dziecko. Był to chłopiec. Śliczny, uroczy chłopczyk. Rozkoszny malec, którego wręcz pokochałam od pierwszego wejrzenia. Aż chciałam go złapać w objęcia i ucałować, tak bardzo się ucieszyłam na jego widok. Niestety, de Villefort nie pozwolił mi na to, ponieważ dziecko, o dziwo, wcale nie płakało. Ani trochę. Wydawało się to dziwne. Villefort obejrzał mojego syna i powiedział, że nasze dziecko urodziło się martwe. Byłam prawdziwie zrozpaczona. Ledwo los obdarzył mnie dzieckiem, to od razu je straciłem. To było takie niesprawiedliwe.
Proszę nie myśleć, że nie sprawdziłam własnymi siłami, czy dziecko żyje. Owszem, sprawdziłam to. Byłam jednak tak zmęczona i osłabiona po porodzie, że jakakolwiek dokonana przeze mnie analiza w żaden sposób nie mogła być wtedy dokładna. Uwierzyłam więc w przerażającą bajeczkę Villeforta, po czym owinęłam dziecko w pieluszkę z monogramem H.N. (co znaczyło Herminia de Nargonne) i oddałam je Villefortowi. Ten zaś obiecał, że je pochowa z godnością, ale też tak, żeby nikt go nigdy nie znalazł. Byłam zrozpaczona, lecz uznałam, że jest to jedyne wyjście z tej sytuacji. Bo skoro i tak dziecko było martwe...
Uwierzyłam mu. Uwierzyłam mu, a ten podły łajdak doskonale wiedział, iż dziecko żyje. Z całą premedytacją wsadził je do kuferka, po czym zakopał żywcem w ogrodzie. Rozumiesz pan to? Zakopał żywcem moje dziecko... Mojego synka.... Mojego słodkiego syneczka.
Po tym incydencie de Villefort zniknął raz na zawsze z mojego życia. Ja zaś niedługo potem wyszłam za mąż za barona Danglarsa, który również w tym czasie owdowiał. Zostałam więc żoną bankiera i weszłam ponownie na francuskie salony. Dowiedziałam się wtedy, że pan de Villefort powtórnie się ożenił. Zaprzyjaźniłam się z jego nową żoną, Heloizą. O ponowieniu romansu z Villefotem nie mogło być już mowy, ani tym bardziej o żadnej miłości między nami. Nic już nas praktycznie ze sobą nie łączyło. Nic a nic. Nie przeszkadzało mi to jednak w ogóle. Już sama znajomość z nim była dla mnie bolesna, gdyż przypomniała mi o moim biednym dziecku zakopanym gdzieś w ogródku domu w Auteuil.
W moim drugim małżeństwie również mi się nie układało. Urodziłam mężowi córkę, Eugenię. I na tym moje obowiązki żony się skończyły. Mąż zajmował się swoimi interesami, w alkowie zaś mnie nie odwiedzał. Dlatego też skorzystałam z pierwszej nadarzającej się okazji i gdy tylko pan Lucjan Debray, wówczas jeszcze sekretarz ministra spraw wewnętrznych, zaoferował mi swoje uczucie, przyjęłam je. A że przy okazji służył on mnie i mojemu mężowi jako doradca giełdowy, oboje widzieliśmy się ze sobą dość często. Mój mąż wiedział o tym romansie, jednak bynajmniej nie miał nic przeciwko niemu. Wręcz przeciwnie - zachęcał mnie do kontynuowania mej „znajomości” z panem Debray, zwłaszcza wtedy, kiedy po raz pierwszy wygrał dzięki niemu sporą sumkę na giełdzie. Odtąd zwykł on chodzić za naszymi radami w sprawie odpowiedniego lokowania pieniędzy. Przyznam się panu, że nieraz czułam się niezręcznie w całej tej sytuacji. Nie kochałam mojego męża, ale mimo wszystko oczekiwałam od niego chociażby odrobiny zazdrości i okazania męskiego charakteru. Te uczucia były jednak najzupełniej obce mojemu drugiemu mężowi, który w całym swoim życiu kochał wyłącznie pieniądze.
I wtedy to właśnie na mojej drodze pojawił się hrabia Monte Christo. Zawarł on znajomość z bankiem mojego męża. Miał u niego tzw. kredyt nieograniczony, jaki narzucił nam bank „Thomson and French”. Pamiętam dobrze, jakby to było wczoraj, w jaki sposób hrabia wszedł w nasze życie. Otóż posiadałam swego czasu konny zaprzęg, nazywany od jego maści siwojabłkowitym. Konie te były jednak dość narowiste i mój mąż uważał je za coś, co może poważnie zagrozić życiu jego i mojemu. Z wielką więc chęcią sprzedał je hrabiemu Monte Christo i to bez mojej zgody. Oburzyłam się więc strasznie, kiedy hrabia zajechał pod nasz dom moimi końmi. Byłam zszokowana i wściekła. Jakim bowiem prawem mój mąż sprzedał zaprzęg ponoć należący do mnie i nawet nie zapytał mnie o zdanie w tej sprawie? To był już szczyt bezczelności z jego strony. Hrabia jednak zaskoczył mnie wówczas w sposób niezwykle pozytywny. Gdy tylko odkrył on, jak wielką sprawił mi przykrość, kupując od mego męża te piękne rumaki, natychmiast ofiarował mi je z powrotem, nie żądając przy tym wcale zwrotu pieniędzy. W dodatku dołożył po diamencie do każdej uprzęży. Wielka była moja radość z tego faktu. Zwłaszcza, że obiecałam pożyczyć moje konie Heloizie de Villefort, a przez interes mojego męża okazało się to niemożliwe. Teraz jednak mogłam dotrzymać danego słowa, lecz o dziwo, z niewiadomych mi przyczyn, konie w rękach Heloizy oraz jej synka Edwardka poniosły. Na całe szczęście stało się to w pobliżu domu hrabiego Monte Christo, który z pomocą swojego murzyńskiego niewolnika Alego uratował moją przyjaciółkę i jej synka. Ta zaś z wdzięczności zaprosiła go na swoje salony.
Po tych wydarzeniach nie wracałam już myślami do hrabiego Monte Christo, aż do dnia, kiedy nabył on jako swoją wiejską rezydencję dawny dom państwa Saint-Meran w Auteuil i urządził w nim przyjęcie. Oczywiście domyśla się pan, że wcale nie paliłam się do wyjazdu w to miejsce, ale ponieważ jechał tam mój mąż, to musiałam i ja się tam udać. Na przyjęcie zaproszeni zostali również de Villefort z Heloizą, a prócz tego kilka innych osób. Nowością był tutaj major Bartolomeo Cavalcanti oraz jego syn, wicehrabia Andrea Cavalcanti, którego to major oddał pod opiekę Monte Christa. Nasz gospodarz zaszokował nas wszystkich serwując nam podczas przyjęcia świeże ryby morskie, które przed minutą jeszcze żyły. Ale oczywiście była to tylko jedna z licznych atrakcji uszykowanych dla gości. Potem oprowadził nas po domu opowiadając o nim najróżniejsze, mroczne historie. Pamiętam, że kiedy mijaliśmy pokój, w którym urodziłam mego synka, zemdlałam z szoku. Heloiza musiała cucić mnie kroplą brucyny, którą (notabene) otrzymała od hrabiego. Odzyskałam przytomność i dalej brałam udział w zwiedzaniu domu mając nadzieję, że to koniec niemiłych niespodzianek. Myliłam się jednak, gdyż potem było już tylko gorzej.
Wyszliśmy na ogród, a wówczas hrabia Monte Christo oznajmił, że chce nam opowiedzieć coś, co nazwał „sprawą kryminalną”. Chyba nawet poprosił on de Villeforta, aby pomógł mu rozstrzygnąć prawnie całą sprawę. Hrabia powiedział nam, iż kazał przekopać ogród swego nowego domu w jakimś dziwacznym celu. Chyba chodziło mu o poszukiwanie wód mineralnych. Zresztą mniejsza z tym. W każdym razie przekopał go i w ten oto sposób odnalazł on skrzynkę ze szkieletem noworodka w środku. Pamiętam, jaki szok wywarło to na mnie i na de Villeforcie, zwłaszcza wtedy, kiedy hrabia zapytał go, jaka kara czeka dzieciobójców. Mój mąż zaś brutalnie palnął, iż na pewno obcinają im łeb. Ohydne oraz bardzo prostackie wyrażenie, typowe zresztą dla niego.
Dzień po tym jakże feralnym przyjęciu, spotkałam się potajemnie z panem de Villefortem. Opowiedziałam mu wówczas o swoim bólu i cierpieniu związanym z odkryciem, jakiego dokonał hrabia Monte Christo, a także o tym, że chyba los każe nas teraz za grzechy naszej młodości. Villefort jednak kazał mi się uspokoić, po czym powiedział mi coś strasznego. Coś o wiele bardziej strasznego niż to, co usłyszałam od Monte Christa. Okazało się bowiem, że hrabia kłamał. Nie mógł on w żaden sposób wykopać skrzyni ze szkieletem mojego dziecka, ponieważ dawno już go tam nie było. Zszokowana słowami mego dawnego kochanka zapytałam, jak to jest możliwe? Wyjaśnił mi to. Okazało się, że Villefort naraził się swego czasu pewnemu Korsykaninowi, ten zaś poprzysiągł mu vendettę. Śledził go od dawna i obserwował. W noc narodzin mojego synka czaił się na Gerarda z nożem. Jak tylko Gerard zakopał nasze dziecko, ów Korsykanin rzucił się na niego i raz za razem dźgnął go kilkakrotnie w pierś. Następnie myśląc, że Villefort nie żyje, wykopał skrzynkę i wydobył z niej moje biedne dziecko. Zrobił mu chyba wtedy sztuczne oddychanie i przywrócił w ten sposób do życia. Następnie zaś dziecko zniknęło. Villefort, gdy tylko powrócił do zdrowia, przekopał chyba z pół ogródka w jego poszukiwaniu, ale oczywiście niczego nie znalazł. Zrozumiał więc, że dziecko żyje. Zaczął je szukać, aby je dobić, gdy tylko je odnajdzie (mnie oczywiście podał zupełnie inny powód swoich poszukiwań), jednak ślad za naszym synem urwał się gdzieś na Korsyce.
Sprawa zatem była bardzo poważna. Jeśli Monte Christo opowiedział nam tę zmyśloną historyjkę o wykopanej skrzynce ze szkieletem dziecka, to znaczy, że o wszystkim wiedział i dawał nam to wyraźnie do zrozumienia. Ale co on chciał zrobić z tymi informacjami, tego już nie wiedzieliśmy. Villefort wysłał zatem zaufanego policyjnego agenta (którym jak się potem dowiedziałam, był on sam), aby ten dowiedział się czegoś o hrabim de Monte Christo. Przesłuchał on w tym celu Włocha, księdza Busoni oraz Anglika, niejakiego lorda de Wilmore. Ci dwaj najlepiej znali hrabiego. Jednakże z ich informacji nie dowiedzieliśmy się niczego konkretnego, poza jedną rzeczą, która nas uspokoiła. Monte Christo nie zamierzał w żaden sposób wykorzystywać naszego sekretu. Lubił on jedynie zabawić się ludzkim kosztem, wywoływać strach, potem zaś patrzeć wręcz z upodobaniem na jego efekty. Nic więc nam z jego strony nie groziło.
Wkrótce jednak w moim życiu pojawiły się inne problemy. Mój mąż przegrał na giełdzie w sprawie hiszpańskich obligacji. Stracił fortunę, a do tego jeszcze kilka innych jego interesów się nie powiodło. Oczywiście o to wszystko oskarżył mnie i pana Debray. Sam w swoich oczach pozostawał całkowicie bez winy. Jakże to typowy dla niego punkt widzenia. Głupi, żałosny prostak. Tak czy inaczej, aby nadrobić braki w naszym budżecie trzeba było odpowiednio wydać naszą córkę za mąż. Mówiąc „odpowiednio” mam na myśli „bogato”. Do niedawna najlepszym kandydatem do ręki Eugenii był wicehrabia Albert de Morcerf, później jednak znacznie lepszym kandydatem okazał się być inny wicehrabia - ten młody Włoch, podopieczny hrabiego Monte Christo. Andrea Cavalcanti. Naszej córce w żaden sposób nie podobał się ten pomysł. Od dawna czuła ona bowiem jakiś wstręt do mężczyzn i chciała poświęcić swoje życie sztuce, ale mój mąż nie chciał o tym słyszeć i ogłosił w końcu jej zaręczyny z młodym Cavalcantim. W dniu podpisania intercyzy na salę, w której się to wydarzenie odbywało, wkroczyli nagle żandarmi z rozkazem aresztowania Andrei. Okazało się wówczas, że ów chłopak to w rzeczywistości zbiegły galernik o imieniu Benedetto. Był on ścigany za ucieczkę z galer oraz morderstwo, jakiego się dopuścił na swoim kompanie. Andrea widząc, że został zdemaskowany, jak najszybciej uciekł, jednakże poniżenie, jakie dotknęło nasz dom, było wręcz przytłaczające. Do tego moja córka w przebraniu mężczyzny uciekła ze swą nauczycielką muzyki (będącą notabene jej najlepszą przyjaciółką), Ludwiką d’Armilly, udając jej brata. Obie ukryły się we Włoszech i tam oddały się sztuce, tak jak o tym marzyły. Co do mojego męża, to niemalże w tym samym czasie uciekł on z pieniędzmi przeznaczonymi przez jego bank na szpitale oraz przytułki. Ja zaś pozostałam sama w wielkim świecie. Na Lucjana Debraya nie miałam co liczyć. Poprosiłam go co prawda o pomoc, lecz on rozmawiał ze mną jak przystało na kolegę w interesach, a nie jak na romantycznego kochanka, którego to dotychczas przede mną udawał. Nędzny, podły drań. Oddał mi tylko pieniądze, które zarobiłam z jego pomocą na giełdzie, po czym udzielił mi kilku mądrych rad i sobie poszedł.
Epilogiem tego całego skandalu był proces panicza Benedetta alias Andrea de Cavalcanti. Villefort prowadził w nim akt oskarżenia. Podczas tego procesu mój niedoszły zięć powiedział jednak coś strasznego. Coś, co wywołało w Paryżu jeszcze większy skandal niż dotychczas. Mianowicie powiedział, iż to właśnie on był naszym nieślubnym dzieckiem - moim i Gerarda. Teraz zaś bezczelnie i z premedytacją ujawnił to całemu światu, łaskawie jednak pomijając w swoich zeznaniach moje nazwisko, twierdząc, iż wcale go nie zna. Myślę, że kłamał i doskonale je znał, lecz po prostu uznał mnie za osobę niewinną w całej tej sprawie i nie chciał się na mnie mścić. Za to Villeforta zniszczył dogłębnie i jeśli mam być szczera, nie było mi go żal. Pamiętam również, że gdy to wszystko usłyszałam, zemdlałam. Uświadomiłam sobie wówczas, co o mały włos mogłoby się stać. Chciałam wydać Eugenię za jej własnego brata. Przyrodniego, ale jednak brata. To chyba sam Pan Bóg ocalił mnie przed dokonaniem tego aktu kazirodztwa. Co prawda nieświadomego, ale zawsze.
Tego samego dnia miało miejsce inne, równie straszliwe wydarzenie. Heloiza de Villefort popełniła samobójstwo - zażyła brucynę. Nie znam jednak szczegółów tej sprawy. Wiem tylko tyle, że tego samego dnia zmarł również otruty tym samym świństwem Edwardek. Był to słodki oraz uroczy chłopak, choć wścibski i lubiący wtykać swój nos tam, gdzie tylko chciał. Był rozpuszczony i wychuchany przez swoją matkę, ale nie umiałam czuć do niego wstrętu. Przypominał mi on bowiem o moim synu, którego straciłam zaraz po urodzeniu.
Nigdy nie dowiedziałam się, jak wyglądały szczegóły śmierci Heloizy i jej dziecka. Prawdopodobnie uroczo wścibski Edwardek znalazł ten wywar w szafie mamusi i zażył go. A wiadomo, że brucyna tylko w dawce jednej kropli działa jako lek, w większej natomiast jest niebezpieczną trucizną. Podejrzewam zatem, że Edwardek ze zbytniej swej ciekawości zażył wywar, a Heloiza z rozpaczy poszła w jego ślady. Takie wyjaśnienie wydaje mi się najbardziej prawdopodobne. Nie chce mi się natomiast wierzyć w plotki o tym, iż Heloiza rzekomo otruła swoją biedną pasierbicę Walentynę (czyli córkę Villeforta z pierwszego małżeństwa) oraz jej dziadków, państwa de Saint-Meran. Znałam tę kobietę i wiem, że nie skrzywdziła by nawet muchy. Wierzę więc w jej niewinność.
A zresztą, co to za różnica, jak było naprawdę? Teraz to i tak jest już bez znaczenia.
Villefort, gdy tylko odkrył ciało żony i synka, dostał ataku szału. Wziął łopatę i zaczął przekopywać nią swój ogródek w poszukiwaniu naszego dziecka. Popadł w obłęd, a następnie został zamknięty w zakładzie dla umysłowo chorych, gdzie wkrótce potem zmarł.
Benedetto zaś ponownie stanął przed paryskim sądem, jednakże tym razem jego oskarżycielem był już inny prokurator, na którego on nie miał już żadnego haka. Wiedziałam, co to oznacza. Mój syn musiał pójść na gilotynę. Nie mogłam do tego dopuścić. Chociaż był to złodziej i morderca, to jednak mój syn. Musiałam coś zrobić. Musiałam go ocalić, chociażby przyszło mi za to samej oddać głowę. Udało mi się przygotować jego ucieczkę z więzienia i anonimowo przesłać mu sumę dwudziestu tysięcy franków. Gdy mój syn uciekł z więzienia, udałam się do Włoch chcąc uniknąć oglądania skandalu, jaki z całej tej sprawy wyniknął. W Rzymie przypadkiem spotkałam moją córkę, Eugenię. Ona oraz panna Ludwika prowadziły życie artystek rewiowych. Oczywiście poczułam się z tego powodu bardzo oburzona, gdyż Genia w ten sposób szargała moje nazwisko. Musiałam zatem coś w tej sprawie zrobić. Odwiedziłam ją i próbowałam jakoś namówić do porzucenia tej hańbiącej ścieżki życia, jaką obrała. Odmówiła spełnienia moich żądań. Postanowiłam więc dla jej własnego dobra porwać ją i uwięzić w klasztorze żeńskim o bardzo surowych obyczajach, jednak nim do tego doszło otrzymałam list od hrabiego Monte Christo. Nie wiedzieć jak dowiedział się on o wszystkim i oznajmił, iż nie dopuści on do realizacji mojego planu, więc lepiej będzie dla mnie, jeżeli dam sobie spokój i porzucę zamiar uprowadzenia własnej córki. Czując respekt przed tym człowiekiem, posłuchałam go i faktycznie dałam sobie spokój.
Niedługo potem spotkałam Benedetta. Odwiedził mnie on w moim pokoju w hotelu i bezceremonialnie okradł ze wszystkich pieniędzy, jakie zabrałam ze sobą w podróż. Powiedział, że planuje wielką podróż i musi mieć za co ją sfinansować. Później dopiero się dowiedziałam, że planował on zniszczenie hrabiego de Monte Christo. Szkoda, że mi tego nie powiedział. Dałabym mu je sama, bez wahania. A tak do licznych swych przestępstw, mój syn dołączył również okradzenie własnej matki. Oczywiście, jak później to odkryłam, nie wiedział on wciąż, że jestem jego matką. Myślał, że jestem mu zupełnie obcą osobą, dlatego też bez najmniejszych skrupułów zabrał mi wszystko, co akurat przy sobie miałam. Gdy zaś ze łzami w oczach przyznałam się, że to ja właśnie posłałam mu dwadzieścia tysięcy franków do więzienia i zorganizowałam ucieczkę z niego, zrobiło mu się chyba nieco głupio, po czym oddał mi tę sumę nietkniętą w ogóle. A następnie pożegnał się ze mną i wprowadził do pokoju mojego męża, który to okradziony przez włoskich bandytów, pracował wtedy jako portier w hotelu. W tym samym hotelu, w którym zatrzymałam się ja. Ironia losu. Mąż mój widząc, że mam wciąż za co żyć i to na wysokiej stopie, chciał się ze mną pogodzić. Ja jednak oznajmiłam mu, iż jest to niemożliwe, a na dowód pokazałam mu jego list, który znalazłam w swoim pokoju wtedy, kiedy to on uciekł przed wierzycielami do Włoch, porzucając mnie samą z piętnem żony bankruta. Mąż mój zrozumiał więc, że stracił na zawsze swoją kurę znoszącą złote jajka i odszedł. Nigdy więcej go już nie spotkałam i nie wiem, co on teraz robi. Pewnie dalej sobie radzi, jak zawsze zresztą. W końcu to mu wychodzi najlepiej - dawanie sobie rady w każdej sytuacji i to jeszcze za pomocą najbardziej parszywych metod.
Co do mnie, to powróciłam załamana z Rzymu nie odzyskując ani syna, ani córki. Ponieważ te feralne dwadzieścia tysięcy franków, jakie miałam przy sobie, nie starczyłoby mi na dostatnie życie ani też na rozpoczęcie nowej spekulacji na giełdzie, musiałam coś wymyślić. Na kolejne małżeństwo nie miałam co liczyć. Mój drogi mąż wciąż żył i nie dał mi rozwodu. Oczywiście sama mogłabym go łatwo uzyskać (za odpowiednia sumę, rzecz jasna), ale dobrze wiedziałam, że to bezcelowe. Kto niby po tym wszystkim, co się wydarzyło, wziąłby mnie za żonę? Musiałam więc pogodzić się z tym, że nie mam już nikogo na świecie. Mąż, córka, syn oraz kochanek porzucili mnie. Byłam sama, a pieniądze prędzej czy później musiały mi się skończyć. Dlatego też wstąpiłam do klasztoru i zostałam siostrą miłosierdzia, zaś owe dwadzieścia tysięcy franków posłużyło mi jako posag. I jako mniszka żyję do dzisiaj, jak pan widzi.
A wszystko to jest zasługą poszukiwanego przez pana hrabiego de Monte Christo. On to przecież sprowadził mojego syna pod zmienionym nazwiskiem do Paryża i wypromował go na tutejszych salonach. To on też dostarczył wiadomości o prawdziwej tożsamości Benedetta, a także naraił memu jakże głupiemu mężowi narzeczonego dla Eugenii. Wszystko on. I za co to, pytam się? Co takiego złego uczynił mu mój żałosny mąż i ja, że tak nieludzko nas potraktował? Jeśli go pan kiedykolwiek spotka, niech pan go o to zapyta. Ja niestety nigdy się tego nie dowiedziałam. Mój syn również mi nigdy o tym nie powiedział nawet wtedy, gdy odwiedził mnie tutaj tuż po tym, jak ponownie trafił do więzienia i ponownie z niego uciekł. Odwiedził mnie wówczas i rozmówił się ze mną ostatni raz w życiu. Powiedział mi, że chciał dokonać zemsty za szaleństwo i śmierć swojego ojca na hrabim Monte Christo. Nie udało mu się to jednak i musiał pogodzić się z tym, iż nigdy nie dosięgnie on tego człowieka. Postanowił więc dać sobie spokój i zniknąć na zawsze z Francji. Przedtem jednak przyszedł tu, aby się ze mną pożegnać i poprosić mnie o błogosławieństwo. Oczywiście je otrzymał. Gdy zaś to się stało, zniknął i już nigdy więcej go nie widziałam. Nie wiem nawet, jakie życie on prowadzi. Ale mam nadzieję, że zdecydowanie lepsze niż to, które muszę wieść ja.
I pomyśleć, że kiedyś byłam wielką damą, o której względy starali się liczni adoratorzy. A dzisiaj kim jestem? Nędzną zakonnicą muszącą stroić słodkie minki do chorych oraz kalek, którymi tutejsze siostrzyczki się opiekują. Obrzydliwość. A wszystko to jest zasługą pana przyjaciela, hrabiego Monte Christo.
Tak oto, mój drogi panie Jeanie Chroniqueur, wygląda moja opowieść. Mam nadzieję, że na coś się ona panu przyda.

4 komentarze:

  1. Dobrze mówiłem, że Herminia nie nadaje się na zakonnice, gdyż życie w klasztorze wcale jej nie odpowiada. Z pewnością gdyby miała za co żyć nigdy by do niego nie wstąpiła. Hrabia, cóż trzeba przyznać, że zachowywał się wobec niej naprawdę szlachetnie, skoro oddał jej konie, nie chcąc zwrotu pieniędzy, ale ostatecznie doprowadził ją do bankructwa. Bardzo przebiegły i podstępny z niego człowiek, a jednocześnie obłudny i fałszywy. Doskonale potrafi udawać i skrywać swoje prawdziwe emocje i uczucia. Dopiero potem , kiedy działa w ukryciu, wychodzi na jaw jego prawdziwa natura.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo burzliwe było życie siostry zakonnej, cynizm nadal jej jak widać nie opuścił. Ucieczka Bertuccia i chęć zemsty wiarygodne. Zagadką są motywy hrabiego, który śledził baronową i interesował się przyszłością Eugenii, warto je poznać.

    OdpowiedzUsuń
  3. Z jakiego filmu pochodzi to zdjęcie? Bardzo tu ta ładna pani pasuje.
    Mam do niej mieszane uczucia. Z jednej strony jej współczuje, bo miała pecha do facetów, ale z drugiej czuć w niej jakoś wyższość i pogardę wobec innych ludzi. Uważa za wyjątkową i gdyby była młodsza, to pewnie by sobie znalazła kolejnego faceta, a nie została zakonnicą.
    Villefort, zawsze mnie zastanawiał z tym zakopywaniem ciała noworodka, ukrycie w sumie niezbyt poważnego grzechu, posiadania nieślubnego dziecka.
    Zabić własne dziecko, był podły czy pomylony?
    Zawsze ta scena z tym zakopywaniem ciała noworodka była dla mnie makabryczna, a potem ten wielki szok, gdy się po latach okazało, że syn jednak żyje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zdjęcie z serialu "HRABIA MONTE CHRISTO" z Gerardem Depardieu w roli głównej. Ta aktorka grała tam właśnie Herminię Danglars :) Oj tak, ta kobieta budzi mieszane uczucia. A Villefort był po prostu kanalią, łajdakiem, który nie wahał się przed niczym, aby ratować swoje dobre imię.

      Usuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...