sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 13

Rozdział XIII

Dziennik Jeana Chroniqueura


2 lipca 1855r. c.d.
Benedetto uśmiechnął się do mnie z wyraźną ironią, po czym zakończył swą opowieść jednym zdaniem:
- I tak oto kończy się moja opowieść, szanowny panie. Nie wiem, czy pana ona zajęła, czy też nie. I nie mam pojęcia, czy się ona panu na coś przyda, czy też nie przyda, lecz tak właśnie wygląda całe moje życie. Życie, które wkrótce, bo już za jakąś godzinę, może półtorej, skończy się na placu Greve. Może się pan zjawić i popatrzeć. Zapraszam serdecznie. Rozrywka gwarantowana.
Jego wisielczy humor nieco mnie przerażał, ale starałem się tego nie okazać. Skończyłem tylko zapisywać historię mojego rozmówcy, zaraz potem zamknąłem dziennik i powiedziałem:
- No cóż... Być może się zjawię, panie Benedetto. Co prawda nie lubię takich rozrywek, ale...
- Ale wielmożnego pana z pewnością bardzo ciekawi, jak wygląda ścięcie znanego recydywisty, prawda? - zakpił sobie Benedetto rozkładając się ponownie na swojej pryczy.
Pominąłem rzecz jasna milczeniem jego ostatnie słowa, które wydały mi się być wyraźną prowokacją, po czym powoli wstałem i zapytałem:
- Mam jeszcze jedno pytanie do pana, panie Benedetto.
- Już panu mówiłem, panie Jak Się Tam Pan Nazywasz, że nie jestem żadnym „panem”. Nie jestem i nigdy nie byłem. Ale mniejsza z tym. Czego pan jeszcze ode mnie chce?
W innej sytuacji wyszedłbym nie zaszczycając w ogóle odpowiedzią mojego rozmówcę. Ten jednak przypadek był wyjątkowy, dlatego zniosłem cierpliwie jego złośliwe uwagi i zaspokoiłem jego ciekawość, aby ten potem zaspokoił moją.
- Chodzi mi o to, czy nie orientuje się pan możę, kogo to powinienem teraz odwiedzić?
Benedetto spojrzał na mnie z kpiną.
- A co ja jestem? Biuletyn informacyjny? A może kronika towarzyska?
- Nie, raczej wygląda mi pan na bardzo bezczelnego bandytę, który niedługo odda głowę pod ostrze gilotyny. No, ale mniejsza już z tym. Zbieram wszelkie możliwe informacje na temat hrabiego Monte Christo i wszystkie są mi potrzebne. Dlatego też pytam, dokąd mógłbym się teraz udać.
Mój rozmówca zastanowił się przez chwilę, po czym odpowiedział:
- Danglars!
- Baron Danglars?
- Taki z niego baron, jak ze mnie wicehrabia Cavalcanti. Tytuł kupił, podobnie jak wszystko, co tylko kiedykolwiek posiadał. Pieniądze, proszę pana, to potęga, która rządzi tym światem. Dzisiaj za nie można dostać dosłownie wszystko, nawet miejsce na cmentarzu obok papieża. Słyszał pan kiedy o złotej zasadzie?
- Nie. A jak ona idzie?
- Kto ma złoto, ten dyktuje zasady. Tak więc pan Danglars, zarobiwszy sporą sumkę, mógł kupić sobie co tylko chciał, łącznie z szacunkiem ludzi. Ale kiedy pieniążków zabrakło, wtedy... Sam pan rozumie.
Po tych słowach Benedetto rozłożył ręce w znaku bezradności, jednocześnie uśmiechając się przy tym głupkowato. Ja natomiast z całą powagą słuchałem jego słów, analizując je sobie w głowie dokładnie, punkt po punkcie.
Danglars... Jedna z ofiar hrabiego de Monte Christo. A zatem człowiek, który powinien posiadać szereg naprawdę solidnych informacji na temat tego pana. Jeśli więc mi się uda z nim porozmawiać, to może na tym moja misja się zakończy. I będę mógł napisać artykuł, którym zdobędę sławę na resztę życia, a może nawet i dłużej.
- Gdzie znajdę tego zbankrutowanego baronka?
Benedetto zachichotał wesoło i wskazał palcem na ścianę po lewej.
- Tutaj, proszę pana.
Pomyślałem, że sobie kpi ze mnie. Szybko jednak się okazało, że mówi on całkiem poważnie.
- Nie rozumiem.
- No, jest tutaj, proszę pana. Siedzi w tym samym więzieniu, co i ja. Z tym, że nie czeka go gilotyna. Gnije on tu za jakieś oszustwa i machlojki finansowe. Parę cel dalej na lewo. Ma pan tak jeszcze godzinkę do mojej egzekucji, a więc zdąży pan sobie z nim omówić wszystkie sprawy i jeszcze zdążyć na widowisko.
Podziękowałem mu i zastukałem do drzwi celi. Strażnik natychmiast otworzył mi je i wypuścił mnie. Miałem przed sobą jeszcze godzinę do egzekucji Benedetta. Zastanawiałem się, czy iść, czy też może raczej nie iść na to skądinąd interesujące widowisko. Ostatecznie jednak postanowiłem na nie pójść. Nie wiem, co we mnie zwyciężyło, dziennikarska ciekawość czy wyjątkowość tej sytuacji. W każdym razie postanowiłem pójść zobaczyć ścięcie tego nędznika, lecz nie z zamiłowania do publicznych kaźni. W przeciwieństwie bowiem do wielu Paryżan, mnie samego jakoś nigdy nie bawiły publiczne egzekucje i obserwowanie czyjeś śmierci.
Osobiście nie rozumiem, dlaczego ludzi fascynuje widok człowieka, którego wsadza się w tę okrutną maszynę będącą symbolem rewolucyjnego terroru, jaki to rozpętali w naszym kraju Robespierre, Danton i Marat. Nie wiem, dlaczego nadal, mimo zmiany ustroju, zachowano wciąż ten bestialski wynalazek. Chociaż gwoli ścisłości, to jest sporo prawdy w tym, że gilotyna dość szybko ścina wszelkiego rodzaju kończyny, bez zbędnego znęcania się nad skazańcem. Jej twórca naprawdę wiedział, jak oszczędzić skazanemu cierpienia, jednakowoż i tak gilotyna nigdy mi się chyba nie będzie dobrze kojarzyć ze względu na to, iż zbyt często była używana podczas Wielkiej Rewolucji. Zakładam (choć mogę się mylić), że już do samego końca świata gilotyna, maszyna do humanitarnego i niemal bezbolesnego amputowania kończyn, stanie się symbolem zbrodni oraz morderstwa na masową skalę, jak również pozbawionego jakichkolwiek hamulców moralnych systemu politycznego. Symbolem terroru, zbrodni oraz okrucieństwa, na co bynajmniej ta maszyna, jak i jej twórca nie zasłużyli sobie.
No cóż... Tak już bywa, że bardzo łatwo ulegamy symbolom tworzonym w naszej wyobraźni przez wiele lat, po czym bardzo trudno jest się nam od nich odzwyczaić. Od początku świata ludzie wytwarzali sobie symbole tego i owego. Przykładowo taka sowa. Stała się ona symbolem mądrości oraz wiedzy. Lis stał się symbolem sprytu, wąż zła, a gilotyna terroru rewolucyjnego.
A hrabia Monte Christo? Czego symbolem jest hrabia Monte Christo? Czy on jest symbolem czegokolwiek? A jeśli tak, to czego? Co on w ogóle reprezentuje? Prawo? Sprawiedliwość? A może raczej bezprawie? W końcu ma znajomości w świecie przemytników i bandytów włoskich, opiekuje się galernikami i promuje ich na wielkich panów. Pytanie tylko, po co to robi? Nadal nie widziałem w tym wszystkim najmniejszego sensu. Działania hrabiego wszak nie posiadały nawet najmniejszej logiki. Po co zaopiekował się tym nic niewartym pasożytem, którego chyba jedynym talentem jest to, że umie doskonale udawać kogoś, kim nie jest? Po cóż mu ta cała maskarada z uczynieniem go wicehrabią Cavalcanti? Hrabia zrobił sobie z tego wszystkiego przedstawienie teatru amatorskiego. Przerażające, choć muszę przyznać, że nawet ciekawe.
Mimo wszystko wciąż nie widziałem najmniejszego sensu ani logiki w tym wszystkim, co hrabia uczynił. Nie mogłem tego człowieka zrozumieć. Żeby tego dokonać, potrzebowałem więcej informacji, a co za tym idzie, musiałem znaleźć sobie nowych informatorów. To z kolei prowadziło mnie do konkluzji, że muszę porozmawiać z baronem Danglarsem, który na moje własne szczęście, siedział w tym samym więzieniu, co Benedetto. Musiałem więc koniecznie porozmawiać z tym człowiekiem. Tylko jak to zrobić?
Strażnik odprowadzał mnie do wyjścia, gdy nagle zatrzymałem się i spytałem go:
- Panie strażniku... W której celi siedzi baron Danglars?
Strażnik zachichotał ironicznie.
- Baron Danglars, dobre sobie. Jak to się pan o nim grzecznie wypowiada. To zwykły złodziejaszek i oszust, a nie żaden baron. Taki z niego baron, jak ze mnie brytyjska królowa.
Rzeczywiście, strażnik bynajmniej nie wyglądał na brytyjską królową, a więc najprawdopodobniej Danglarsowi również daleko było do barona. Zwłaszcza, jeśli rzeczywiście kupił sobie tytuł arystokratyczny, jak mi to powiedział Benedetto. To jednak nie miało najmniejszego znaczenia.
- Zapewne ma pan rację, ale gdzie on siedzi?
- Cela numer 5. A co?
Postanowiłem zagrać ze strażnikiem w otwarte karty. Okłamywanie go raczej by mi tutaj w niczym nie pomogło.
- Muszę porozmawiać z tym człowiekiem.
Strażnik wyglądał na zdumionego.
- A to niby po co? - zapytał.
- Bo jestem dziennikarzem, a ten człowiek może posiadać niezwykle ważne dla mojej gazety informacje. Szkoda by było, żeby się zmarnowały.
- Przykro mi, ale cywile nie mogą tutaj tak sobie przebywać. Musi pan już iść.
Przypomniałem sobie o tym, że mam zezwolenie od ministra sprawiedliwości i powiedziałem o tym strażnikowi. On jednak bezradnie rozłożył ręce.
- Szanowny panie... Owszem, posiada pan przepustkę, która zezwala panu na rozmowę z więźniem, ale jednym. Słownie „jednym” więźniem z naszego zakładu. W dodatku w zezwoleniu od pana ministra wyraźnie jest zaznaczone, jak się ten więzień nazywa. A nazywa się Benedetto. Pan zaś z tym Benedettem przecież już rozmawiał, nieprawdaż? No właśnie. A więc bardzo mi przykro, ale zezwolenie nie opiewa na inne osoby niż tylko pan Benedetto. Gdyby tak pan miał przepustkę pozwalającą panu na rozmowę z panem Danglarsem, to co innego. Ale tak... Sam pan rozumie. Przepisy są przepisami i nic panu na to nie poradzę. Albo przepustka, albo pan musi stąd wyjść.
Poczekaj, drabie. Już ja ci dam przepustkę, powiedziałem w duchu. Następnie wyjąłem z kieszeni portfel i wcisnąłem draniowi do ręki banknot stu-frankowy.
- A teraz co pan powie? - zapytałem z ironią.
Strażnik spojrzał na mnie nieco zdziwiony, po czym powiedział nieco się jąkając:
- Przepisy są przepisami, szanowny panie, ale...
Obejrzał sobie dokładnie banknot, czy nie jest aby fałszywy, a kiedy się już upewnił do jego autentyczności, dokończył:
- Na pana szczęście posiada pan odpowiednią i jak najbardziej jeszcze ważną przepustkę. Może więc pan wejść.
I szybko wcisnął sobie banknot do kieszeni, po czym zaprowadził mnie do celi numer 5 i otworzył ją.
- Ma pan godzinę. Więcej dać panu nie mogę - powiedział.
- Spokojnie, proszę pana. Więcej mi nie potrzeba - odpowiedziałem mu z uśmiechem i wszedłem do środka.
Gdy już drzwi od celi się za mną zamknęły, oczom moim ukazał się człowiek w podeszłym wieku, cały siwy i pełen zmarszczek, ale wciąż pełen sił życiowych. Widząc mnie zdziwił się mocno, po czym zapytał on dość opryskliwym tonem:
- Czego?
- A może trochę grzeczniej, panie baronie? - powiedziałem urażonym tonem - Przyszedłem tutaj na rozmowę z panem baronem Danglarsem. To pan, zdaje się?
Uznałem, iż jeśli będę nazywał go „panem baronem” uda mi się połechtać jego próżność i osiągnę w ten sposób swój cel. Najwidoczniej nie omyliłem się w swoich podejrzeniach, ponieważ ledwo nazwałem go „panem baronem”, to od razu uśmiechnął się do mnie w sposób odrażający.
- A! Skoro na rozmowę z moją szanowną osobą, to już zupełnie co innego - powiedział Danglars, siadając na pryczy i kierując swój wzrok ku mnie - Ależ proszę bardzo! Niechże pan siada, panie... Jak godność szanownego pana?
- Nazywam się Jean Chroniqueur, panie baronie - odpowiedziałem, siadając na pryczy znajdującej się naprzeciwko.
Danglarsa widocznie zdziwiło moje nazwisko, gdyż powiedział:
- Jean Chroniqueur? Dziwne nazwisko. Zawód?
- Jestem dziennikarzem.
- Dziennikarzyna... - powiedział z kpiną baron Danglars - No proszę. Zatem sprowadza pana do mnie zwykła ciekawość, jak również chęć zrobienia wywiadu z największym nieszczęśnikiem na świecie?
- Można by to tak określić, panie baronie.
Ex-bankier zachichotał ironicznie, ukazując mi przy tym cały szereg całkiem zdrowych zębów.
- Tym lepiej, panie dziennikarzyno. Tym lepiej. A więc dostanie pan to, czego pan chce.
Poprawiłem się nieco na swoim miejscu. Prycza więzienna nie należała do miłych siedzisk. Jeśli więc chciałem jak najszybciej opuścić to miejsce, musiałem dość szybko przejść do konkretów.
- Cieszy mnie to bardzo, że chce pan iść mi na rękę, drogi panie baronie – powiedziałem, kładąc szczególny nacisk na ostatnie słowa - Jednak widzi pan... Ja muszę posiadać przede wszystkim jak najwięcej informacji o pewnym człowieku, który naszą gazetę szczególnie interesuje.
- A ja go znam? Tego człowieka?
- Znałeś go pan, panie baronie. Kiedyś.
- No, to bardzo jestem ciekaw, kto to jest?
- Hrabia Monte Christo.
Gdybym mu powiedział, że jutro ma nastąpić koniec świata, to chyba nie przeraziłby się on tak bardzo jak wtedy, gdy wymieniłem nazwisko poszukiwanego przeze mnie człowieka. Słysząc je Danglars cały pobladł, a na jego twarzy ukazał się strach połączony z nienawiścią. Jeszcze nigdy żadna twarz nie wzbudziła we mniej takiej odrazy i przerażenia, jak twarz tego człowieka, z którym to właśnie rozmawiałem. Wyraźnie widziałem, że nie darzył on wcale hrabiego Monte Christo sympatią.
- Czy coś się stało, panie baronie? - zapytałem udając troskliwość.
Danglars widocznie dał się na nią nabrać, gdyż odpowiedział:
- A i owszem! Stało się, szanowny panie. Mianowicie stało się to, że szukasz pan człowieka, przez którego ja tu siedzę.
Słowa te zdumiały mnie zupełnie. Co prawda Danglars nie wzbudzał mojego zaufania, jednak byłem zaskoczony odkryciem, że tego oszusta posłał do więzienia osobiście sam hrabia Monte Christo. Bynajmniej nie pasował mi on na kogoś, kto posyła kogokolwiek do więzienia. Już raczej wyciąga z niego ludzi, to już prędzej. Ale wysyłać do więzienia? To chyba nie w jego stylu.
Aby jednak Danglars nie zniechęcił się do mnie, postanowiłem podać mu powody mojego zainteresowania hrabią Monte Christo. Miałem wielką nadzieję, że po ich poznaniu będzie bardziej skory do współpracy.
- Widzi pan, drogi panie baronie... - zacząłem - Chciałbym napisać artykuł o tym człowieku. Żeby jednak to zrobić, potrzebuję informacji. Dużo informacji. Praktycznie im więcej, tym lepiej. Dowiedziałem się, że pan, panie baronie, wie o nim więcej niż ktokolwiek z żyjących obecnie ludzi.
Słysząc moje słowa, baron Danglars wybuchnął dość ironicznym śmiechem, po czym przechylił się lekko w moją stronę i rzekł:
- Pyta mnie pan, czy ja wiem coś na temat pana hrabiego de Monte Christo? Słodziutki, ja wiem o nim aż tyle, żeby ci się wszystkie włosy zjeżyły na głowie, jakbyś je pan usłyszał. Hrabia Monte Christo, też mi coś. Wielki mi pan hrabia. Żałosny utracjusz, który dorobił się na jakiś niesamowicie szemranych interesach, o których nikt nie wie nic pewnego. Oto kim jest ten pan.
Omal nie wybuchnąłem śmiechem słysząc te słowa. Proszę, proszę. I kto to mówi? Człowiek, który chyba nigdy nic uczciwego w swoim życiu nie zrobił? Łajdak i oszust, który siedzi teraz za oszustwa finansowe, jak mi powiedziano? On będzie oceniał sposób zdobycia majątku przez hrabiego Monte Christo? To się nazywa mieć tupet, nie ma co.
Tak właśnie wyglądały moje myśli wtedy. Zachowałem je jednak dla siebie. Ostatecznie przecież obrażanie Danglarsa nie przyniosłoby niczego pożytecznego, a wręcz same problemy. Jeśli go obrażę, łajdak zamknie się w sobie jak ostryga i nic mi już nie powie, do czego nie mogłem dopuścić. Musiałem więc zachować swoje myśli dla siebie. Poza tym moje doświadczenie dziennikarskie już dawno nauczyło mnie, że informatorowi zawsze należy jak najwięcej schlebiać, żeby w zamian za nasze pochlebstwa, dostać jak najwięcej informacji, które nas interesują. Zasada „coś za coś” króluje w tym fachu, jak w mało którym. Dlatego też trzeba było zważać na wszystko, co się tylko mówi i do kogo mówi.
Wyjąłem więc dziennik i ołówek.
- Czy mógłby mi pan opowiedzieć, drogi panie baronie, o sobie oraz swoich koneksjach z hrabią Monte Christo?
Danglars nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko ironicznie, po czym rozparł się w sposób wielkopański na swojej pryczy.
- Zgoda, chętnie panu opowiem co i jak - odpowiedział - Ale niech pan nie będzie zaskoczony, jeżeli usłyszy pan o tym całym hrabi jakieś niemiłe słowa z moich ust. Na pewno pańscy poprzedni informatorzy wypowiadali się o tym panu w samych superlatywach, ale ja nie zamierzam tego robić. Ja, szanowny panie, będę mówił panu prawdę, tylko i wyłącznie prawdę i to jak na świętej spowiedzi.
Uśmiechnąłem się wesoło.
- Właśnie tego od pana oczekuję, panie baronie.
Danglars kontynuował powoli swój monolog. Widocznie samotność sprawiła, że musiał się komuś wygadać. Spróbowałem znieść to w miarę cierpliwie. On tymczasem mówił dalej.
- Inni być może mieliby powody, aby w jakiś sposób wybielić przed panem tego człowieka, ale ja takiego zamiaru nie mam. Dlatego też ode mnie usłyszy pan jedynie szczerą prawdę, proszę pana.
Po tych słowach Danglars wyłożył się wygodnie na pryczy i był już gotów do rozmowy.
Uśmiechnąłem się lekko i zanurzyłem rysik ołówka w ustach.
- Więc niech pan opowiada, panie baronie.

3 komentarze:

  1. No tak, Benedetto przynajmniej potrafi przyznać się do winy. Zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że jest sukinsynem i zbrodniarzem, zasługującym na śmierć. Danglars z kolei uważa się za niewinnego , choć był oszustem , a do tego przyłączył się do bandy przestępców, by zemścić się na hrabim, ale on swoich błędów nie jest w stanie dostrzec i całą winę zwala na hrabiego, któremu też przecież musiał wiele złego wyrządzić, skoro szukał on na nim pomsty. Za nic przecież nie doprowadziłby go do bankructwa. Teraz już wiem, że myliłem się co do hrabiego. On wcale nie jest złym i nikczemnym człowiekiem, choć zadaje się z przestępcami i nawet im pomaga, jak to było w przypadku Benedetta. I fakt jego postępowanie naprawdę trudno zrozumieć, gdyż wydaje się ono niedorzeczne i zupełnie pozbawione sensu, ale jestem pewien, że on w tym wszystkim ma swój własny określony cel, że jego czyny nie są bezcelowe. W końcu nie jest głupcem, tylko człowiekiem inteligentnym, chytrym i przebiegłym, potrafiącym doskonale maskować swoje prawdziwe uczucia i zamiary.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, nareszcie informator, który wie najwięcej ze wszystkich i to od razu po "wicehrabi". Jeanowi rzeczywiście sprzyja szczęście. Sięgnięcie po następny rozdział to formalność

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawe, czy baron powie prawdę?
    Czym w zasadzie jest prawda? Każdy ma swoją własną prawdę.
    A Danglars nie budzi mojej sympatii, ma to, na co sobie zasłużył.
    Hrabia Monte Christo to dla mnie symbol tego, że zemsta może stać się nadzieją, by z lochu karceru trafić w wielki świat.
    Zemsta na zimno smakuje najlepiej. Zemsta hrabiego to była wielopiętrowa intryga.
    I jak to dalej opisze Hubert Kronikarz?

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...