sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 14

Rozdział XIV

Opowieść Danglarsa


Widzi pan, Szanowny Panie, moja historia zaczyna się w dawnych czasach, kiedy jeszcze byłem, jak się to mówi, piękny i młody. Uczyłem się buchalterii, ale mierzyłem o wiele wyżej. Miałem bowiem zdolności w wielu dziedzinach, jednak oczywiście nikt nie raczył tego zauważyć. Byłem zatem jednym z wielu młodych zdolnych, którzy nie mają najmniejszej możliwości się wybić ponad swój stan. Musiałem trzymać się swojej pozycji społecznej i możliwości, jaką mi ta pozycja dawała.
Jako młody chłopak zatrudniłem się w firmie morskiej „Morrel i syn”. Byłem po szkołach i dlatego dostałem posadę buchaltera na statku „Faraon”. Nie muszę chyba dodawać, iż moje ambicje i możliwości pozwalały mi na objęcie znacznie lepszej fuchy, ale niestety mój pryncypał całkowicie to lekceważył. Nic go nie obchodziło to, że ja jestem stworzony do znacznie wyższych celów. Obsadził mnie na stanowisku buchaltera i nie chciał nawet słyszeć o możliwości mojego awansu. Pomimo tego niezbyt sprawiedliwego traktowania mojej skromnej osoby, wiernie wykonywałem swoje obowiązki i ani na małą literkę od nich nie odszedłem. A jednak znalazł się jakiś młody narwaniec, który to wmówił sobie, że ja rzekomo dopuściłem się paru nadużyć i sfałszowałem księgi rachunkowe, a prócz tego też rzekomo zagarnąłem część pieniędzy dla siebie i dałem mniejsze zyski w księgach niż były naprawdę. Ale to bzdura, zapewniam pana.
Ten oto młody zapaleniec, który złożył na mnie donos, nazywał się Edmund Dantes. Miał on wówczas dziewiętnaście lat, a więc był o pięć mniej niż ja. Był II oficerem „Faraona”, a puszył się okropnie z tego powodu i chodził dumny jak paw, uważając najwyraźniej, iż ten statek należy do niego. Wywyższał się ponad wszystkich innych, dokuczał i robił z siebie wielkie panisko. Znosiłem to wszystko cierpliwie aż do chwili, kiedy ten żałosny śmieć oskarżył mnie o fałszowanie ksiąg rachunkowych. Wówczas to doszło pomiędzy nami do naprawdę ostrej kłótni. Mieliśmy ją rozstrzygnąć pojedynkiem na wyspie Monte Christo, ale odmówiłem. Bo co? Ja niby miałem się bić z tym zabijaką Dantesem? On przecież rozpłatał na szable lepszych niż ja. Po co miałem swoje życie narażać? Chciałem sobie pożyć, dlatego odmówiłem, co on oczywiście uznał za tchórzostwo. Idiota jeden.
W międzyczasie doszło do bardzo smutnego wydarzenia. Dowódca statku „Faraon”, kapitan Leclere, ciężko zachorował. To było zapalenie mózgu. Poprosił Dantesa, żeby zatrzymał statek na Elbie, gdzie wówczas przebywał pod czujnym okiem Hiszpanów, nasz drogi ex-cesarz, Napoleon Bonaparte razem ze swoim dworem. Leclere bowiem był niegdyś bonapartystą i jak się zdaje, nadal zachował swoje ekstremistyczne sympatie. Statek więc, na jego polecenie, skierował się na Elbę, ale kapitan nie dożył tego, gdyż po długiej agonii zmarł. Dantes zatem sam zszedł na ląd zamiast niego. Kapitan przed śmiercią wręczył mu mały pakiet listów do generała Bertranda, marszałka dworu Napoleona i nakazał mu odebrać jakieś inne pismo, a potem wysłać je pod wskazany adres. Edmund polecenie wykonał bardzo skrupulatnie, następnie zaś bezczelnie i nie pytając nikogo o zdanie objął dowództwo nad „Faraonem”. Nie muszę chyba dodawać, że nie podobało mi się to w ogóle.
Dopłynęliśmy do portu w Marsylii, gdzie czekał na nas nasz pryncypał, pan Piotr Morrel. Uczciwie złożyłem mu raport na temat niesubordynacji Dantesa, lecz on nie przejął się niczym, a samowola tego młokosa wywarła na nim wręcz podziw. W dodatku jeszcze ten młodzik został mianowany nowym kapitanem „Faraona”. Rozzłoszczony tym wszystkim, poszedłem do oberży, aby się napić. Wcześniej jednak spotkałem mojego kompana, szewca Kacpra Caderousse’a. Zaprosił mnie on na szklanicę, a ja się zgodziłem. Wkrótce dołączył do nas młody Katalończyk, Fernand Mondego. Miał on pewne kłopoty przez naszego kochanego Dantesa. Dokładniej mówiąc chodziło o to, że był on nieszczęśliwie zakochany w swojej pięknej kuzynce, pannie Mercedes Herrera, ale ona nie odwzajemniała tego uczucia, gdyż kochała Edmunda. Fernand przyszedł się więc nam wypłakać. Ja i Caderousse współczuliśmy mu bardzo. Zrobiło mi się strasznie żal tego chłopaka i postanowiłem utrzeć nosa naszemu słodkiemu Edmundowi. Opowiedziałem więc moim kompanom o tym, że dostrzegłem list od marszałka dworu Napoleona u Dantesa, a także, że byłem świadkiem (mimowolnym, rzecz jasna) jego rozmowy z kapitanem. Zaproponowałem też zrobienie Edmundowi małego kawału. Wie pan, takiego subtelnego dowcipu. Wziąłem pióro, papier i atrament, po czym napisałem donos na Edmunda Dantesa, w którym to oskarżyłem go, że jest on agentem bonapartystów. Jako dziennikarz wie pan chyba doskonale, że władze robiły wtedy prawdziwą nagonkę na stronników upadłego cesarza, a więc nasz mały żart mógł odnieść skutek. Caderousse’owi niezbyt się jednak on spodobał, ponieważ ten idiotą zaczął głośno przeciwko niemu protestować. Więc ja dla świętego spokoju zgniotłem donos i wyrzuciłem go, po czym obaj poszliśmy w swoją stronę. Nie miałem wówczas pojęcia, iż Fernand Mondego weźmie mój list i zrobi z niego użytek.
Nie muszę chyba mówić, że na skutki mojego nieszczęsnego żartu nie trzeba było długo czekać. Następnego dnia odbyły się zaręczyny Edmunda i Mercedes. Pamiętam je doskonale. Było to wspaniałe święto i odbyło się ono w oberży „Pod Flaszą i Dzwonem“ - tej samej, w której nieco wcześniej miała miejsce rozmowa, o której przed chwilą panu mówiłem. Wszyscy razem piliśmy, żartowaliśmy sobie i tańczyliśmy. Wesołą zabawę przerwało nam jednak zjawienie się żandarmów z rozkazem aresztowania Edmunda Dantesa. Za co? Nie powiedzieli nam. Biedny chłopak poszedł na spotkanie z królewskim prokuratorem. Od razu wiedziałem, co było tego przyczyną i rzecz jasna, poczułem się głupio, że z powodu mojego żałosnego, sztubackiego żartu stało się takie nieszczęście. Wszyscy jednak bardzo liczyliśmy na to, iż ta cała nieprzyjemna sytuacja szybko się wyjaśni. Niestety, tak się nie stało. Całą sprawę badał zastępca królewskiego prokuratora, pan Gerard de Villefort. Podczas przesłuchania wyszło na jaw, iż Edmund był bonapartystą i to już od dłuższego czasu. Cóż to był za cios dla nas wszystkich - nasz kochany Edzio okazał się być szpiegiem. I to szpiegiem wyjątkowo niebezpiecznym. Został zatem skazany na dożywocie, a wkrótce potem zmarł w więzieniu. Pan Morrel kilkakrotnie interweniował w jego sprawie, ale niestety nic to nie dało. Pamiętam, jaki był załamany i nic dziwnego, Edmund Dantes miał przecież zostać nowym kapitanem „Faraona”. Z braku innych właściwych kandydatów na to stanowisko, to ja nim zostałem. Nareszcie ktoś mnie docenił.
Niestety, sytuacja nie była dla mnie korzystna. Po stu dniach Napoleona, a także jego ostatecznym upadku, pan Gerard de Villefort, który to w międzyczasie został już prokuratorem, zrobił na bonapartystów prawdziwą nagonkę. Wszyscy, którzy mieli cokolwiek wspólnego z ex-cesarzem byli podejrzani. Nie chcąc mieć z tym nic wspólnego, porzuciłem stanowisko kapitana „Faraona”, a prócz tego zacząłem inwestować pieniądze, które nieco wcześniej zarobiłem. Miałem głowę do interesów, więc doskonale sobie radziłem. Otrzymawszy rekomendację od pana Morrela wyjechałem do Hiszpanii i tam z miejsca rozpocząłem pracę u jednego z miejscowych bankierów, z którego córką nieco później się ożeniłem. Zacząłem również dorabiać sobie na dostawach do wojska, w czym pomógł mi przypadkowo spotkany w Hiszpanii Fernand Mondego, który zrobił karierę w wojsku (kiedy go spotkałem, był już pułkownikiem).
Gdy moja biedna żona zmarła, ożeniłem się powtórnie z panią Herminią de Nargonne, młodą wdówką po tym znanym arystokracie. Urodziła mi ona córkę, Eugenię. Potem udało mi się założyć własny bank, a po jakimś czasie otrzymałem tytuł barona. Prócz tego w roku 1829 użyczyłem wysokiej pożyczki samemu królowi Karolowi X, za co otrzymałem Legię Honorową, a także miejsce w Izbie Deputowanych. Stałem się wielkim panem i nareszcie ktoś mnie docenił.
O ile jednak w życiu biznesowym odnosiłem sukcesy, to w życiu osobistym już nie. Moja żona niestety okazała się być istotą żałosną oraz nędzną. Tylko się bawiła i przepuszczała moje ciężko zarobione pieniądze. Ona i jej gach, ten pożal się Boże sekretarz ministra spraw wewnętrznych, Lucjan Debray, przepuszczali wszystko, co ja ciężką pracą zarobiłem. W dodatku jeszcze kochanek mojej żony miał czelność podrzucać mi swoje pomysły na inwestycję. Przyznam się panu, że początkowo nie chciałem go słuchać, jednak w końcu zaryzykowałem i szybko odkryłem, iż jego pomysły na inwestycje są po prostu genialne. Zacząłem zatem odtąd słuchać wszelkich jego rad, a nawet pozwoliłem żonie grać na giełdzie. Jak się później okazało, nie przyniosło mi to niczego pożytecznego, ale o tym potem.
W kwestii formalnej muszę tutaj panu wyjaśnić, iż romans mojej żony z człowiekiem tak głupim i żałosnym jak pan Lucjan Debray, bynajmniej wcale mi nie odpowiadał. Mimo wszystko akceptowałem go jako zło konieczne. Moja żona nigdy mnie nie kochała i po urodzeniu mi córki odsunęła mnie od swego łoża. Cóż miałem robić? Publicznie ujawnić to, że jestem rogaczem i rozwieść się? Mogłem to zrobić, oczywiście, ale zamiast tego wolałem zająć się robieniem pieniędzy, aby zabezpieczyć przyszłość naszego dziecka. A ponieważ żona i jej kochanek swoimi trafnymi radami co do inwestycji pomnażali wciąż mój kapitał, dałem im swoje błogosławieństwo.
Pewnego dnia, a był to rok 1838, do mojego banku zgłosił się niejaki hrabia de Monte Christo, któremu w moim banku słynny bank „Thomson and French” wyrobił kredyt nieograniczony. Monte Christo mógł brać z mojego banku tyle pieniędzy, ile tylko chciał i kiedy tylko tego zapragnął. Pomimo początkowej niechęci przystałem na to. Nie chciałem tracić tak znakomitego klienta, poza tym kredyt wyrobiony przez słynny bank „Thomson and French” mówił sam za siebie. Zgodziłem się więc na warunki mojego znakomitego klienta. Oprócz wzięcia u mnie pożyczki, hrabia pozbawił mnie pewnego kłopotu. Mianowicie moja żona posiadała zaprzęg zwany ze względu na swoją maść siwo-jabłkowitym. Konie z tego zaprzęgu były piękne, ale niestety również bardzo narowiste. Aż strach było nimi jeździć, więc kiedy Monte Christo zaproponował mi, że kupi ode mnie te konie, to zgodziłem się bez wahania. Niestety, moja żona na wieść o tym wpadła w histerię, a hrabia, nie chcąc robić jej przykrości, zwrócił jej cały zaprzęg za darmo, dodając do każdej uprzęży diament. Cóż za rozrzutność! Wkrótce potem moja żona pożyczyła konie żonie prokuratora Villeforta, co dla owej damulki nie skończyło się zbyt dobrze, ale cóż... Znowu do akcji wkroczył hrabia Monte Christo, który ocalił ową damę z opresji, w zamian za co ona umożliwiła mu wejście na paryskie salony.
Muszę tutaj podkreślić, mój drogi panie, iż z hrabią Monte Christo nigdy nie łączyły mnie żadne bliższe stosunki. Poza interesami, rzecz jasna. Niestety, wtedy zaczęło się moje bankructwo. A wszystko przez tego idiotę Debraya. Polecił mi on kupno hiszpańskich obligacji. Potem zaś jakiś głupi telegrafista podał do Paryża fałszywą wiadomość o ucieczce z więzienia Don Carlosa, ex-króla Hiszpanii. Przeraziłem się nie na żarty tą wiadomością, gdyż to, co ona mówiła oznaczało, że zainwestowałem swoje pieniądze w wojnę domową. Sprzedałem więc natychmiast wszystkie hiszpańskie obligacje, jakie tylko posiadałem. Ponieważ zaś na całej giełdzie wybuchła panika, to sprzedałem je praktycznie za bezcen. Następnego dnia zaś okazało się, że tak naprawdę nie ma żadnej rewolty w Hiszpanii, a Don Carlos najspokojniej w świecie siedzi nadal w więzieniu. Akcje hiszpańskie znowu poszły w górę, a ja straciłem sporą sumę pieniędzy. Wiedziałem doskonale, czyja to sprawka. Mojej żony oraz jej gacha, a także rządów tej pary w świecie moich finansów. Postanowiłem, że dłużej tej sytuacji tolerować nie mogę. Poszedłem więc do mojej żony i dałem jej jasno do zrozumienia, że lepiej niech pan Debray nie popełnia na przyszłość podobnych pomyłek, bo w przeciwnym wypadku nie będę sobie życzył jego dalszych wizyt w moim domu. I zażądałem też, aby moja żona dzieliła ze mną nie tylko zyski, ale też i straty. Ona oczywiście wybuchła płaczem. Na moją głowę posypały się wówczas najróżniejsze wyzwiska typu „prostak” i „brutal”. No, ale panie złoty... Czy ja udawałem, że jestem inny przed ślubem? Więc skąd nagle takie pretensje?
Z powodu jednej nieudanej inwestycji popadłem w bardzo poważne kłopoty finansowe. Jedynym ratunkiem było dla mnie wydanie córki za mąż, rzecz jasna bogato. Pozostało tylko pytanie, za kogo? Najpierw pomyślałem o Albercie de Morcerf, synu Fernanda de Morcerf. A właściwie to Fernanda Mondego, który po swojej przygodzie w Grecji został mianowany hrabią i zmienił nazwisko na de Morcerf. Poważnie myślałem o tym, aby wydać córkę za jego syna, ale szybko zmieniłem zdanie. Stwierdziłem bowiem, że w końcu, co to dla mnie za partia? Niech pan nie myśli jednak, iż wynosiłem się ponad swój stan. W końcu sam zaczynałem od zera. Ale ja miałem tę jedną przewagę, że przynajmniej mogłem powiedzieć, iż nazywam się Danglars. No, a to żałosne panisko już nie mogło powiedzieć, że nazywa się de Morcerf. O nie, drogi panie! Nazywał się Mondego, a tytuł oraz majątek zdobył w nie do końca jasnych okolicznościach.
Gdy teraz o tym mówię, to przypominam sobie, iż podczas rozmowy z hrabią Monte Christo wypowiedziałem kilka zdań na ten właśnie temat. Monte Christo wydawał się być wręcz szalenie zainteresowany tym, co mówię i zaproponował mi, abym się dowiedział jak najwięcej w tej sprawie. Dzięki temu mogłem zyskać powód, żeby nie przyjmować więcej u siebie pana de Morcerf. Spodobał mi się ten pomysł i przyjąłem go. Wkrótce przyszły wieści z Janiny, z którymi podzieliłem się natychmiast z panem de Monte Christo. On zaś dał je do gazety niejakiego Alfonsa de Beauchampa. Na mieście od razu wybuchł skandal, a młody Albert jak nie wpadnie w szał! Przybiegł do mnie z tym swoim kumplem, tym dziennikarzyną od siedmiu boleści i zaraz wyzywa mnie na pojedynek, twierdząc, że to niby ja ośmieszyłem jego ojca, ściągając z Janiny kompromitujące go wiadomości. Ja jednak uczciwie powiedziałem mu, że i owszem, to ja zdobyłem informacje na temat jego rozkosznego tatusia, ale ich nie opublikowałem, gdyż uczynił to jego przyjaciel, hrabia Monte Christo. Ocaliłem w ten sposób skórę, gdyż ten furiat był mi gotów zrobić krzywdę i to nawet bez pojedynku. Albert wyzwał więc hrabiego, ale szybko się oni pogodzili, choć nie mam pojęcia, dlaczego.
Jak to już wcześniej powiedziałem, moja sytuacja finansowa była nie do pozazdroszczenia. Musiałem szybko znaleźć córce bogatego męża. Wybór mój padł na młodego Włocha, wicehrabiego Andreę Cavalcanti, nad którym to opiekę roztaczał w Paryżu właśnie hrabia de Monte Christo. Wicehrabia nie miał nic przeciwko temu i szybko odbyły się zaręczyny. Jednakże przerwali je żandarmi, którzy ogłosili, iż znaleziono martwego Kacpra Caderousse’a, a przy nim był list do mnie. W liście tym była mowa o tym, że ten cały pan Cavalcanti, to tylko zwykły oszust, łajdak, złodziej i zbiegły galernik, a od niedawna również i zabójca - w końcu to on tak pięknie wyprawił na tamten świat starego Kacpra. Chciałem więc wydać córkę za podłego kryminalistę. Zostałem ośmieszony. Cóż z tego, że tego łotra złapali i skazali? Przedtem zdążył on jeszcze ośmieszyć prokuratora de Villeforta, który to okazał się być jego ojcem.
Skandal związany z niefortunnymi zaręczynami mojej córki wybuchł i nic nie było w stanie go powstrzymać. Musiałem więc pogodzić z moim bankructwem i czym prędzej opuścić Paryż z resztką pieniędzy, jaka mi została. Spłaciłem jeszcze moich ostatnich wierzycieli - w tym również hrabiego Monte Christo, po czym uciekłem do Włoch z resztką moich całkiem uczciwie zarobionych pieniędzy, ale tam dopadli mnie zbóje Luigiego Vampy. Złapali mnie oni w chwili, gdy właśnie opuszczałem bank „Thomson and French”, zdeponowawszy moje wszystkie czeki, jakie miałem przy sobie. Wsadzili mnie do lochu i trzymali w nim bez słowa wyjaśnienia. O dziwo, nawet nie zażądali za mnie okupu. Kiedy poprosiłem o jedzenie i picie okazało się, że muszę za nie zapłacić i to jakieś bajońskie sumy. Nie chciałem z początku się na to zgodzić, ale w końcu musiałem ulec, ponieważ głód mnie do tego zmusił. Zapłaciłem raz. Potem drugi. Ale z natury jestem nieco chciwy i nie chciałem wydawać reszty moich pieniędzy, zatem zrobiłem sobie głodówkę, co oczywiście nie wyszło mi na zdrowie.
Kiedy już myślałem, że przyszedł na mnie kres, zjawił się nagle hrabia Monte Christo, który przewodził tym bandytom. Okazało się, że chciał on się na mnie zemścić za śmierć biednego Edmunda Dantesa, ponieważ był jego krewnym czy kimś tam. Przybył zatem do Paryża specjalnie po to, aby zniszczyć ludzi, którzy przyczynili się do upadku biednego Dantesa. Zaczął oczywiście od płotki czyli Caderousse’a, którego zadźgał ten fałszywy wicehrabia Cavalcanti. Potem na ruszt poszedł Fernand Mondego, który wysłał mój donos na pocztę - został on okrutnie ośmieszony i popełnił samobójstwo. Następny w kolejce był prokurator Gerard de Villefort, który skazał Emunda Dantesa na dożywocie - został on także ośmieszony i postradał zmysły. Ostatni byłem ja, rzekomy pomysłodawca całej tej intrygi. Zostałem ośmieszony, straciłem pieniądze i szacunek ludzi. W dodatku hrabia kazał tym zbójom zagłodzić mnie na śmierć, bowiem podobno w taki sam sposób umarł Ludwik Dantes, ojciec Edmunda. Ale ostatecznie ów hrabia ulitował się nade mną i puścił mnie wolno, zostawiając mi łaskawie resztkę moich pieniędzy. Jego bandyci nakarmili mnie do syta, a następnie wyrzucili gdzieś przy potoku - w tym samym miejscu, z którego mnie wcześniej porwali. Pamiętam nawet, że gdy zajrzałem do jeziora, to zobaczyłem, iż całkowicie osiwiałem. Byłem siwy jak gołąb, a w kieszeni miałem zaledwie drobną sumkę. Ale byłem wolny i mogłem rozpocząć nowe życie.
Zacząłem pracować w hotelu pana Pastrini jako portier. Traf chciał, że po roku pracy tam wśród jednych z gości rozpoznałem mojego niedoszłego zięcia, który uciekł z więzienia. On również mnie rozpoznał i w poufnej rozmowie wyznał mi, że zamierza zniszczyć hrabiego Monte Christo, a ja mogę mu w tym pomóc. W zamian za to umożliwił mi on spotkanie z żoną i pogodzenie się z nią. Niestety, rozmowa z Herminią nic nie dała. Ta głupia kobieta nie chciała mieć ze mną nic wspólnego, gdyż uważała, że podle postąpiłem uciekając przed wierzycielami do Rzymu i pozostawiając ją ze wszystkimi problemami na głowie. Nie chciała więc słuchać żadnych moich wyjaśnień. Darowałem sobie w końcu godzenie się z nią i spotkałem się z moim niedoszłym zięciem, który zebrawszy właśnie spory oddział bandytów postanowił wyruszyć w morską podróż i odnaleźć hrabiego de Monte Christo, a następnie zemścić się na nim. Zaoferowałem się, że mogę płynąć z nim jako sternik, gdyż doskonale znam się na nawigowaniu statkami. Zgodził się, ale nasza podróż nie trwała długo. U brzegów Marsylii nasz okręt poszedł na dno wraz z całą załogą. Jedynie mój niedoszły zięć i jeden z jego ludzi przeżyli tę katastrofę. Przeżyłem ją również i ja, jednakże oni o tym nie wiedzieli. Uczepiony belki dopłynąłem jakoś do brzegu i próbowałem rozpocząć życie od nowa, rzecz jasna pod zmienionym nazwiskiem. Niestety, pech mnie dalej prześladował i szybko zostałem rozpoznany. Wsadzono mnie do więzienia dla dłużników, ale szybko się z niego wydostałem za pomocą starego jak świat sposobu - postanowiłem zostać policyjnym konfidentem. Nie chciano mnie początkowo przyjąć na to stanowisko, ale ostatecznie dzielni stróże prawa ulegli mym namowom i przyjęli mnie.
Dobrze mi szło w mym nowym fachu, ale tylko do czasu. Szybko bowiem naraziłem się kilku niezwykle ważnym osobom w tzw. półświatku. Musiałem więc ruszyć w świat, aby zgubić pościg. Panie złoty... Co ja też w tym wielkim świecie robiłem, jakie przygody przeżyłem, to nie starczyłoby dnia, żeby to wszystko opowiedzieć. Poprzestanę jedynie na tym, co może pana zainteresować. Rok temu prowadziłem moje interesy na Kaukazie i wówczas dostrzegłem w grupie ludzi podróżujących po tych jakże pięknych górach naszego starego znajomego, czyli hrabiego Monte Christo. Wędrował on sobie po okolicy z jakąś grupką amatorów przygód. Oczywiście starałem się zejść mu z drogi i nie wdawałem się z nim w dyskusję, co na pewno pan rozumie. W końcu po tym wszystkim, co ten człowiek mi zrobił, nie miałem mu nic do powiedzenia. Podobno niedługo po naszym spotkaniu, pan hrabia został postrzelony przez jakiś bandytów. Nic mu się nie stało (jak widać, złego diabli nie biorą), ale oczywiście to właśnie mnie oskarżono o tę zbrodnię. Jego ludzie pochwycili mnie i na pewno zlinczowaliby mnie na miejscu, gdyby sam hrabia ponownie nie ulitował się nade mną.
Po tym wydarzeniu powróciłem do mojej ukochanej Francji z drobną sumką w kieszeni, dzięki której to zamierzałem powrócić do świata wielkiej finansjery. Nieszczęście jednak, jak widać, wciąż mnie nie opuszczało, gdyż ponownie źle ulokowałem swój kapitał, w efekcie czego wtrącono mnie tutaj za jakieś rzekome oszustwa finansowe. Prawdopodobnie już się z tego nie wygrzebię. A wszystko to zasługa tego pańskiego hrabiego Monte Christo i jego zakichanej zemsty. Przez jego działalność straciłem wszystko, co jest mi drogie: bank, rodzinę, dobre imię, szacunek do samego siebie, teraz zaś gniję w tej zatęchłej celi, w której spędzę zapewne resztę swego życia. A wszystko to przez pana de Monte Christo.

3 komentarze:

  1. Ten Danglars to ma wysokie mniemanie o sobie, choć uważa się za skromnego człowieka. Był prawdziwym głupcem, skoro chciał złożyć fałszywe zeznania przeciwko Dantesowi. Pytanie tylko, skąd Dantes dowiedział się, że to on był pomysłodawcą tego wszystkiego, skoro to nie on wręczył tę depeszę żandarmom? Czyżby dowiedział się tego od Mondega? Ale mimo wszystko uważam, że hrabia powinien się mścić głównie na Mondegu, bo to w końcu przez niego trafił do więzienia, a nie przez Danglarsa. On był co prawda inicjatorem tego spisku, ale na tym się skończyło. Nie doniósł przecież na Dantesa. Mondego zrobił to bez jego wiedzy. A ta Herminia rzeczywiście była głupia. Po co za niego wychodziła, skoro go nie kochała? A on zapewne chciał do niej wrócić , tylko dlatego, że zbankrutował, skoro doskonale wiedział, że go nie kocha. Nie no, ja jestem zdania, że hrabia zbyt surowo potraktował Danglarsa. Nie dość, że doprowadził go do całkowitego bankructwa to jeszcze chciał go zagłodzić w więziennej celi. Doprawdy swoją zemstę powinien skierować tylko na Mondega i prokuratora, bo to oni są głównymi sprawcami tego, że utracił wolność, a zwłaszcza Mondego, bo prokurator to wiadomo wykonywał tylko swoją pracę, ale gdyby nie Mondego, to hrabia z pewnością nigdy nie byłby aresztowany. To on go wydal i jest głównym winowajcą tego wszystkiego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Fantastyczna narracja, pozwala przyjrzeć się przyczynie wszystkich dawniejszych wydarzeń, poznać motywy, takie jak zazdrość i ambicja. Niejeden by uwierzył, że faktycznie ma do czynienia z uczciwym biznesmenem pokrzywdzonym przez los. Danglars sprytnie zataił tożsamość hrabiego Monte Christo, nie chcąc przyznać się do pokonania przez "marynarzyka". Stara się również sprawić wrażenie człowieka rodzinnego. Zgrabnie połączone udane wątki z "Martwej Ręki" i "Pamiętników". Edmund Dantes znów zadziwia dobrym sercem po konfrontacji w górach.

    OdpowiedzUsuń
  3. Baronowi oczywiście nie wierzę ani na słowo, bo już w młodości było widać, że jest podły i zepsuty i ma to, na co zasłużył.
    Z ludzi otaczających Edmunda tylko pan Morell był uczciwą osobą, która ulokowała nietrafnie swoje sympatie polityczne. Ale trzeba docenić, że swych poglądów nie zmieniał jak wiatr zawieje.
    Ta moralność barona i patrzenie przez palce na romanse żony jest nieco dziwne.
    Skojarzyło mi się od razu ze "Znakiem Zorro" z 1940 roku, gdzie było widać jak dłoni, że alkad się domyśla, że żona mu przyprawia rogi z kapitanem, ale mimo to robią z kapitanem interesy.
    Baronek podał tutaj własny punkt widzenia. Swoją własną wersję prawdy.
    Pamiętam, jak Piłat się spytał Jezusa, czym jest prawda i dalej nie ma na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Każdy ma własną wersję wydarzeń i inaczej ocenia hrabiego Monte Christo.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...