sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 15

Rozdział XV

Dzienniki Jeana Chroniqueura


2 lipca 1855 r. c.d.
Kiedy Danglars skończył swoją opowieść, to przyznać muszę, iż z prawdziwą przyjemnością opuściłem jego celę. Nie sprawiało mi bowiem najmniejszej radości przebywanie sam na sam z tym człowiekiem. Podobnie jak Benedetto, tak i ten nędzny ex-bankier budził we mnie wręcz uczucie niechęci, połączone z pogardą. Choć, co do Benedetta, to było mi go w pewnym sensie żal. W końcu nigdy nie zaznał on miłości od swoich rodziców, a rodzony ojciec chciał go pochować żywcem. Nie pochwalałem jego pełnego niegodziwości życia, ale czułem, że pogodził się on na swój sposób ze śmiercią i jest na nią gotów, a ponadto nie uważa siebie jedynie za niewinną ofiarą podłego losu, tak jak to robił Danglars. Ta bowiem nędzna szumowina i złodziejaszek, choć nigdy osobiście nikogo nie zabił, to jednak budził we mnie o wiele większą odrazę niż morderca Benedetto. Ten drugi bowiem miał wyrzuty sumienia i swego rodzaju kodeks moralny. Danglars miał tylko jedną zasadę, której trzymał się przez całe swoje życie - dążyć do celu za wszelką cenę, nie licząc się przy tym z nikim. W dodatku, pomimo tego, iż popełnił tak liczne podłości, a ponadto zgubił on niewinnego marynarza, Edmunda Dantesa (nie wierzyłem bowiem zapewnieniom tego żałosnego pokurcza, że nie miał on z tym nic wspólnego), to jeszcze siebie uważał za niewinną ofiarę innych ludzi. Co za ohyda. Zdecydowanie Danglars stoi u mnie niżej nawet od Benedetta.
Pod pewnymi względami jednak obaj ci podli ludzie wydawali mi się bardzo do siebie podobni. Przede wszystkim dlatego, że obaj byli po prostu zwykłymi nędznikami. Mieli oni okazję zostać uczciwymi ludźmi, a jednak zmarnowali tę okazję z własnej, nieprzymuszonej przez nikogo woli. Co za tym idzie, o swoją obecną sytuację mogli winić jedynie samych siebie. I Benedetto tak właśnie zrobił, gdyż winił tylko siebie za swoją sytuację. Za to Danglars z kolei już nie umiał tego zrobić, uważając, że przyczyną jego „jakże zasłużonych nieszczęść” jest wyłącznie hrabia Monte Christo. Nie chciało mi się w to wierzyć, jak również w to, co myślał on o mścicielu Edmunda Dantesa. Chciał siebie wybielić, łajdak. Ale to mu się nie udało. Oj nie!
Wychodząc z więzienia zauważyłem, jak kilku strażników wyprowadza z celi Benedetta. Był on w spodniach i białej koszuli, ręce zaś miał skrępowane z tyłu. Posadzili go na wóz, który ruszył powoli przez ulice Paryża.
No tak, prowadzą go na egzekucję, pomyślałem sobie. Teraz pytanie, pojechać tam, czy nie pojechać? Patrzeć na jego śmierć, czy też nie patrzeć?
Miałem mały dylemat, ale musiałem szybko go rozwiązać, bo jeślibym się dłużej zastanawiał, to jego zetną i los sam za mnie zdecyduje. Dlatego dość szybko podjąłem decyzję, co robić.
Wskoczyłem zatem do powozu, który czekał na mnie pod bramą więzienia i zawołałem:
- Na plac Greve! Tylko szybko!
Woźnica zdzielił szybko konie biczem i pognaliśmy we wskazane przeze mnie miejsce. Miałem nadzieję, że zdążę tam przyjechać na czas. Nie spieszyłem się jednak po to, aby koniecznie popatrzeć sobie, jak to obcinają człowiekowi głowę. Prawdę mówiąc, to sam nie wiem, co mnie tam gnało, ale czułem, że jeśli się na placu nie zjawię na czas, to będę tego już zawsze żałował. Stąd też właśnie mój pośpiech.

***

Zjawiłem się na placu Greve o czasie. Zeskoczyłem tam z powozu, po czym powolnym krokiem wmieszałem się w tłum, który stał przed szafotem. Na szafocie zaś znajdowała się już uszykowana wielka gilotyna, a przy niej kat w czarnym stroju i z kapturem na głowie. Obok niej mnich czekający na to, aby udzielić skazanemu ostatniego namaszczenia. Skazańca jeszcze nie było widać, ale już po chwili się zjawił. Przywieźli go na odkrytym wozie. Ludzie na jego widok zaczęli bojkotować i wrzeszczeć, okazując swoją niechęć do niego. Widocznie paryżanie nie żywili do Benedetta sympatii, o co jednak trudno było mieć do nich żal.
Benedetto prowadzony przez strażników zszedł bardzo powoli z wozu i został wprowadzony na szafot. Szedł spokojnie i z niesamowitym, jak na taką sytuację opanowaniem. Widać było, że pogodził się już ze śmiercią, a można by nawet pomyśleć, że jej oczekuje z niecierpliwością. Patrzyłem na niego, jak staje przed gilotyną, zaś woźny sądowy odczytuje głośno wyrok sądu oraz zarzuty postawione skazanemu.
- Obecny tutaj Benedetto, syn Gerarda de Villeforta i nieznanej matki za swoje liczne zbrodnie z woli sądu staje teraz na szafocie. Winy jego są bardzo ciężkie i poprzestaniemy tutaj na wymienieniu jedynie te najpoważniejszych, a otóż i one: zabójstwo swego wspólnika w zbrodni, galernika Kacpra Caderousse’a, zabójstwo funkcjonariusza policji, kradzieże, defraudacja, podpalenia, porwania, oszustwa, podawanie się za wicehrabiego Cavalcanti, profanacja grobów, rozbójnictwo, piractwo, korupcja et cetera, et cetera. Za te wszystkie przewiny z woli Wielce Miłościwie Nam Panującego cesarza Napoleona III, zostaje on skazany na śmierć poprzez ścięcie na gilotynie. Niech Bóg ulituje się nad jego duszą.
Woźny skończył czytać, a ja wówczas usłyszałem rozpaczliwy płacz kobiecy. Nie mogłem jednak dostrzec osoby, która płakała, ponieważ tłum był zbyt wielki, abym mógł tego dokonać.
Benedetto wysłuchał nad wyraz spokojnie wyroku i uklęknął przed mnichem, który podał mu krucyfiks do ucałowania. Gdy tylko skazaniec go pocałował, to się zaczęło. Benedetto podniósł się i zawołał:
- Matko, żegnaj i przebacz synowi swemu jego liczne zbrodnie. Ojcze, czekaj na mnie. Przybywam do ciebie. Wielki i wszechwładny hrabio Monte Christo... Dziękuję ci, że dałeś mi szansę na uczciwe życie, lecz, jak widać, nie było mi ono pisane.
Kat podniósł ostrze gilotyny, głowa skazańca została umieszczona w otworze tej zabójczej maszyny. Wówczas to Benedetto zawołał głośno:
- Szatanie, przyjmij mą dusze w swym królestwie, ponieważ w raju na pewno nie ma dla mnie miejsca! Żegnaj, moja szlachetna matko. Żeg...
Nie dokończył, gdyż ostrze gilotyny spadło na jego głowę, oddzielając ją od reszty ciała. Patrzyłem na to wszystko uważnie i w szoku. Pierwszy raz w życiu byłem świadkiem czyjejś śmierci. Ten widok był naprawdę szokujący, przerażający i emocjonujący jednocześnie. Wiedziałem jednak bardzo dobrze, że na przyszłość oszczędzę sobie podobnych wrażeń.
Kat podszedł do głowy Benedetta i podniósł ją za włosy wysoko w górę. Tłum zareagował na to dzikim rykiem zadowolenia, ale w tej samej chwili ten ryk został zagłuszony przez jakiś przerażający skowyt rozpaczy. Spojrzałem natychmiast w stronę, z którego on dobiegał. Tłum się rozstąpił i ujrzałem wówczas jakąś kobietę ubraną w szaty siostry miłosierdzia. Kobieta łkała jak szalona, a po chwili padła bez przytomności na ziemię. Podbiegłem do niej szybko i pochyliłem się nad nią. Od razu ją rozpoznałem. To była Herminia Danglars. Nie wiadomo, w jaki sposób, ale dowiedziała się, kiedy i gdzie zostanie stracony jej syn i jak na prawdziwą matkę przystało, przyszła mu towarzyszyć w ostatnich jego chwilach.
Uklęknąłem przy niej i dotknąłem jej dłoni. Była zimna jak lód. Nie byłem lekarzem, ale nie musiałem nim być, aby wiedzieć, że ta kobieta właśnie umarła. Widocznie jej serce nie było w stanie wytrzymać widoku śmierci syna i pękło z rozpaczy w chwili, gdy na głowę skazańca spadło ostrze gilotyny. Kiedy kilku ludzi podeszło do mnie zainteresowanych, kim jest ta tajemnicza kobieta i co z nią, odwróciłem się w ich stronę i powiedziałem:
- Nie żyje.
Wstałem zrozpaczony wpatrując się wciąż w zwłoki Herminii Danglars, a moja głowa była pełna sprzecznych myśli.
- Kim jest ta siostra miłosierdzia? I dlaczego umarła w chwili śmierci tego nędznika? - zapytał jakiś człowieka.
Spojrzałem na niego ze smutkiem w oczach i odpowiedziałem:
- Była to matka tego nędznika, Benedetta. Jedyna osoba, która szczerze go kochała. Musiała umrzeć razem z nim, ponieważ nie była w stanie go pochować.

***

Wydarzenia, których byłem świadkiem mocno mną wstrząsnęły i przez wiele godzin nie byłem w stanie przestać o nich myśleć. Ścięcie Benedetta połączone jednocześnie ze śmiercią pani Herminii Danglars było dla mnie wielkim szokiem. Nie darzyłem tego nędznika i jego mamusi sympatią, ale musiałem przyznać, iż ich śmierć była niesamowicie smutna i piękna zarazem. Miałem wielką nadzieję, że sprawiedliwy osąd ich czeka, gdy już oboje staną przed najwyższym trybunałem, aby wytłumaczyć się z tego, co się stało.
Dopiero po jakimś czasie udało mi się uspokoić moje myśli i oderwać je od tych tragicznych wydarzeń, których właśnie byłem świadkiem. Nie było to łatwe, jednak w końcu udało mi się przypomnieć o mojej misji, czyli poszukiwaniu wszelkich wiadomości na temat hrabiego Monte Christo.
Musiałem przyznać, że pomimo dość szokującego zakończenia mojej misji w więzieniu udało mi się zdobyć wiele bardzo pożytecznych informacji. Otrzymałem bowiem odpowiedzi na moje liczne pytania dotyczące osoby hrabiego de Monte Christo. Zrozumiałem też bardzo wiele. Zrozumiałem, że zniszczenie Villeforta, Danglarsa i Mondego nie było wcale dziełem przypadku i miało nie tylko wiele wspólnego z hrabią, ale było wręcz jego dziełem. A wszystko to stało się za sprawą zdrady, jakiej ci trzej występni ludzie dopuścili się wobec Bogu ducha winnego Edmunda Dantesa. Hrabia chciał jedynie pomścić jego śmierć, jeżeli oczywiście można było wierzyć słowom Danglarsa, choć brzmiały one prawdziwie. Gdybym tylko miał możliwość potwierdzenia tych informacji. Ale obawiam się, że nikt poza owym ex-bankierem nie będzie mi już mógł odpowiedzieć na moje pytania. W końcu Caderousse i Mondego zginęli, a Villefort zmarł w szpitalu dla wariatów.
Nie wiedziałem, dokąd mam ruszyć teraz. W końcu wszyscy informatorzy mi się skończyli. Co miałem teraz zrobić? Mogłem oczywiście poprzestać na tym, co już wiedziałem i napisać z tego jakiś artykuł, jednakże czułem, że nie nadszedł jeszcze na to czas. Musiałem zdobyć więcej informacji. Pozostało bowiem  bardzo wiele pytań bez odpowiedzi. Przede wszystkim ciekawiło mnie, czy Danglars powiedział mi prawdę? Szczerze mówiąc, wątpiłem w to, ale moja opinia na jego temat była motywowana jedynie niechęcią do tego nędznika. A co, jeżeli się co do niego pomyliłem? A jeśli rzeczywiście pan baron tylko przypadkiem przyczynił się do upadku Edmunda Dantesa? A może Dantes był rzeczywiście bonapartystą? Jeśli jednak tak, to dlaczego hrabia de Monte Christo chciał pomścić jego śmierć? Kim był dla niego? Jakimś krewnym? A może przyjacielem? Co go z nim łączyło? I gdzie on teraz jest?
Te oto pytania krążyły po mojej głowie niczym rój natrętnych much, a ja nie wiedziałem, w jaki sposób mogę sobie na nie odpowiedzieć. Jechałem powozem ulicami Paryża, a pytania wciąż mnie dręczyły swoim brakiem odpowiedzi.

***

Po dłuższej jeździe wpadłem na genialny pomysł, w jaki sposób mogę zdobyć następne informacje na temat hrabiego Monte Christo. Pojechałem do biblioteki i przejrzałem gazety z roku 1838. Interesowały mnie szczególnie wiadomości na temat prokuratora de Villefort. Chciałem się dowiedzieć, w jakim on szpitalu został zamknięty. Dość szybko udało mi się to ustalić. Umieszczono go w szpitalu św. Cyryla na ulicy Pięknej 6. Ledwie to odkryłem, a natychmiast postanowiłem tam pojechać.
Jak postanowiłem, tak też zrobiłem. Po przybyciu na miejsce, udałem się do ordynatora szpitala i poprosiłem go o chwilę rozmowy. Ledwo mu powiedziałem, kim jestem, a ten radośnie mnie powitał.
- Pan Chroniqueur! Jakże się cieszę, że mogę pana widzieć. Czytałem pana artykuły i jestem pod ich wielkim wrażeniem. Ma pan wielki talent pisarski, muszę to panu przyznać.
Uśmiechnąłem się do niego na tyle skromnie, na tyle ile tylko zdołałem to zrobić, po czym wyjawiłem mu cel mojej wizyty.
- Chodzi mi o to, panie ordynatorze, że chcę napisać artykuł na temat hrabiego Monte Christo. Może słyszał pan o nim?
- Naturalnie. Chyba nie ma człowieka w Paryżu, który by o nim nie słyszał.
- No właśnie. I sęk w tym, że potrzebuję do tego wszelkich informacji, jakie tylko można zdobyć. A niestety nie wiem, kogo jeszcze mógłbym o wiadomości poprosić. Wszystkich, których mogłem odszukać, odszukałem. Nie mam pojęcia, kto jeszcze mógłby mi pomóc.
Ordynator uśmiechnął się do mnie przyjaźnie.
- Rozumiem pana problem. Ale jednak wciąż nie wiem, co ja mam do tego? Przecież ja na temat hrabiego Monte Christo nic nie wiem.
- To zrozumiałe, ale... Chodzi mi o to, że... W pana szpitalu przebywał niejaki Gerard de Villefort.
Ordynator podrapał się po głowie i po chwili przypomniał sobie, o kim mowa.
- Ach tak! Rzeczywiście. To ten prokurator, co to okazało się, że ma syna galernika?
- Nie inaczej, ten sam.
- I ten człowiek pana interesuje?
- Owszem, ponieważ miał on wiele wspólnego z hrabią de Monte Christo. I mógłby dużo wiedzieć na jego temat.
- Rozumiem pana doskonale, ale o ile się nie mylę, ten człowiek nie żyje.
- To wiem, panie ordynatorze, jednak... Chodzi o to, że ponoć przed śmiercią odzyskał on zmysły. Czy to prawda?
Ordynator pokiwał twierdząco głową.
- Nie inaczej. Odzyskał przed śmiercią zmysły oraz świadomość tego, co się dzieje wokół niego.
- No właśnie. Bardzo mnie interesuje, czy kiedy już odzyskał zmysły, to czy opowiedział komuś swoją historię?
- Obawiam się, że nie, drogi panie.
- A może zostawił coś po sobie? Coś w rodzaju pamiętnika? Albo też jakieś jego osobiste zapiski?
Ordynator zastanowił się przez chwilę nad moimi słowami.
- Pamiętnika, powiada pan?
Mój rozmówca uśmiechnął się do mnie radośnie.
- Ma pan szczęście, gdyż de Villefort zostawił właśnie przed śmiercią coś w rodzaju pamiętnika.
To mówiąc lekarz otworzył szufladę biurka i wyjął z niej małą stertę papieru, po czym podał mi ją do ręki. Schwyciłem ją zachłannie, po czym zacząłem bardzo dokładnie oglądać. Było to kilka stron zapisanych drobnym, ale na całe szczęście czytelnym pismem. Widać, że było to pisane w pośpiechu, dlatego pismo nie było ani staranne ani symetryczne. Zerknąłem jednak na kilka słów i aż krzyknąłem z radości. To było wyznanie Gerarda de Villeforta. Całe jego życie spisane przez niego osobiście. Nie mogłem uwierzyć we własne szczęście.
Popatrzyłem z wdzięcznością na ordynatora.
- Jak... Skąd... Dlaczego?
Ordynator zaśmiał się, ale po chwili spoważniał i powiedział:
- Spisał je pan de Villefort na kilka dni przed śmiercią. Czytałem to. Niezbyt ciekawa literatura, jednakże, jeżeli się nie mylę, to jest tam co nieco wiadomości o hrabim Monte Christo. Więc niewykluczone, że się to panu przyda.
Ucieszyłem się z tego jak małe dziecko, które właśnie otrzymało upragnioną zabawkę. Bardzo mnie korciło, żeby złapać tę stertę papieru i ruszyć z nią biegiem do domu, żeby jak najszybciej ją przeczytać na osobności. Nie miałem jednak pewności, czy mogę ją zabrać ze sobą. Musiałem się upewnić.
- Czy mogę to zatrzymać?
Ordynator machnął na to ręką.
- A bierz pan. Mnie to i tak do niczego nie potrzebne. A panu się może przyda przy pisaniu tego artykułu, który pan ma napisać. Powodzenia panu życzę, panie Chroniqueur.
- Dziękuję panu, panie ordynatorze. Dziękuję z całego serca.
Płakałem z radości, nie umiejąc jakoś zapanować nad emocjami, które mnie ogarnęły. Wstałem ze swojego miejsca, chowając ów bezcenny rękopis za pazuchę, po czym uścisnąłem rękę ordynatorowi i wybiegłem ze szpitala w kierunku mego powozu i pojechałem do domu, jak najszybciej to możliwe. Nie mogłem się już doczekać, aby usiąść wygodnie w fotelu i przeczytać ten jakże zbawienny dla mnie rękopis.

3 komentarze:

  1. No tak, pewne sprawy się wyjaśniają, a powstają nowe zagadki, jak choćby ta kim dla hrabiego był ten tajemniczy Dantes, który ponoć zmarł w więzieniu. Nic dziwnego, że Jeana tak to intryguje, skoro naprawdę wciągnęła go historia hrabiego, ale moim zdaniem za bardzo potępia Danglarsa, skoro uważa, że nawet taki skończony sukinsyn jak Benedetto jest od niego lepszy, tylko dlatego, że zrozumiał, iż straci życie tylko i wyłącznie z własnej winy. Jeśli opowieść Danglarsa jest zgodna z prawdą, to nie ma się co dziwić, że uważa się za niewinnego, choć gdyby zaniechał zemsty na hrabim, to nie musiałby teraz gnić w celi. Podobnie jak Benedetto otrzymał szansę po tym, jak hrabia go wypuścił, ale z niej nie skorzystał, no i teraz ma. Herminia z kolei naprawdę musiała kochać swojego syna, pomimo tego, że w ogóle go nie znała i że ją okradł, skoro widząc jego śmierć, dostała ataku serca, czym zaszokowała wszystkich zgromadzonych, bo w końcu nikt z nich prócz Jeana nie wiedział, kim dla niej był ten zbrodniarz. Jean z kolei ma naprawdę wielkie szczęście, że ordynator szpitala pozostawił zapiski Villeforta i mu je podarował. Może dzięki nim Jean znajdzie odpowiedzi na kolejne nurtujące go pytania, które powstały po rozmowie z baronem albo raczej byłym baronem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Opis egzekucji dramatyczny i przejmujący. Chroniqueur jak się okazuje miał rację. Benedetto był lepszym człowiekiem od trzech wrogów Edmunta Dantesa. Pokornie przyjął karę, żałując swoich licznych zbrodni z imieniem matki na ustach. Kto wie, może nie trafi od razu tam gdzie się spodziewał? Bohater zdobył niemal wszystkie informacje, oprócz tożsamości Monte Christo. Teraz czeka nas kolejna relacja zapiekłego wroga, którą tak szczęśliwie udało się odnaleźć. Relacji Morerfa nigdy już nie poznamy, ale jestem pewien że nie miałby zbyt wiele do powiedzenia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawe co zawierają te pamiętniki i co w nich odnajdzie Hubert Kronikarz?
    Żal mi jednak tego Benedetta. Zrobił co zrobił, Bóg czy diabeł go już ostatecznie ukarał, ale nie wiem, czemu służą te publiczne egzekucje.
    I żal mi też jego biednej matki, której serce musiało pęknąć na ten widok.
    Może Benedetto był łajdakiem, ale w porównaniu do pana de Villefort, łajdakiem na swój sposób uczciwym.
    Nie znamy jeszcze wersji de Villefort, ale pewnie też się wybielał we własnych pamiętnikach i obciążał hrabiego za swe niepowodzenia.
    Może to jednak rzuci nam nowe światło na osobę hrabiego?
    Coś, czego wcześniej nie wiedzieliśmy, jakiś nowy nieznany szczegół przykuję naszą uwagę?
    Kto wie?
    Wszystko zależy teraz tylko od Huberta Kronikarza i jego bogatej wyobraźni :)

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...