Nazywam się Gerard de Villefort. Przebywam obecnie zamknięty w szpitalu dla wariatów, ale daleko mi do bycia szaleńcem. Odzyskałem zmysły, jednak nie mam pojęcia, na jak długo. Nie mam również pojęcia, jak długo jeszcze przyjdzie mi żyć. Proszę cię więc, czytelniku mojego rękopisu, abyś raczył zapoznać się z moim życiem i nie oceniał mnie nazbyt surowo, kiedy już będziesz wiedział o mnie wszystko. Mam nadzieję, że jeśli nawet mnie nie zrozumiesz, to okażesz mi miłosierdzie, chociaż ja nigdy nie umiałem okazać go nikomu, gdy jeszcze byłem pomiędzy zdrowymi i wolnymi ludźmi.
Kimkolwiek więc jesteś ty, który właśnie czytasz te słowa, proszę, zapoznaj się, dokładnie z moją historią, zanim mnie poznasz.
Urodziłem się w starej, szlacheckiej rodzinie, dzięki czemu już w dzieciństwie mogłem otrzymać staranne wykształcenie godne stanowiska, jakie w przyszłości miałem zajmować. Muszę powiedzieć, że moje prawdziwe nazwisko brzmi Gerard de Noirtier de Villefort. Mój ojciec, pułkownik Francois de Noirtier de Villefort miał dosyć burzliwą przeszłość polityczną. Najpierw należał on do jakobinów, a po ich upadku był ścigany przez Napoleona Bonaparte i musiał się ciągle ukrywać, co jednak wcale nie przeszkodziło mu potem zostać stronnikiem I konsula, a później cesarza Francji. Nie wiem, dlaczego zmienił poglądy, jednakże mówiono o nim, że stał się zaciekłym bonapartystą. I rzeczywiście nim był. Swego czasu, na dworze królowej Etrurii głosił swoje bonapartystyczne poglądy z całą żarliwością, na jaką tylko było go stać. Gdy zaś cesarz upadł i został zesłany na Elbę, mój głupi ojciec planował wraz z wieloma innymi spiskowcami odbicie cesarza, a także ponowne powołanie go na tron. Ojciec był bardzo ważną osobistością pośród spiskowców, może nawet ich przywódcą, aby jednak łatwiej móc prowadzić swoją działalność, zrezygnował on z drugiego członu swego nazwiska - czyli z członu „de Villefort”. Ja zaś zrezygnowałem z pierwszego, dzięki czemu nikt więcej nie mógł nas ze sobą powiązać. Pan Noirtier oraz pan de Villefort to byli dwaj zupełnie obcy sobie ludzie, jednakże ryzyko odkrycia tej tajemnicy zawsze istniało, zaś moja kariera zależała od tego, czy ten sekret ujrzy światło dzienne, czy też nie.
W roku 1815 wydarzyło się coś, co już na zawsze zmieniło moje życie. Sprawowałem wtedy funkcję zastępcy prokuratora generalnego w Marsylii. Wtedy również zaręczyłem się z panną Renatą de Saint-Meran, córką słynnego markiza i zaciekłego rojalisty. Obaj mieliśmy te same poglądy, co do polityki, dlatego też doskonale się rozumieliśmy. Wieczór moich zaręczyn odbył się niedługo tuż przed powrotem Napoleona z Elby. Uroczystość tę przerwała nagła wieść o aresztowaniu jakiegoś bonapartysty nazwiskiem Edmund Dantes. Był to jakiś młody marynarz, niewiele młodszy ode mnie. Jego zmarły dowódca nakazał mu przed śmiercią dostarczenie listu od Napoleona do jednego z jego agentów w Paryżu. Ponieważ na miejscu nie było prokuratora generalnego, ja musiałem zająć się tym młodzikiem. Wysłuchawszy jego opowieści doszedłem do wniosku, że nie jest on niczemu winien poza lojalnością wobec swego zmarłego dowódcy i chciałem go wypuścić. Niewątpliwie przyczynił się do mojej oceny fakt, iż Dantes również miał tego dnia zaręczyny i to aresztowanie mu je przerwało. Postanowiłem więc szybko go puścić wolno, odebrawszy mu wcześniej list. Zmieniłem jednak zdanie, kiedy odkryłem, że na kopercie owego nieszczęsnego listu jest adres tego agenta, którym to okazał się być mój ojciec, pan Noirtier. Przeraziłem się. Zacząłem się już zastanawiać, co robić w takiej sytuacji. Dantes znał adres. Co, jeśli powie o tym komukolwiek, a ktoś skojarzy nazwisko mojego ojca z moim? Moja kariera, stanowisko, ślub z panną Renatą de Saint-Meran, wszystko zależało od tego, czy ta straszna tajemnica kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Wiedziałem już, co muszę zrobić.
Czułem nawet współczucie dla tego młodego człowieka, którego mój ojciec wciągnął w swoje chore pomysły i jeszcze bardziej chore spiski. On zawsze musiał kogoś w coś wciągnąć, żałosny egoista, jednak Dantes miał w swoich rękach mój los. Mógł być co prawda tylko marionetką w rękach wielkich ludzi, lecz biada temu, kto pozwoli sobie na bycie marionetką. Musi ponieść tego konsekwencje, więc Edmund Dantes również musiał za to zapłacić bez względu, czy naprawdę był bonapartystą, czy też nie. Postawiłem na wadze losu swoją własną karierę i bezpieczeństwo oraz dobre imię przeciwko życiu tego żałosnego pokurcza, który to znał nazwisko mojego ojca i mógł mnie nim potem zniszczyć. Przeważyła moja kariera.
Wziąłem od Dantesa list do mojego ojca i spaliłem go na miejscu. Następnie powiedziałem podejrzanemu, żeby pozwolił się odprowadzić strażom do Pałacu Sprawiedliwości i obiecałem mu, że rano zostanie z niego zwolniony, oczywiście po załatwieniu przeze mnie wszystkich procedur. Serce mi się krajało, kiedy tylko pomyślałem sobie, że jutro z samego rana ten oto biedny i naiwny chłopak, pokładający we mnie wielkie nadzieje wyląduje za moją sprawą w więzieniu na dożywocie. Ale cóż... Trzeba było wtedy wybierać. Albo on, albo ja. Oczywistym chyba było to, że mając taki wybór wybrałem siebie. Któż by siebie nie wybrał? Chyba głupi. Może to było straszne to, co zrobiłem, ale w polityce nie ma przecież sentymentów. Kto o tym nie wie, zostanie szybko zniszczony i to w bezwzględny sposób. Ja nie chciałem zostać zniszczony. Ja chciałem żyć.
Zostało mi wtedy tylko jeszcze wymyślenie dla niego odpowiedniego miejsca odosobnienia. Chodziło przede wszystkim o takie miejsce, z którego on nie tylko nie wyjdzie, ale i też nie będzie mieć w nim choćby najmniejszego kontaktu ze światem. Właśnie dlatego mój wybór padł na ponurą wyspę If. Znajdowała się tam twierdza więzienna, zwana twierdzą If. Zamykano tam ludzi, których to nazywano „więźniami politycznymi”. Przede wszystkim jednak umieszczano tam tych ludzi, którzy zostali skazani na zapomnienie. Tak samo, jak Edmund Dantes, który został przeze mnie poufnym rozkazem skazany na dożywocie w twierdzy If. Biedny, naiwny marynarzyk. Dostał wręcz okrutną nauczkę od losu. Ale przynajmniej na przyszłość będzie pamiętał, że nie wypełnia się ślepo rozkazów dowódcy. Co ja bredzę? Na jaką przyszłość? Przecież on już i tak nie miał żadnej przyszłości przed sobą. W twierdzy If nie ma czegoś takiego jak „potem”, „później” czy nawet „przyszłość”. Takie słowa tam nie istnieją. W zamku If po prostu się żyje. O ile oczywiście tę nędzną egzystencję, jaką się tam wiedzie, można nazwać życiem.
Gdy już to wszystko zrobiłem, powróciłem spokojnie, jak gdyby nigdy nic wróciłem na swoje zaręczynowe przyjęcie z moją ukochaną Renatą. Po drodze spotkałem narzeczoną Edmunda. Zapytała mnie o niego. Słysząc jej wypowiedzi na temat tego młodzieńca, poczułem dziwne uczucie w żołądku. Nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć. Nie pamiętam również, co jej wtedy powiedziałem. Wiem jednak, że wówczas to właśnie po raz pierwszy w swoim jakże żałosnym życiu poczułem wyrzuty sumienia, ale bardzo szybko je w sobie zdusiłem. Byłem młody i miałem karierę przed sobą. Co mnie mógł obchodzić jakiś marynarz i jego narzeczona? Wtedy liczyłem się tylko ja i moje własne bezpieczeństwo.
Wróciłem na moje zaręczyny, ale tylko po to, aby przeprosić za to, iż muszę natychmiast wyjechać do Paryża. Dość szybko dotarłem do stolicy naszej kochanej Francji. Spotkałem się tam z królem Ludwikiem XVIII. Powiedziałem mu o całym spisku mającym na celu uwolnienie Napoleona. Nie uwierzył mi i prawdopodobnie kazałby mi iść sobie z Bogiem, gdyby nie to, że chwilę po mojej rewelacji zjawił się u niego posłaniec z wieścią, że Napoleon uciekł z Elby i idzie w kierunku Paryża. Król dopiero wówczas poważnie zainteresował się moimi słowami. Pytał mnie o szczegóły, ale ja powiedziałem mu jedynie tyle, ile mogłem mu wyznać. Przemilczałem więc przed nim nazwiska spiskowców, udając, że ich nie znam. Tak naprawdę jednak nie mogłem po prostu ich powiedzieć. Gdybym bowiem zdradził jedno nazwisko, musiałbym podać następne. A wtedy mógłbym zdradzić nazwisko swego ojca, do tego zaś dopuścić nie mogłem. W końcu nie po to zniszczyłem tamtego młodzika, żeby teraz tak po prostu wpaść. Wielkie szczęście, że król ani nikt inny nie dopytywał się o to zbytnio, więc nie było kłopotów. Otrzymałem order za zasługi oddane królowi i monarchii, a prócz tego też możliwość awansu na prokuratora generalnego. Nieco później spotkałem się z ojcem. Opowiedziałem mu o tym, co dla niego zrobiłem, a także przekazałem mu fakt, iż wiem, że to on stał za zabójstwem barona d’Epinay, którego ciało dzisiaj rano znaleziono. Ojciec mój zapewniał mnie jednak, że owszem zabił barona, ale w uczciwym pojedynku. Dla pewności zaś, aby nikt go nie rozpoznał, na moich oczach zgolił bokobrody, spalił swój strój i laskę, które zastąpił natychmiast innym ubiorem i moją laską. Teraz był nie do rozpoznania. Obiecał mi również, że tego, co dla niego zrobiłem nie zapomni mi i okaże mi swe wsparcie, gdy zajdzie taka potrzeba.
Wkrótce okazało się, że to wsparcie będzie mi naprawdę potrzebne. Bowiem wbrew temu, co przewidywali rojaliści, Napoleon nie tylko dotarł zwycięsko do Paryża, ale też w ciągu kilku dni odzyskał władzę. Ludwik XVIII został zmuszony do ucieczki, a jego miejsce na tronie zajął upadły cesarz. Jako jeden z niewielu rojalistów nie musiałem się niczego obawiać. Dlaczego? Z tejże prostej przyczyny, że ojciec obiecał mi swoje wsparcie i otrzymałem je od niego, gdyż dzięki panu Noirtier zostałem prokuratorem w Marsylii. Mój ojciec dotrzymał słowa. Choć był głupcem, to jednak zawsze uczciwym. Owszem, wierzył w te swoje utopie, ale miał swoje zasady. Był znacznie uczciwszy ode mnie. Może dlatego tak marnie skończył. W tym świecie bycie uczciwym równa się często byciu martwym. Ja żyłem, a więc nie mogłem być uczciwy.
Pełniłem swój urząd spodziewając się przy tym, iż Napoleon długo się nie utrzyma na tronie. Kiedyś rojaliści robili nagonkę na bonapartystów. Teraz zaś bonapartyści robili nagonkę na rojalistów. Świat stanął na głowie. W tym samym czasie przyszedł do mnie pryncypał Edmunda Dantesa, pan Morrel, prosząc o łaskę dla swojego pracownika. W końcu oskarżono go o bonapartyzm, który w chwili jego zamknięcia był czynem haniebnym. W chwili obecnej zaś był bohaterstwem. Sam Morrel zresztą swego czasu był zwolennikiem Napoleona. Ja jednak dalej obawiałem się tego chłopaka. Już może nie tyle możliwości zniszczenia mojej kariery, co zemsty Dantesa za uwięzienie go. Podobno marynarze bywają strasznie mściwi i nigdy nie wybaczają, a ich zemsta bywa okrutna. Wolałem nie sprawdzać tej pogłoski w praktyce. Dlatego też powiedziałem Morrelowi, że rząd na chwilę obecną ma inne sprawy na głowie niż jego niesłusznie uwięziony pracownik. Jeśli zaś on domaga się jego uwolnienia, to niech napisze w tej sprawie podanie. Napisał więc podanie, ale za moją radą podkoloryzował je, opowiadając w nim wyssane z palca opowieści na temat Dantesa i jego rzekomym udziale w walce o ich słuszną, bonapartystyczną sprawę, następnie zaś wręczył mi całość, ja zaś miałem je przekazać swoim zwierzchnikom, ale nie zrobiłem tego. Schowałem podanie do biurka i czekałem. Wiedziałem, iż Napoleon dość cienko przędzie tę swoją politykę i długo nie utrzyma się na tronie. Jak się okazało, miałem rację. Pociągnął zaledwie sto dni. Potem nastąpiło wielkie lanie pod Waterloo i zesłanie na Wyspę Św. Heleny, gdzie spędził resztę życia. Na tron powrócił Ludwik XVIII, a władzę ponownie przejęli rojaliści. Ja zaś, za pomocą własnych znajomości, utrzymałem się na stanowisku. Dopiero wówczas przedstawiłem podanie Morrela o uwolnienie Dantesa swoim przełożonym. Zrozumiałe chyba jest to, że w takiej sytuacji politycznej nie było nawet co mówić o jego uwolnieniu, a zatem byłem już całkowicie bezpieczny.
Poślubiłem wtedy pannę Renatę de Saint-Meran. Wcześniej tego nie zrobiłem. Za radą mojego ojca wolałem wówczas wstrzymać się, albowiem nie miałem żadnej pewności, że bonapartyści się nie utrzymają u władzy. Gdyby się jednak utrzymali, ojciec znalazłby mi lepszą partię. Kiedy jednak rojaliści powrócili, ja zachowałem dla siebie wciąż otwartą furtkę, za pomocą której powróciłem do stronnictwa, z którym to emocjonalnie wciąż byłem powiązany. Poślubiłem moją narzeczoną, która urodziła mi córkę, Walentynę. Niedługo potem Renata zmarła, a mojemu ojcu pękła żyłka w mózgu, co spowodowało trwały i nieusuwalny paraliż całego ciała. Odetchnąłem wówczas z ulgą. Pomyślałem sobie wtedy tak: ten stary dziad już nigdy więcej się nie weźmie za politykę. Nędzny i głupi śmieć szargający moje nazwisko swymi utopiami już nigdy więcej mi nie zaszkodzi. Rzecz jasna odtąd musiałem się nim opiekować, ale była to i tak bardzo niska cena za moją wolność.
W tym samym czasie zacząłem pełnić funkcję prokuratora w Tuluzie. To była bardzo przyjemna dla mnie funkcja, niestety do czasu. Pewnego dnia przyszedł do mnie ex-przemytnik, Korsykanin nazwiskiem Giovanni Bertuccio. Przyszedł mnie prosić o sprawiedliwość, bowiem jego brat został brutalnie zamordowany w czasie tzw. białego terroru. Człowiek ów chciał ukarania morderców swego brata, jednak nie przejąłem się tą skargą za bardzo. W końcu ów zabity był bonapartystą, a w dodatku jeszcze przemytnikiem. Miałem na biurku znacznie ciekawsze i o wiele poważniejsze sprawy do załatwienia. Po cóż więc miałem się zajmować jakimś tam korsykańskim śmieciem? I tak zabijają się między sobą na masową skalę. Jeden mniej czy więcej, co to za różnica? Kazałem więc składającemu skargę wynosić się do wszystkich diabłów. On jednak był w gorącej wodzie kąpany i zapowiedział mi vendettę. Nie bardzo mi się chciało w te ich rodowe zemsty wierzyć, ale dla pewności odtąd zacząłem nosić przy sobie pistolet.
Och! Gdybym tylko wtedy wiedział, jakie konsekwencje będzie miała moja decyzja, to nigdy bym nie odmówił pomocy temu człowiekowi. Lecz ja głupi i zadufany w sobie nie wiedziałem o tym wszystkim i odtrąciłem go, za co później spotkała mnie kara.
Wdałem się wówczas w romans z pewną młodą mężatką, panią Herminią de Nargonne. Była ona serdeczną przyjaciółką mojej zmarłej żony. Poznałem ją na swoich zaręczynach jeszcze jako pannę de Salvieux. Jej mąż był stary i zmęczony, więc zaspokoić jej potrzeb nie potrafił. Ja za to potrafiłem. A kiedy odkryłem, że kobieta darzy mnie sympatią, skorzystałem z okazji i proszę. Romans się zaczął. Spotykaliśmy się oboje w domu w Auteuil, który moi teściowie zostawili mi po śmierci Renaty. Służby tam było bardzo mało, a w niektóre dni to nawet wcale. Nasz romans więc mógł spokojnie kwitnąć, jednak jego efektem była całkowicie nieplanowana i jakże szkodliwa dla mnie ciąża Herminii. Doprowadziła ona do przedwczesnej śmierci pana de Nargonne, który wręcz niespodziewanie powrócił do domu i odkrył odmienny stan swojej żony, a nie mogąc znieść hańby, jaka się z tą ciążą wiązała, zszedł z tego świata. Krążyły plotki o tym, jakoby sam odebrał sobie życie, ale nie wiem, ile w nich prawdy.
Herminia de Nargonne została więc wdową. Naiwnie wtedy zaproponowała mi, żebyśmy się pobrali. Ostatecznie oboje byliśmy już wolni, a do tego również mieliśmy mieć dziecko. Ona chyba całkiem wtedy oszalała. Nie pomyślała, że ślub z nią zaprzepaści całą moją karierę, o której to rozkwit tak długo walczyłem? Do tego jeszcze ten bękart. On mógł mi wszystko zniszczyć. Musiałem się go pozbyć za wszelką cenę. Pozostało tylko pytanie, jak? Póki Herminia była w ciąży, nic nie mogłem zrobić. Musiałem cierpliwie czekać, odgrywając przy tym oczywiście troskliwego kochanka i przyszłego ojca. Poszło mi to z łatwością. Zawsze umiałem grać, kiedy zaszła taka potrzeba.
Wreszcie dzieciak się urodził. Był to noworodek płci męskiej. Miałem więc syna. Niestety z nieprawego łoża. W innej sytuacji ucieszyłbym się bardzo, lecz w takiej sytuacji... Nie miałem więc innego wyjścia, musiałem zrealizować mój już dość długo przygotowywany przeze mnie plan działania. Nazwisko de Villefot musiało pozostać czyste oraz bez skazy. Zniszczyłem Edmunda Dantesa, zatem też nie bałem się zniszczyć tego bękarta. Nikt się o tym nie dowie, myślałem sobie. Nikt. Ja moje brudy wypiorę we własnych czterech ścianach. Ponieważ poród się odbył w ścisłej tajemnicy, to mogłem działać swobodnie.
Złapałem szybko dziecko i powiedziałem mojej kochance, że ono nie żyje. Uwierzyła, gdyż dziecko urodziło się nieprzytomne, nawet nie płakało. Za to ona płakała. Wręcz rozpaczała i rwała sobie dziko włosy z głowy. Ja zaś udawałem współczucie jej cierpieniom, w rzeczywistości jednak drżałem w duchu na myśl o tym, co się stanie, jeśli dzieciak nagle się obudzi i zacznie się drzeć wniebogłosy? Na szczęście do tego nie doszło. Prawdę mówiąc, to po chwili sam wierzyłem w to, iż urodził się on martwy. Wierzyłem, a może też zwyczajnie chciałem w to wierzyć. Tak czy inaczej powiedziałem Herminii, że dziecko trzeba pochować. Owinęła je więc w pieluszki z monogramem H.N, ja zaś wyniosłem je na ogród. Tam zamknąłem bachora w skrzynce, którą zakopałem w ogrodzie.
Co czułem, kiedy to robiłem? Satysfakcję? Błogość? Radość? A może po prostu spokój ducha, że znowu mi się udało? Sam już nie wiem, co wtedy czułem. Wiem tylko jedno - byłem spokojny jak nigdy dotąd.
Mój spokój jednak nie trwał długo. W krzakach tego ogrodu siedział Giovanni Bertuccio, który przybył dokonać na mnie swej vendetty. Wyczuł dogodną okazję i rzucił się na mnie z nożem, po czym wbił mi jego ostrze w pierś i uciekł. Cudem tylko uszedłem z życiem, a stało się to dlatego, że Herminia, odzyskawszy siły, zdziwiła się, dlaczego tak długo nie wracam. Pobiegła zatem na ogród i znalazła mnie, a potem szybko zabrała do domu i wezwała pomoc. Długo się kurowałem, ale w końcu opuściłem szpital, a wtedy przypomniałem sobie o tej zakopanej w ogrodzie skrzynce z moim nieślubnym dzieckiem w środku. Zrozumiałem, że nigdy nie będę spokojny, dopóki nie upewnię się, że ono tam na pewno jest. Że nikt go nie wydobył. Pomyślałem też, iż ten ogródek nie jest najlepszym miejscem na ukrycie mojego wstydu przed światem. Dlatego musiałem powrócić do Auteuil, odkopać skrzynkę i ukryć w bezpieczniejszym miejscu.
Jak pomyślałem, tak też zrobiłem. Udałem się z łatwością do domu w Auteuil. Wziąłem łopatę i zacząłem kopać, jednakże jakiż był mój szok i przerażenie, kiedy odkryłem, że nigdzie, w całym tym przeklętym ogrodzie nie ma tej skrzyni, choć przecież pamiętałem doskonale, że właśnie tam ją zakopałem. Nie wiedziałem, jak to jest w ogóle możliwe. Przekopałem tak chyba z pół ogródka, zanim się wreszcie zorientowałem, w czym rzecz. Najpierw pomyślałem sobie, że być może po prostu pomyliłem miejsca i szukałem w innych. Gdy jednak ta metoda nie poskutkowała, musiałem przyjąć bolesną prawdę. Dziecko zniknęło. Bertuccio musiał podpatrzeć mnie, jak zakopuję skrzynkę i kiedy mnie dźgnął nożem, zaraz ją szybko wykopał. Proste jak dwa razy dwa. Oczywiście podjąłem wszelkie możliwe działania w celu odnalezienia dziecka. Ale niestety, ślad urwał się w sierocińcu niedaleko Auteuil. Sprawa była dla mnie jasna - Bertuccio ocalił moje dziecko i oddał do sierocińca. A potem jakaś kobieta zaopatrzona w połowę pieluszki z monogramem H.N. odebrała je, podając się za jego matkę. Ale kto to mógł być? Herminia? Od razu odrzuciłem taką możliwość. Ona nie mogła tego zrobić. Przecież nie wiedziała, że dziecko żyje. Już ja się o to postarałem. A więc, jeśli nie ona, to kto? Chyba ktoś z otoczenia Bertuccia. W końcu kto inny miałby pieluszki z tym monogramem? Takie nie leżały ot tak sobie na ulicy.
Pomimo oczywistych niepowodzeń nie ustawałem w poszukiwaniu mojego nieślubnego dziecka. Niestety, wszelki ślad się po nim urwał i nikt nic o nim nie wiedział. Szukałem i szukałem, aż w końcu musiałem dać sobie spokój. W końcu ile można było szukać tego bękarta? Pomyślałem sobie, że pewnie już nie żyje. A nawet jeśli żyje, to i tak nic o mnie nie wie i nie może w żaden sposób mi zagrozić. Byłem bezpieczny.
Ożeniłem się powtórnie. Moją żoną została bogata panna z dobrego domu, Heloiza. Herminia zaś wyszła za tego utracjusza, barona Danglarsa, bankiera od siedmiu boleści. Wszystko więc w moim życiu było ułożone. Heloiza urodziła mi synka, Edwarda. Moja córka Walentyna zajmowała się moim sparaliżowanym ojcem, którego pokochała tak mocno, że znalazła nawet sposób na skuteczne porozumiewanie się z nim i to bez słów. Już nie pamiętam, jak ona to robiła, ale ja i stary, wierny sługa mojego ojca, Barrois, też opanowaliśmy ten język. Zrobiliśmy to na tzw. wszelki wypadek. W końcu nigdy nie wiadomo, co się jeszcze może wydarzyć. A ten stary dziadyga mógł być mi jeszcze potrzebny.
Gdy już myślałem, że wszystko zmierza ku lepszemu, to w moim życiu zjawił się ten przeklęty hrabia de Monte Christo. A był to rok 1838. Wtedy właśnie moje grzechy z młodości uderzyły we mnie ze zdwojoną siłą, a tym wszystkim kierował ów rzekomy hrabia. Bydlak zniszczył wszystko, co z takim trudem przez lata zbudowałem. Stworzyłem sobie idealny i całkowicie pozbawiony skandalu świat, niszcząc wszystkie przeszkody, w tym również tego młodego głupca, Edmunda Dantesa. Ale skąd ja mogłem wiedzieć, co hrabiego łączy z Dantesem i że po dwudziestu trzech latach zechce los się na mnie za ten grzech młodości zemścić? Nie mogłem tego w żaden sposób przewidzieć. I nie przewidziałem.
Jak ten bydlak wszedł pomiędzy moją rodzinę? Och, to był naprawdę bardzo przebiegły plan. Najpierw uratował on życie mojej żonie i mojemu synowi. Kiedy rozpędzone konie wypożyczone od Herminii spłoszyły się w niepewnych rękach Heloizy, to właśnie hrabia Monte Christo ocalił ich dwójkę. Moja żona oczywiście zaprosiła hrabiego z wdzięczności do siebie, nawet zawarła z nim swego rodzaju przyjaźń. Stał się on wtedy częstym gościem w naszym domu, a podczas tych spotkań niejeden raz rozmawiali sobie jakby nigdy nic o truciznach i trucicielach. Powinno mi to dać do myślenia, że szykuje się coś niedobrego. Ale zignorowałem swoje instynkty i nie zareagowałem w odpowiednim momencie. Gdyby zwróciło to wtedy moją uwagę, do niczego by nie doszło. A tak ten potwór wręczył mej żonie truciznę, która posłużyła do wytrucia całej mojej rodziny.
Najpierw jednak muszę powiedzieć o pewnym przyjęciu wyprawionym przez hrabiego w jego wiejskim domku. Jak na ironię, był to mój dawny dom w Auteuil. Ten sam dom w Auteuil, w którym doszło do hańbiących moje dobre imię narodzin tego bękarta. W tym samym domu odbyło się wielkie przyjęcie, na którym hrabia zszokował nas wszystkich opowiadając o tym, jak to rzekomo w ogrodzie tego domu jego ludzie wykopali skrzynkę ze szkieletem noworodka. Do tego jeszcze Danglars zasugerował mi, żebym poprowadził śledztwo w tej sprawie. To chyba też on, na pytanie Herminii, jaka kara spotyka dzieciobójców, odpowiedział dość złośliwie: „Obcina im się łeb”. Nie muszę chyba mówić, że ta wiadomość bardzo mnie przeraziła. Przeszłość w bardzo bolesny sposób do mnie wróciła. Musiałem następnego dnia rozmówić się z Herminią. Przyszła do mnie wypłakiwać oczy z powodu tego, co powiedział hrabia. Głupia, żałosna płaczka. Jakby to ona miała najwięcej do stracenia. Zdenerwowany tą głupią sceną, żywcem chyba wydobytą z jakieś antycznej tragedii, powiedziałem prawdę, że jej dziecko żyje, co w naszej sytuacji jest jeszcze gorsze niż gdyby było martwe. Przecież to dziecko mogło powrócić, odkryć naszą tożsamość i szantażować nas. Był również inny, znacznie dla nas poważniejszy problem: hrabia de Monte Christo wiedział o wszystkim. Inaczej nie opowiedziałby nam tej bzdurnej historyjki o wykopaniu szkieletu noworodka. Wniosek? Mógł chcieć ją wykorzystać przeciwko nam, albo tylko nas nastraszyć. Na szantażystę to on mi raczej nie wyglądał. Bardziej na człowieka, który bawi się ludźmi wykorzystując do tego ich słabości, a także ukryte brudy przeszłości. Tak czy inaczej, budził on nasz niepokój i obiecałem Herminii wysłać najlepszego policyjnego agenta, żeby zbadał on dokładnie osobę hrabiego. Byłem ciekawy, kim ten człowiek jest, po co tu przybył i co planuje.
Sprawa oczywiście była delikatnej natury i nie mogłem sobie pozwolić na wtajemniczanie kogokolwiek w moją sytuację, więc przebrany za agenta osobiście poszedłem więc zasięgnąć języka. Informatorów zdobyłem dwóch. Byli to ksiądz Giuseppe Busoni oraz lord de Wilmora. Pierwszy z nich był przyjacielem hrabiego, drugi zaś jego wrogiem. Obaj jednak nie dostarczyli mi wiadomości, jakich bym oczekiwał. Nic skrytego, nic również tajemniczego. Zwyczajna biografia jakiegoś wzbogaconego parweniusza z Włoch. Nic, czym można by takiego trzymać w szachu. Ale z drugiej też strony nic, co by też mogło potwierdzić, że ten człowiek może nam zagrażać. Powróciłem więc z mojej misji spokojny nie mając jednak pojęcia, że najgorsze jest dopiero przede mną.
Mianowicie w moim domu rodzinnym doszło do tragedii. A wszystko zaczęło się w chwili, kiedy to postanowiłem wydać Walentynę za mąż za barona Franza d’Epinay. Moja córka nie chciała go jednak poślubić, a ja dopiero znacznie później odkryłem, że miała już innego ukochanego. Ojciec mój natomiast zagroził mi wydziedziczeniem Walentyny, jeśli ośmielę się wydać ją za Franza. Powód? Ojciec młodzieńca był kiedyś bonapartystą, jednak zdradził swoje stronnictwo i przystąpił do rojalistów. Mój ojciec nie darował mu tego nigdy. Także teraz nie chciał on dopuścić do ślubu mojego dziecka z dzieckiem tego biednego generała, którego ciało znaleziono w dniu zniszczenia przeze mnie Edmunda Dantesa. Ja jednak postawiłem na swoim i ogłosiłem, że niechaj i pieniądze mojego ojca pójdą na cele dobroczynne. Walentyna i tak poślubi Franza. Zdanie mojej córki w tej kwestii niewiele mnie wtedy obchodziło. Wkrótce jednak dotknęła mnie osobista tragedia. Państwo de Saint-Meran przyjechali do mnie z okazji rychłych zaślubin mojej córki, a swojej jedynej wnuczki. Po drodze jednak pan de Saint-Meran zmarł wkrótce po zażyciu lekarstwa - później się okazało, że ktoś wlał mu do niego brucynę. Jego żona, a matka mojej pierwszej żony podzieliła los męża kilkanaście dni później, wcześniej zdążywszy zapisać cały majątek Walentynie i zmusić ją na łożu śmierci, żeby wyszła za barona d’Epinay. Kiedy to zrobiła, umarła w bólach. Mój znajomy lekarz, którego wezwał do zbadania mojej świekry, powiedział mi, że została otruta brucyną, podobnie jak wcześniej jej mąż. Zaproponował mi wszcząć postępowanie w tej sprawie, ale ja odmówiłem. Śledztwo w moim domu? Taki skandal? O nie! Ja nie po to chroniłem swoje nazwisko, żeby teraz je w taki sposób szargać. Niech już lepiej powymiera połowa domowników. Nazwisko de Villefort musi pozostać nieskalane!
Wkrótce miały się odbyć zaręczyny Walentyny z Franzem. W dniu podpisania intercyzy mój tatuś oczywiście wszystko mi zepsuł, zapraszając chłopaka do siebie i pokazując mu swoje zapiski z dnia śmierci jego ojca. Wynikało z nich jasno i dokładnie, że ojca Franza zabił w pojedynku mój własny ojciec. Byłem kompletnie zszokowany. Przed oczami stanął mi ten okropny dzień oraz mój ojciec ze swoją głupią, uśmiechniętą gębą.
Rzecz jasna, Franz d’Epinay zerwał zaręczyny z moją córką, a ona była z tego powodu uradowana, nie mówiąc już o moim ojcu, który to zmienił testament i cały swój majątek zapisał Walentynie. Wkrótce potem ojciec nieomal padł ofiarą zamachu. Ktoś próbował otruć go brucyną, wlewając mu ją do jego ulubionej lemoniady. Niestety, zamiast niego zmarł ten biedak, Barrois. Wezwałem na pomoc mojego znajomego lekarza, ten zaś zbadał starego sługę, ale wnioski, jakie wysnuł były szokujące - w moim domu jest morderca. I wszystko wskazywało na to, że jest nim Walentyna. Tylko ona miała do tego motyw. Lekarz zażądał ode mnie, abym postąpił zgodnie z prawem i osadził ją w areszcie. Nie mogłem jednak tego zrobić. Już mniejsza o to, że była ona moją córką. Chodziło mi przede wszystkim o moje dobre imię. Jakże po tym wszystkim, co przeszedłem, miałbym teraz wydać je na pastwę plotkarzy? Poza tym nie wierzyłem w to, aby moja córka była winna. W tym jednym się zresztą nie pomyliłem.
Niedługo po tym wszystkim doszło w mieście do zabójstwa niejakiego Kacpra Caderousse’a pod domem hrabiego de Monte Christo. Z listu umierającego (który ten zdążył napisać zanim skonał) wynikało, że zabił go jego wspólnik, jakiś były galernik o imieniu Benedetto. Niedługo potem do barona Danglarsa przyszedł list, że narzeczony jego córki, wicehrabia Andrea de Cavalcanti to właśnie jest ów Benedetto. Chłopak musiał uciekać, jednak i tak na niewiele mu się to dało. Moi żandarmi dali z siebie wszystko i dość szybko wpakowali oni tego zbrodniarza za kratki. Miałem prowadzić przeciwko niemu akt oskarżenia. Przyznam, że z wielką przyjemnością szykowałem się do tego procesu.
Jednakże coś zachwiało mój wewnętrzny spokój. Doszło do kolejnej próby otrucia, jednak bez ofiar. Tym razem padło na Walentynę. Cudem przeżyła, lecz była bardzo osłabiona. Ponownie wezwałem na pomoc mego znajomego lekarza. Przyszedł on pomimo tego, iż ostatnim razem obraziłem go i zabroniłem mu wstępu do mego domu. Teraz jednak przyznał mi rację - to nie Walentyna stała za tamtymi zabójstwami. W końcu sama o mało nie umarła. Istniało jednak pytanie, dlaczego nie umarła? Dowiedziałem się, że śmierć nie nastąpiła dlatego, że mój ojciec ocalił ją, każąc swemu słudze od jakiegoś czasu dosypywać brucynę do jej jedzenia. Skąd u mojego ojca brucyna? Okazało się, że lekarz przypisał mu ją jako lek na paraliż. Zażywał ją już tak długo, że uodpornił się na jej działanie (stąd też jego cudowne ocalenie z niedawnego zamachu). Lekarz uświadomił mi wówczas straszną prawdę. Morderczynią była Heloiza. Chciała zabić dziadków Walentyny oraz mego ojca, aby przekazali Walentynie oba swe majątki. Następnie zaś, gdyby umarła moja córka, to te majątki przypadłyby mnie, natomiast po mnie Edwardowi i jej. Prawda była przerażająca, ale niepodważalna. Mimo to nadal nie mogłem wydać prawdziwego sprawcy w ręce sprawiedliwości. W końcu jak niby mógłbym tak łatwo poświęcić wszystko, o co tak długo walczyłem? O dobre imię mojego nazwiska? Nie mogłem się na to zdobyć. Nie mogłem.
W końcu jednak bomba wybuchła, ponieważ Heloiza wbrew temu, czego od niej oczekiwałem, nie przestraszyła się nieudanego zamachu i ponowiła próbę, tym razem ze skutkiem śmiertelnym. Biedna Walentyna umarła na wskutek działania silniejszej trucizny, jaką podała jej moja żona, a jej macocha. Na swoje własne nieszczęście, pozostawiła ona resztki trucizny w szklance przy jej nocnej szafce. Popadłem w rozpacz i nie wiedziałem już, co mam robić. Na dodatek przyszedł do mnie jakiś młodzieniec nazwiskiem Morrel, syn tego zatwardziałego bonapartysty. Okazało się wtedy, że był on potajemnie zaręczony z moją córką. Stąd też właśnie czerpała się jej niechęć do pana d’Epinay. Normalnie bym ten bonapartystyczny pomiot kazał wyrzucić za drzwi, ale tym razem obaj łączyliśmy się w bólu i cierpieniu. Szybko jednak ten ból zmienił się w pragnienie zemsty. Morderczyni mojej córki musiała ponieść zasłużoną karę. Koniec jej bezkarności nadszedł. Oczywiście nie mogłem wydać mojej żony policji. Ostatecznie skandal to zawsze skandal. Zamiast tego rozmówiłem się z nią i dałem Heloizie do zrozumienia, że już wszystko wiem. A zatem, jeśli ona chce umrzeć z godnością, niech zażyje jakąś swoją truciznę i umrze, zanim ja powrócę z sądu, gdzie miała właśnie odbyć się sprawa Benedetta. Heloiza uparcie twierdziła, że jest niewinna, zapierała się, broniła. Nic to jej jednak nie pomogło. Nie dałem się zwieść. Dałem jej czas do mojego powrotu. Jeśli wówczas nadal by żyła, to zaraz wydałbym ją żandarmom, a w takiej sytuacji czekałoby ją tylko jedno: publiczny proces, a potem egzekucja na gilotynie w hańbie i poniżeniu. Pamiętam, jak błagała mnie na kolanach o litość. Powoływała się nawet na miłość do naszego dziecka, jednakże ja byłem zimny i niewzruszony niczym posąg Temidy. Sprawiedliwości wreszcie musiała stać się zadość. Tak czy inaczej, Heloiza musiała umrzeć.
Zostawiłem ją z tym ultimatum i pojechałem na salę sądową. Jako oskarżyciel potępiłem czyny Benedetta jako wyjątkowo podłe i złe, po czym zażądałem dla niego kary śmierci. Wówczas stało się coś, czego nigdy bym się nie spodziewał. Przeszłość uderzyła we mnie niczym grom z jasnego nieba. Okazało się, że to właśnie Benedetto jest moim nieślubnym synem, co teraz, z największą dumą i bezczelnością wszystkim oznajmił, gdy tylko sędziowie go zapytali o nazwisko. Na to pytanie Benedetto odpowiedział im, że nie ma swojego nazwiska, ale zna nazwisko swojego ojca - moje nazwisko. Wyjawił je teraz z mściwą satysfakcją i przyjemnością, widziałem to w jego oczach. Załamany nawet się nie broniłem. Przyznałem tylko, że mówi on prawdę (opowiedział na potwierdzenie swych słów historię mego domu w Auteuil), po czym opuściłem salę rozpraw załamany oraz zniszczony psychicznie.
A więc stało się. Tak długo chciałem uciec przed przeszłością, ale w końcu ona mnie odnalazła i zemściła się aż potrójnie za wszelkie zło, pychę i arogancję, jakie mną wtedy rządziły. Długo unikałem skandalu, jednak on w końcu wybuchł. Jak to mówią, Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy... Sprawiedliwość... No właśnie! Przypomniała mi się wówczas Heloiza! Moja biedna Heloiza, której ja kazałem popełnić samobójstwo i zmusiłem ją do wybierania pomiędzy publiczną hańbą, a cichym otruciem się! O nie, nie zasłużyła na taki los! A jeśli nawet, to ja również! W końcu kim ja byłem, żeby ją oceniać? Nikim lepszym od niej. Ukrywałem swoje brudy po jakiś norach, a nawet chciałem zabić własne dziecko. Co z tego, że nieślubne? Ważne, że własne. Udawałem niewiniątko przed tymi wszystkimi, których spotykałem w życiu. Zrozumiałem wreszcie, kim ja jestem. Wężem. O tak, byłem wężem. Jadowitym wężem, który poślubił równie jadowitą żmiję. Takie węże jak my powinny trzymać się razem, nie ma innego wyjścia. Postanowiłem ocalić Heloizę i zabrać ją razem z Edwardkiem daleko stąd, gdzie nikt już nas nie znajdzie.
Wróciłem pędem do domu, ale było już za późno. Znalazłem martwą Heloizę, zaś w salonie martwego Edwarda. Heloiza otruła go, ponieważ uznała, że bez niej nie da sobie radę na tym świecie. Mały wąż odszedł wraz ze swoją matką, żmiją.
Gdy tak patrzyłem na to ogromne okrucieństwo ze strony losu, ktoś nagle dotknął mojego ramienia. Był to hrabia Monte Christo, ale przebrany za księdza Busoniego. Okazało się wówczas, że Abbe Busoni to była tylko jedna z licznych masek zakładanych przez tego tajemniczego człowieka. Przyszedł mi on oznajmić, że mój los jest karą, Boską pomstą za to, co zrobiłem dwadzieścia trzy lata temu Edmundowi Dantesowi. Wówczas pokazałem temu pseudo-hrabiemu dzieło jego pomsty i zapytałem, czy jest może usatysfakcjonowany. Chyba wywarło to na nim wrażenie. Chyba.
Tego samego dnia postradałem zmysły. Zabrano mnie z miejsca do szpitala dla wariatów, w którym przebywam do dziś. Mój syn mnie odwiedza. Niedługo ponownie stanie przed sądem i tym razem na pewno dostanie karę śmierci. Zanim to jednak nastąpi, mamy nieco czasu dla siebie, podczas którego on opiekuje się mną. Chciałbym, aby mi wybaczył wszystko, co mu zrobiłem. Mam nadzieję, że tak się stanie. To ostatnia nadzieją, którą jeszcze żywię.
Kimkolwiek więc jesteś ty, który właśnie czytasz te słowa, proszę, zapoznaj się, dokładnie z moją historią, zanim mnie poznasz.
Urodziłem się w starej, szlacheckiej rodzinie, dzięki czemu już w dzieciństwie mogłem otrzymać staranne wykształcenie godne stanowiska, jakie w przyszłości miałem zajmować. Muszę powiedzieć, że moje prawdziwe nazwisko brzmi Gerard de Noirtier de Villefort. Mój ojciec, pułkownik Francois de Noirtier de Villefort miał dosyć burzliwą przeszłość polityczną. Najpierw należał on do jakobinów, a po ich upadku był ścigany przez Napoleona Bonaparte i musiał się ciągle ukrywać, co jednak wcale nie przeszkodziło mu potem zostać stronnikiem I konsula, a później cesarza Francji. Nie wiem, dlaczego zmienił poglądy, jednakże mówiono o nim, że stał się zaciekłym bonapartystą. I rzeczywiście nim był. Swego czasu, na dworze królowej Etrurii głosił swoje bonapartystyczne poglądy z całą żarliwością, na jaką tylko było go stać. Gdy zaś cesarz upadł i został zesłany na Elbę, mój głupi ojciec planował wraz z wieloma innymi spiskowcami odbicie cesarza, a także ponowne powołanie go na tron. Ojciec był bardzo ważną osobistością pośród spiskowców, może nawet ich przywódcą, aby jednak łatwiej móc prowadzić swoją działalność, zrezygnował on z drugiego członu swego nazwiska - czyli z członu „de Villefort”. Ja zaś zrezygnowałem z pierwszego, dzięki czemu nikt więcej nie mógł nas ze sobą powiązać. Pan Noirtier oraz pan de Villefort to byli dwaj zupełnie obcy sobie ludzie, jednakże ryzyko odkrycia tej tajemnicy zawsze istniało, zaś moja kariera zależała od tego, czy ten sekret ujrzy światło dzienne, czy też nie.
W roku 1815 wydarzyło się coś, co już na zawsze zmieniło moje życie. Sprawowałem wtedy funkcję zastępcy prokuratora generalnego w Marsylii. Wtedy również zaręczyłem się z panną Renatą de Saint-Meran, córką słynnego markiza i zaciekłego rojalisty. Obaj mieliśmy te same poglądy, co do polityki, dlatego też doskonale się rozumieliśmy. Wieczór moich zaręczyn odbył się niedługo tuż przed powrotem Napoleona z Elby. Uroczystość tę przerwała nagła wieść o aresztowaniu jakiegoś bonapartysty nazwiskiem Edmund Dantes. Był to jakiś młody marynarz, niewiele młodszy ode mnie. Jego zmarły dowódca nakazał mu przed śmiercią dostarczenie listu od Napoleona do jednego z jego agentów w Paryżu. Ponieważ na miejscu nie było prokuratora generalnego, ja musiałem zająć się tym młodzikiem. Wysłuchawszy jego opowieści doszedłem do wniosku, że nie jest on niczemu winien poza lojalnością wobec swego zmarłego dowódcy i chciałem go wypuścić. Niewątpliwie przyczynił się do mojej oceny fakt, iż Dantes również miał tego dnia zaręczyny i to aresztowanie mu je przerwało. Postanowiłem więc szybko go puścić wolno, odebrawszy mu wcześniej list. Zmieniłem jednak zdanie, kiedy odkryłem, że na kopercie owego nieszczęsnego listu jest adres tego agenta, którym to okazał się być mój ojciec, pan Noirtier. Przeraziłem się. Zacząłem się już zastanawiać, co robić w takiej sytuacji. Dantes znał adres. Co, jeśli powie o tym komukolwiek, a ktoś skojarzy nazwisko mojego ojca z moim? Moja kariera, stanowisko, ślub z panną Renatą de Saint-Meran, wszystko zależało od tego, czy ta straszna tajemnica kiedykolwiek ujrzy światło dzienne. Wiedziałem już, co muszę zrobić.
Czułem nawet współczucie dla tego młodego człowieka, którego mój ojciec wciągnął w swoje chore pomysły i jeszcze bardziej chore spiski. On zawsze musiał kogoś w coś wciągnąć, żałosny egoista, jednak Dantes miał w swoich rękach mój los. Mógł być co prawda tylko marionetką w rękach wielkich ludzi, lecz biada temu, kto pozwoli sobie na bycie marionetką. Musi ponieść tego konsekwencje, więc Edmund Dantes również musiał za to zapłacić bez względu, czy naprawdę był bonapartystą, czy też nie. Postawiłem na wadze losu swoją własną karierę i bezpieczeństwo oraz dobre imię przeciwko życiu tego żałosnego pokurcza, który to znał nazwisko mojego ojca i mógł mnie nim potem zniszczyć. Przeważyła moja kariera.
Wziąłem od Dantesa list do mojego ojca i spaliłem go na miejscu. Następnie powiedziałem podejrzanemu, żeby pozwolił się odprowadzić strażom do Pałacu Sprawiedliwości i obiecałem mu, że rano zostanie z niego zwolniony, oczywiście po załatwieniu przeze mnie wszystkich procedur. Serce mi się krajało, kiedy tylko pomyślałem sobie, że jutro z samego rana ten oto biedny i naiwny chłopak, pokładający we mnie wielkie nadzieje wyląduje za moją sprawą w więzieniu na dożywocie. Ale cóż... Trzeba było wtedy wybierać. Albo on, albo ja. Oczywistym chyba było to, że mając taki wybór wybrałem siebie. Któż by siebie nie wybrał? Chyba głupi. Może to było straszne to, co zrobiłem, ale w polityce nie ma przecież sentymentów. Kto o tym nie wie, zostanie szybko zniszczony i to w bezwzględny sposób. Ja nie chciałem zostać zniszczony. Ja chciałem żyć.
Zostało mi wtedy tylko jeszcze wymyślenie dla niego odpowiedniego miejsca odosobnienia. Chodziło przede wszystkim o takie miejsce, z którego on nie tylko nie wyjdzie, ale i też nie będzie mieć w nim choćby najmniejszego kontaktu ze światem. Właśnie dlatego mój wybór padł na ponurą wyspę If. Znajdowała się tam twierdza więzienna, zwana twierdzą If. Zamykano tam ludzi, których to nazywano „więźniami politycznymi”. Przede wszystkim jednak umieszczano tam tych ludzi, którzy zostali skazani na zapomnienie. Tak samo, jak Edmund Dantes, który został przeze mnie poufnym rozkazem skazany na dożywocie w twierdzy If. Biedny, naiwny marynarzyk. Dostał wręcz okrutną nauczkę od losu. Ale przynajmniej na przyszłość będzie pamiętał, że nie wypełnia się ślepo rozkazów dowódcy. Co ja bredzę? Na jaką przyszłość? Przecież on już i tak nie miał żadnej przyszłości przed sobą. W twierdzy If nie ma czegoś takiego jak „potem”, „później” czy nawet „przyszłość”. Takie słowa tam nie istnieją. W zamku If po prostu się żyje. O ile oczywiście tę nędzną egzystencję, jaką się tam wiedzie, można nazwać życiem.
Gdy już to wszystko zrobiłem, powróciłem spokojnie, jak gdyby nigdy nic wróciłem na swoje zaręczynowe przyjęcie z moją ukochaną Renatą. Po drodze spotkałem narzeczoną Edmunda. Zapytała mnie o niego. Słysząc jej wypowiedzi na temat tego młodzieńca, poczułem dziwne uczucie w żołądku. Nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć. Nie pamiętam również, co jej wtedy powiedziałem. Wiem jednak, że wówczas to właśnie po raz pierwszy w swoim jakże żałosnym życiu poczułem wyrzuty sumienia, ale bardzo szybko je w sobie zdusiłem. Byłem młody i miałem karierę przed sobą. Co mnie mógł obchodzić jakiś marynarz i jego narzeczona? Wtedy liczyłem się tylko ja i moje własne bezpieczeństwo.
Wróciłem na moje zaręczyny, ale tylko po to, aby przeprosić za to, iż muszę natychmiast wyjechać do Paryża. Dość szybko dotarłem do stolicy naszej kochanej Francji. Spotkałem się tam z królem Ludwikiem XVIII. Powiedziałem mu o całym spisku mającym na celu uwolnienie Napoleona. Nie uwierzył mi i prawdopodobnie kazałby mi iść sobie z Bogiem, gdyby nie to, że chwilę po mojej rewelacji zjawił się u niego posłaniec z wieścią, że Napoleon uciekł z Elby i idzie w kierunku Paryża. Król dopiero wówczas poważnie zainteresował się moimi słowami. Pytał mnie o szczegóły, ale ja powiedziałem mu jedynie tyle, ile mogłem mu wyznać. Przemilczałem więc przed nim nazwiska spiskowców, udając, że ich nie znam. Tak naprawdę jednak nie mogłem po prostu ich powiedzieć. Gdybym bowiem zdradził jedno nazwisko, musiałbym podać następne. A wtedy mógłbym zdradzić nazwisko swego ojca, do tego zaś dopuścić nie mogłem. W końcu nie po to zniszczyłem tamtego młodzika, żeby teraz tak po prostu wpaść. Wielkie szczęście, że król ani nikt inny nie dopytywał się o to zbytnio, więc nie było kłopotów. Otrzymałem order za zasługi oddane królowi i monarchii, a prócz tego też możliwość awansu na prokuratora generalnego. Nieco później spotkałem się z ojcem. Opowiedziałem mu o tym, co dla niego zrobiłem, a także przekazałem mu fakt, iż wiem, że to on stał za zabójstwem barona d’Epinay, którego ciało dzisiaj rano znaleziono. Ojciec mój zapewniał mnie jednak, że owszem zabił barona, ale w uczciwym pojedynku. Dla pewności zaś, aby nikt go nie rozpoznał, na moich oczach zgolił bokobrody, spalił swój strój i laskę, które zastąpił natychmiast innym ubiorem i moją laską. Teraz był nie do rozpoznania. Obiecał mi również, że tego, co dla niego zrobiłem nie zapomni mi i okaże mi swe wsparcie, gdy zajdzie taka potrzeba.
Wkrótce okazało się, że to wsparcie będzie mi naprawdę potrzebne. Bowiem wbrew temu, co przewidywali rojaliści, Napoleon nie tylko dotarł zwycięsko do Paryża, ale też w ciągu kilku dni odzyskał władzę. Ludwik XVIII został zmuszony do ucieczki, a jego miejsce na tronie zajął upadły cesarz. Jako jeden z niewielu rojalistów nie musiałem się niczego obawiać. Dlaczego? Z tejże prostej przyczyny, że ojciec obiecał mi swoje wsparcie i otrzymałem je od niego, gdyż dzięki panu Noirtier zostałem prokuratorem w Marsylii. Mój ojciec dotrzymał słowa. Choć był głupcem, to jednak zawsze uczciwym. Owszem, wierzył w te swoje utopie, ale miał swoje zasady. Był znacznie uczciwszy ode mnie. Może dlatego tak marnie skończył. W tym świecie bycie uczciwym równa się często byciu martwym. Ja żyłem, a więc nie mogłem być uczciwy.
Pełniłem swój urząd spodziewając się przy tym, iż Napoleon długo się nie utrzyma na tronie. Kiedyś rojaliści robili nagonkę na bonapartystów. Teraz zaś bonapartyści robili nagonkę na rojalistów. Świat stanął na głowie. W tym samym czasie przyszedł do mnie pryncypał Edmunda Dantesa, pan Morrel, prosząc o łaskę dla swojego pracownika. W końcu oskarżono go o bonapartyzm, który w chwili jego zamknięcia był czynem haniebnym. W chwili obecnej zaś był bohaterstwem. Sam Morrel zresztą swego czasu był zwolennikiem Napoleona. Ja jednak dalej obawiałem się tego chłopaka. Już może nie tyle możliwości zniszczenia mojej kariery, co zemsty Dantesa za uwięzienie go. Podobno marynarze bywają strasznie mściwi i nigdy nie wybaczają, a ich zemsta bywa okrutna. Wolałem nie sprawdzać tej pogłoski w praktyce. Dlatego też powiedziałem Morrelowi, że rząd na chwilę obecną ma inne sprawy na głowie niż jego niesłusznie uwięziony pracownik. Jeśli zaś on domaga się jego uwolnienia, to niech napisze w tej sprawie podanie. Napisał więc podanie, ale za moją radą podkoloryzował je, opowiadając w nim wyssane z palca opowieści na temat Dantesa i jego rzekomym udziale w walce o ich słuszną, bonapartystyczną sprawę, następnie zaś wręczył mi całość, ja zaś miałem je przekazać swoim zwierzchnikom, ale nie zrobiłem tego. Schowałem podanie do biurka i czekałem. Wiedziałem, iż Napoleon dość cienko przędzie tę swoją politykę i długo nie utrzyma się na tronie. Jak się okazało, miałem rację. Pociągnął zaledwie sto dni. Potem nastąpiło wielkie lanie pod Waterloo i zesłanie na Wyspę Św. Heleny, gdzie spędził resztę życia. Na tron powrócił Ludwik XVIII, a władzę ponownie przejęli rojaliści. Ja zaś, za pomocą własnych znajomości, utrzymałem się na stanowisku. Dopiero wówczas przedstawiłem podanie Morrela o uwolnienie Dantesa swoim przełożonym. Zrozumiałe chyba jest to, że w takiej sytuacji politycznej nie było nawet co mówić o jego uwolnieniu, a zatem byłem już całkowicie bezpieczny.
Poślubiłem wtedy pannę Renatę de Saint-Meran. Wcześniej tego nie zrobiłem. Za radą mojego ojca wolałem wówczas wstrzymać się, albowiem nie miałem żadnej pewności, że bonapartyści się nie utrzymają u władzy. Gdyby się jednak utrzymali, ojciec znalazłby mi lepszą partię. Kiedy jednak rojaliści powrócili, ja zachowałem dla siebie wciąż otwartą furtkę, za pomocą której powróciłem do stronnictwa, z którym to emocjonalnie wciąż byłem powiązany. Poślubiłem moją narzeczoną, która urodziła mi córkę, Walentynę. Niedługo potem Renata zmarła, a mojemu ojcu pękła żyłka w mózgu, co spowodowało trwały i nieusuwalny paraliż całego ciała. Odetchnąłem wówczas z ulgą. Pomyślałem sobie wtedy tak: ten stary dziad już nigdy więcej się nie weźmie za politykę. Nędzny i głupi śmieć szargający moje nazwisko swymi utopiami już nigdy więcej mi nie zaszkodzi. Rzecz jasna odtąd musiałem się nim opiekować, ale była to i tak bardzo niska cena za moją wolność.
W tym samym czasie zacząłem pełnić funkcję prokuratora w Tuluzie. To była bardzo przyjemna dla mnie funkcja, niestety do czasu. Pewnego dnia przyszedł do mnie ex-przemytnik, Korsykanin nazwiskiem Giovanni Bertuccio. Przyszedł mnie prosić o sprawiedliwość, bowiem jego brat został brutalnie zamordowany w czasie tzw. białego terroru. Człowiek ów chciał ukarania morderców swego brata, jednak nie przejąłem się tą skargą za bardzo. W końcu ów zabity był bonapartystą, a w dodatku jeszcze przemytnikiem. Miałem na biurku znacznie ciekawsze i o wiele poważniejsze sprawy do załatwienia. Po cóż więc miałem się zajmować jakimś tam korsykańskim śmieciem? I tak zabijają się między sobą na masową skalę. Jeden mniej czy więcej, co to za różnica? Kazałem więc składającemu skargę wynosić się do wszystkich diabłów. On jednak był w gorącej wodzie kąpany i zapowiedział mi vendettę. Nie bardzo mi się chciało w te ich rodowe zemsty wierzyć, ale dla pewności odtąd zacząłem nosić przy sobie pistolet.
Och! Gdybym tylko wtedy wiedział, jakie konsekwencje będzie miała moja decyzja, to nigdy bym nie odmówił pomocy temu człowiekowi. Lecz ja głupi i zadufany w sobie nie wiedziałem o tym wszystkim i odtrąciłem go, za co później spotkała mnie kara.
Wdałem się wówczas w romans z pewną młodą mężatką, panią Herminią de Nargonne. Była ona serdeczną przyjaciółką mojej zmarłej żony. Poznałem ją na swoich zaręczynach jeszcze jako pannę de Salvieux. Jej mąż był stary i zmęczony, więc zaspokoić jej potrzeb nie potrafił. Ja za to potrafiłem. A kiedy odkryłem, że kobieta darzy mnie sympatią, skorzystałem z okazji i proszę. Romans się zaczął. Spotykaliśmy się oboje w domu w Auteuil, który moi teściowie zostawili mi po śmierci Renaty. Służby tam było bardzo mało, a w niektóre dni to nawet wcale. Nasz romans więc mógł spokojnie kwitnąć, jednak jego efektem była całkowicie nieplanowana i jakże szkodliwa dla mnie ciąża Herminii. Doprowadziła ona do przedwczesnej śmierci pana de Nargonne, który wręcz niespodziewanie powrócił do domu i odkrył odmienny stan swojej żony, a nie mogąc znieść hańby, jaka się z tą ciążą wiązała, zszedł z tego świata. Krążyły plotki o tym, jakoby sam odebrał sobie życie, ale nie wiem, ile w nich prawdy.
Herminia de Nargonne została więc wdową. Naiwnie wtedy zaproponowała mi, żebyśmy się pobrali. Ostatecznie oboje byliśmy już wolni, a do tego również mieliśmy mieć dziecko. Ona chyba całkiem wtedy oszalała. Nie pomyślała, że ślub z nią zaprzepaści całą moją karierę, o której to rozkwit tak długo walczyłem? Do tego jeszcze ten bękart. On mógł mi wszystko zniszczyć. Musiałem się go pozbyć za wszelką cenę. Pozostało tylko pytanie, jak? Póki Herminia była w ciąży, nic nie mogłem zrobić. Musiałem cierpliwie czekać, odgrywając przy tym oczywiście troskliwego kochanka i przyszłego ojca. Poszło mi to z łatwością. Zawsze umiałem grać, kiedy zaszła taka potrzeba.
Wreszcie dzieciak się urodził. Był to noworodek płci męskiej. Miałem więc syna. Niestety z nieprawego łoża. W innej sytuacji ucieszyłbym się bardzo, lecz w takiej sytuacji... Nie miałem więc innego wyjścia, musiałem zrealizować mój już dość długo przygotowywany przeze mnie plan działania. Nazwisko de Villefot musiało pozostać czyste oraz bez skazy. Zniszczyłem Edmunda Dantesa, zatem też nie bałem się zniszczyć tego bękarta. Nikt się o tym nie dowie, myślałem sobie. Nikt. Ja moje brudy wypiorę we własnych czterech ścianach. Ponieważ poród się odbył w ścisłej tajemnicy, to mogłem działać swobodnie.
Złapałem szybko dziecko i powiedziałem mojej kochance, że ono nie żyje. Uwierzyła, gdyż dziecko urodziło się nieprzytomne, nawet nie płakało. Za to ona płakała. Wręcz rozpaczała i rwała sobie dziko włosy z głowy. Ja zaś udawałem współczucie jej cierpieniom, w rzeczywistości jednak drżałem w duchu na myśl o tym, co się stanie, jeśli dzieciak nagle się obudzi i zacznie się drzeć wniebogłosy? Na szczęście do tego nie doszło. Prawdę mówiąc, to po chwili sam wierzyłem w to, iż urodził się on martwy. Wierzyłem, a może też zwyczajnie chciałem w to wierzyć. Tak czy inaczej powiedziałem Herminii, że dziecko trzeba pochować. Owinęła je więc w pieluszki z monogramem H.N, ja zaś wyniosłem je na ogród. Tam zamknąłem bachora w skrzynce, którą zakopałem w ogrodzie.
Co czułem, kiedy to robiłem? Satysfakcję? Błogość? Radość? A może po prostu spokój ducha, że znowu mi się udało? Sam już nie wiem, co wtedy czułem. Wiem tylko jedno - byłem spokojny jak nigdy dotąd.
Mój spokój jednak nie trwał długo. W krzakach tego ogrodu siedział Giovanni Bertuccio, który przybył dokonać na mnie swej vendetty. Wyczuł dogodną okazję i rzucił się na mnie z nożem, po czym wbił mi jego ostrze w pierś i uciekł. Cudem tylko uszedłem z życiem, a stało się to dlatego, że Herminia, odzyskawszy siły, zdziwiła się, dlaczego tak długo nie wracam. Pobiegła zatem na ogród i znalazła mnie, a potem szybko zabrała do domu i wezwała pomoc. Długo się kurowałem, ale w końcu opuściłem szpital, a wtedy przypomniałem sobie o tej zakopanej w ogrodzie skrzynce z moim nieślubnym dzieckiem w środku. Zrozumiałem, że nigdy nie będę spokojny, dopóki nie upewnię się, że ono tam na pewno jest. Że nikt go nie wydobył. Pomyślałem też, iż ten ogródek nie jest najlepszym miejscem na ukrycie mojego wstydu przed światem. Dlatego musiałem powrócić do Auteuil, odkopać skrzynkę i ukryć w bezpieczniejszym miejscu.
Jak pomyślałem, tak też zrobiłem. Udałem się z łatwością do domu w Auteuil. Wziąłem łopatę i zacząłem kopać, jednakże jakiż był mój szok i przerażenie, kiedy odkryłem, że nigdzie, w całym tym przeklętym ogrodzie nie ma tej skrzyni, choć przecież pamiętałem doskonale, że właśnie tam ją zakopałem. Nie wiedziałem, jak to jest w ogóle możliwe. Przekopałem tak chyba z pół ogródka, zanim się wreszcie zorientowałem, w czym rzecz. Najpierw pomyślałem sobie, że być może po prostu pomyliłem miejsca i szukałem w innych. Gdy jednak ta metoda nie poskutkowała, musiałem przyjąć bolesną prawdę. Dziecko zniknęło. Bertuccio musiał podpatrzeć mnie, jak zakopuję skrzynkę i kiedy mnie dźgnął nożem, zaraz ją szybko wykopał. Proste jak dwa razy dwa. Oczywiście podjąłem wszelkie możliwe działania w celu odnalezienia dziecka. Ale niestety, ślad urwał się w sierocińcu niedaleko Auteuil. Sprawa była dla mnie jasna - Bertuccio ocalił moje dziecko i oddał do sierocińca. A potem jakaś kobieta zaopatrzona w połowę pieluszki z monogramem H.N. odebrała je, podając się za jego matkę. Ale kto to mógł być? Herminia? Od razu odrzuciłem taką możliwość. Ona nie mogła tego zrobić. Przecież nie wiedziała, że dziecko żyje. Już ja się o to postarałem. A więc, jeśli nie ona, to kto? Chyba ktoś z otoczenia Bertuccia. W końcu kto inny miałby pieluszki z tym monogramem? Takie nie leżały ot tak sobie na ulicy.
Pomimo oczywistych niepowodzeń nie ustawałem w poszukiwaniu mojego nieślubnego dziecka. Niestety, wszelki ślad się po nim urwał i nikt nic o nim nie wiedział. Szukałem i szukałem, aż w końcu musiałem dać sobie spokój. W końcu ile można było szukać tego bękarta? Pomyślałem sobie, że pewnie już nie żyje. A nawet jeśli żyje, to i tak nic o mnie nie wie i nie może w żaden sposób mi zagrozić. Byłem bezpieczny.
Ożeniłem się powtórnie. Moją żoną została bogata panna z dobrego domu, Heloiza. Herminia zaś wyszła za tego utracjusza, barona Danglarsa, bankiera od siedmiu boleści. Wszystko więc w moim życiu było ułożone. Heloiza urodziła mi synka, Edwarda. Moja córka Walentyna zajmowała się moim sparaliżowanym ojcem, którego pokochała tak mocno, że znalazła nawet sposób na skuteczne porozumiewanie się z nim i to bez słów. Już nie pamiętam, jak ona to robiła, ale ja i stary, wierny sługa mojego ojca, Barrois, też opanowaliśmy ten język. Zrobiliśmy to na tzw. wszelki wypadek. W końcu nigdy nie wiadomo, co się jeszcze może wydarzyć. A ten stary dziadyga mógł być mi jeszcze potrzebny.
Gdy już myślałem, że wszystko zmierza ku lepszemu, to w moim życiu zjawił się ten przeklęty hrabia de Monte Christo. A był to rok 1838. Wtedy właśnie moje grzechy z młodości uderzyły we mnie ze zdwojoną siłą, a tym wszystkim kierował ów rzekomy hrabia. Bydlak zniszczył wszystko, co z takim trudem przez lata zbudowałem. Stworzyłem sobie idealny i całkowicie pozbawiony skandalu świat, niszcząc wszystkie przeszkody, w tym również tego młodego głupca, Edmunda Dantesa. Ale skąd ja mogłem wiedzieć, co hrabiego łączy z Dantesem i że po dwudziestu trzech latach zechce los się na mnie za ten grzech młodości zemścić? Nie mogłem tego w żaden sposób przewidzieć. I nie przewidziałem.
Jak ten bydlak wszedł pomiędzy moją rodzinę? Och, to był naprawdę bardzo przebiegły plan. Najpierw uratował on życie mojej żonie i mojemu synowi. Kiedy rozpędzone konie wypożyczone od Herminii spłoszyły się w niepewnych rękach Heloizy, to właśnie hrabia Monte Christo ocalił ich dwójkę. Moja żona oczywiście zaprosiła hrabiego z wdzięczności do siebie, nawet zawarła z nim swego rodzaju przyjaźń. Stał się on wtedy częstym gościem w naszym domu, a podczas tych spotkań niejeden raz rozmawiali sobie jakby nigdy nic o truciznach i trucicielach. Powinno mi to dać do myślenia, że szykuje się coś niedobrego. Ale zignorowałem swoje instynkty i nie zareagowałem w odpowiednim momencie. Gdyby zwróciło to wtedy moją uwagę, do niczego by nie doszło. A tak ten potwór wręczył mej żonie truciznę, która posłużyła do wytrucia całej mojej rodziny.
Najpierw jednak muszę powiedzieć o pewnym przyjęciu wyprawionym przez hrabiego w jego wiejskim domku. Jak na ironię, był to mój dawny dom w Auteuil. Ten sam dom w Auteuil, w którym doszło do hańbiących moje dobre imię narodzin tego bękarta. W tym samym domu odbyło się wielkie przyjęcie, na którym hrabia zszokował nas wszystkich opowiadając o tym, jak to rzekomo w ogrodzie tego domu jego ludzie wykopali skrzynkę ze szkieletem noworodka. Do tego jeszcze Danglars zasugerował mi, żebym poprowadził śledztwo w tej sprawie. To chyba też on, na pytanie Herminii, jaka kara spotyka dzieciobójców, odpowiedział dość złośliwie: „Obcina im się łeb”. Nie muszę chyba mówić, że ta wiadomość bardzo mnie przeraziła. Przeszłość w bardzo bolesny sposób do mnie wróciła. Musiałem następnego dnia rozmówić się z Herminią. Przyszła do mnie wypłakiwać oczy z powodu tego, co powiedział hrabia. Głupia, żałosna płaczka. Jakby to ona miała najwięcej do stracenia. Zdenerwowany tą głupią sceną, żywcem chyba wydobytą z jakieś antycznej tragedii, powiedziałem prawdę, że jej dziecko żyje, co w naszej sytuacji jest jeszcze gorsze niż gdyby było martwe. Przecież to dziecko mogło powrócić, odkryć naszą tożsamość i szantażować nas. Był również inny, znacznie dla nas poważniejszy problem: hrabia de Monte Christo wiedział o wszystkim. Inaczej nie opowiedziałby nam tej bzdurnej historyjki o wykopaniu szkieletu noworodka. Wniosek? Mógł chcieć ją wykorzystać przeciwko nam, albo tylko nas nastraszyć. Na szantażystę to on mi raczej nie wyglądał. Bardziej na człowieka, który bawi się ludźmi wykorzystując do tego ich słabości, a także ukryte brudy przeszłości. Tak czy inaczej, budził on nasz niepokój i obiecałem Herminii wysłać najlepszego policyjnego agenta, żeby zbadał on dokładnie osobę hrabiego. Byłem ciekawy, kim ten człowiek jest, po co tu przybył i co planuje.
Sprawa oczywiście była delikatnej natury i nie mogłem sobie pozwolić na wtajemniczanie kogokolwiek w moją sytuację, więc przebrany za agenta osobiście poszedłem więc zasięgnąć języka. Informatorów zdobyłem dwóch. Byli to ksiądz Giuseppe Busoni oraz lord de Wilmora. Pierwszy z nich był przyjacielem hrabiego, drugi zaś jego wrogiem. Obaj jednak nie dostarczyli mi wiadomości, jakich bym oczekiwał. Nic skrytego, nic również tajemniczego. Zwyczajna biografia jakiegoś wzbogaconego parweniusza z Włoch. Nic, czym można by takiego trzymać w szachu. Ale z drugiej też strony nic, co by też mogło potwierdzić, że ten człowiek może nam zagrażać. Powróciłem więc z mojej misji spokojny nie mając jednak pojęcia, że najgorsze jest dopiero przede mną.
Mianowicie w moim domu rodzinnym doszło do tragedii. A wszystko zaczęło się w chwili, kiedy to postanowiłem wydać Walentynę za mąż za barona Franza d’Epinay. Moja córka nie chciała go jednak poślubić, a ja dopiero znacznie później odkryłem, że miała już innego ukochanego. Ojciec mój natomiast zagroził mi wydziedziczeniem Walentyny, jeśli ośmielę się wydać ją za Franza. Powód? Ojciec młodzieńca był kiedyś bonapartystą, jednak zdradził swoje stronnictwo i przystąpił do rojalistów. Mój ojciec nie darował mu tego nigdy. Także teraz nie chciał on dopuścić do ślubu mojego dziecka z dzieckiem tego biednego generała, którego ciało znaleziono w dniu zniszczenia przeze mnie Edmunda Dantesa. Ja jednak postawiłem na swoim i ogłosiłem, że niechaj i pieniądze mojego ojca pójdą na cele dobroczynne. Walentyna i tak poślubi Franza. Zdanie mojej córki w tej kwestii niewiele mnie wtedy obchodziło. Wkrótce jednak dotknęła mnie osobista tragedia. Państwo de Saint-Meran przyjechali do mnie z okazji rychłych zaślubin mojej córki, a swojej jedynej wnuczki. Po drodze jednak pan de Saint-Meran zmarł wkrótce po zażyciu lekarstwa - później się okazało, że ktoś wlał mu do niego brucynę. Jego żona, a matka mojej pierwszej żony podzieliła los męża kilkanaście dni później, wcześniej zdążywszy zapisać cały majątek Walentynie i zmusić ją na łożu śmierci, żeby wyszła za barona d’Epinay. Kiedy to zrobiła, umarła w bólach. Mój znajomy lekarz, którego wezwał do zbadania mojej świekry, powiedział mi, że została otruta brucyną, podobnie jak wcześniej jej mąż. Zaproponował mi wszcząć postępowanie w tej sprawie, ale ja odmówiłem. Śledztwo w moim domu? Taki skandal? O nie! Ja nie po to chroniłem swoje nazwisko, żeby teraz je w taki sposób szargać. Niech już lepiej powymiera połowa domowników. Nazwisko de Villefort musi pozostać nieskalane!
Wkrótce miały się odbyć zaręczyny Walentyny z Franzem. W dniu podpisania intercyzy mój tatuś oczywiście wszystko mi zepsuł, zapraszając chłopaka do siebie i pokazując mu swoje zapiski z dnia śmierci jego ojca. Wynikało z nich jasno i dokładnie, że ojca Franza zabił w pojedynku mój własny ojciec. Byłem kompletnie zszokowany. Przed oczami stanął mi ten okropny dzień oraz mój ojciec ze swoją głupią, uśmiechniętą gębą.
Rzecz jasna, Franz d’Epinay zerwał zaręczyny z moją córką, a ona była z tego powodu uradowana, nie mówiąc już o moim ojcu, który to zmienił testament i cały swój majątek zapisał Walentynie. Wkrótce potem ojciec nieomal padł ofiarą zamachu. Ktoś próbował otruć go brucyną, wlewając mu ją do jego ulubionej lemoniady. Niestety, zamiast niego zmarł ten biedak, Barrois. Wezwałem na pomoc mojego znajomego lekarza, ten zaś zbadał starego sługę, ale wnioski, jakie wysnuł były szokujące - w moim domu jest morderca. I wszystko wskazywało na to, że jest nim Walentyna. Tylko ona miała do tego motyw. Lekarz zażądał ode mnie, abym postąpił zgodnie z prawem i osadził ją w areszcie. Nie mogłem jednak tego zrobić. Już mniejsza o to, że była ona moją córką. Chodziło mi przede wszystkim o moje dobre imię. Jakże po tym wszystkim, co przeszedłem, miałbym teraz wydać je na pastwę plotkarzy? Poza tym nie wierzyłem w to, aby moja córka była winna. W tym jednym się zresztą nie pomyliłem.
Niedługo po tym wszystkim doszło w mieście do zabójstwa niejakiego Kacpra Caderousse’a pod domem hrabiego de Monte Christo. Z listu umierającego (który ten zdążył napisać zanim skonał) wynikało, że zabił go jego wspólnik, jakiś były galernik o imieniu Benedetto. Niedługo potem do barona Danglarsa przyszedł list, że narzeczony jego córki, wicehrabia Andrea de Cavalcanti to właśnie jest ów Benedetto. Chłopak musiał uciekać, jednak i tak na niewiele mu się to dało. Moi żandarmi dali z siebie wszystko i dość szybko wpakowali oni tego zbrodniarza za kratki. Miałem prowadzić przeciwko niemu akt oskarżenia. Przyznam, że z wielką przyjemnością szykowałem się do tego procesu.
Jednakże coś zachwiało mój wewnętrzny spokój. Doszło do kolejnej próby otrucia, jednak bez ofiar. Tym razem padło na Walentynę. Cudem przeżyła, lecz była bardzo osłabiona. Ponownie wezwałem na pomoc mego znajomego lekarza. Przyszedł on pomimo tego, iż ostatnim razem obraziłem go i zabroniłem mu wstępu do mego domu. Teraz jednak przyznał mi rację - to nie Walentyna stała za tamtymi zabójstwami. W końcu sama o mało nie umarła. Istniało jednak pytanie, dlaczego nie umarła? Dowiedziałem się, że śmierć nie nastąpiła dlatego, że mój ojciec ocalił ją, każąc swemu słudze od jakiegoś czasu dosypywać brucynę do jej jedzenia. Skąd u mojego ojca brucyna? Okazało się, że lekarz przypisał mu ją jako lek na paraliż. Zażywał ją już tak długo, że uodpornił się na jej działanie (stąd też jego cudowne ocalenie z niedawnego zamachu). Lekarz uświadomił mi wówczas straszną prawdę. Morderczynią była Heloiza. Chciała zabić dziadków Walentyny oraz mego ojca, aby przekazali Walentynie oba swe majątki. Następnie zaś, gdyby umarła moja córka, to te majątki przypadłyby mnie, natomiast po mnie Edwardowi i jej. Prawda była przerażająca, ale niepodważalna. Mimo to nadal nie mogłem wydać prawdziwego sprawcy w ręce sprawiedliwości. W końcu jak niby mógłbym tak łatwo poświęcić wszystko, o co tak długo walczyłem? O dobre imię mojego nazwiska? Nie mogłem się na to zdobyć. Nie mogłem.
W końcu jednak bomba wybuchła, ponieważ Heloiza wbrew temu, czego od niej oczekiwałem, nie przestraszyła się nieudanego zamachu i ponowiła próbę, tym razem ze skutkiem śmiertelnym. Biedna Walentyna umarła na wskutek działania silniejszej trucizny, jaką podała jej moja żona, a jej macocha. Na swoje własne nieszczęście, pozostawiła ona resztki trucizny w szklance przy jej nocnej szafce. Popadłem w rozpacz i nie wiedziałem już, co mam robić. Na dodatek przyszedł do mnie jakiś młodzieniec nazwiskiem Morrel, syn tego zatwardziałego bonapartysty. Okazało się wtedy, że był on potajemnie zaręczony z moją córką. Stąd też właśnie czerpała się jej niechęć do pana d’Epinay. Normalnie bym ten bonapartystyczny pomiot kazał wyrzucić za drzwi, ale tym razem obaj łączyliśmy się w bólu i cierpieniu. Szybko jednak ten ból zmienił się w pragnienie zemsty. Morderczyni mojej córki musiała ponieść zasłużoną karę. Koniec jej bezkarności nadszedł. Oczywiście nie mogłem wydać mojej żony policji. Ostatecznie skandal to zawsze skandal. Zamiast tego rozmówiłem się z nią i dałem Heloizie do zrozumienia, że już wszystko wiem. A zatem, jeśli ona chce umrzeć z godnością, niech zażyje jakąś swoją truciznę i umrze, zanim ja powrócę z sądu, gdzie miała właśnie odbyć się sprawa Benedetta. Heloiza uparcie twierdziła, że jest niewinna, zapierała się, broniła. Nic to jej jednak nie pomogło. Nie dałem się zwieść. Dałem jej czas do mojego powrotu. Jeśli wówczas nadal by żyła, to zaraz wydałbym ją żandarmom, a w takiej sytuacji czekałoby ją tylko jedno: publiczny proces, a potem egzekucja na gilotynie w hańbie i poniżeniu. Pamiętam, jak błagała mnie na kolanach o litość. Powoływała się nawet na miłość do naszego dziecka, jednakże ja byłem zimny i niewzruszony niczym posąg Temidy. Sprawiedliwości wreszcie musiała stać się zadość. Tak czy inaczej, Heloiza musiała umrzeć.
Zostawiłem ją z tym ultimatum i pojechałem na salę sądową. Jako oskarżyciel potępiłem czyny Benedetta jako wyjątkowo podłe i złe, po czym zażądałem dla niego kary śmierci. Wówczas stało się coś, czego nigdy bym się nie spodziewał. Przeszłość uderzyła we mnie niczym grom z jasnego nieba. Okazało się, że to właśnie Benedetto jest moim nieślubnym synem, co teraz, z największą dumą i bezczelnością wszystkim oznajmił, gdy tylko sędziowie go zapytali o nazwisko. Na to pytanie Benedetto odpowiedział im, że nie ma swojego nazwiska, ale zna nazwisko swojego ojca - moje nazwisko. Wyjawił je teraz z mściwą satysfakcją i przyjemnością, widziałem to w jego oczach. Załamany nawet się nie broniłem. Przyznałem tylko, że mówi on prawdę (opowiedział na potwierdzenie swych słów historię mego domu w Auteuil), po czym opuściłem salę rozpraw załamany oraz zniszczony psychicznie.
A więc stało się. Tak długo chciałem uciec przed przeszłością, ale w końcu ona mnie odnalazła i zemściła się aż potrójnie za wszelkie zło, pychę i arogancję, jakie mną wtedy rządziły. Długo unikałem skandalu, jednak on w końcu wybuchł. Jak to mówią, Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy... Sprawiedliwość... No właśnie! Przypomniała mi się wówczas Heloiza! Moja biedna Heloiza, której ja kazałem popełnić samobójstwo i zmusiłem ją do wybierania pomiędzy publiczną hańbą, a cichym otruciem się! O nie, nie zasłużyła na taki los! A jeśli nawet, to ja również! W końcu kim ja byłem, żeby ją oceniać? Nikim lepszym od niej. Ukrywałem swoje brudy po jakiś norach, a nawet chciałem zabić własne dziecko. Co z tego, że nieślubne? Ważne, że własne. Udawałem niewiniątko przed tymi wszystkimi, których spotykałem w życiu. Zrozumiałem wreszcie, kim ja jestem. Wężem. O tak, byłem wężem. Jadowitym wężem, który poślubił równie jadowitą żmiję. Takie węże jak my powinny trzymać się razem, nie ma innego wyjścia. Postanowiłem ocalić Heloizę i zabrać ją razem z Edwardkiem daleko stąd, gdzie nikt już nas nie znajdzie.
Wróciłem pędem do domu, ale było już za późno. Znalazłem martwą Heloizę, zaś w salonie martwego Edwarda. Heloiza otruła go, ponieważ uznała, że bez niej nie da sobie radę na tym świecie. Mały wąż odszedł wraz ze swoją matką, żmiją.
Gdy tak patrzyłem na to ogromne okrucieństwo ze strony losu, ktoś nagle dotknął mojego ramienia. Był to hrabia Monte Christo, ale przebrany za księdza Busoniego. Okazało się wówczas, że Abbe Busoni to była tylko jedna z licznych masek zakładanych przez tego tajemniczego człowieka. Przyszedł mi on oznajmić, że mój los jest karą, Boską pomstą za to, co zrobiłem dwadzieścia trzy lata temu Edmundowi Dantesowi. Wówczas pokazałem temu pseudo-hrabiemu dzieło jego pomsty i zapytałem, czy jest może usatysfakcjonowany. Chyba wywarło to na nim wrażenie. Chyba.
Tego samego dnia postradałem zmysły. Zabrano mnie z miejsca do szpitala dla wariatów, w którym przebywam do dziś. Mój syn mnie odwiedza. Niedługo ponownie stanie przed sądem i tym razem na pewno dostanie karę śmierci. Zanim to jednak nastąpi, mamy nieco czasu dla siebie, podczas którego on opiekuje się mną. Chciałbym, aby mi wybaczył wszystko, co mu zrobiłem. Mam nadzieję, że tak się stanie. To ostatnia nadzieją, którą jeszcze żywię.

Villefort to taki sam nędznik jak i Benedetto, a do tego żałosny kretyn. Zamiast spróbować porozmawiać z Dantesem i wyjaśnić mu pewne sprawy bez żadnych skrupułów skazał go na tak okrutny los, choć doskonale wiedział, że nie zasłużył na to, a mimo to potraktował go jak największego zbrodniarza i mordercę, którym sam był. To on powinien zostać ukarany dożywotnim więzieniem w nieludzkich warunkach, za te wszystkie zbrodnie , których się dopuścił. Był tak wynaturzony i pozbawiony wszelkich skrupułów, że życie ludzkie nic dla niego nie znaczyło. Dla niego liczyło się jedynie jego dobre imię i kariera. Nic poza tym, nawet własna rodzina. Jego druga żona niczym się od niego nie różniła. Dla niej liczyły się tylko pieniądze i z pewnością wyszła za niego jedynie ze względu na posiadany przez niego majątek. I tak samo jak on bez żadnych skrupułów był gotów zabić własnego syna, ona również otruła swojego. Oboje byli siebie warci. Nic dodać nic ująć.
OdpowiedzUsuńTutaj mamy już do czynienia z prawdziwym demonem, ukrytym pod ludzką powłoką. Biografia tego ważnego urzędnika państwowego to nieprzerwane pasmo nieludzkich przestępstw. Wbrew temu, co deklaruje na koniec wcale nie żałował swych uczynków, do końca życia pozostał pełen pychy, miłości własnej i niezmiernej pogardy. To wyznanie w szpitalu przypomina mi bardzo "spowiedź" Antonio Salieriego z filmu "Amadeusz", skądinąd wybitnego. Również nie przyjął do wiadomości, że hrabia to Edmund; by nie ulec całkowicie przeświadczeniu o działaniu Opatrzności. Żałuję tylko, że zemsta nie była dotkliwsza.
OdpowiedzUsuńJeśli chodzi o Gerarda de Villeforta, to fakt, że chciał ratować swojego ojca kosztem nawet biednego Edmunda, jestem nawet w pewien sposób zrozumieć, choć nie pochwalić.
OdpowiedzUsuńJednak ten człowiek, grzebiąc własne nieślubne dziecko, okazał się równie podły, co szalony.
Wcale mi go nie żal, ani trochę. Ma to, na co sobie założył, a Kronikarz stylem dorównuje Dumasowi - piszesz z taką niesamowitą lekkością :)
Ciekawe, co będzie dalej?
Co jeszcze może odkryć śledztwo, jakich tajemnice jeszcze nie znamy?
Która z masek hrabiego Monte Christo jest jego prawdziwą twarzą? A może wszystkie są prawdziwe i tworzą te jedną niezwykłą osobę, jedną z najbardziej tajemniczych i fascynujących w historii literatury?
Książka "Pamiętniki hrabiego Monte Christo", miałam wrażenie, nie pokazała go zbyt dobrze. Była to dość gorzka i przygnębiająca w swej wymowie, wiec liczę na to, że u Huberta będzie to bardziej subtelne i klarowne wszystko ukazane.