13 lipca 1855 r.
Boże w niebiosach. Poznałem ją. Nareszcie ją poznałem! Tak bardzo chciałem to zrobić, ale nie wiedziałem, w jaki sposób. Jak podejść do tej pięknej młodej panny i spróbować się z nią porozumieć, poznać ją lepiej? Bardzo tego chciałem, jednakże czułem, że moje dobre maniery połączone z panującymi na tym świecie zasadami nie pozwalają mi na to. Dlatego też cierpiałem w milczeniu przez te kilka dni od chwili, w której zjawiłem się w hotelu i zobaczyłem ją po raz pierwszy.
Nie pisałem przez kilka dni, gdyż w ich ciągu nie zdarzyło się nic, co by było godne uwiecznienia w moich dziennikach, jak i również nie udało mi się odnaleźć Maksymiliana Morrela. Pan Pastrini powiedział mi jedynie, że pan Morrel i jego żona byli w tym hotelu, jednak na dzień przed moim przybyciem opuścili go. Co zatem idzie, spóźniłem się. W dodatku też nie wiedziałem, dokąd mam się udać. Nikt nie wiedział, gdzie można znaleźć pana Morrela. Próbowałem go szukać po wszystkich możliwych hotelach, ale niestety w żadnym nie odniosłem zwycięstwa. Wyglądało zatem na to, że najprawdopodobniej w ogóle go już nie ma w Rzymie. Prawdopodobnie więc zostało mi teraz jedynie pogodzić się z porażką i poszukać Morrela gdzie indziej. Tylko pytanie, gdzie? Nie wpadłem na żaden trop. A bez tego nie mogłem go szukać. Ciężkie bywa niekiedy życie dziennikarza.
Poprzedniego wieczoru jednak wydarzyło się pewne niezwykłe wydarzenie, które pozwoliło mi na jakiś czas chociaż zapomnieć o tym, jak bezowocne były moje dotychczasowe poszukiwania.
Wieczór tego dnia, w którym to później dane mi było doznać jakże niezwykle rozkosznej osłody w moich katuszach, spędziłem sam w swoim pokoju. Moje myśli krążyły głównie wokół pięknej panny w orientalnych szatach. Opanowała ona dogłębnie mój umysł i nie miała najmniejszego zamiaru z niego wychodzić. Zresztą prawdę mówiąc nawet bym tego nie chciał. Zbyt mocno pokochało ją moje serce. Doskonale zdawałem sobie jednak sprawę z tego, że ledwo tę pannę znam i prawdopodobnie miłość ta nie ma najmniejszej szansy na spełnienie. Przecież ta dziewczyna, to najprawdopodobniej jakaś arystokratka z niezwykle wysokiego rodu, być może nawet sama księżniczka. A przecież księżniczki nie wychodzą za żebraków. Co prawda ja nie jestem żebrakiem i również pochodzę z bardzo dobrej rodziny, ale chyba nie na tyle dobrej, abym mógł swobodnie starać się o rękę tej pięknej nieznajomej. Z tego właśnie względu doszedłem do wniosku, że mogę się pożegnać z ewentualnymi planami na przyszłość. Planami z piękną i orientalną księżniczką jako moją żoną w roli głównej.
Gdy tak siedziałem pogrążony we własnych myślach, usłyszałem nagle jakiś krzyk, a po chwili on się powtórzył, ale był o wiele głośniejszy. Bez najmniejszej wątpliwości był to krzyk kobiety i to młodej. Dobiegł on mych uszu z korytarza hotelu. Szybko wysnułem z tej sytuacji odpowiednie wnioski. Najwyraźniej jakaś dama w opresji wzywała pomocy. Porządny mężczyzna zaś powinien natychmiast pospieszyć jej z pomocą. Tak też i ja wówczas uczyniłem. Być może nie jestem najszlachetniejszym człowiekiem na świecie, jednak nie mogłem przecież siedzieć spokojnie, gdy w pobliżu jakaś niewiasta wzywała pomocy. Musiałem zareagować.
Zerwałem się więc ze swojego miejsca i wybiegłem z pokoju na korytarz. To zaś, co dostrzegłem, było wręcz przerażające. Piękna grecka dama, która kilka dni wcześniej tak podbiła moje serce, szarpała się właśnie z dwoma mężczyznami, którzy nie mieli wobec niej dobrych zamiarów. Jej opiekunka próbowała ją bronić, ale otrzymała silny cios w czoło pięścią i nieprzytomna osunęła się po ścianie na sam dół.
Podbiegłem szybko do jednego z oprawców, który właśnie dotykał w obleśny sposób piękną Greczynkę i próbował ją pocałować. Oderwałem go dziko od niej i zadałem mu silny cios. Kiedy upadł na podłogę, zaraz złapałem drugiego, który przytrzymywał Greczynkę za ręce i przyciskał ją do ściany. Dostał ode mnie silny cios w brzuch, po czym uderzyłem go w głowę. W tej samej chwili pozbierał się z podłogi pierwszy napastnik, jednakże dosyć szybko ponownie go powaliłem na ziemię. W końcu obaj napastnicy mieli dość i szybko uciekli z miejsca napaści wlekąc się po podłodze niczym karaluchy, a w dodatku mrucząc pod nosem jakieś (na szczęście) niezrozumiałe dla mnie przekleństwa. Nie zwracałem na nich jednak większej uwagi. Już i tak nie mogli zaszkodzić.
Podbiegłem do pięknej nieznajomej i podałem jej dłoń.
- Nic się pani nie stało? - zapytałem.
Greczynka popatrzyła na mnie dziwnym spojrzeniem, jakby właśnie ujrzała swego anioła stróża lub też rycerza w lśniącej zbroi. Uśmiechnęła się do mnie i delikatnie ujęła moją dłoń.
- Nie... Wszystko dobrze... Dzięki panu.
Boże, jak ona pięknie się uśmiechała. A jej głosik był jeszcze cudowniejszy. Nie umiem go odpowiednio opisać. Wydaje mi się, że nie ma w żadnym języku ludzkim odpowiednich słów na odpowiednie określenie tego boskiego, słowiczego trelu, jaki ona z siebie wydobywała, ta słodka ptaszyna. Każde słowo wylatywało z jej słodkiego gardełka niczym dźwięk skrzypiec, po których strunach poruszał się mały smyczek trzymany przez niezwykle wprawną rękę. To chyba nazbyt słabe porównanie, ale cóż... Jestem tylko skromnym dziennikarzem. Nie posiadam więc poetyckiego daru splatania słów w odpowiednie zdania. Dlatego też muszę się zadowolić tym, co potrafię.
Greczynka patrzyła na mnie swoimi boskimi, pięknymi, niebieskimi oczyma. Jej złociste loki były rozpuszczone, tworząc niesamowity wodospad włosów, przy którym moje serce zabiło szybko niczym młot kowalski Hefajstosa, którym słynny bóg ognia wykuwał zbroję dla Achillesa. Wydawało mi się, że zaraz wyskoczy ono z mej piersi. W tej chwili czułem, że jestem gotowy pójść za tą kobietą na koniec świata, byleby tylko obdarzała mnie ona już zawsze takim, jak teraz uśmiechem. Byleby dalej patrzyła na mnie swoimi oczami koloru nieba i poruszała głową tak, żeby wprawiała w ruch swoje rozpuszczone złote włosy.
Czy się zakochałem? Nie ulegało to najmniejszej wątpliwości. Ale czy ona we mnie się zakochała? Na to pytanie nie znałem odpowiedzi.
- Cieszę się, że usłyszałem pani krzyk - powiedziałem, chociaż czułem, jak bardzo głupio musiały zabrzmieć moje słowa - Gdyby nie to, że owo bezeceństwo stało się w pobliżu mego pokoju... Strach pomyśleć, jak to się mogło skończyć. Ale czego ci mężczyźni chcieli od pani?
Nieznajoma uśmiechnęła się do mnie lekko, po czym odpowiedziała:
- Tak trudno się tego domyślić, proszę pana?
Poczułem się wówczas jakoś tak dziwnie. Tak jakbym był winien wszystkich zbrodni popełnionych przez mężczyzn na całym świecie. Czułem się tak, jakby ta panienka swoim pytaniem oskarżała mnie jako mężczyznę o wszystko, co tylko złego dopuścili się przedstawiciele mojej płci. Było to oczywiście, w moich oczach jawną niesprawiedliwością, jednak nie umiałem powiedzieć nic innego jak tylko przeprosić za to, o co mnie oskarżała.
- Przepraszam - wymruczałem ponuro.
Księżniczka uśmiechnęła się do mnie radośnie. Miała niesamowicie śliczne białe ząbki.
- Spokojnie, proszę pana. Przecież to nie pana wina. Pan mnie przecież ocalił. A oni byli pijani. Ja zaś... No cóż... Mogę się podobać mężczyznom, a więc... Sam pan rozumie.
„Zbytek skromności”, pomyślałem w duchu. Ona tylko „może się” podobać mężczyznom? Cóż to za skromność. Ja w życiu nie widziałem piękniejszej kobiety. Chociaż może to i lepiej, że nie wynosiła się ponad innych ludzi. Wolałbym, aby wybranka mego serca okazała się być kobietą skromną niż próżną.
- No cóż... Mieliśmy oboje wiele szczęście. Pani, że zaatakowali ją w pobliżu mego pokoju. A ja, że to usłyszałem na czas.
- To prawda, zjawił się pan w odpowiedniej chwili... O Boże! Moja niania!
Moja księżniczka dopiero wówczas przypomniała sobie właśnie o swej niani, która leżała nieprzytomna w kącie korytarza. Najwyraźniej wcześniej pochłonięta miłą rozmową ze mną zapomniała o niej. Ja też nie jestem bez winy. Przyznaję to z całą, możliwą szczerością.
Podbiegliśmy oboje do niani i pomogliśmy jej się podnieść z podłogi. Szybko zabraliśmy ją do jej pokoju i położyliśmy na kanapie. Mamrotała coś do swojej wychowanicy w języku mi nieznanym, prawdopodobnie po grecku. Księżniczka poprosiła mnie o to, abym szybko podał niani kieliszek wina na wzmocnienie. Zrobiłem to, po czym ostrożnie obejrzałem głowę kobiety. Na cała szczęście ta niebezpieczna dla niej przygoda skończyła się tylko na guzie. Lekarz nie był więc tu potrzebny. Dzięki Bogu, gdyż mogliśmy być dzięki temu z piękną księżniczką sam na sam. A tego najbardziej w tej chwili potrzebowałem. Jej bliskości. Jej cudownego spojrzenia, uśmiechu, głosiku...
Nieznajoma podziękowała mi za pomóc, po czym porozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, a następnie oznajmiła mi, że chce spać. Dlatego też pożegnaliśmy się i udałem się do swojego pokoju, choć przedtem odebrałem od niej zaproszenie na rozmowę następnego dnia. Czyli dziś. Nie mogę się już tego spotkania doczekać. Mam nadzieję, że to będzie niesamowicie przyjemne spotkanie.
***
Jestem tuż po rozmowie z Martą. Dlatego też chcę ją jak najszybciej spisać, dopóki pozostaje ona świeża w mojej głowie. Mam nadzieję, że nie zapomnę żadnego, ważnego szczegółu.
Marta zaprosiła mnie przez jedną ze służek do swojego pokoju na poufną rozmowę. Przyznam się, że było to dla mnie zaskakujące. Młode panienki zwykle się tak nie zachowywały. Mimo wszystko jednak w tym oto zaproszeniu było coś niezwykłego. Coś, czemu jakoś nie potrafiłem się oprzeć. Dlatego skorzystałem z zaproszenia i poszedłem do jej pokoju. Czekała już na mnie. Wstała z fotela, który zajmowała, po czym podała mi swoją dłoń do ucałowania, a ja tę oto prześliczną rączkę ucałowałem.
- Witam mojego wczorajszego obrońcę.
Zaśmiałem się do niej delikatnie i zarumieniłem.
- Właściwie, to ja nie chcę wynosić pod niebiosa swoich zasług. To, co ja wczoraj zrobiłem, zrobiłby każdy na moim miejscu.
- Ale na pana miejscu był tylko pan, nikt inny. Więc zasługuje pan na wszelkie względy, proszę pana. Chciałabym z panem pomówić.
Spojrzała na służki, które natychmiast wyszły z pokoju. Zostaliśmy więc sami we dwoje. Nieznajoma poprosiła mnie, abym usiadł, wskazując mi swoją słodką rączką jeden z dwóch foteli stojących na środku pokoju. Posłuchałem jej prośby i usiadłem w nim. Naprzeciwko mnie usiadła zaś sama księżniczka i wpatrywała się we mnie swoimi błękitnymi oczyma, w których tonąłem niczym w falach oceanu. Jednocześnie śledziłem każdy ruch jej głowy, a co za tym idzie, falowanie jej jakże pięknych blond włosów.
W tej samej chwili, gdy się tak na nią patrzyłem, poczułem się niesamowitym głupcem. Rozmyślałem o jej przepięknych włosach oraz równie pięknych oczach, a jednocześnie nawet nie zapytałem o jej imię. O tak, to było naprawdę naiwne z mojej strony. Należało jak najszybciej to naprawić.
Nasze spojrzenia po raz kolejny się spotkały. Wiedziałem doskonale, że to jest najlepsza chwila na zadanie tego jakże ważnego pytania w życiu chyba każdego mężczyzny, kiedy spotyka on na swojej drodze wspaniałą kobietę. A ponieważ ta chwila nadeszła, nie mogłem jej zmarnować.
- Przepraszam. Wiem, że to głupie, ale jeszcze nie znam pani imienia.
Zachichotała wesoło słysząc moje słowa.
O Boże, jaki ona ma cudny śmiech. Tak oszałamiający w swojej urzekającej prostocie, słodkości i delikatności. Czułem, jak się niemalże rozpływam pod jego wpływem. Zaśmiałem się delikatnie.
Moja nieznajoma uśmiechnęła się i odpowiedziała na moje pytanie:
- Jestem Marta de Gojeuxla. Księżniczka. A pan?
- Jean Chroniqueur, dziennikarz. Oczywiście „Chroniqueur” to jest tylko mój pseudonim artystyczny. Naprawdę nazywam się Jean du La Puff.
- Szlachcic?
- W rzeczy samej.
- Szlachcic zajmuje się dziennikarstwem? Dość niezwykłe.
- W dzisiejszych czasach szlachcic para się również polityką, co jest moim zdaniem bardziej hańbiące aniżeli dziennikarstwo. Ale co poradzić? Pieniądze nam same nie spadną z nieba niczym manna.
Księżniczka Marta zaśmiała się lekko pod wpływem moich słów, po czym zapytała:
- Czy podoba się panu pana praca, panie Chroniqueur?
Uśmiechnąłem się delikatnie do niej.
- Owszem, nie inaczej. Jestem nią bardzo usatysfakcjonowany.
- A czy pańscy pracodawcy są z pana usatysfakcjonowani?
- Mniemam, że tak. Aczkolwiek mogę się w tej kwestii mylić.
Marta uśmiechnęła się do mnie ponownie.
- Jest pan, jak widzę, człowiekiem skromnym?
- Staram się takim być, szanowna pani - odpowiedziałem jej, również mając uśmiech na twarzy - Ale obawiam się, że nie zawsze mi to wychodzi.
Po raz kolejny obdarzyła mnie tym swoim jakże oszałamiającym uśmiechem. Myślałem, że pod jego wpływem roztopię się niczym lody czekoladowe na słońcu. Jednak tak się nie stało. Na szczęście.
- A więc? - zapytała po chwili.
- Nie rozumiem - odpowiedziałem zdumiony.
Nie wiedziałem bowiem, co ona ma na myśli.
- Uratował mi pan życie. Nie musiał pan, ale pan to zrobił. Wydaje mi się więc, że powinniśmy teraz zawrzeć znajomość i wspólnie spędzać czas, jak to się zwykle dzieje w książkach, które czytam.
- Rozumiem - zaśmiałem się delikatnie - Też na to liczę, ale obawiam się, że...
- Że co?
- Że za mało się znamy, aby rozpocząć taki etap życia...
Zaśmiała się wesoło.
- Pan mnie rozśmiesza, mój drogi panie Chroniqueur. Przecież właśnie po to ludzie zaczynają spędzać ze sobą czas. Żeby się poznać, nieprawdaż?
Nie można było temu twierdzeniu odmówić sensu. Zgodziłem się więc z nią.
- No właśnie. Sam pan zatem widzi, że najlepsza metoda działania, jaką teraz my możemy wybrać, to zaznajomienie się ze sobą.
- Cóż... Ja na to, jak na lato.
Marta ponownie się do mnie uśmiechnęła, po czym kontynuowała ona swoją myśl.
- Tym lepiej. A proszę mi powiedzieć... Z pańskiego nazwiska wnoszę, że jest pan Francuzem... Tak jak i ja... Choć prawdę mówiąc ja jestem Francuzką tylko w połowie, gdyż w drugiej połowie jestem Greczynką, jak pan sam zapewne zdążył to zauważyć.
Trudno było tego nie zauważyć. Jej ubiór, służba, zachowanie, jak i karnacja wskazywały, że moja nowa znajoma to Greczynka czystej krwi. Wszakże okazało się, iż jest nią tylko w połowie, gdyż w drugiej jest moją rodaczką. To dodawało smaczku całej tej sprawie. Aż uśmiechnąłem się lekko do własnych myśli. A zatem byliśmy rodakami. W pewnym sensie. No cóż... Góra z górą ponoć się nie zejdzie, a Francuz z Francuzem zawsze.
- Czy wolno wiedzieć, co panią sprowadziło do Rzymu? - zapytałem - Czy może jest to jakaś szczególnie ważna tajemnica, której pod karą śmierci nie może mi pani zdradzić?
Zaśmiała się po raz kolejny i wtedy pomyślałem przez chwilę, że być może robi to specjalnie, by mnie skusić lub zahipnotyzować. Jeśli tak, to jej się to udało, gdyż już w tej chwili byłem pod wielkim wpływem jej uroku. Dalsza hipnoza była zatem zbędna i gdyby chciała mnie do czegoś zmusić, zgodziłbym się na to bez najmniejszego wahania. Czułem w tamtej chwili, że jestem dla niej gotowy zrobić wszystko. Nawet dać się poćwiartować na drobne kawałki. A wszystko po to, żeby znów ujrzeć jej słodki uśmiech.
- Ależ to nie jest żadna tajemnica, drogi panie Chroniqueur - odpowiedziała radośnie - Jestem tu na wakacjach. Rodzice pozwolili mi wreszcie wyruszyć bez nich w tę podróż. Dotąd ciągle musiałam wszędzie podróżować z nimi. Nie umie pan sobie nawet wyobrazić, jakie to było denerwujące.
Tym razem to ja się zaśmiałem.
- Wydaje mi się, że jednak mogę to sobie wyobrazić.
- Doprawdy? Och, to wprost niesamowite! - odpowiedziała z nieskrywanym entuzjazmem - A zatem rozumie pan mnie i moje uczucia w tym względzie?
- Owszem, rozumiem. Ciągłe kontrolowanie każdego naszego ruchu...
- Ciągłe mówienie, co ma się robić i jak...
- Wieczne narzekanie, że źle się zachowuję...
- Wieczne zwracanie mi na wszystko uwagi...
- Taka sytuacja jest bardzo...
- Uciążliwa, nieprawdaż?
- Właśnie tak. Nie inaczej.
Marta obdarzyła mnie kolejnym uśmiechem. A ja, gdybym nie siedział teraz w fotelu, to chyba bym zemdlał pod jego wpływem.
- A co pana sprowadza do Rzymu? Może mi pan to powiedzieć, czy to jest to może jakaś niezwykle ważna tajemnica?
Teraz to ja się zaśmiałem.
- Nie jest to wcale żadna tajemnica i mogę powiedzieć to pani bez żadnego problemu. Jestem tu w bardzo ważnej dla mnie misji. Dziennikarskiej misji.
- O! To interesujące. Wolno wiedzieć, jaka to misja?
- Zbieram informacje na temat pewnego człowieka znanego w całym świecie jako hrabia Monte Christo.
Ledwie to powiedziałem, a panna Marta spojrzała na mnie z nieukrywanym zainteresowaniem. Przez chwilę nawet odniosłem wrażenie, że to nazwisko jej coś mówi. To wrażenie szybko jednak zanikło.
- A czemuż to pańska redakcja zajmuje się panem de Monte Christo?
Uznałem, że to żadna tajemnica, dlatego opowiedziałem jej motywacje moje i mojej gazety. Słuchała moich słów bardzo uważnie i z wielkim zainteresowaniem. Jak widać opowieść moja była niesamowicie wciągająca. Albo po prostu miałem dar opowiadania. A być może nawet jedno i drugie. Osobiście mam nadzieję, że ta trzecia możliwość jest prawdziwa.
- I liczy pan, że w tym miejscu znajdzie pan jakieś informacje o tym panu?
- Owszem. Są tutaj na pewno ludzie, którzy znali hrabiego osobiście. Mogą mi więc o nim dużo powiedzieć. O ile oczywiście ich znajdę, na co na razie się niestety nie zanosi.
- A czy wie pan chociaż, kogo należy mu szukać?
- Owszem. Szukam pana Morrela z małżonką.
Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie radośnie.
- A zatem pan ich szuka? To cudownie. Zatem będziemy szukać ich razem.
Zdziwiły mnie nieco jej słowa.
- Razem?
Marta zachichotała delikatnie.
- Chyba nie odmówi mi pan tej drobnej przyjemności pomagania sobie w tej jakże ciekawej misji?
Widać było, że aż się paliła do pomagania mi w tej sprawie. Musiałem jednak postawić sprawę jasno.
- Nie mam nic przeciwko temu, żeby pani towarzyszyła mi w tej misji lecz obawiam się, że ta misja może zająć trochę czasu.
- Spodziewam się tego i jestem temu rada.
- Może być nawet nieco ryzykowna.
- Tym lepiej. Bez dreszczyku emocji to żadna przygoda.
Zaśmiałem się do niej delikatnie, gdy to powiedziała. Widać, że nic nie było jej w stanie zniechęcić. Zyskała tym w moich oczach. Cieszyłem się bardzo na o tym, że będziemy mogli spędzić razem czas szukając wszelkich informacji na temat hrabiego Monte Christo.
- Więc na pewno chce pani mi towarzyszyć w moich poszukiwaniach?
- Jak najbardziej.
Uśmiechnęliśmy się oboje do siebie.
- A zatem witam na pokładzie, droga panno Marto. A raczej, Wasza Wysokość.
- Och, proszę. Tylko bez takich jakże głupich tytułów. Nie warto się nimi tutaj przejmować. Poza tym... Mówmy sobie po imieniu.
Jej bezpośredniość była nieco krępująca, jednak, muszę przyznać, że również i podniecająca. Nieco mnie ona zdziwiła, niezbyt bowiem pasowała do panienki z dobrego domu, a już zwłaszcza księżniczki. Jednak im bardziej była ludzka tym milsza. Dlatego też kiedy wyciągnęła rękę w moją stronę z radością podałem jej swoją, choć z lekkim zdziwieniem. Było to jednak jak najbardziej miłe zdziwienie.
- Marta.
- Jean.
- A zatem będziemy już na stałe na „ty”?
- Jeśli tylko pani... pardon... Jeśli tylko chcesz.
- Ja bardzo tego chcę.
- W takim razie ja również.
Boże w niebiosach. Poznałem ją. Nareszcie ją poznałem! Tak bardzo chciałem to zrobić, ale nie wiedziałem, w jaki sposób. Jak podejść do tej pięknej młodej panny i spróbować się z nią porozumieć, poznać ją lepiej? Bardzo tego chciałem, jednakże czułem, że moje dobre maniery połączone z panującymi na tym świecie zasadami nie pozwalają mi na to. Dlatego też cierpiałem w milczeniu przez te kilka dni od chwili, w której zjawiłem się w hotelu i zobaczyłem ją po raz pierwszy.
Nie pisałem przez kilka dni, gdyż w ich ciągu nie zdarzyło się nic, co by było godne uwiecznienia w moich dziennikach, jak i również nie udało mi się odnaleźć Maksymiliana Morrela. Pan Pastrini powiedział mi jedynie, że pan Morrel i jego żona byli w tym hotelu, jednak na dzień przed moim przybyciem opuścili go. Co zatem idzie, spóźniłem się. W dodatku też nie wiedziałem, dokąd mam się udać. Nikt nie wiedział, gdzie można znaleźć pana Morrela. Próbowałem go szukać po wszystkich możliwych hotelach, ale niestety w żadnym nie odniosłem zwycięstwa. Wyglądało zatem na to, że najprawdopodobniej w ogóle go już nie ma w Rzymie. Prawdopodobnie więc zostało mi teraz jedynie pogodzić się z porażką i poszukać Morrela gdzie indziej. Tylko pytanie, gdzie? Nie wpadłem na żaden trop. A bez tego nie mogłem go szukać. Ciężkie bywa niekiedy życie dziennikarza.
Poprzedniego wieczoru jednak wydarzyło się pewne niezwykłe wydarzenie, które pozwoliło mi na jakiś czas chociaż zapomnieć o tym, jak bezowocne były moje dotychczasowe poszukiwania.
Wieczór tego dnia, w którym to później dane mi było doznać jakże niezwykle rozkosznej osłody w moich katuszach, spędziłem sam w swoim pokoju. Moje myśli krążyły głównie wokół pięknej panny w orientalnych szatach. Opanowała ona dogłębnie mój umysł i nie miała najmniejszego zamiaru z niego wychodzić. Zresztą prawdę mówiąc nawet bym tego nie chciał. Zbyt mocno pokochało ją moje serce. Doskonale zdawałem sobie jednak sprawę z tego, że ledwo tę pannę znam i prawdopodobnie miłość ta nie ma najmniejszej szansy na spełnienie. Przecież ta dziewczyna, to najprawdopodobniej jakaś arystokratka z niezwykle wysokiego rodu, być może nawet sama księżniczka. A przecież księżniczki nie wychodzą za żebraków. Co prawda ja nie jestem żebrakiem i również pochodzę z bardzo dobrej rodziny, ale chyba nie na tyle dobrej, abym mógł swobodnie starać się o rękę tej pięknej nieznajomej. Z tego właśnie względu doszedłem do wniosku, że mogę się pożegnać z ewentualnymi planami na przyszłość. Planami z piękną i orientalną księżniczką jako moją żoną w roli głównej.
Gdy tak siedziałem pogrążony we własnych myślach, usłyszałem nagle jakiś krzyk, a po chwili on się powtórzył, ale był o wiele głośniejszy. Bez najmniejszej wątpliwości był to krzyk kobiety i to młodej. Dobiegł on mych uszu z korytarza hotelu. Szybko wysnułem z tej sytuacji odpowiednie wnioski. Najwyraźniej jakaś dama w opresji wzywała pomocy. Porządny mężczyzna zaś powinien natychmiast pospieszyć jej z pomocą. Tak też i ja wówczas uczyniłem. Być może nie jestem najszlachetniejszym człowiekiem na świecie, jednak nie mogłem przecież siedzieć spokojnie, gdy w pobliżu jakaś niewiasta wzywała pomocy. Musiałem zareagować.
Zerwałem się więc ze swojego miejsca i wybiegłem z pokoju na korytarz. To zaś, co dostrzegłem, było wręcz przerażające. Piękna grecka dama, która kilka dni wcześniej tak podbiła moje serce, szarpała się właśnie z dwoma mężczyznami, którzy nie mieli wobec niej dobrych zamiarów. Jej opiekunka próbowała ją bronić, ale otrzymała silny cios w czoło pięścią i nieprzytomna osunęła się po ścianie na sam dół.
Podbiegłem szybko do jednego z oprawców, który właśnie dotykał w obleśny sposób piękną Greczynkę i próbował ją pocałować. Oderwałem go dziko od niej i zadałem mu silny cios. Kiedy upadł na podłogę, zaraz złapałem drugiego, który przytrzymywał Greczynkę za ręce i przyciskał ją do ściany. Dostał ode mnie silny cios w brzuch, po czym uderzyłem go w głowę. W tej samej chwili pozbierał się z podłogi pierwszy napastnik, jednakże dosyć szybko ponownie go powaliłem na ziemię. W końcu obaj napastnicy mieli dość i szybko uciekli z miejsca napaści wlekąc się po podłodze niczym karaluchy, a w dodatku mrucząc pod nosem jakieś (na szczęście) niezrozumiałe dla mnie przekleństwa. Nie zwracałem na nich jednak większej uwagi. Już i tak nie mogli zaszkodzić.
Podbiegłem do pięknej nieznajomej i podałem jej dłoń.
- Nic się pani nie stało? - zapytałem.
Greczynka popatrzyła na mnie dziwnym spojrzeniem, jakby właśnie ujrzała swego anioła stróża lub też rycerza w lśniącej zbroi. Uśmiechnęła się do mnie i delikatnie ujęła moją dłoń.
- Nie... Wszystko dobrze... Dzięki panu.
Boże, jak ona pięknie się uśmiechała. A jej głosik był jeszcze cudowniejszy. Nie umiem go odpowiednio opisać. Wydaje mi się, że nie ma w żadnym języku ludzkim odpowiednich słów na odpowiednie określenie tego boskiego, słowiczego trelu, jaki ona z siebie wydobywała, ta słodka ptaszyna. Każde słowo wylatywało z jej słodkiego gardełka niczym dźwięk skrzypiec, po których strunach poruszał się mały smyczek trzymany przez niezwykle wprawną rękę. To chyba nazbyt słabe porównanie, ale cóż... Jestem tylko skromnym dziennikarzem. Nie posiadam więc poetyckiego daru splatania słów w odpowiednie zdania. Dlatego też muszę się zadowolić tym, co potrafię.
Greczynka patrzyła na mnie swoimi boskimi, pięknymi, niebieskimi oczyma. Jej złociste loki były rozpuszczone, tworząc niesamowity wodospad włosów, przy którym moje serce zabiło szybko niczym młot kowalski Hefajstosa, którym słynny bóg ognia wykuwał zbroję dla Achillesa. Wydawało mi się, że zaraz wyskoczy ono z mej piersi. W tej chwili czułem, że jestem gotowy pójść za tą kobietą na koniec świata, byleby tylko obdarzała mnie ona już zawsze takim, jak teraz uśmiechem. Byleby dalej patrzyła na mnie swoimi oczami koloru nieba i poruszała głową tak, żeby wprawiała w ruch swoje rozpuszczone złote włosy.
Czy się zakochałem? Nie ulegało to najmniejszej wątpliwości. Ale czy ona we mnie się zakochała? Na to pytanie nie znałem odpowiedzi.
- Cieszę się, że usłyszałem pani krzyk - powiedziałem, chociaż czułem, jak bardzo głupio musiały zabrzmieć moje słowa - Gdyby nie to, że owo bezeceństwo stało się w pobliżu mego pokoju... Strach pomyśleć, jak to się mogło skończyć. Ale czego ci mężczyźni chcieli od pani?
Nieznajoma uśmiechnęła się do mnie lekko, po czym odpowiedziała:
- Tak trudno się tego domyślić, proszę pana?
Poczułem się wówczas jakoś tak dziwnie. Tak jakbym był winien wszystkich zbrodni popełnionych przez mężczyzn na całym świecie. Czułem się tak, jakby ta panienka swoim pytaniem oskarżała mnie jako mężczyznę o wszystko, co tylko złego dopuścili się przedstawiciele mojej płci. Było to oczywiście, w moich oczach jawną niesprawiedliwością, jednak nie umiałem powiedzieć nic innego jak tylko przeprosić za to, o co mnie oskarżała.
- Przepraszam - wymruczałem ponuro.
Księżniczka uśmiechnęła się do mnie radośnie. Miała niesamowicie śliczne białe ząbki.
- Spokojnie, proszę pana. Przecież to nie pana wina. Pan mnie przecież ocalił. A oni byli pijani. Ja zaś... No cóż... Mogę się podobać mężczyznom, a więc... Sam pan rozumie.
„Zbytek skromności”, pomyślałem w duchu. Ona tylko „może się” podobać mężczyznom? Cóż to za skromność. Ja w życiu nie widziałem piękniejszej kobiety. Chociaż może to i lepiej, że nie wynosiła się ponad innych ludzi. Wolałbym, aby wybranka mego serca okazała się być kobietą skromną niż próżną.
- No cóż... Mieliśmy oboje wiele szczęście. Pani, że zaatakowali ją w pobliżu mego pokoju. A ja, że to usłyszałem na czas.
- To prawda, zjawił się pan w odpowiedniej chwili... O Boże! Moja niania!
Moja księżniczka dopiero wówczas przypomniała sobie właśnie o swej niani, która leżała nieprzytomna w kącie korytarza. Najwyraźniej wcześniej pochłonięta miłą rozmową ze mną zapomniała o niej. Ja też nie jestem bez winy. Przyznaję to z całą, możliwą szczerością.
Podbiegliśmy oboje do niani i pomogliśmy jej się podnieść z podłogi. Szybko zabraliśmy ją do jej pokoju i położyliśmy na kanapie. Mamrotała coś do swojej wychowanicy w języku mi nieznanym, prawdopodobnie po grecku. Księżniczka poprosiła mnie o to, abym szybko podał niani kieliszek wina na wzmocnienie. Zrobiłem to, po czym ostrożnie obejrzałem głowę kobiety. Na cała szczęście ta niebezpieczna dla niej przygoda skończyła się tylko na guzie. Lekarz nie był więc tu potrzebny. Dzięki Bogu, gdyż mogliśmy być dzięki temu z piękną księżniczką sam na sam. A tego najbardziej w tej chwili potrzebowałem. Jej bliskości. Jej cudownego spojrzenia, uśmiechu, głosiku...
Nieznajoma podziękowała mi za pomóc, po czym porozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, a następnie oznajmiła mi, że chce spać. Dlatego też pożegnaliśmy się i udałem się do swojego pokoju, choć przedtem odebrałem od niej zaproszenie na rozmowę następnego dnia. Czyli dziś. Nie mogę się już tego spotkania doczekać. Mam nadzieję, że to będzie niesamowicie przyjemne spotkanie.
***
Jestem tuż po rozmowie z Martą. Dlatego też chcę ją jak najszybciej spisać, dopóki pozostaje ona świeża w mojej głowie. Mam nadzieję, że nie zapomnę żadnego, ważnego szczegółu.
Marta zaprosiła mnie przez jedną ze służek do swojego pokoju na poufną rozmowę. Przyznam się, że było to dla mnie zaskakujące. Młode panienki zwykle się tak nie zachowywały. Mimo wszystko jednak w tym oto zaproszeniu było coś niezwykłego. Coś, czemu jakoś nie potrafiłem się oprzeć. Dlatego skorzystałem z zaproszenia i poszedłem do jej pokoju. Czekała już na mnie. Wstała z fotela, który zajmowała, po czym podała mi swoją dłoń do ucałowania, a ja tę oto prześliczną rączkę ucałowałem.
- Witam mojego wczorajszego obrońcę.
Zaśmiałem się do niej delikatnie i zarumieniłem.
- Właściwie, to ja nie chcę wynosić pod niebiosa swoich zasług. To, co ja wczoraj zrobiłem, zrobiłby każdy na moim miejscu.
- Ale na pana miejscu był tylko pan, nikt inny. Więc zasługuje pan na wszelkie względy, proszę pana. Chciałabym z panem pomówić.
Spojrzała na służki, które natychmiast wyszły z pokoju. Zostaliśmy więc sami we dwoje. Nieznajoma poprosiła mnie, abym usiadł, wskazując mi swoją słodką rączką jeden z dwóch foteli stojących na środku pokoju. Posłuchałem jej prośby i usiadłem w nim. Naprzeciwko mnie usiadła zaś sama księżniczka i wpatrywała się we mnie swoimi błękitnymi oczyma, w których tonąłem niczym w falach oceanu. Jednocześnie śledziłem każdy ruch jej głowy, a co za tym idzie, falowanie jej jakże pięknych blond włosów.
W tej samej chwili, gdy się tak na nią patrzyłem, poczułem się niesamowitym głupcem. Rozmyślałem o jej przepięknych włosach oraz równie pięknych oczach, a jednocześnie nawet nie zapytałem o jej imię. O tak, to było naprawdę naiwne z mojej strony. Należało jak najszybciej to naprawić.
Nasze spojrzenia po raz kolejny się spotkały. Wiedziałem doskonale, że to jest najlepsza chwila na zadanie tego jakże ważnego pytania w życiu chyba każdego mężczyzny, kiedy spotyka on na swojej drodze wspaniałą kobietę. A ponieważ ta chwila nadeszła, nie mogłem jej zmarnować.
- Przepraszam. Wiem, że to głupie, ale jeszcze nie znam pani imienia.
Zachichotała wesoło słysząc moje słowa.
O Boże, jaki ona ma cudny śmiech. Tak oszałamiający w swojej urzekającej prostocie, słodkości i delikatności. Czułem, jak się niemalże rozpływam pod jego wpływem. Zaśmiałem się delikatnie.
Moja nieznajoma uśmiechnęła się i odpowiedziała na moje pytanie:
- Jestem Marta de Gojeuxla. Księżniczka. A pan?
- Jean Chroniqueur, dziennikarz. Oczywiście „Chroniqueur” to jest tylko mój pseudonim artystyczny. Naprawdę nazywam się Jean du La Puff.
- Szlachcic?
- W rzeczy samej.
- Szlachcic zajmuje się dziennikarstwem? Dość niezwykłe.
- W dzisiejszych czasach szlachcic para się również polityką, co jest moim zdaniem bardziej hańbiące aniżeli dziennikarstwo. Ale co poradzić? Pieniądze nam same nie spadną z nieba niczym manna.
Księżniczka Marta zaśmiała się lekko pod wpływem moich słów, po czym zapytała:
- Czy podoba się panu pana praca, panie Chroniqueur?
Uśmiechnąłem się delikatnie do niej.
- Owszem, nie inaczej. Jestem nią bardzo usatysfakcjonowany.
- A czy pańscy pracodawcy są z pana usatysfakcjonowani?
- Mniemam, że tak. Aczkolwiek mogę się w tej kwestii mylić.
Marta uśmiechnęła się do mnie ponownie.
- Jest pan, jak widzę, człowiekiem skromnym?
- Staram się takim być, szanowna pani - odpowiedziałem jej, również mając uśmiech na twarzy - Ale obawiam się, że nie zawsze mi to wychodzi.
Po raz kolejny obdarzyła mnie tym swoim jakże oszałamiającym uśmiechem. Myślałem, że pod jego wpływem roztopię się niczym lody czekoladowe na słońcu. Jednak tak się nie stało. Na szczęście.
- A więc? - zapytała po chwili.
- Nie rozumiem - odpowiedziałem zdumiony.
Nie wiedziałem bowiem, co ona ma na myśli.
- Uratował mi pan życie. Nie musiał pan, ale pan to zrobił. Wydaje mi się więc, że powinniśmy teraz zawrzeć znajomość i wspólnie spędzać czas, jak to się zwykle dzieje w książkach, które czytam.
- Rozumiem - zaśmiałem się delikatnie - Też na to liczę, ale obawiam się, że...
- Że co?
- Że za mało się znamy, aby rozpocząć taki etap życia...
Zaśmiała się wesoło.
- Pan mnie rozśmiesza, mój drogi panie Chroniqueur. Przecież właśnie po to ludzie zaczynają spędzać ze sobą czas. Żeby się poznać, nieprawdaż?
Nie można było temu twierdzeniu odmówić sensu. Zgodziłem się więc z nią.
- No właśnie. Sam pan zatem widzi, że najlepsza metoda działania, jaką teraz my możemy wybrać, to zaznajomienie się ze sobą.
- Cóż... Ja na to, jak na lato.
Marta ponownie się do mnie uśmiechnęła, po czym kontynuowała ona swoją myśl.
- Tym lepiej. A proszę mi powiedzieć... Z pańskiego nazwiska wnoszę, że jest pan Francuzem... Tak jak i ja... Choć prawdę mówiąc ja jestem Francuzką tylko w połowie, gdyż w drugiej połowie jestem Greczynką, jak pan sam zapewne zdążył to zauważyć.
Trudno było tego nie zauważyć. Jej ubiór, służba, zachowanie, jak i karnacja wskazywały, że moja nowa znajoma to Greczynka czystej krwi. Wszakże okazało się, iż jest nią tylko w połowie, gdyż w drugiej jest moją rodaczką. To dodawało smaczku całej tej sprawie. Aż uśmiechnąłem się lekko do własnych myśli. A zatem byliśmy rodakami. W pewnym sensie. No cóż... Góra z górą ponoć się nie zejdzie, a Francuz z Francuzem zawsze.
- Czy wolno wiedzieć, co panią sprowadziło do Rzymu? - zapytałem - Czy może jest to jakaś szczególnie ważna tajemnica, której pod karą śmierci nie może mi pani zdradzić?
Zaśmiała się po raz kolejny i wtedy pomyślałem przez chwilę, że być może robi to specjalnie, by mnie skusić lub zahipnotyzować. Jeśli tak, to jej się to udało, gdyż już w tej chwili byłem pod wielkim wpływem jej uroku. Dalsza hipnoza była zatem zbędna i gdyby chciała mnie do czegoś zmusić, zgodziłbym się na to bez najmniejszego wahania. Czułem w tamtej chwili, że jestem dla niej gotowy zrobić wszystko. Nawet dać się poćwiartować na drobne kawałki. A wszystko po to, żeby znów ujrzeć jej słodki uśmiech.
- Ależ to nie jest żadna tajemnica, drogi panie Chroniqueur - odpowiedziała radośnie - Jestem tu na wakacjach. Rodzice pozwolili mi wreszcie wyruszyć bez nich w tę podróż. Dotąd ciągle musiałam wszędzie podróżować z nimi. Nie umie pan sobie nawet wyobrazić, jakie to było denerwujące.
Tym razem to ja się zaśmiałem.
- Wydaje mi się, że jednak mogę to sobie wyobrazić.
- Doprawdy? Och, to wprost niesamowite! - odpowiedziała z nieskrywanym entuzjazmem - A zatem rozumie pan mnie i moje uczucia w tym względzie?
- Owszem, rozumiem. Ciągłe kontrolowanie każdego naszego ruchu...
- Ciągłe mówienie, co ma się robić i jak...
- Wieczne narzekanie, że źle się zachowuję...
- Wieczne zwracanie mi na wszystko uwagi...
- Taka sytuacja jest bardzo...
- Uciążliwa, nieprawdaż?
- Właśnie tak. Nie inaczej.
Marta obdarzyła mnie kolejnym uśmiechem. A ja, gdybym nie siedział teraz w fotelu, to chyba bym zemdlał pod jego wpływem.
- A co pana sprowadza do Rzymu? Może mi pan to powiedzieć, czy to jest to może jakaś niezwykle ważna tajemnica?
Teraz to ja się zaśmiałem.
- Nie jest to wcale żadna tajemnica i mogę powiedzieć to pani bez żadnego problemu. Jestem tu w bardzo ważnej dla mnie misji. Dziennikarskiej misji.
- O! To interesujące. Wolno wiedzieć, jaka to misja?
- Zbieram informacje na temat pewnego człowieka znanego w całym świecie jako hrabia Monte Christo.
Ledwie to powiedziałem, a panna Marta spojrzała na mnie z nieukrywanym zainteresowaniem. Przez chwilę nawet odniosłem wrażenie, że to nazwisko jej coś mówi. To wrażenie szybko jednak zanikło.
- A czemuż to pańska redakcja zajmuje się panem de Monte Christo?
Uznałem, że to żadna tajemnica, dlatego opowiedziałem jej motywacje moje i mojej gazety. Słuchała moich słów bardzo uważnie i z wielkim zainteresowaniem. Jak widać opowieść moja była niesamowicie wciągająca. Albo po prostu miałem dar opowiadania. A być może nawet jedno i drugie. Osobiście mam nadzieję, że ta trzecia możliwość jest prawdziwa.
- I liczy pan, że w tym miejscu znajdzie pan jakieś informacje o tym panu?
- Owszem. Są tutaj na pewno ludzie, którzy znali hrabiego osobiście. Mogą mi więc o nim dużo powiedzieć. O ile oczywiście ich znajdę, na co na razie się niestety nie zanosi.
- A czy wie pan chociaż, kogo należy mu szukać?
- Owszem. Szukam pana Morrela z małżonką.
Dziewczyna uśmiechnęła się do mnie radośnie.
- A zatem pan ich szuka? To cudownie. Zatem będziemy szukać ich razem.
Zdziwiły mnie nieco jej słowa.
- Razem?
Marta zachichotała delikatnie.
- Chyba nie odmówi mi pan tej drobnej przyjemności pomagania sobie w tej jakże ciekawej misji?
Widać było, że aż się paliła do pomagania mi w tej sprawie. Musiałem jednak postawić sprawę jasno.
- Nie mam nic przeciwko temu, żeby pani towarzyszyła mi w tej misji lecz obawiam się, że ta misja może zająć trochę czasu.
- Spodziewam się tego i jestem temu rada.
- Może być nawet nieco ryzykowna.
- Tym lepiej. Bez dreszczyku emocji to żadna przygoda.
Zaśmiałem się do niej delikatnie, gdy to powiedziała. Widać, że nic nie było jej w stanie zniechęcić. Zyskała tym w moich oczach. Cieszyłem się bardzo na o tym, że będziemy mogli spędzić razem czas szukając wszelkich informacji na temat hrabiego Monte Christo.
- Więc na pewno chce pani mi towarzyszyć w moich poszukiwaniach?
- Jak najbardziej.
Uśmiechnęliśmy się oboje do siebie.
- A zatem witam na pokładzie, droga panno Marto. A raczej, Wasza Wysokość.
- Och, proszę. Tylko bez takich jakże głupich tytułów. Nie warto się nimi tutaj przejmować. Poza tym... Mówmy sobie po imieniu.
Jej bezpośredniość była nieco krępująca, jednak, muszę przyznać, że również i podniecająca. Nieco mnie ona zdziwiła, niezbyt bowiem pasowała do panienki z dobrego domu, a już zwłaszcza księżniczki. Jednak im bardziej była ludzka tym milsza. Dlatego też kiedy wyciągnęła rękę w moją stronę z radością podałem jej swoją, choć z lekkim zdziwieniem. Było to jednak jak najbardziej miłe zdziwienie.
- Marta.
- Jean.
- A zatem będziemy już na stałe na „ty”?
- Jeśli tylko pani... pardon... Jeśli tylko chcesz.
- Ja bardzo tego chcę.
- W takim razie ja również.

A zatem Jean znalazł sobie towarzyszkę do swych dalszych poszukiwań informacji o hrabim, tylko coś mi się zdaje, że jego misja zejdzie teraz na dalszy plan, skoro tak bardzo zadurzył się w Marcie. Jednak jego przypuszczenia co do tego, że jest księżniczką okazały się słuszne, tyle że ona wcale nie zasługuje się jak typowa księżniczka, gdyż nie jest wyniosła, tylko bezpośrednia i widać, że wcale nie czuje się lepsza od innych ze względu na swe arystokratyczne pochodzenie, gdyż woli, żeby zwracano się do niej po imieniu.
OdpowiedzUsuńBardzo interesująca się rozwija ta nowa znajomość.
OdpowiedzUsuńNie ufam tej dziewczynie, to całe ich spotkanie wygląda na wyreżyserowane.
Może mnie ona czymś pozytywny zaskoczy?