13 lipca 1855 r. c.d.
Jeszcze tego samego dnia ja oraz panna Marta spotkaliśmy się w hotelowej restauracji, gdzie zjedliśmy wspólnie obiad. Nie skłamię, jeżeli powiem, że to był najcudowniejszy posiłek, jaki kiedykolwiek jadłem w całym swoim życiu. A był on tak cudowny nie dlatego, że potrawy były smakowite, lecz dlatego, że miałem tak doskonałe towarzystwo. Marta okazała się być osobą niezwykle miłą i nad wyraz sympatyczną. Nie tylko łamała nudne dla nas obojga konwenanse, zabraniające wszak młodym panienkom rozmawiania sam na sam z mężczyznami, zapraszania ich gdziekolwiek itd, ale też potrafiła doskonale prowadzić ze mną konwersację. Podczas obiadu opowiadała mi ona bardzo wesołe historie, co jakiś czas się przy tym śmiejąc i ukazując przy tym te swoje słodziutkie, białe perełki. W dodatku sam jej głos był dla mnie niczym smak lepkiego miodu rozpływającego się słodko po moim sercu. Zdawało mi się chwilami, że wszystkie głosy wokół nas zniknęły, ponieważ momentami słyszałem tylko dźwięk jej głosu i słowa, które wypowiada. Byłem totalnie zauroczony.
Wpatrywałem się w moją towarzyszkę i słuchałem uważnie tego, co do mnie mówiła. Sam także odrobinkę mówiłem, jednak zdecydowanie bardziej wolałem słuchać tego, co ona mówi do mnie, niż samemu się wypowiadać. Ostatecznie ten piękny dźwięk jej głosu był niemalże jak jakieś boskie trąby i doprowadzał mnie do prawdziwego szaleństwa. W każdej chwili, gdy jej słuchałem, czułem się wręcz najszczęśliwszym człowiekiem na świecie i nie zamieniłbym się z nikim innym na całym świecie. Wiedziałem to i napawało mnie to prawdziwą dumą.
Nie muszę tu chyba wyjaśniać, że zakochałem się w tej przepięknej pannie Marcie. Takie tłumaczenie byłoby z całą pewnością bezcelowe i nie miałoby sensu, bowiem ty, który właśnie czytasz moje słowa, na pewno doskonale sam zdajesz sobie sprawę z moich uczuć i jakie im przyświecały idee. W głowie planowałem już wspólną przyszłość z tą jakże cudowną kobietą. Nie obchodziło mnie to, że nie pasowałem do niej pod względem urodzenia czy majątku, jak również w żadnym razie nie przejmowałem się w ogóle tym, że praktycznie nic o mej wybrance nie wiem. To wszystko zdawało mi się być zupełnie nic nieznaczącymi przeszkodami, które prawdziwa miłość zdolna jest pokonać bez trudu. Wszelki rozsądek wówczas wywietrzał mi z głowy. Zamiast tego serce przejęło nade mną kontrolę i gdyby tak moja wybranka musiałaby nagle wyjechać, to chyba bym postradał zmysły z rozpaczy. Tak mocno ją pokochałem. Była to bowiem miłość, którą to przeżywają jedynie bohaterowie romansów, ci sami, których losy dotychczas nieraz bezlitośnie wyszydzałem za ich naiwność oraz bezdenną głupotę w miłości, a których teraz rozumiałem lepiej aniżeli ktokolwiek inny. Albowiem tylko ten, który się zakocha, może zrozumieć w pełni ogrom tego wspaniałego uczucia, jakim jest miłość i nawet jeśli wydaje się być pozbawiona sensu, to jednak musi ona trwać w sercu zakochanego, ponieważ na tym właśnie polega jej moc, że trwa i trwa bez względu na wszystko.
Pogrążony we własnych myślach oraz wielkim zachwycie nad głosem mojej towarzyszki nie zauważyłem nawet, że przestaję odpowiadać na jej pytania. Marta dostrzegła to jednak i spojrzała na mnie uważnie, delikatnie dotykając swoją cudną dłonią mojego czoła.
- Czy wszystko w porządku, Jean? - zapytała mnie z prawdziwą troską.
Zorientowałem się wówczas, że zamyśliłem się przez chwilę na tyle mocno, iż straciłem poczucie rzeczywistości i jako taki musiałem wydawać się bardzo przerażający mojej przesłodkiej towarzyszce. Bardzo szybko zatem ją uspokoiłem, wyjaśniając, że nic się nie stało i przyczyną mojego zachowania jest po prostu zwyczajne zamyślenie. Ona jednak nie zadowoliła się wcale taką odpowiedzią i bardzo chciała wiedzieć, co też wywołało we mnie ten jakże zdumiewający brak kontaktu z rzeczywistością. Zarumieniłem się wówczas i zarazem przestraszyłem. W końcu nie mogłem jej powiedzieć, że nie znając jej wcale, zakochałem się w niej. Toż to by dopiero był powód do żartów. Marta, z całą pewnością osoba bardzo racjonalna, wyśmiałaby takie uczucie, natomiast ja sam poczułbym, iż serce mi się rozlatuje na milion kawałków, czego to nie zniósłbym za nic w świecie. Dlatego wolałem jej powiedzieć coś, co być może nie było prawdą, ale zabrzmi w miarę racjonalnie.
- Widzisz... Zastanawiałem się nad tym, gdzie możemy znaleźć następnych informatorów. Znaczy się państwa Morrelów.
Marta zaśmiała się wówczas swoim dźwięcznym śmiechem i pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Bądź spokojny, mój drogi. Na pewno ich tu odnajdziemy. Wystarczy tylko odpowiednio rozpocząć poszukiwania.
- Tylko, że ja ich szukałem chyba we wszystkich hotelach w Rzymie i nigdzie ich nie ma.
- Może źle szukałeś?
- Może. Ale trudno jest szukać samemu i to bez żadnych poszlak.
- Owszem, dlatego chciałam zauważyć, że we dwoje szuka się raźniej.
- Masz rację. Dwoje łatwiej znajdzie to, czego szuka aniżeli jeden.
- No właśnie. A ja i tak nie mam tu żadnych planów do zrealizowania. Mogę zatem śmiało pomóc ci zrealizować twoje. Poszukajmy Morrelów we dwoje.
- Racja, Marto. Spróbujmy. Może nam się uda.
I spróbowaliśmy.
***
Po obiedzie udaliśmy się więc z Martą do powozu, po czym wyruszyliśmy szukać Morrelów. Odwiedziliśmy razem hotele, które przedtem sam przeszukałem. Miałem nadzieję, że być może już samo towarzystwo Marty pomoże mi odnieść sukces. Niestety, nasze poszukiwania nie przyniosły żadnych rezultatów i wciąż znajdowaliśmy się w punkcie wyjścia.
Zawiedziony usiadłem w powozie obok Marty.
- Och, Boże drogi! - zawołałem zrozpaczony - Tyle poszukiwań i ciągle nic. Zwiedziliśmy chyba wszystkie hotele w tym całym zakichanym Rzymie, no i co?! I nic! Wszystko tylko po to, aby się dowiedzieć, że ci szanowni państwo owszem i byli w Wiecznym Mieście, jednak niedawno z niego wynieśli i to nie wiadomo gdzie. Czas zmarnowany. A moje poszukiwania...
- Ekhem - Marta nieznacznie chrząknęła.
Uśmiechnąłem się do niej lekko zawstydzony.
- Pardon... „Nasze” poszukiwania spełzły na niczym. I niby jak ja mam teraz znaleźć więcej informacji na temat tego całego hrabiego Monte Christo? Śledztwo utkwiło w martwym punkcie. Nie wiemy nawet, w którą stronę mamy ruszyć. Ech, spójrzmy prawdzie w oczy. Dałem plamę. Jestem żałosnym dziennikarzem, taka jest prawda.
Ledwo wypowiedziałem nazwisko pana de Monte Christo, a zauważyłem, że nasz woźnica popatrzył na mnie i na Martę w dość dziwaczny sposób. Przyznam się jednak, że nie wzbudziło to we mnie najmniejszych podejrzeń. Nawet wtedy, kiedy kiwnął on głową w taki sposób, jakby dawał komuś znak. Zbytnio byłem pogrążony we własnej rozpaczy, abym miał się nad tym wszystkim zastanawiać.
Marta położyła mi dłoń na ramieniu i machnęła ręką na woźnicę.
- Ruszaj!
Woźnica strzelił nad głowami koni biczem i powóz ruszył z miejsca.
W oczach aż kręciły mi się łzy wywołane rozpaczą oraz bezsilnością. Czułem się całkowicie zdruzgotany. Nie wiedziałem, co mam robić ani też czym się teraz zająć. Byłem skończony. Nikt już mi nie wskaże drogi. Nikt mi już nie powie niczego więcej o hrabim Monte Christo. Moja podróż dobiegła końca. Załamany schowałem twarz w dłoniach. Nie płakałem, broń Boże. Jedynie nie chciałem patrzeć na świat, który to zawalił mi się pod nogami. Nigdy jeszcze nie poniosłem jako dziennikarz żadnej porażki, aż do teraz. To była moja pierwsza porażka. Kiedyś musiałem ją ponieść, jednak dlaczego właśnie w tej sprawie i to właśnie wtedy, kiedy zaczęła mnie ona zachwycać? To było jawną niesprawiedliwością ze strony losu.
Marta z czułością ujęła moją lewą dłoń i uśmiechnęła się pocieszająco.
- Nie możesz się tak załamywać, Jean. Moim zdaniem jesteś bardzo dobrym dziennikarzem i świetnym tropicielem.
- Och, chyba tylko ty w to wierzysz - powiedziałem sceptycznie ledwo na nią spoglądając.
Jej to jednak bynajmniej do mnie nie zraziło, ponieważ kontynuowała ona podnoszenie mnie na duchu.
- Na pewno nie tylko ja. Jestem pewna, że twój ojciec chrzestny nie posłałby cię na tę misję, gdyby nie pokładał w tobie wielkich nadziei. I nie dałby ci wolnej ręki, jeśliby uważał, że nie jesteś pomysłowym człowiekiem i dasz sobie radę. On w ciebie wierzy i ja w ciebie wierzę. Dlaczego więc ty nie wierzysz w siebie?
Zastanowiłem się nad tym, co ona mi powiedziała. W tym wszystkim było ziarno prawdy i to całkiem duże ziarno. Mogłem osiągnąć wszystko, jeżeli tylko chciałem. Wystarczyło tylko w siebie uwierzyć, ale pomimo tych pięknych słów i tak czułem się wtedy zmęczony i pokonany. Miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Czułem na sobie palący wzrok ludzi, których mijaliśmy na ulicy. Wydawało mi się wtedy, że wszyscy na mnie patrzą i uważnie obserwują. Ale może to było tylko złudzenie wywołane nerwami?
Nagle podniosłem powoli wzrok w górę i rozejrzałem się lekko. Zauważyłem wówczas, że nie jechaliśmy już w stronę naszego hotelu. Powóz, w którym oboje siedzieliśmy, kierował się najwyraźniej poza miasto.
- Moment! Dokąd my właściwie jedziemy?! - zawołałem.
Marta rozejrzała się dookoła i również to dostrzegła.
- Właśnie! Panie drogi! Gdzie pan jedziesz?! Co pan wyprawia?!
Podskoczyła dziko do woźnicy i złapała go za kubrak.
- Nie chcemy wyjeżdżać za miasto! Słyszysz, człowieku?! Chcemy jechać do miasta, do naszego hotelu!
On jednak zignorował jej słowa i najspokojniej w świecie dalej jechał w sobie tylko znanym kierunku.
- Hej! Głuchy jesteś, człowieku, czy co?! - zawołałem czując, że ja tu również muszę zainterweniować.
Wówczas to woźnica odwrócił się i spojrzał na nas groźnie. Naszym oczom zaś ukazał się przerażający widok. Ten człowiek miał w ręku pistolet i mierzył z niego do nas. Marta przerażona usiadła obok mnie i złapała mnie mocno za rękę.
- Na państwa miejscu siedziałbym teraz spokojnie - powiedział nam woźnica, z szyderczym uśmieszkiem, po czym wrócił do powożenia.
Oczywiście pierwsze, co nam obojgu przyszło do głowy, to wyskoczyć z powozu i rzucić się do desperackiej ucieczki. Bardzo szybko jednak musieliśmy zrezygnować z tej możliwości, bowiem do powozu natychmiast wskoczyło dwóch oberwańców w podartych i znoszonych strojach. Mieli oni twarze z gatunku tych, że gdyby tak dawano wyrok za bycie paskudnym, oni by dostali dożywocie. Obaj mieli w rękach pistolety i mierzyli z nich w naszą stronę, dlatego też wszelkie możliwości ucieczki zostały definitywnie usunięte. Mogliśmy o niej zapomnieć.
- Mam tylko nadzieję, że państwu nie przeszkadza obecność moich kolegów - zakpił sobie złośliwym tonem woźnica.
- Nie, skądże... - zawarczałem niczym rozjuszony lew.
- Całkiem to miła kompania - dodała Marta wściekłym tonem.
Dwaj bandyci z pistoletami w dłoniach, zaśmiali się szyderczo i popatrzyli znacząco na woźnicę, który również wyszczerzył do nich zęby, po czym odwrócił się i strzelił w powietrze batem, by popędzić konie.
Jechaliśmy dalej powoli i spokojnie, aż dojechaliśmy w miejsce, które znane było wszystkim pod nazwą Katakumb Świętego Sebastiana. Kiedy już do nich dojechaliśmy, woźnica oraz bandyci zeskoczyli z powozu i dali nam znak bronią, abyśmy opuścili pojazd. Pierwszy zeskoczyłem ja, po czym podałem dłoń Marcie i pomogłem jej zejść. Bandyci wpatrywali w się nas uważnie, jakby chcieli mieć pewność, że im nie uciekniemy.
- Ruszajcie się! Ruchy, ruchy! Przodem iść! - wołali napastnicy, dając nam znać pistoletami, że nie żartują.
Posłuchaliśmy ich i weszliśmy do środka katakumb. Oni szli za nami pilnując nas, abyśmy nawet kroku w bok nie zrobili wbrew ich woli.
Marta wysunęła lekko szyję i szepnęła mi na ucho:
- Znam to miejsce. To Katakumby Świętego Sebastiana.
Uśmiechnąłem się do niej lekko.
- Wiem. Ja również je poznałem.
- Podobno to jedna z kryjówek słynnego włoskiego bandyty Luigiego Vampy.
- Vampy? To bardzo interesujące. Czyżby ci tutaj, to byli jego ludzie?
- Nie wiem. Ale na policjantów to zdecydowanie mi oni nie wyglądają.
Aż parsknąłem śmiechem na tę uwagę. Bo trudno było się nie zaśmiać ze słów, które Marta wypowiedziała. Naprawdę coraz bardziej podziwiałem tę cudną istotę. Tutaj właśnie się rozgrywała niebezpieczna dla nas obojga sytuacja, która nie wiadomo jak mogła się skończyć, a ona najspokojniej w świecie ironizowała sobie, jakbyśmy byli na pikniku. Dziewczyna ta budziła we mnie, w tamtej chwili, już nie tylko miłość, ale też i podziw połączony z niezwykłym szacunkiem. Takiej dumy, potęgi, zaradności, a także wyższości nad wszystkie niebezpieczeństwa świata jeszcze nigdy nie widziałem. Marta była ponad to wszystko, co nas otaczało i dlatego właśnie moja miłość do niej była także ogromna.
Jedno mnie tylko zastanawiało. Wszak z opowieści tego parszywego łotra Benedetta jasno wynikało, że Luigi Vampa został przez niego wydany żandarmom i aresztowany. Mogłem się więc chyba słusznie domyślać tego, iż ten oto słynny bandyta za swoje liczne przewinienia dość szybko stanął przed sądem i dał głowę pod ostrze gilotyny. Jeżeli zaś tak było, to by oznaczało, że w Katakumbach Św. Sebastiana zaczęła grasować inna banda rozbójników, co jednak nie pisało nam zbyt wesołej wizji przyszłości, gdyż Vampa był może i groźny, ale też miał swój kodeks honorowy. Inni wcale tacy nie muszą być. Krótko mówiąc, wpadliśmy wówczas z Martą w niezłe tarapaty i jeden tylko Bóg wiedział, jak to się wszystko mogło dla nas skończyć.
Szliśmy dobre kilka minut w stronę nam nieznaną, którą moglibyśmy określić jako jedną wielką niewiadomą. Wreszcie dotarliśmy do jakiegoś bardzo ciemnego pomieszczenia oświetlanego przez blask ogniska, wokół którego siedziała cała banda rozbójników włoskich uzbrojonych po zęby. Wszyscy z nich zajmowali się swoimi sprawami, a głównie rozmową oraz posiłkiem. Jedynie jeden z nich stał sobie oparty o ścianę i przy blasku ogniska czytał z zacięciem jakąś książkę. Kiedy weszliśmy do środka, człowiek ten odłożył powoli dzieło, które tak go zajmowało i uśmiechnął się radośnie.
- Mamy ich, senor Vampa! Mamy ich! - zawołał bardzo wesoło nasz woźnica, popychając mnie lufą pistoletu do przodu.
Vampa, bo najwyraźniej to on był tym człowiekiem z książką, podszedł do mnie i wyciągnął rękę.
- Miło mi poznać, panie Chroniqueur! I panią również, panno Marto.
Nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć, ale uścisnąłem mu dłoń. Vampa potrząsnął lekko moją dłonią, po czym wziął dłoń Marty i ucałował ją delikatnie.
W mojej głowie myśli krążyły wówczas niczym stado kruków nad padliną. Vampa! Luigi Vampa, najgroźniejszy bandyta swoich czasów stał właśnie przede mną cały i zdrowy, choć jak zapewniał mnie Benedetto, to pochwycili go włoscy karabinierzy. Nie mogło mi się to wszystko w głowie pomieścić. Czyżby ten oto nędznik w ostatniej godzinie swojego życia kłamał jak z nut? Właściwie, to było to bardzo prawdopodobne, jednak po co miałby to robić? Nie miał w tym wszystkim żadnego celu. Logicznie rzecz ujmując jego kłamstwo było tu raczej wykluczone. O wiele bardziej prawdopodobne wydawało się zatem to, że po prostu Benedetto powiedział mi prawdę, zaś Luigi Vampa rzeczywiście został pochwycony przez policję, jednak i tak jakimś cudownym sposobem (który prawdopodobnie nazywał się hrabia de Monte Christo) zdołał uciec, a potem rozpocząć od nowa swoją działalność. Tak, to mi się wydawało najbardziej rozsądnym wyjaśnieniem tej całej sytuacji. O ile oczywiście nie miałem do czynienia z innym człowiekiem o tym samym nazwisku.
Vampa tymczasem uśmiechnął się do nas i powiedział:
- Bardzo serdecznie państwa przepraszam za to niezbyt miłe powitanie i dość niegrzeczny sposób sprowadzenia was tutaj, ale obawiam się, że inaczej państwo nie chcieliby tu przybyć i ze mną rozmawiać.
Mówił to wszystko w taki dziwny sposób, jakby częstował dzieci cukierkami, a nie właśnie porwał bezczelnie dwoje ludzi prosto z ulicy i to jeszcze w biały dzień. Musiałem jednak uczciwie przyznać, że ten człowiek miał tupet, co również budziło mój swego rodzaju podziw.
Ja i Marta odpowiedzieliśmy, że nie mamy najmniejszych pretensji z tego powodu, co się stało, bo ostatecznie nic nam się przecież nie stało, a i spotkanie z takim słynnym człowiekiem jak Luigi Vampa jest dla nas obojga prawdziwym zaszczytem. Vampie widocznie bardzo spodobały się te słowa, bowiem ukłonił się nam delikatnie i chowając ręce za siebie powiedział:
- Zapewne bardzo państwa interesuje, dlaczego was kazałem tutaj do siebie sprowadzić.
- Owszem, bardzo nas to interesuje - odpowiedziała Marta - Może pan nam to wyjaśnić?
- Otóż, drogi pan Pastrini, właściciel hotelu, w którym to zatrzymaliście się państwo, jest moim serdecznym przyjacielem. Dowiedziałem się od niego wielu ciekawych rzeczy na państwa temat.
- Mianowicie? - zapytałem.
- Przede wszystkim tego, że obecnie zbieracie państwo informacje na temat hrabiego Monte Christo.
Nie byłem pewien, skąd dokładnie pan Pastrini wie o tym wszystkim, skoro ja mu się przecież nie zwierzałem ze swej misji. Najwidoczniej jednak właściciel naszego hotelu miał doskonałe źródło informacji. Mogłem tylko snuć domysły na temat, kto był owym źródłem.
Marta jako osoba, jak to już wcześniej zaznaczyłem, była osobą odważną i dzielną, dlatego pierwsza odpowiedziała Vampie co i jak:
- A i owszem. Rozmawiałam właśnie o tym z panem Chroniqueurem, gdy jechaliśmy powozem przez miasto i gdy byliście panowie łaskawi nas uprowadzić.
- Ano właśnie. Peppino... - tu wskazał na naszego woźnicę - doniósł mi o tym przez swoich kolegów. Ja zaś, od pana Pastriniego znałem już nieco szczegółów na temat pana misji dziennikarskiej, panie Chroniqueur, ale nie miałem wcześniej okazji pana do siebie zaprosić. Dopiero wtedy, kiedy mój wierny, drogi Peppino powiadomił mnie przez swoich druhów, że państwo wsiedli do jego dorożki i jadą przez miasto, postanowiłem skorzystać z nadarzającej się właśnie okazji i w trybie błyskawicznym nakazałem was do siebie sprowadzić.
Teraz wszystko stało się dla mnie jasne. Naszym woźnicą był Peppino zwany Rocca Priori, ten pasterz współpracujący z bandą Luigiego Vampy, którego hrabia Monte Christo ocalił niegdyś od śmierci za cenę szmaragdu ofiarowanego samemu Ojcu Świętemu, a także ten sam Peppino, który to tak skutecznie udawał wierność wobec tego nędznika Benedetta, aby podstępem zdobyć jego zaufanie i uchronić hrabiego Monte Christo od upadku. Ten sam Peppino, który to prawdopodobnie udając dorożkarza, kontaktował się z panem Pastrini i przekazywał wiadomość od niego Vampie. Tak... Teraz wszystko zaczęło nabierać sensu.
Spojrzałem uważnie na Luigiego Vampę. Wciąż bowiem nie wyjaśnił on nam, w jakim celu nas tu sprowadził. Postanowiłem to więc ostatecznie wyjaśnić, ale zanim zdążyłem zadać jakiekolwiek pytanie, moja luba mnie w tym uprzedziła.
- I właściwie, po co nas pan tutaj „zaprosił”? - zapytała Marta, akcentując przy tym uważnie ostatnie słowo.
- Zapewne po to, żeby skutecznie przeszkodzić nam w zbieraniu informacji o hrabim Monte Christo - rzuciłem z lekką irytacją.
Vampa wybuchnął wówczas gromkim śmiechem.
- Ależ wręcz przeciwnie, moi państwo. Wręcz przeciwnie. Ja przecież wcale nie mam zamiaru państwu w tym przeszkadzać. Raczej pomóc.
Słowa Vampy bardzo mnie zdumiały, a jednocześnie również i ucieszyły. Spodziewałem się czegoś wręcz przeciwnego od tego człowieka, który to wciąż pozostawał wiernym sługą hrabiego Monte Christo. Podejrzewałem, że porwał nas po to, aby nas zabić w jakimś ustronnym miejscu i w ten sposób nie dopuścić do kontynuowania naszej misji. A tu taka niespodzianka. Prędzej bym się spodziewał gromu z jasnego nieba niż czegoś takiego.
- Czy pan to mówi na poważnie? - zapytałem.
- Chyba jeszcze nigdy nie byłem bardziej poważny niż teraz, drogi panie Chroniqueur, jednak najpierw musi pan wyjaśnić, po co panu te informacje, lubię bowiem znać motywy postępowania swoich gości.
Ponieważ pozwolono nam usiąść, ja i Marta zrobiliśmy to. Wówczas pojawiła się pewna kobieta w wieku podobnym do Vampy, ale wciąż atrakcyjna. Luigi objął ją i czule, pocałował, po czym powiedział:
- Tereso, najdroższa... Przynieś, proszę, naszym gościom coś do zjedzenia i do wypicia. Państwo są spragnieni.
- Ależ oczywiście, mój kochany - odpowiedziała mu pani Teresa, po czym zniknęła na chwilę i powróciła z półmiskami, na których znajdowały się kurczaki, nieco chleba oraz parę owoców. Obok nich położyła kilka butelek wina.
Podziękowaliśmy jej za to serdecznie.
- Dziękujemy bardzo, pani Tereso - powiedziała panna Marta.
- Ależ nie ma za co. Dla gości wszystko co najlepsze - odpowiedziała Teresa.
Następnie usiadła obok Vampy, który ponownie ją pocałował i pokazał nam ręką, abyśmy się nie krępowali i jedli.
- Zapewniam państwa, że nie jest zatrute. To pożywienie najlepsze w całym Rzymie. Zresztą dla naszych gości wszystko, co najlepsze.
Zaczęliśmy jeść. Rzeczywiście, posiłek był naprawdę smakowity, a więc z radością ja i Marta skorzystaliśmy z okazji i zjedliśmy go. Następnie zaś pokrótce opowiedziałem naszemu gospodarzowi, co mnie sprowadziło do Rzymu, a Marta wyjaśniła, jakie są jej powody przybycia do Rzymu. Oboje potem wspomnieliśmy, że straciliśmy już wszelkie źródła informacji i nie wiemy, co mamy dalej robić.
Vampa słysząc nasze słowa odpowiedział nam:
- Ależ trafiliście państwo pod właściwy adres. Jak się pan już zapewne zdążył dowiedzieć, drogi panie Chroniqueur, hrabia Monte Christo w moim życiu odegrał niezwykle ważną rolę, a więc chętnie udzielę panu na jego temat informacji, ale tylko takich, które sam posiadam. Liczę na to, iż się panu one na coś przydadzą.
- Ja również na to liczę, senor Vampa.
To mówiąc wyjąłem z kieszeni dziennik, chwyciłem za ołówek i zacząłem dokładnie zapisywać to, co mój niezwykły gospodarz raczył mi opowiedzieć.
Jeszcze tego samego dnia ja oraz panna Marta spotkaliśmy się w hotelowej restauracji, gdzie zjedliśmy wspólnie obiad. Nie skłamię, jeżeli powiem, że to był najcudowniejszy posiłek, jaki kiedykolwiek jadłem w całym swoim życiu. A był on tak cudowny nie dlatego, że potrawy były smakowite, lecz dlatego, że miałem tak doskonałe towarzystwo. Marta okazała się być osobą niezwykle miłą i nad wyraz sympatyczną. Nie tylko łamała nudne dla nas obojga konwenanse, zabraniające wszak młodym panienkom rozmawiania sam na sam z mężczyznami, zapraszania ich gdziekolwiek itd, ale też potrafiła doskonale prowadzić ze mną konwersację. Podczas obiadu opowiadała mi ona bardzo wesołe historie, co jakiś czas się przy tym śmiejąc i ukazując przy tym te swoje słodziutkie, białe perełki. W dodatku sam jej głos był dla mnie niczym smak lepkiego miodu rozpływającego się słodko po moim sercu. Zdawało mi się chwilami, że wszystkie głosy wokół nas zniknęły, ponieważ momentami słyszałem tylko dźwięk jej głosu i słowa, które wypowiada. Byłem totalnie zauroczony.
Wpatrywałem się w moją towarzyszkę i słuchałem uważnie tego, co do mnie mówiła. Sam także odrobinkę mówiłem, jednak zdecydowanie bardziej wolałem słuchać tego, co ona mówi do mnie, niż samemu się wypowiadać. Ostatecznie ten piękny dźwięk jej głosu był niemalże jak jakieś boskie trąby i doprowadzał mnie do prawdziwego szaleństwa. W każdej chwili, gdy jej słuchałem, czułem się wręcz najszczęśliwszym człowiekiem na świecie i nie zamieniłbym się z nikim innym na całym świecie. Wiedziałem to i napawało mnie to prawdziwą dumą.
Nie muszę tu chyba wyjaśniać, że zakochałem się w tej przepięknej pannie Marcie. Takie tłumaczenie byłoby z całą pewnością bezcelowe i nie miałoby sensu, bowiem ty, który właśnie czytasz moje słowa, na pewno doskonale sam zdajesz sobie sprawę z moich uczuć i jakie im przyświecały idee. W głowie planowałem już wspólną przyszłość z tą jakże cudowną kobietą. Nie obchodziło mnie to, że nie pasowałem do niej pod względem urodzenia czy majątku, jak również w żadnym razie nie przejmowałem się w ogóle tym, że praktycznie nic o mej wybrance nie wiem. To wszystko zdawało mi się być zupełnie nic nieznaczącymi przeszkodami, które prawdziwa miłość zdolna jest pokonać bez trudu. Wszelki rozsądek wówczas wywietrzał mi z głowy. Zamiast tego serce przejęło nade mną kontrolę i gdyby tak moja wybranka musiałaby nagle wyjechać, to chyba bym postradał zmysły z rozpaczy. Tak mocno ją pokochałem. Była to bowiem miłość, którą to przeżywają jedynie bohaterowie romansów, ci sami, których losy dotychczas nieraz bezlitośnie wyszydzałem za ich naiwność oraz bezdenną głupotę w miłości, a których teraz rozumiałem lepiej aniżeli ktokolwiek inny. Albowiem tylko ten, który się zakocha, może zrozumieć w pełni ogrom tego wspaniałego uczucia, jakim jest miłość i nawet jeśli wydaje się być pozbawiona sensu, to jednak musi ona trwać w sercu zakochanego, ponieważ na tym właśnie polega jej moc, że trwa i trwa bez względu na wszystko.
Pogrążony we własnych myślach oraz wielkim zachwycie nad głosem mojej towarzyszki nie zauważyłem nawet, że przestaję odpowiadać na jej pytania. Marta dostrzegła to jednak i spojrzała na mnie uważnie, delikatnie dotykając swoją cudną dłonią mojego czoła.
- Czy wszystko w porządku, Jean? - zapytała mnie z prawdziwą troską.
Zorientowałem się wówczas, że zamyśliłem się przez chwilę na tyle mocno, iż straciłem poczucie rzeczywistości i jako taki musiałem wydawać się bardzo przerażający mojej przesłodkiej towarzyszce. Bardzo szybko zatem ją uspokoiłem, wyjaśniając, że nic się nie stało i przyczyną mojego zachowania jest po prostu zwyczajne zamyślenie. Ona jednak nie zadowoliła się wcale taką odpowiedzią i bardzo chciała wiedzieć, co też wywołało we mnie ten jakże zdumiewający brak kontaktu z rzeczywistością. Zarumieniłem się wówczas i zarazem przestraszyłem. W końcu nie mogłem jej powiedzieć, że nie znając jej wcale, zakochałem się w niej. Toż to by dopiero był powód do żartów. Marta, z całą pewnością osoba bardzo racjonalna, wyśmiałaby takie uczucie, natomiast ja sam poczułbym, iż serce mi się rozlatuje na milion kawałków, czego to nie zniósłbym za nic w świecie. Dlatego wolałem jej powiedzieć coś, co być może nie było prawdą, ale zabrzmi w miarę racjonalnie.
- Widzisz... Zastanawiałem się nad tym, gdzie możemy znaleźć następnych informatorów. Znaczy się państwa Morrelów.
Marta zaśmiała się wówczas swoim dźwięcznym śmiechem i pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Bądź spokojny, mój drogi. Na pewno ich tu odnajdziemy. Wystarczy tylko odpowiednio rozpocząć poszukiwania.
- Tylko, że ja ich szukałem chyba we wszystkich hotelach w Rzymie i nigdzie ich nie ma.
- Może źle szukałeś?
- Może. Ale trudno jest szukać samemu i to bez żadnych poszlak.
- Owszem, dlatego chciałam zauważyć, że we dwoje szuka się raźniej.
- Masz rację. Dwoje łatwiej znajdzie to, czego szuka aniżeli jeden.
- No właśnie. A ja i tak nie mam tu żadnych planów do zrealizowania. Mogę zatem śmiało pomóc ci zrealizować twoje. Poszukajmy Morrelów we dwoje.
- Racja, Marto. Spróbujmy. Może nam się uda.
I spróbowaliśmy.
***
Po obiedzie udaliśmy się więc z Martą do powozu, po czym wyruszyliśmy szukać Morrelów. Odwiedziliśmy razem hotele, które przedtem sam przeszukałem. Miałem nadzieję, że być może już samo towarzystwo Marty pomoże mi odnieść sukces. Niestety, nasze poszukiwania nie przyniosły żadnych rezultatów i wciąż znajdowaliśmy się w punkcie wyjścia.
Zawiedziony usiadłem w powozie obok Marty.
- Och, Boże drogi! - zawołałem zrozpaczony - Tyle poszukiwań i ciągle nic. Zwiedziliśmy chyba wszystkie hotele w tym całym zakichanym Rzymie, no i co?! I nic! Wszystko tylko po to, aby się dowiedzieć, że ci szanowni państwo owszem i byli w Wiecznym Mieście, jednak niedawno z niego wynieśli i to nie wiadomo gdzie. Czas zmarnowany. A moje poszukiwania...
- Ekhem - Marta nieznacznie chrząknęła.
Uśmiechnąłem się do niej lekko zawstydzony.
- Pardon... „Nasze” poszukiwania spełzły na niczym. I niby jak ja mam teraz znaleźć więcej informacji na temat tego całego hrabiego Monte Christo? Śledztwo utkwiło w martwym punkcie. Nie wiemy nawet, w którą stronę mamy ruszyć. Ech, spójrzmy prawdzie w oczy. Dałem plamę. Jestem żałosnym dziennikarzem, taka jest prawda.
Ledwo wypowiedziałem nazwisko pana de Monte Christo, a zauważyłem, że nasz woźnica popatrzył na mnie i na Martę w dość dziwaczny sposób. Przyznam się jednak, że nie wzbudziło to we mnie najmniejszych podejrzeń. Nawet wtedy, kiedy kiwnął on głową w taki sposób, jakby dawał komuś znak. Zbytnio byłem pogrążony we własnej rozpaczy, abym miał się nad tym wszystkim zastanawiać.
Marta położyła mi dłoń na ramieniu i machnęła ręką na woźnicę.
- Ruszaj!
Woźnica strzelił nad głowami koni biczem i powóz ruszył z miejsca.
W oczach aż kręciły mi się łzy wywołane rozpaczą oraz bezsilnością. Czułem się całkowicie zdruzgotany. Nie wiedziałem, co mam robić ani też czym się teraz zająć. Byłem skończony. Nikt już mi nie wskaże drogi. Nikt mi już nie powie niczego więcej o hrabim Monte Christo. Moja podróż dobiegła końca. Załamany schowałem twarz w dłoniach. Nie płakałem, broń Boże. Jedynie nie chciałem patrzeć na świat, który to zawalił mi się pod nogami. Nigdy jeszcze nie poniosłem jako dziennikarz żadnej porażki, aż do teraz. To była moja pierwsza porażka. Kiedyś musiałem ją ponieść, jednak dlaczego właśnie w tej sprawie i to właśnie wtedy, kiedy zaczęła mnie ona zachwycać? To było jawną niesprawiedliwością ze strony losu.
Marta z czułością ujęła moją lewą dłoń i uśmiechnęła się pocieszająco.
- Nie możesz się tak załamywać, Jean. Moim zdaniem jesteś bardzo dobrym dziennikarzem i świetnym tropicielem.
- Och, chyba tylko ty w to wierzysz - powiedziałem sceptycznie ledwo na nią spoglądając.
Jej to jednak bynajmniej do mnie nie zraziło, ponieważ kontynuowała ona podnoszenie mnie na duchu.
- Na pewno nie tylko ja. Jestem pewna, że twój ojciec chrzestny nie posłałby cię na tę misję, gdyby nie pokładał w tobie wielkich nadziei. I nie dałby ci wolnej ręki, jeśliby uważał, że nie jesteś pomysłowym człowiekiem i dasz sobie radę. On w ciebie wierzy i ja w ciebie wierzę. Dlaczego więc ty nie wierzysz w siebie?
Zastanowiłem się nad tym, co ona mi powiedziała. W tym wszystkim było ziarno prawdy i to całkiem duże ziarno. Mogłem osiągnąć wszystko, jeżeli tylko chciałem. Wystarczyło tylko w siebie uwierzyć, ale pomimo tych pięknych słów i tak czułem się wtedy zmęczony i pokonany. Miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Czułem na sobie palący wzrok ludzi, których mijaliśmy na ulicy. Wydawało mi się wtedy, że wszyscy na mnie patrzą i uważnie obserwują. Ale może to było tylko złudzenie wywołane nerwami?
Nagle podniosłem powoli wzrok w górę i rozejrzałem się lekko. Zauważyłem wówczas, że nie jechaliśmy już w stronę naszego hotelu. Powóz, w którym oboje siedzieliśmy, kierował się najwyraźniej poza miasto.
- Moment! Dokąd my właściwie jedziemy?! - zawołałem.
Marta rozejrzała się dookoła i również to dostrzegła.
- Właśnie! Panie drogi! Gdzie pan jedziesz?! Co pan wyprawia?!
Podskoczyła dziko do woźnicy i złapała go za kubrak.
- Nie chcemy wyjeżdżać za miasto! Słyszysz, człowieku?! Chcemy jechać do miasta, do naszego hotelu!
On jednak zignorował jej słowa i najspokojniej w świecie dalej jechał w sobie tylko znanym kierunku.
- Hej! Głuchy jesteś, człowieku, czy co?! - zawołałem czując, że ja tu również muszę zainterweniować.
Wówczas to woźnica odwrócił się i spojrzał na nas groźnie. Naszym oczom zaś ukazał się przerażający widok. Ten człowiek miał w ręku pistolet i mierzył z niego do nas. Marta przerażona usiadła obok mnie i złapała mnie mocno za rękę.
- Na państwa miejscu siedziałbym teraz spokojnie - powiedział nam woźnica, z szyderczym uśmieszkiem, po czym wrócił do powożenia.
Oczywiście pierwsze, co nam obojgu przyszło do głowy, to wyskoczyć z powozu i rzucić się do desperackiej ucieczki. Bardzo szybko jednak musieliśmy zrezygnować z tej możliwości, bowiem do powozu natychmiast wskoczyło dwóch oberwańców w podartych i znoszonych strojach. Mieli oni twarze z gatunku tych, że gdyby tak dawano wyrok za bycie paskudnym, oni by dostali dożywocie. Obaj mieli w rękach pistolety i mierzyli z nich w naszą stronę, dlatego też wszelkie możliwości ucieczki zostały definitywnie usunięte. Mogliśmy o niej zapomnieć.
- Mam tylko nadzieję, że państwu nie przeszkadza obecność moich kolegów - zakpił sobie złośliwym tonem woźnica.
- Nie, skądże... - zawarczałem niczym rozjuszony lew.
- Całkiem to miła kompania - dodała Marta wściekłym tonem.
Dwaj bandyci z pistoletami w dłoniach, zaśmiali się szyderczo i popatrzyli znacząco na woźnicę, który również wyszczerzył do nich zęby, po czym odwrócił się i strzelił w powietrze batem, by popędzić konie.
Jechaliśmy dalej powoli i spokojnie, aż dojechaliśmy w miejsce, które znane było wszystkim pod nazwą Katakumb Świętego Sebastiana. Kiedy już do nich dojechaliśmy, woźnica oraz bandyci zeskoczyli z powozu i dali nam znak bronią, abyśmy opuścili pojazd. Pierwszy zeskoczyłem ja, po czym podałem dłoń Marcie i pomogłem jej zejść. Bandyci wpatrywali w się nas uważnie, jakby chcieli mieć pewność, że im nie uciekniemy.
- Ruszajcie się! Ruchy, ruchy! Przodem iść! - wołali napastnicy, dając nam znać pistoletami, że nie żartują.
Posłuchaliśmy ich i weszliśmy do środka katakumb. Oni szli za nami pilnując nas, abyśmy nawet kroku w bok nie zrobili wbrew ich woli.
Marta wysunęła lekko szyję i szepnęła mi na ucho:
- Znam to miejsce. To Katakumby Świętego Sebastiana.
Uśmiechnąłem się do niej lekko.
- Wiem. Ja również je poznałem.
- Podobno to jedna z kryjówek słynnego włoskiego bandyty Luigiego Vampy.
- Vampy? To bardzo interesujące. Czyżby ci tutaj, to byli jego ludzie?
- Nie wiem. Ale na policjantów to zdecydowanie mi oni nie wyglądają.
Aż parsknąłem śmiechem na tę uwagę. Bo trudno było się nie zaśmiać ze słów, które Marta wypowiedziała. Naprawdę coraz bardziej podziwiałem tę cudną istotę. Tutaj właśnie się rozgrywała niebezpieczna dla nas obojga sytuacja, która nie wiadomo jak mogła się skończyć, a ona najspokojniej w świecie ironizowała sobie, jakbyśmy byli na pikniku. Dziewczyna ta budziła we mnie, w tamtej chwili, już nie tylko miłość, ale też i podziw połączony z niezwykłym szacunkiem. Takiej dumy, potęgi, zaradności, a także wyższości nad wszystkie niebezpieczeństwa świata jeszcze nigdy nie widziałem. Marta była ponad to wszystko, co nas otaczało i dlatego właśnie moja miłość do niej była także ogromna.
Jedno mnie tylko zastanawiało. Wszak z opowieści tego parszywego łotra Benedetta jasno wynikało, że Luigi Vampa został przez niego wydany żandarmom i aresztowany. Mogłem się więc chyba słusznie domyślać tego, iż ten oto słynny bandyta za swoje liczne przewinienia dość szybko stanął przed sądem i dał głowę pod ostrze gilotyny. Jeżeli zaś tak było, to by oznaczało, że w Katakumbach Św. Sebastiana zaczęła grasować inna banda rozbójników, co jednak nie pisało nam zbyt wesołej wizji przyszłości, gdyż Vampa był może i groźny, ale też miał swój kodeks honorowy. Inni wcale tacy nie muszą być. Krótko mówiąc, wpadliśmy wówczas z Martą w niezłe tarapaty i jeden tylko Bóg wiedział, jak to się wszystko mogło dla nas skończyć.
Szliśmy dobre kilka minut w stronę nam nieznaną, którą moglibyśmy określić jako jedną wielką niewiadomą. Wreszcie dotarliśmy do jakiegoś bardzo ciemnego pomieszczenia oświetlanego przez blask ogniska, wokół którego siedziała cała banda rozbójników włoskich uzbrojonych po zęby. Wszyscy z nich zajmowali się swoimi sprawami, a głównie rozmową oraz posiłkiem. Jedynie jeden z nich stał sobie oparty o ścianę i przy blasku ogniska czytał z zacięciem jakąś książkę. Kiedy weszliśmy do środka, człowiek ten odłożył powoli dzieło, które tak go zajmowało i uśmiechnął się radośnie.
- Mamy ich, senor Vampa! Mamy ich! - zawołał bardzo wesoło nasz woźnica, popychając mnie lufą pistoletu do przodu.
Vampa, bo najwyraźniej to on był tym człowiekiem z książką, podszedł do mnie i wyciągnął rękę.
- Miło mi poznać, panie Chroniqueur! I panią również, panno Marto.
Nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć, ale uścisnąłem mu dłoń. Vampa potrząsnął lekko moją dłonią, po czym wziął dłoń Marty i ucałował ją delikatnie.
W mojej głowie myśli krążyły wówczas niczym stado kruków nad padliną. Vampa! Luigi Vampa, najgroźniejszy bandyta swoich czasów stał właśnie przede mną cały i zdrowy, choć jak zapewniał mnie Benedetto, to pochwycili go włoscy karabinierzy. Nie mogło mi się to wszystko w głowie pomieścić. Czyżby ten oto nędznik w ostatniej godzinie swojego życia kłamał jak z nut? Właściwie, to było to bardzo prawdopodobne, jednak po co miałby to robić? Nie miał w tym wszystkim żadnego celu. Logicznie rzecz ujmując jego kłamstwo było tu raczej wykluczone. O wiele bardziej prawdopodobne wydawało się zatem to, że po prostu Benedetto powiedział mi prawdę, zaś Luigi Vampa rzeczywiście został pochwycony przez policję, jednak i tak jakimś cudownym sposobem (który prawdopodobnie nazywał się hrabia de Monte Christo) zdołał uciec, a potem rozpocząć od nowa swoją działalność. Tak, to mi się wydawało najbardziej rozsądnym wyjaśnieniem tej całej sytuacji. O ile oczywiście nie miałem do czynienia z innym człowiekiem o tym samym nazwisku.
Vampa tymczasem uśmiechnął się do nas i powiedział:
- Bardzo serdecznie państwa przepraszam za to niezbyt miłe powitanie i dość niegrzeczny sposób sprowadzenia was tutaj, ale obawiam się, że inaczej państwo nie chcieliby tu przybyć i ze mną rozmawiać.
Mówił to wszystko w taki dziwny sposób, jakby częstował dzieci cukierkami, a nie właśnie porwał bezczelnie dwoje ludzi prosto z ulicy i to jeszcze w biały dzień. Musiałem jednak uczciwie przyznać, że ten człowiek miał tupet, co również budziło mój swego rodzaju podziw.
Ja i Marta odpowiedzieliśmy, że nie mamy najmniejszych pretensji z tego powodu, co się stało, bo ostatecznie nic nam się przecież nie stało, a i spotkanie z takim słynnym człowiekiem jak Luigi Vampa jest dla nas obojga prawdziwym zaszczytem. Vampie widocznie bardzo spodobały się te słowa, bowiem ukłonił się nam delikatnie i chowając ręce za siebie powiedział:
- Zapewne bardzo państwa interesuje, dlaczego was kazałem tutaj do siebie sprowadzić.
- Owszem, bardzo nas to interesuje - odpowiedziała Marta - Może pan nam to wyjaśnić?
- Otóż, drogi pan Pastrini, właściciel hotelu, w którym to zatrzymaliście się państwo, jest moim serdecznym przyjacielem. Dowiedziałem się od niego wielu ciekawych rzeczy na państwa temat.
- Mianowicie? - zapytałem.
- Przede wszystkim tego, że obecnie zbieracie państwo informacje na temat hrabiego Monte Christo.
Nie byłem pewien, skąd dokładnie pan Pastrini wie o tym wszystkim, skoro ja mu się przecież nie zwierzałem ze swej misji. Najwidoczniej jednak właściciel naszego hotelu miał doskonałe źródło informacji. Mogłem tylko snuć domysły na temat, kto był owym źródłem.
Marta jako osoba, jak to już wcześniej zaznaczyłem, była osobą odważną i dzielną, dlatego pierwsza odpowiedziała Vampie co i jak:
- A i owszem. Rozmawiałam właśnie o tym z panem Chroniqueurem, gdy jechaliśmy powozem przez miasto i gdy byliście panowie łaskawi nas uprowadzić.
- Ano właśnie. Peppino... - tu wskazał na naszego woźnicę - doniósł mi o tym przez swoich kolegów. Ja zaś, od pana Pastriniego znałem już nieco szczegółów na temat pana misji dziennikarskiej, panie Chroniqueur, ale nie miałem wcześniej okazji pana do siebie zaprosić. Dopiero wtedy, kiedy mój wierny, drogi Peppino powiadomił mnie przez swoich druhów, że państwo wsiedli do jego dorożki i jadą przez miasto, postanowiłem skorzystać z nadarzającej się właśnie okazji i w trybie błyskawicznym nakazałem was do siebie sprowadzić.
Teraz wszystko stało się dla mnie jasne. Naszym woźnicą był Peppino zwany Rocca Priori, ten pasterz współpracujący z bandą Luigiego Vampy, którego hrabia Monte Christo ocalił niegdyś od śmierci za cenę szmaragdu ofiarowanego samemu Ojcu Świętemu, a także ten sam Peppino, który to tak skutecznie udawał wierność wobec tego nędznika Benedetta, aby podstępem zdobyć jego zaufanie i uchronić hrabiego Monte Christo od upadku. Ten sam Peppino, który to prawdopodobnie udając dorożkarza, kontaktował się z panem Pastrini i przekazywał wiadomość od niego Vampie. Tak... Teraz wszystko zaczęło nabierać sensu.
Spojrzałem uważnie na Luigiego Vampę. Wciąż bowiem nie wyjaśnił on nam, w jakim celu nas tu sprowadził. Postanowiłem to więc ostatecznie wyjaśnić, ale zanim zdążyłem zadać jakiekolwiek pytanie, moja luba mnie w tym uprzedziła.
- I właściwie, po co nas pan tutaj „zaprosił”? - zapytała Marta, akcentując przy tym uważnie ostatnie słowo.
- Zapewne po to, żeby skutecznie przeszkodzić nam w zbieraniu informacji o hrabim Monte Christo - rzuciłem z lekką irytacją.
Vampa wybuchnął wówczas gromkim śmiechem.
- Ależ wręcz przeciwnie, moi państwo. Wręcz przeciwnie. Ja przecież wcale nie mam zamiaru państwu w tym przeszkadzać. Raczej pomóc.
Słowa Vampy bardzo mnie zdumiały, a jednocześnie również i ucieszyły. Spodziewałem się czegoś wręcz przeciwnego od tego człowieka, który to wciąż pozostawał wiernym sługą hrabiego Monte Christo. Podejrzewałem, że porwał nas po to, aby nas zabić w jakimś ustronnym miejscu i w ten sposób nie dopuścić do kontynuowania naszej misji. A tu taka niespodzianka. Prędzej bym się spodziewał gromu z jasnego nieba niż czegoś takiego.
- Czy pan to mówi na poważnie? - zapytałem.
- Chyba jeszcze nigdy nie byłem bardziej poważny niż teraz, drogi panie Chroniqueur, jednak najpierw musi pan wyjaśnić, po co panu te informacje, lubię bowiem znać motywy postępowania swoich gości.
Ponieważ pozwolono nam usiąść, ja i Marta zrobiliśmy to. Wówczas pojawiła się pewna kobieta w wieku podobnym do Vampy, ale wciąż atrakcyjna. Luigi objął ją i czule, pocałował, po czym powiedział:
- Tereso, najdroższa... Przynieś, proszę, naszym gościom coś do zjedzenia i do wypicia. Państwo są spragnieni.
- Ależ oczywiście, mój kochany - odpowiedziała mu pani Teresa, po czym zniknęła na chwilę i powróciła z półmiskami, na których znajdowały się kurczaki, nieco chleba oraz parę owoców. Obok nich położyła kilka butelek wina.
Podziękowaliśmy jej za to serdecznie.
- Dziękujemy bardzo, pani Tereso - powiedziała panna Marta.
- Ależ nie ma za co. Dla gości wszystko co najlepsze - odpowiedziała Teresa.
Następnie usiadła obok Vampy, który ponownie ją pocałował i pokazał nam ręką, abyśmy się nie krępowali i jedli.
- Zapewniam państwa, że nie jest zatrute. To pożywienie najlepsze w całym Rzymie. Zresztą dla naszych gości wszystko, co najlepsze.
Zaczęliśmy jeść. Rzeczywiście, posiłek był naprawdę smakowity, a więc z radością ja i Marta skorzystaliśmy z okazji i zjedliśmy go. Następnie zaś pokrótce opowiedziałem naszemu gospodarzowi, co mnie sprowadziło do Rzymu, a Marta wyjaśniła, jakie są jej powody przybycia do Rzymu. Oboje potem wspomnieliśmy, że straciliśmy już wszelkie źródła informacji i nie wiemy, co mamy dalej robić.
Vampa słysząc nasze słowa odpowiedział nam:
- Ależ trafiliście państwo pod właściwy adres. Jak się pan już zapewne zdążył dowiedzieć, drogi panie Chroniqueur, hrabia Monte Christo w moim życiu odegrał niezwykle ważną rolę, a więc chętnie udzielę panu na jego temat informacji, ale tylko takich, które sam posiadam. Liczę na to, iż się panu one na coś przydadzą.
- Ja również na to liczę, senor Vampa.
To mówiąc wyjąłem z kieszeni dziennik, chwyciłem za ołówek i zacząłem dokładnie zapisywać to, co mój niezwykły gospodarz raczył mi opowiedzieć.

Jean zdecydowanie przesadza. Nie docenia się, dramatyzuje, a przecież zdobył już wystarczającą ilość informacji by napisać artykuł na temat hrabiego, tyle tylko, że on naprawdę się zaangażował w poszukiwanie tych wiadomości i wciąż nie zna odpowiedzi na tyle zasadniczych pytań, choć i tak odwalił kawał naprawdę dobrej roboty. Przez tego Vampę to się niezłego strachu najedli. Fajne zgotował im powitanie, każąc swoim uzbrojonym ludziom ich porwać, nie ma co. Tylko nie rozumiem po co on chce właściwie opowiedzieć im na temat hrabiego, skoro ani on, ani hrabia nie będą z tego mieli żadnych korzyści?
OdpowiedzUsuńCiekawe, Kronikarz spotkał tego bandytę Vampę. Co on mu powie o hrabim Monte Christo?
OdpowiedzUsuń