sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 20

Rozdział XX

Opowieść Luigiego Vampy


Urodziłem się i wychowałem w pewnej dość ubogiej, rzymskiej rodzinie. Jako dziecko miałem jedyną możliwą do wyboru karierę - pasterza. Zostałem więc nim i pilnowałem owce pewnego wielkiego pana, miejscowego dziedzica. Prócz tego jednak potajemnie pobierałem również nauki u pewnego bakałarza. Jako pasterz praktycznie nic nie robiłem, więc mogłem sobie spędzać czas na czytaniu i innych przyjemnościach, a największą przyjemnością było dla mnie spędzanie czasu z moją przesłodką towarzyszką zabaw, Teresą, która to obecnie jest moją ukochaną małżonką. Teresa była dziewczynką niezwykle piękną i niesamowicie dobrą, choć nieco zadziorną.
Myślę jednak, że nie jest to nic niezwykłego. Wszystkie kobiety takie są. A te najsłodsze i najpiękniejsze kobiety są najbardziej niebezpieczne, zwłaszcza, jeśli wiedzą, że jakiś mężczyzna ma do nich słabość. Potrafią go sobie owinąć wokół małego paluszka. Moja słodka Tereska zrobiła tak samo ze mną i byłem gotowy nawet skoczyć za nią w ogień, gdyby tylko zaszła taka potrzeba (notabene do dzisiaj jestem na to gotów). Czy dało się jednak inaczej, kiedy była taka malutka, słodka, urocza i kochana, a do tego tuliła się do mnie, zwłaszcza wtedy, gdy się czegoś bała? Pamiętam doskonale, jak za każdym razie, kiedy ogarnął ją strach, wtulała się we mnie i oplatała mi szyję swoimi słodkimi, cienkimi rączkami i szeptała przy tym „Boję się” i „Przytul mnie”, a ja zawsze ją wtedy przytulałem.
Obejmować do siebie i tulić taką małą, uroczą kruszynkę, to było dla mnie zawsze najcudowniejszym uczuciem, jakiego kiedykolwiek mogłem doznać. Także przy każdej, najmniejszej ku temu okazji łapałem ją i przytulałem. Nie broniła się, a wręcz przeciwnie - łasiła się do mnie, wtulała i mruczała przy tym jak kotka. Ja zaś czułem się wtedy najszczęśliwszym z ludzi.
Mijały lata, a ja i Teresa dorastaliśmy. Była ode mnie młodsza o rok, ale i tak dość szybko wyrosła na piękną i niezwykle uroczą pannę. Wtedy nasza dziecięca przyjaźń przemieniła się w wielką i dojrzałą miłość, pogłębioną tymi wszystkimi latami opieki, jaką nad nią roztaczałem. Słodka Teresa była z każdym dniem coraz piękniejszym stworzeniem i wiedziałem, że ona doskonale zdaje sobie sprawę z władzy, jaką ma nade mną, jednak nie wykorzystywała jej zbytnio przeciwko mnie. Znała moją słabość, ale wiedziała, żeby nie przeciągać struny, gdyż może stracić moją miłość, na której jej zależało tak samo, jak mnie na jej uczuciu. Za to również bardzo ją kochałem.
Bycie pasterzem wbrew pozorom bywało niekiedy dość niebezpieczne, a już zwłaszcza wtedy, gdy ktoś lub coś zechce nagle porwać jedną z pilnowanych przez pasterza owiec, zaś on musi ją w jakiś sposób obronić. Mnie także spotykały takie sytuacje. Pamiętam, jak swego czasu dziki zwierz porwał jedną z owiec ze stada, które pilnowałem. Poprosiłem wówczas pana dziedzica o to, aby dał mi strzelbę i pozwolił nauczyć się z niej strzelać. Zgodził się na to, a ja zacząłem się szkolić w strzelaniu. Codziennie brałem lekcje w tym kierunku i z każdym dniem byłem coraz lepszy. Celne oko do dzisiaj mi pozostało. Moi ludzie mogą poświadczyć.
Pewnego dnia ja i moja ukochana Teresa spotkaliśmy na swej drodze pewnego człowieka, który uciekał przed karabinierami. Ukryliśmy go i nie wydaliśmy im, choć wyznaczono za niego sporą nagrodę. Był to bowiem słynny herszt zbójeckiej bandy, Cucumento. Nie wydaliśmy go i zyskaliśmy tym samym jego wdzięczność, tak nam się przynajmniej wtedy zdawało. Później dopiero się okazało, że jego wdzięczność nie była warta złamanego grosza, o tym, jak już powiedziałem, ani ja, ani moja ukochana, wówczas nie mieliśmy pojęcia. Nie zwróciliśmy również z Teresą uwagi na to, że ten łotr Cucumento, wracając z powrotem do swej kryjówki, zaczął się dość dziwnie przyglądać wybrance mego serca. Najwyraźniej wpadła mu w oko, czego ja, biedny głupiec, nie zauważyłem. Przez to nie miałem się na baczności tak, jak powinienem się mieć.
Wkrótce potem odbył się bal, na który ja i moja ukochana zostaliśmy łaskawie zaproszeni. Teresa tańczyła na nim z pewnym szlachcicem, budząc moją zazdrość. Ja odwdzięczyłem się jej tańcem z pewną damą, która miała niezwykle piękną suknię. Mojej ukochanej się ona bardzo spodobała i zapragnęła ją mieć. Ja zaś nie umiałem jej odmówić tego prezentu. Podpaliłem więc mieszkanie owej damy (ale tak, aby nikomu nie stała się krzywda), po czym ukradłem jej suknię i ukryłem ją w swojej sekretnej grocie. Potem wezwałem Teresę, żeby poszła ze mną do groty. Tam zaś pokazałem jej ową suknię i oznajmiłem, że należy ona do niej. Zdziwiła się, ale też i ucieszyła. Zrozumiała, że jestem dla niej gotów zrobić wszystko. Weszła do groty, aby się przebrać w tę suknię. W tej samej chwili po raz pierwszy stanął na mojej drodze hrabia Monte Christo. Przejeżdżał on nieopodal i poprosił mnie o to, żebym wskazał mu drogę. Wskazałem mu ją, on natomiast podarował mi z wdzięczności kilka monet o wielkiej wartości. Uradowany tym prezentem wręczyłem hrabiemu swój nóż. Przyjął ten prezent uznając go za niezwykle cenny, po czym zapytał mnie o imię. Podałem mu je, on zaś obiecał je zapamiętać. Następnie ja zapytałem go o jego. Odpowiedział, że nazywa się Sindbad Żeglarz. Bardzo mnie to imię zdziwiło, lecz nie wnikałem wtedy w takie szczegóły. Hrabia odjechał w swoją stronę i zniknął na jakiś czas z mojego życia.
Odprowadziłem go wzrokiem, a potem powróciłem do groty, gdy wtem usłyszałem czyiś krzyk. Okazało się, że jakiś łajdak, korzystając z mojej chwilowej nieuwagi, porwał moją ukochaną i zaczął z nią uciekać. Złapałem więc strzelbę i wypaliłem z niej do niego. Strzał był niechybny i kula zadała porywaczowi śmierć. Teresa dostała ataku histerii (w sumie wcale się jej nie dziwię) i długo musiałem ją tulić i uspokajać. Gdy już opanowała się do pewnego stopnia, to zaraz obróciłem nieboszczyka-porywacza na wznak i przyjrzałem mu się. Był to Cucumento. Ten okrutnik postanowił posiąść moją Teresę. W taki oto właśnie sposób chciał mi się odwdzięczyć za pomoc, jaką mu ofiarowałem. Żałosna gnida. Co on sobie w ogóle myślał? Czy po to uratowałem mu życie, aby ten porywał moją kobietę? Długo się nią jednak nie nacieszył.
W chwili, gdy ta kreatura była martwa, zorientowałem się, jak wielką szansę zsyła mi los. Zabiłem herszta słynnej przestępczej bandy. Zgodnie ze zbójeckim prawem mogłem teraz zająć jego miejsce. Postanowiłem z tego prawa skorzystać. Kazałem Teresie założyć suknię, którą dla niej zdobyłem, po czym ruszyliśmy do kryjówki bandytów. Spotkaliśmy się z nimi. Banda z początku pomyślała, że po prostu chcę do niej przystać, a kiedy im wyjaśniłem, że mam zamiar zostać ich hersztem, zareagowali specyficznie do tego rodzaju sytuacji, czyli wyśmiali mnie. Szybko jednak ich śmiech przerodził się w strach, kiedy wskazałem im miejsce, gdzie leżało ciało ich herszta. Poszli i znaleźli je, po czym wróciwszy do obozu, naradzili się i dość szybko doszli oni do wniosku, że co jak co, ale na herszta ich bandy nadaję się w sam raz.
I tak oto właśnie ja, Luigi Vampa, zwyczajny pastuch, zostałem przywódcą najgroźniejszej oraz najsłynniejszej zbójeckiej bandy na świecie. Szybko zyskałem wielką sławę. Zaczęto mnie nazywać włoskim Robin Hoodem. Nie protestowałem przeciwko takim słowom. Wręcz przeciwnie, cieszyłem się, że tak o mnie myślą. Nie jednego biedaka nasza banda bardzo hojnie obdarowała i nie jednego bogacza obłupiła do gołej skóry. Proceder ten, jak zapewne pan wie, trwa do dzisiaj. Od czasu do czasu kogoś porywamy i wypuszczamy za (ma się rozumieć) wysoki okup. Zawsze też bardzo skrupulatnie dotrzymujemy słowa co do wypuszczenia delikwenta lub pozbawienia go życia. Jesteśmy w tym wypadku honorowi i słowni, jak powinien być każdy człowiek i to bez względu na swój stan lub pochodzenie. Niestety, pojęcie honoru i słowności w naszym świecie stanowczo zanikło.
Minęło dużo czasu, odkąd zająłem miejsce Cucumenta. Nie widziałem długo mojego tajemniczego Sindbada Żeglarza. Tymczasem nadszedł rok 1838 i nowe przygody w moim życiu. Traf jednak sprawił, że karabinierzy aresztowali podczas jednej z akcji mojego człowieka, Peppina zwanego Rocca Priori - jest to ten sam człowiek, który tak doskonale odegrał przed państwem rolę woźnicy w waszym powozie. Był to wówczas młody pasterz i złodziejaszek, przynoszący nam często jedzenie oraz szpiegujący dla nas. Teraz został złapany i miał zostać skazany na śmierć poprzez tortury.
Wiem, że to nie jest może odpowiednie miejsce na moje osobiste dygresje, ale muszę to panu powiedzieć. Społeczeństwo włoskie zeszło na psy. Nie wiem, co jest takiego podniecającego w torturowaniu na śmierć jakiegokolwiek człowieka. Już samo torturowanie jest ohydne, jednak torturowanie kogoś publicznie oraz ustanowienie tego rozrywką dla gawiedzi, jest wręcz czystym barbarzyństwem. Do tego poniża nie tylko tego, kto jest karany, ale i tego, który to czyni, a zarazem też i tego, kto na to z przyjemnością patrzy. Nie miałem zamiaru pozwolić na to, aby mój wierny kompan i przyjaciel zginął w tak haniebny dla całej ludzkości sposób. Planowałem go odbić w chwili egzekucji, jednak szybko plan ten został zastąpiony innym, lepszym oraz o wiele skuteczniejszym.
Pewnego wieczoru spotkał się ze mną w ruinach starego amfiteatru mój stary znajomy, Sindbad Żeglarz. Minęło już sporo czasu od chwili, odkąd spotkałem go po raz pierwszy. Pomimo to od razu go poznałem. Powiedział, że chce nam protegować. Oznaczało to, że zawsze możemy liczyć na jego wsparcie i pomoc, w zamian za co nie będziemy napadać ani na niego, ani na jego przyjaciół. Na taką propozycję, nieprzynoszącą nam bynajmniej żadnych strat, a za to wiele zysków, od razu przystałem. Jako pierwszy swój uczynek w naszej protekcji, pan hrabia Monte Christo obiecał mi wydostać Peppina z więzienia. Nie jestem pewien, w jaki sposób to zrobił. Krążą pogłoski, że ponoć przekupił samego Ojca Świętego ofiarowując mu jakiś piękny szmaragd do jego tiary. Jeśli to prawda, to zaiste jest to wielki człowiek. Piękny ten klejnot sprawił, iż kara śmierci dla Peppina została zamieniona na dożywocie. Potem hrabia zorganizował temu biedakowi ucieczkę. Oczywiście wszyscy się z tego ucieszyliśmy i od razu, bez najmniejszych nawet zastrzeżeń, uznaliśmy władzę Sindbada Żeglarza nad sobą. Warunki umowy były jasne i proste, więc łatwo było je nam wypełnić.
Kilka dni później jednak doszło do niezbyt miłego incydentu, który naraził na szwank nasz honor w oczach hrabiego. Moja ukochana Teresa pomogła mi porwać jednego z arystokratów, młodego wicehrabiego Alberta de Morcerfa. Uwiodła go podczas balu i wyciągnęła z niego na ulicę, gdzie obiecała mu schadzkę. Zamiast niej czekał tam jednak jeden z moich ludzi, który wciągnął go w nasze sidła. Za uwolnienie wicehrabiego zażądaliśmy od jego przyjaciół grubej sumki. Jeden z tych przyjaciół, pan baron Franz d’Epinay, przybył do nas po wicehrabiego, ale zamiast okupu przywiózł nam naszego możnego protektora, Sindbada Żeglarza. Ten natomiast z miejsca przypomniał mi o naszej umowie i wyjaśnił też, że pan wicehrabia od pewnego czasu należy już do jego osobistych przyjaciół. Od razu zrozumieliśmy, że popełniliśmy poważny błąd. Szybko więc naprawiliśmy go i zwróciliśmy panu Albertowi wolność. Na szczęście pan hrabia, któremu przecież tak wiele zawdzięczamy, nie miał o ten incydent do nas pretensji. Uśmiechnął się tylko do nas, zabrał wicehrabiego i barona do swego powozu i wrócił z nimi do domu. Pamiętam nawet, że pan baron d’Epinay przed odjazdem zapytał mnie, jaką to książkę z taką uwagą czytałem podczas jego wizyty w mojej kryjówce. Bowiem w chwili, kiedy przybył do nas pan hrabia Monte Christo, byłem zajęty czytaniem pewnego dzieła. Były to „Komentarze” Cezara. Jedno z moich ulubionych dzieł.
Po tym wydarzeniu, przez długi czas nie mieliśmy kontaktu z hrabią Monte Christo. Pewnego dnia jednak pojawił się on u nas i przekazał nam pewne zadanie do wykonania. Do Rzymu miał wkrótce przybyć francuski baron nazwiskiem Danglars. Ta oto nędza i podła kanalia podobno ukradła pieniądze przeznaczone na francuskie szpitale i przytułki. Uciekając przed sprawiedliwością miał przybyć do Rzymu zdeponować swoje czeki i weksle zanim w banku się zorientują, że są one już od jakiegoś czasu bez pokrycia, bowiem szanowny pan baron świecił od dawna gołą sakiewką. Mieliśmy drania złapać i zamknąć w naszych katakumbach. Nie mieliśmy mu też dawać nic do jedzenia, chyba, że za jedzenie zapłaci nam tysiąc pięćset franków od sztuki. Każda potrawa, czy to kurczak, czy wino, czy choćby nawet zwykła woda lub kawałek chleba miała kosztować tyle samo. Oczywiście baron mógł płacić jedynie pieniędzmi swoimi, czyli tymi, które zdeponował w banku. Tych, które należały do szpitali, mieliśmy nie tykać. Podsumowując więc, mieliśmy tego drania trzymać tak długo, aż straci wszystkie pieniądze i zdechnie z głodu. Nie wiedzieliśmy, co ten człowiek uczynił naszemu Sindbadowi, że ten tak się chciał na nim zemścić, ale przyjęliśmy zadanie, nie zadając przy tym zbędnych pytań. Przyjęliśmy je wręcz z ogromną przyjemnością. Przyznam się bowiem, że taki człowiek, który to nabija sobie kabzę pieniędzmi skradzionymi z funduszu charytatywnego jest zwykłą gnidą, a wobec takich ludzi ja nie mam najmniejszej litości. Może i jestem bandytą, ale mam swój honor, okradam tylko tych, którzy nie umrą z powodu mojej działalności z głodu i nędzy. Po prostu okradam jedynie bogatych, on zaś zamierzał okraść biedotę. To już zupełnie inna sprawa.
Nakazałem moim ludziom obserwować banki rzymskie, a zwłaszcza jeden o nazwie „Thomson and French”. Spodziewaliśmy, że Danglars już wkrótce się tam pojawi i mieliśmy rację. Zjawił się, zdeponował pieniądze i miał zamiar opuścić z nimi Włochy. Wówczas to do akcji wkroczył Peppino. Udając woźnicę, wraz z kilkoma kamratami z naszej bandy porwał barona i wywiózł go do Katakumb Świętego Sebastiana. Nasza kryjówka gościnnie przyjęła pana barona. Zgodnie z poleceniem hrabiego drań, nie dostał nic do jedzenia. W końcu kiszki zaczęły mu grać marsza, więc zażądał rozmowy z hersztem, czyli ze mną. Poszedłem do niego i zapytałem, czego chce. On zaś odpowiedział, że jeść i pić. Odpowiedziałem mu, zgodnie z ustalonym planem hrabiego, że musi sobie to wszystko kupić i podałem mu cenę, jaką za to musi zapłacić. Najpierw się oczywiście stawiał oraz zwymyślał nas od najgorszych, potem jednak spokorniał i kupił sobie kurczaka oraz wino. Następnego dnia znowu był głodny, ale chciwość wzięła nad nim górę i nie chciał kupić sobie jedzenia. Zrobił sobie porządną głodówkę, a my przeciw temu nie protestowaliśmy.
Następnego dnia przybył do nas hrabia. Był jakiś taki dziwnie odmieniony. W chwili, w której kazał nam dopaść tego nędznika i zagłodzić go na śmierć, to pałał żądzą zemsty, teraz jednak wyglądał na człowieka, który spotkał się oko w oko z samym Bogiem, a Ten go skarcił. Zapytał mnie z miejsca, czy pan baronek jeszcze żyje. Odpowiedziałem mu, że tak. Wówczas odetchnął z ulgą i kazał mi umożliwić mu widzenie z nim. Nie oponowałem. Najpierw jednak pan hrabia nakazał mi, abym przekazał baronowi, gdy ten będzie narzekał na to, że umiera z głodu, iż pewni ludzie też przez niego umierali z głodu i on jakoś się nimi nie zainteresował. Nie zrozumiałem wtedy tych słów, ale je przekazałem bojkotującemu przeciwko nam baronowi - później dopiero dowiedziałem się od samego hrabiego, że jego własny ojciec zmarł z głodu, gdyż wskutek działania pana barona, nie miał za co kupić sobie jedzenia. Podła gnida. Gdyby to mój ojciec tak skończył przez tego śmiecia, to nigdy, pod żadnym pozorem nie darowałbym mu tej zbrodni i nawet za miliony dukatów nie ofiarowałbym mu najmniejszego kęsa chleba. A hrabia kazał go do siebie wprowadzić, po czym rozmówił się z nim na osobności. Nie wiem, co mu powiedział, ale ostatecznie ulitował się nad nim i kazał go ugościć najlepszą ucztą, jaką tylko mogliśmy wystawić. Zostawiliśmy mu resztę pieniędzy, jakie miał przy sobie - mam na myśli tylko te pieniążki, które zdeponował w banku, natomiast te ukradzione szpitalom oraz przytułkom, hrabia zarekwirował i z naszą pomocą przekazał do miejsca docelowego. Sam baron odzyskał wolność i poszedł w sobie tylko znanym kierunku. Nie wiem, co się z nim dalej działo, ale mam osobiście wielką nadzieję, że teraz smaży się w piekle lub gnije w więzieniu, jak sobie na to w pełni zasłużył.
Około dwa lub trzy lata później wydarzyło się coś, co mocno zaważyło na całym moim życiu. Do Rzymu przybył człowiek, który podawał się za sekretarza hrabiego Monte Christo. Nazywał się Benedetto. Zatrzymał się w hotelu, który prowadził mój człowiek, pan Pastrini. Powiadomił on Peppina o tym rzekomym sekretarzu, ten zaś przekazał wiadomość o tym mnie. Wiedziałem doskonale, że hrabia nie ma żadnego sekretarza, więc to musi być jakiś oszust. Nakazałem więc Peppinowi go zabić. Jednakże on, zamiast to zrobić, sprowadził go do naszej kryjówki. Benedetto spotkał się ze mną i naopowiadał nam strasznych bredni na temat naszego protektora. Twierdził, że hrabia rzekomo sprofanował grób jakiegoś prokuratora, którego trupowi podobno odciął dłoń i używał jej jako talizmanu. Nie uwierzyłem w żadną z tych historii, ale moja banda w nią uwierzyła. Postanowiłem zlikwidować w podstępny sposób Benedetta, ale niestety on zdołał przekabacić na swoją stronę moich ludzi - wmówił im, że karabinierzy wpadła już na mój trop i żeby ratować własną skórę, pragnę wydać wszystkich moich kompanów w ręce sprawiedliwości. Niestety, ci głupcy uwierzyli we wszystko, co on mówi, także zostałem pochwycony przez swoich własnych ludzi, związany oraz porzucony w Katakumbach Św. Sebastiana, gdzie wkrótce zjawili się karabinierzy i aresztowali mnie. Wtrącono mnie do więzienia, na szczęście okazało się, że Peppino zachował wciąż wierność mnie i hrabiemu. Jedynie udawał, iż staje po stronie tego nędznika, Benedetta, aby go podejść.
Jak mówiłem, trafiłem do lochu, ale Peppino i Teresa nie zapomnieli o mnie. Ten pierwszy, cały czas udając wierność temu nędznikowi Benedettowi, w jakiś mi nieznany sposób, zorganizował kilkunastu ludzi, którzy na czele z Teresą odbili mnie z więzienia. Potem ukryłem się z moją ukochaną w bezpiecznym miejscu. W międzyczasie hrabia Monte Christo rozprawił się z tym nędznikiem Benedettem, ja zaś oczekiwałem na ułaskawienie, które to mógł uzyskać jedynie mój protektor. Niestety, przez moją własną nieostrożność znowu mnie schwytano, jednak hrabia ponownie użył swoich wpływów i zostałem ocalony. Zebrałem nową bandę i dalej prowadzę swoją działalność, od czasu do czasu pracując również jako informator policyjny. Jestem teraz dzięki temu nietykalny. Wykorzystuję ponownie moją starą kryjówkę, gdyż to jest moim zdaniem ostatnie miejsce, gdzie by nas szukano. Nikomu bowiem nie przyjdzie do głowy, że mógłbym używać spalonej już od dawna kryjówki. I na tym właśnie polega genialność mego planu. A właściwie nie mojego, bo to kolejna zasługa hrabiego Monte Christo, którego spryt nie zna chyba granic.
Tak więc oto żyję sobie dalej, ciesząc się wciąż wszelkimi względami od losu. Wciąż również pozostałem wiernym sługą pana hrabiego Monte Christo, któremu zawdzięczam wiele, w tym również własne życie. I zawsze pozostanę mu wierny. Jeśli go pan kiedyś pozna, to proszę mu to powtórzyć.

3 komentarze:

  1. Trzeba przyznać, że lojalny i wierny człowiek z tego Vampy. Hrabia z kolei wykazał się naprawdę wielką szlachetnością wstawiając się za Peppinem, a potem pomagając mu w ucieczce, aby nie trafił do więzienia. Wobec Danglarsa też zachował się wspaniałomyślnie, przemyślawszy sobie, że to nie tędy droga. Doszedł do wniosku, że jednak nie chce być odpowiedzialny za śmierć kogokolwiek i puścił go wolno, a jak Danglars mu się odwdzięczył za okazane miłosierdzie, to już inna sprawa. Podły niewdzięcznik z niego i tyle. Ale tupet to miał niezły, żeby instytucje charytatywne okradać. Jak nie potrafił zarobić pieniędzy uczciwością to mógł wyjść na ulicę żebrać, kretyn jeden. Skończony egoista, nieliczący się z nikim, ale ostatecznie prawo go dosięgło i dostał to na co zasłużył.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawa opowieść.
    Czy Vampa jest tak szlachetny jak Robin Hodd, miałabym to tego spore wątpliwości?
    Jest na pewno sprytny i przebiegły niczym lis, choć to tylko zwykły pasterz. Informator policyjny, czyli ktoś w rodzaju świadka koronnego?
    Sin band Żeglarz to kolejna z fascynujących ról, masek hrabiego Monte Christo.
    A ten aktor ze zdjęcia grał chyba Vampę w tej nowej wersji hrabiego z Dagmarą Domińczyk, prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, został informatorem policyjnym, aby móc załatwić sobie nietykalność policji i w ten sposób mógł działać dalej, a prawo przymykało oko na jego działalność. A on sam nie dozna ujmy na honorze, gdy doniesie na kilku łajdaków. Na pewno jest sprytny, a że go rodacy nazwali Robin Hoodem, to cóż... Jemu to nie przeszkadza :) Oj tak, hrabia ma sporo masek, jak widzisz. Zgadłaś, to zdjęcie z wersji z Dagmarą Domińczyk. Tylko tam Vampa nie był bandytą, a kapitanem statku przemytniczego, który bierze pod swoje skrzydła Dantesa po tym, jak ten ucieka z więzienia. I potem Vampa i jego ludzie pomagają hrabiemu w jego działalności :)

      Usuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...