13 lipca 1855 r. c.d.
Skrzętnie zapisałem wszystkie słowa Luigiego Vampy. Musiałem przy tym przyznać, że choć jego opowieść nie wniosła zbyt wiele do naszych poszukiwań hrabiego Monte Christo, to jednak miała dla mnie niezwykłą wartość. Potwierdziła bowiem historię barona Danglarsa (z pominięciem, rzecz jasna, faktu, iż ukazał się on jako niewinna ofiara cudzej podłości), jak i też potwierdziła w całości opowieść Benedetta. Zatem wiadomości, które dotąd posiadałem, nie należały bynajmniej ani do kłamliwych, ani też do oszukańczych. To zawsze było coś.
Nabrałem też jeszcze większego szacunku do hrabiego de Monte Christo. Co prawda sam fakt, iż zadawał się z on bandytami pokroju Luigiego Vampy wydawał mi się co najmniej podejrzany, to jednak przyznać muszę szczerze, że gdybym ja był na jego miejscu, to z pewnością bardzo bym chciał mieć takich przyjaciół, jak on. Zwłaszcza, że Vampa i jego banda, pomimo bycia groźnymi przestępcami, mają w sobie coś niezwykłego i pięknego zarazem, czego stanowczo brak osobom takim jak Danglars. Luigi i jego ludzie to tak jakby włoska wesoła kompania Robin Hooda. Nie byłem skłonny nazywać ich łajdakami, bo w końcu co oni niby złego zrobili? Jedynie okradli kilku bogatych paniczyków i wymusili na nich okup za wolność. Ci bogacze i tak przez to nie zbiednieli, a pan Vampa już niejednego biedaka wsparł, jeżeli oczywiście wierzyć opowieściom, jakie o nim krążą. Nie mówiąc już o tym, że wielu ludzi, którzy w dzisiejszych czasach cieszą się wręcz wielkim poważaniem ze strony społeczeństwa, zdecydowanie o wiele mniej na to poważanie zasługują, niż go otrzymują od innych. Taka jest prawda. Człowiek, który kradnie pieniądze innego człowieka jest złodziejem bez względu na to, czym się zajmuje. Ja tam jednak wolę uczciwego złodzieja, który mówi mi prosto w oczy, iż jest złodziejem niż okradającego mnie nędznego polityka, który przy tym udaje, że wszystko, co tylko robi, czyni dla dobra mojego, a także całego naszego społeczeństwa.
Powrócę jednak do zapisywania wydarzeń, ponieważ chyba zanadto tutaj się rozpisałem na temat własnych przemyśleń.
Po zapisaniu wszystkich słów Luigiego Vampy. zamknąłem powoli dziennik i uśmiechnąłem się lekko.
- Dziękuję panu, senor Vampa. Pańska opowieść wielce mi pomogła. Wniosła ona nowe fakty do historii znanego nam obu hrabiego, jak również potwierdziła poprzednie informacje, które zdobyłem.
Luigi Vampa również się uśmiechnął.
- Cieszy mnie, że mogłem pomóc, panie Chroniqueur.
- I ja się cieszę, senor Vampa. Zapewniam pana, że teraz naprawdę bardzo mi pan pomógł. Mocniej niż może pan to sobie wyobrazić.
Kiedy Luigi Vampa podał mi dłoń, to z radością i prawdziwym zaszczytem uścisnąłem mu ją. Pożegnaliśmy się ze sobą niczym, może niekoniecznie dwóch serdecznych przyjaciół, jednak na pewno dwóch ludzi, którzy darzą się nawzajem szacunkiem. Następnie kilku ludzi Vampy odprowadziło mnie i Martę do powozu, po czym odwiozło nim do hotelu, gdzie bardzo wesoło się z nimi pożegnaliśmy. Przyznam, iż nieco żal mi było się z nimi rozstać. W końcu może i byli bandyci i to nieraz groźni dla swoich wrogów, ale również niezwykle serdeczni i przyjaźnie nastawieni dla każdego, kto przestrzega zasad honoru i ludzkiej godności. Miałem jedynie nadzieję, że nie złapią ich karabinierzy. Zbyt mocno bowiem polubiłem tych ludzi, aby móc życzyć im śmierci na gilotynie. Nawet jeśli łamali oni prawo.
Spojrzałem na Martę, która uśmiechała się do mnie radośnie.
- I jak sądzisz, mój przyjacielu? Wyprawa była owocna? - zapytała.
- Owszem. W każdym razie na pewno nie był to wcale czas zmarnowany - odpowiedziałem, dalej się w nią wpatrując.
Weszliśmy potem do hotelu, gdzie odprowadziłem pannę Martę do jej pokoju i pożegnałem życząc jej przyjemnej nocy. Ona odwzajemniła się tym samym, po czym zniknęła w swych apartamentach. Ja zaś udałem się do swoich, jednocześnie orientując się, że zapomniałem zapytać Luigiego Vampę o to, dokąd powinienem teraz się udać, aby poszukiwać kolejnych wiadomości o hrabim Monte Christo. Po małym sukcesie nastąpiła więc kolejna porażka i utknięcie w martwym punkcie.
14 lipca 1855 r.
Wstałem w nocy, aby móc zapisać to, co się dzisiaj wydarzyło. Jest to bowiem dla mnie osobiście bardzo ważne i muszę to uwiecznić na papierze.
Ten dzień spędziłem w towarzystwie Marty. Oboje nie wiedząc, w jaki sposób kontynuować nasze małe śledztwo, postanowiliśmy spędzić bardzo miło czas, przy okazji zwiedzając wspólnie Wieczne Miasto. Poznaliśmy wtedy wszystkie zabytki znajdujące się w tym miejscu. Głównie interesowały nas oczywiście zabytki z czasów starożytności. Były one bowiem żywymi świadectwami przeszłości, a poza tym przebywając w Rzymie, nie można ich było nie odwiedzić.
Dlatego też ja i Marta musieliśmy te miejsca zobaczyć, a szczególnie ruiny pewnego pięknego amfiteatru. Był to największy amfiteatr ze wszystkich, zwany amfiteatrem Flawiuszy (którzy kazali go postawić) lub Koloseum. Robił on bardzo imponujące wrażenie zarówno od zewnątrz, jak i od środka, o czym szybko się przekonaliśmy, kiedy zaczęliśmy tę drugą stronę zwiedzać. Robiąc to byliśmy pogrążeni w najróżniejszych myślach. Bardzo nas ciekawiło, jak w ogóle ludzkie ręce zdołały stworzyć takie cudo i jak potem do tego doszło, że popadło ono w ruinę. Próbowaliśmy też odtworzyć w swojej wyobraźni najróżniejsze wydarzenia, które się kiedyś tu wydarzyły. Ludzie rzucani na pożarcie dzikim zwierzętom czy też walki gladiatorów oraz inne krwawe przedstawienia - to wszystko wydarzyło się właśnie tu, w tym oto miejscu. Przychodzili je oglądać ludzie bodajże z całego miasta i to bez względu na swoje pochodzenie. Miejsca na widowni zalegały wręcz całe tłumy. To był kiedyś budynek tętniący życiem, a teraz pozostały z niego ruiny. Smutny to los włoskiego dziedzictwa.
Podczas zwiedzania Koloseum, Marta i ja zatrzymaliśmy się nagle, po czym spojrzeliśmy sobie uważnie w oczy. Moja piękna i urocza towarzyszka spojrzała na mnie w sposób rozkoszny i czuły, a po chwili rzekła:
- Smutne to miejsce.
- Dlaczego? - zapytałem nieco zdumiony.
- Dlatego, że przypomina on nam o wiekach świetności, które przeminęły już bezpowrotnie. Jak również przypomina, iż wszystko na tym świecie kiedyś musi przeminąć, a co za tym idzie, nigdy już nie powrócić.
Pokiwałem głową rozumiejąc doskonale jej słowa.
- Czyli inaczej mówiąc, nic nie może wiecznie trwać na tym świecie?
- Dokładnie.
Smutna to prawda, ale zawsze prawda. Nie mogłem nie zgodzić się z Martą. Ona ponownie się do mnie uśmiechnęła i przysunęła się do mnie. A wówczas, nie wiem dotąd, jak to możliwe, nasze usta się ze sobą spotkały w bardzo namiętnym pocałunku. Trwał on długo i był naprawdę cudowny. Świat wówczas przestał dla nas istnieć. Liczyliśmy się tylko my dwoje na środku tego wielkiego amfiteatru, całujący się z miłością i namiętnością zarazem, jednak nasz pocałunek, chociaż tak niesamowicie piękny, nie mógł trwać wiecznie i tak, jak świetność tego miejsca, tak też i on musiał w końcu się skończyć. Skończyliśmy się całować i dotknąłem powoli jej słodką twarz.
- Marto, ja...
- Cicho... Nic nie mów... Nie psuj tej chwili.
Znowu mnie pocałowała, obejmując przy tym bardzo namiętnie moją szyję. Ja zaś zgodnie z jej życzeniem nie mówiłem nic zatracając się w tym, co właśnie robiliśmy i przedłużając to cudowne doświadczenie.
Jednak w amfiteatrze zaczęli przybywać inni turyści, tak więc musieliśmy z Martą opuścić to miejsce. Nie chcieliśmy, aby cały świat był świadkiem naszych miłosnych i rozkosznych chwil. To było tylko nasze i nikt inny nie powinien tego oglądać.
Po długim spacerze powróciliśmy w końcu do hotelu, rozmawiając ze sobą przyjaźnie, nie wspominając jednak o tym wszystkim, co między nami zaszło. Uznałem bowiem, że być może to była drobna chwila słabości, a co za tym idzie, moja ukochana mogła tego pocałunku zacząć żałować. Bardzo nie chciałem, aby tak się stało, dlatego właśnie postanowiłem nie poruszać tego jakże intymnego tematu, a Marta również nie robiła nic w tym kierunku, aby rozmawiać ze mną o naszym pocałunku. Uznałem więc, że lepiej będzie, jeżeli nie będę sam zaczynał takiej rozmowy.
Kolację zjedliśmy razem, rozmawiając sobie przy tym o wszystkich sprawach niezwiązanych w ogóle z naszym pocałunkiem. Następnie każde z nas udało się na spoczynek do swojego pokoju. Ja zaś, nim poszedłem spać, zająłem się lekturą moich dzienników, rozważając przy tym bardzo dokładnie, w którym to kierunku powinienem się teraz udać, aby odnaleźć kogoś, kto mógłby wiedzieć cokolwiek na temat hrabiego Monte Christo. Niestety, stworzenie jakiegokolwiek sensownego planu okazało się niemożliwe. Dlatego zły odłożyłem dzienniki i położyłem się do łóżka spać, ale ledwie to zrobiłem, a nagle ktoś zapukał delikatnie do moich drzwi. Zastanowiło mnie, kto to może być.
Wstałem z łóżka, chcąc otworzyć drzwi mojemu nocnemu gościowi. Miałem na sobie tylko piżamę i szlafrok. Oczywiście nie wiedziałem, kogo mógłbym się u siebie spodziewać o tej porze. Złapałem więc szybko jedną ręką pistolet, a drugą laskę z ukrytą wewnątrz szpadą. Ten oto najnowszy wynalazek, bardzo popularny wśród dżentelmenów, był niesamowicie pożyteczny dla każdego, kto chciał się obronić na pustej ulicy czy w jakimkolwiek miejscu. Można tym było walczyć, nie musząc się przy tym niepokoić o to, że wystrzelisz jedną z kulę z pistoletu i już nie zdążysz przeładować. Zawsze zresztą preferowałem broń białą, a nie palną.
Podszedłem do drzwi i otworzyłem je, o mało nie pakując kuli prosto w czoło Marty. Ona to bowiem stała za drzwiami i do nich pukała.
- Chce mnie pan zastrzelić, drogi panie Chroniqueur? - zapytała tonem dość swobodnym i wesołym.
Zarumieniłem się lekko, po czym opuściłem broń.
- Co tu robisz? - zapytałem zdumiony.
- Nie zaprosisz mnie do swojego pokoju, najdroższy? Mam tak stać pod tymi drzwiami przez całą noc?
- Wejdź, proszę.
Wpuściłem ją, opuszczając przy tym broń. Uśmiechnęła się i weszła. Miała na sobie szlafrok i jak podejrzewałem, nic więcej pod spodem. Popatrzyłem na nią z uwagą. Poruszała się po moim pokoju z taką swobodą i lekkością, jakby była ona u siebie. Było to dość dziwne, ale jednak bardzo mi schlebiało.
- A więc to tak wygląda twoja rezydencja, mój drogi? - powiedziała z bardzo zalotnym uśmiechem, rozglądając się dookoła.
- Owszem, właśnie tak - odpowiedziałem jej.
- I zawsze tak samotnie spędzasz w niej noce?
- Zawsze. Dzisiejsza noc jest pod tym względem wyjątkowa.
Zachichotała z lekkim niedowierzaniem. Najwyraźniej mi nie wierzyła.
- Co cię do mnie sprowadza, moja droga Marto?
- Dlaczego takim urzędowym tonem do mnie mówisz, mój kochany? Czyż uczyniłam ci co złego?
Podszedłem do niej i pocałowałem ją w dłoń.
- Nie, najsłodsza. Ani trochę. Po prostu jestem ciekaw, co ty tu robisz o tej porze? I to do tego sama?
- Może wolisz, abym sprowadziła tu swoją nianię i służki?
- Nie... Zdecydowanie nie. Wolę być z tobą sam na sam, najdroższa. Tak jest o wiele przyjemniej.
- Też mi się tak wydaje.
Patrzyłem w jej oczy i ponownie zapytałem, co ją do mnie sprowadza, ale tym razem delikatniejszym i czulszym tonem. W odpowiedzi pogłaskała mój policzek i powiedziała:
- Chcę spędzić z tobą tę noc.
Kiedy chciałem zaprotestować, dotknęła delikatnie paluszkami moich warg.
- Ciii... Proszę cię, nie protestuj. Dzisiaj w ruinach dałam ci zaledwie zadatek tego, czym chce cię obdarzyć. Proszę, pozwól mi ofiarować tobie coś, czego nie dałam jeszcze żadnemu mężczyźnie.
Nim zdążyłem zaprotestować i powiedzieć, że to niestosowne, wsunęła moje dłonie pod poły swego szlafroka. Wyczułem wówczas, że jest pod nim kompletnie naga. Podniecony uległem instynktowi i ścisnąłem delikatnie jej piersi, na których mi położyła swe palce. Lekko jęknęła, jednak nie z bólu, a rozkoszy. Zamruczała rozkosznie jak kotka, popatrzyła na mnie zmysłowo i uśmiechnęła się.
- I jak? Podobają ci się?
- Są bardzo piękne i miękkie. Ale nie wiem, czy to zachowanie jest...
- Właściwe? - zaśmiała się - Pewnie i niewłaściwe, a także niegodne panny z dobrego domu. Ale pochyl się, a powiem ci coś na uszko.
Następnie pochyliła się nad moim uszkiem i szepnęła zmysłowo:
- Nic mnie to nie obchodzi.
Mnie w tej samej chwili też przestało to obchodzić. Objąłem ją zachłannie i pocałowałem namiętnie w usta. Oddała mi go równie namiętnie. Moje dłonie zsunęły z niej szybko szlafrok i odsłoniły jej nagość, tak piękną i wspaniałą, że aż nieziemską.
Nie pamiętam już, w której chwili dokładnie pociągnęła mnie na siebie i w której padliśmy na łóżko. Ani kiedy pozbawiła mnie moich ubrań. Ani też, jak dokładniej nasze nagie, gorące i spragnione boskiej rozkoszy ciała złączyły się ze sobą. Pamiętam tylko tyle, że to był to wręcz szalony taniec zmysłów, rozkoszy i szaleństwa. Nasz pierwszy raz był nieziemsko cudowny, zaś Marta okazała się być wspaniałą kochanką. Kochaliśmy się zachłannie i szalenie i to na wszystkie chyba możliwe sposoby. Pieściłem bardzo powoli jej ciało, zaś moje dłonie głaskały ją dosłownie wszędzie. Nasze jęki, nasz pot, nasze doznania... Wszystko to splotło się ze sobą tak mocno, jak to tylko było możliwe.
Jak długo to trwało, nie wiem. Może godzinę, może dwie, a może sto lat. Nie wiem. Wiem tylko tyle, że gdy skończyliśmy i opadliśmy na siebie, to nasze ciała ogarnęło boskie uczucie spełnienie. Objąłem wówczas mocno do siebie Martę, a ona wtuliła się we mnie ufnie i rozkosznie niczym małe dziecko, którym teraz zdawała się być. Pocałowałem jej czoło.
- Martusia... Moja malusia Martusia.
Zachichotała lekko niczym mała dziewczynka.
- Ciebie to bawi? - spytałem zdumiony.
- Nie... Podnieca - odpowiedziała mi.
Uśmiechnąłem się i mocno ją objąłem.
- To dobrze, bo już myślałem, że tylko się mną bawisz.
Podniosła się lekko i palcem kreśliła kółka na moim torsie.
- Nie tobą tylko Z TOBĄ, najdroższy - powiedziała bardzo czule - A to wielka różnica, zapewniam cię.
Pocałowałem z miłością jej usta.
- Masz rację. To rzeczywiście wielka różnica.
Wtuliła się mocniej w mój tors i oboje przez dłuższą chwilę nic do siebie nie mówiliśmy. Słowa były tutaj całkowicie zbędne, a poza tym nie chcieliśmy psuć tej radosnej chwili.
- O czym teraz myślisz, najdroższa? - zapytałem Martę, tak po dłuższej chwili milczenia.
- O tym, jak żałosne są takie kobiety, które wolą inne kobiety.
Na początku nie wiedziałem, o co jej chodzi. Dość szybko jednak to pojąłem.
- Masz na myśli...
- Właśnie.
- Takie kobiety jak Safona?
Pokiwała głową na znak potwierdzenia. Wykrzywiłem się wówczas na myśl o tym, jak kobieta może robić takie rzeczy z drugą kobietą.
- Cóż za ohyda.
Marta zgodziła się ze mną.
- Nie inaczej. Do tego takie kobiety są, tak moim skromnym zdaniem, po prostu żałosne.
- Dlaczego żałosne? - zapytałem z ciekawością.
- Bo one nie wiedzą, co tracą. Mogą mieć takiego cudownego, boskiego i wspaniałego mężczyznę w łóżku. A zamiast tego co mają?
Zaśmiałem się i dalej bawiłem się jej puszystymi włosami.
- No właśnie, co mają?
- Coś, co raczej trudno jest nazwać nawet namiastką prawdziwie cudownej rozkoszy, mój ty słodki. Och, biedna Eugenia. Sama nie wie, co traci.
Popatrzyłem na nią zdziwiony jej słowami.
- Jaka Eugenia?
- Eugenia Danglars... Moja dobra przyjaciółka.
Usiadłem na łóżku zainteresowany jej słowami.
- Eugenia Danglars? Córka tego bankiera Danglarsa?
- Ta sama.
- Skąd ją znasz?
- Poznałam ją tak z kilka lat temu, kiedy występowała w jednym włoskim teatrze. Jej „przyjaciółka”...
To ostatnie słowo Marta wymówiła z lekkim naciskiem, wyraźnie dając mi do zrozumienia, abym nie brał go dosłownie.
- Jej „przyjaciółka”, panna Ludwika, uczyła mnie muzyki.
Słuchałem jej słów uważnie. Nawet bardzo uważnie.
- I co, te dwie „przyjaciółki” tak po prostu sobie żyją ze sobą? - zapytałem z uśmiechem - Chodzą sobie między ludźmi tak we dwie? Nikt nie zwraca na nich uwagi? Na to, że są... „inne”?
Marta zaśmiała się wesoło.
- A bo widzisz, to jest cała historia. Eugenia, kiedy pokazuje się z Ludwiką, to zwykle zakłada męski strój i udaje jej brata, Eugeniusza. A że jest raczej brzydka i z zachowania bardziej męska niż kobieca, to sam rozumiesz... Bardzo łatwo jej to przychodzi.
Rozumiałem doskonale, co Marta do mnie mówiła. Zrozumiałem także coś jeszcze.
- Słuchaj, nie wiesz, gdzie można je obecnie znaleźć?
Marta popatrzyła na mnie z uśmiechem.
- A wyobraź sobie, że wiem.
- To gdzie?
- Tutaj, we Włoszech.
Myślałem, że umrę ze szczęścia, gdy to usłyszałem.
- Tutaj? W tym kraju?
- Tak. I do tego jeszcze w tym mieście.
W tej chwili czułem, że niebo się przede mną otworzyło.
- Marta, czy ty rozumiesz, co to znaczy?! Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, jakie to możliwości otwiera?
- Nazwij mnie głupią, ale nie wiem.
Uśmiechnąłem się do niej i pocałowałem namiętnie jej usteczka.
- Właśnie znaleźliśmy kolejny punkt zaczepienia.
Skrzętnie zapisałem wszystkie słowa Luigiego Vampy. Musiałem przy tym przyznać, że choć jego opowieść nie wniosła zbyt wiele do naszych poszukiwań hrabiego Monte Christo, to jednak miała dla mnie niezwykłą wartość. Potwierdziła bowiem historię barona Danglarsa (z pominięciem, rzecz jasna, faktu, iż ukazał się on jako niewinna ofiara cudzej podłości), jak i też potwierdziła w całości opowieść Benedetta. Zatem wiadomości, które dotąd posiadałem, nie należały bynajmniej ani do kłamliwych, ani też do oszukańczych. To zawsze było coś.
Nabrałem też jeszcze większego szacunku do hrabiego de Monte Christo. Co prawda sam fakt, iż zadawał się z on bandytami pokroju Luigiego Vampy wydawał mi się co najmniej podejrzany, to jednak przyznać muszę szczerze, że gdybym ja był na jego miejscu, to z pewnością bardzo bym chciał mieć takich przyjaciół, jak on. Zwłaszcza, że Vampa i jego banda, pomimo bycia groźnymi przestępcami, mają w sobie coś niezwykłego i pięknego zarazem, czego stanowczo brak osobom takim jak Danglars. Luigi i jego ludzie to tak jakby włoska wesoła kompania Robin Hooda. Nie byłem skłonny nazywać ich łajdakami, bo w końcu co oni niby złego zrobili? Jedynie okradli kilku bogatych paniczyków i wymusili na nich okup za wolność. Ci bogacze i tak przez to nie zbiednieli, a pan Vampa już niejednego biedaka wsparł, jeżeli oczywiście wierzyć opowieściom, jakie o nim krążą. Nie mówiąc już o tym, że wielu ludzi, którzy w dzisiejszych czasach cieszą się wręcz wielkim poważaniem ze strony społeczeństwa, zdecydowanie o wiele mniej na to poważanie zasługują, niż go otrzymują od innych. Taka jest prawda. Człowiek, który kradnie pieniądze innego człowieka jest złodziejem bez względu na to, czym się zajmuje. Ja tam jednak wolę uczciwego złodzieja, który mówi mi prosto w oczy, iż jest złodziejem niż okradającego mnie nędznego polityka, który przy tym udaje, że wszystko, co tylko robi, czyni dla dobra mojego, a także całego naszego społeczeństwa.
Powrócę jednak do zapisywania wydarzeń, ponieważ chyba zanadto tutaj się rozpisałem na temat własnych przemyśleń.
Po zapisaniu wszystkich słów Luigiego Vampy. zamknąłem powoli dziennik i uśmiechnąłem się lekko.
- Dziękuję panu, senor Vampa. Pańska opowieść wielce mi pomogła. Wniosła ona nowe fakty do historii znanego nam obu hrabiego, jak również potwierdziła poprzednie informacje, które zdobyłem.
Luigi Vampa również się uśmiechnął.
- Cieszy mnie, że mogłem pomóc, panie Chroniqueur.
- I ja się cieszę, senor Vampa. Zapewniam pana, że teraz naprawdę bardzo mi pan pomógł. Mocniej niż może pan to sobie wyobrazić.
Kiedy Luigi Vampa podał mi dłoń, to z radością i prawdziwym zaszczytem uścisnąłem mu ją. Pożegnaliśmy się ze sobą niczym, może niekoniecznie dwóch serdecznych przyjaciół, jednak na pewno dwóch ludzi, którzy darzą się nawzajem szacunkiem. Następnie kilku ludzi Vampy odprowadziło mnie i Martę do powozu, po czym odwiozło nim do hotelu, gdzie bardzo wesoło się z nimi pożegnaliśmy. Przyznam, iż nieco żal mi było się z nimi rozstać. W końcu może i byli bandyci i to nieraz groźni dla swoich wrogów, ale również niezwykle serdeczni i przyjaźnie nastawieni dla każdego, kto przestrzega zasad honoru i ludzkiej godności. Miałem jedynie nadzieję, że nie złapią ich karabinierzy. Zbyt mocno bowiem polubiłem tych ludzi, aby móc życzyć im śmierci na gilotynie. Nawet jeśli łamali oni prawo.
Spojrzałem na Martę, która uśmiechała się do mnie radośnie.
- I jak sądzisz, mój przyjacielu? Wyprawa była owocna? - zapytała.
- Owszem. W każdym razie na pewno nie był to wcale czas zmarnowany - odpowiedziałem, dalej się w nią wpatrując.
Weszliśmy potem do hotelu, gdzie odprowadziłem pannę Martę do jej pokoju i pożegnałem życząc jej przyjemnej nocy. Ona odwzajemniła się tym samym, po czym zniknęła w swych apartamentach. Ja zaś udałem się do swoich, jednocześnie orientując się, że zapomniałem zapytać Luigiego Vampę o to, dokąd powinienem teraz się udać, aby poszukiwać kolejnych wiadomości o hrabim Monte Christo. Po małym sukcesie nastąpiła więc kolejna porażka i utknięcie w martwym punkcie.
14 lipca 1855 r.
Wstałem w nocy, aby móc zapisać to, co się dzisiaj wydarzyło. Jest to bowiem dla mnie osobiście bardzo ważne i muszę to uwiecznić na papierze.
Ten dzień spędziłem w towarzystwie Marty. Oboje nie wiedząc, w jaki sposób kontynuować nasze małe śledztwo, postanowiliśmy spędzić bardzo miło czas, przy okazji zwiedzając wspólnie Wieczne Miasto. Poznaliśmy wtedy wszystkie zabytki znajdujące się w tym miejscu. Głównie interesowały nas oczywiście zabytki z czasów starożytności. Były one bowiem żywymi świadectwami przeszłości, a poza tym przebywając w Rzymie, nie można ich było nie odwiedzić.
Dlatego też ja i Marta musieliśmy te miejsca zobaczyć, a szczególnie ruiny pewnego pięknego amfiteatru. Był to największy amfiteatr ze wszystkich, zwany amfiteatrem Flawiuszy (którzy kazali go postawić) lub Koloseum. Robił on bardzo imponujące wrażenie zarówno od zewnątrz, jak i od środka, o czym szybko się przekonaliśmy, kiedy zaczęliśmy tę drugą stronę zwiedzać. Robiąc to byliśmy pogrążeni w najróżniejszych myślach. Bardzo nas ciekawiło, jak w ogóle ludzkie ręce zdołały stworzyć takie cudo i jak potem do tego doszło, że popadło ono w ruinę. Próbowaliśmy też odtworzyć w swojej wyobraźni najróżniejsze wydarzenia, które się kiedyś tu wydarzyły. Ludzie rzucani na pożarcie dzikim zwierzętom czy też walki gladiatorów oraz inne krwawe przedstawienia - to wszystko wydarzyło się właśnie tu, w tym oto miejscu. Przychodzili je oglądać ludzie bodajże z całego miasta i to bez względu na swoje pochodzenie. Miejsca na widowni zalegały wręcz całe tłumy. To był kiedyś budynek tętniący życiem, a teraz pozostały z niego ruiny. Smutny to los włoskiego dziedzictwa.
Podczas zwiedzania Koloseum, Marta i ja zatrzymaliśmy się nagle, po czym spojrzeliśmy sobie uważnie w oczy. Moja piękna i urocza towarzyszka spojrzała na mnie w sposób rozkoszny i czuły, a po chwili rzekła:
- Smutne to miejsce.
- Dlaczego? - zapytałem nieco zdumiony.
- Dlatego, że przypomina on nam o wiekach świetności, które przeminęły już bezpowrotnie. Jak również przypomina, iż wszystko na tym świecie kiedyś musi przeminąć, a co za tym idzie, nigdy już nie powrócić.
Pokiwałem głową rozumiejąc doskonale jej słowa.
- Czyli inaczej mówiąc, nic nie może wiecznie trwać na tym świecie?
- Dokładnie.
Smutna to prawda, ale zawsze prawda. Nie mogłem nie zgodzić się z Martą. Ona ponownie się do mnie uśmiechnęła i przysunęła się do mnie. A wówczas, nie wiem dotąd, jak to możliwe, nasze usta się ze sobą spotkały w bardzo namiętnym pocałunku. Trwał on długo i był naprawdę cudowny. Świat wówczas przestał dla nas istnieć. Liczyliśmy się tylko my dwoje na środku tego wielkiego amfiteatru, całujący się z miłością i namiętnością zarazem, jednak nasz pocałunek, chociaż tak niesamowicie piękny, nie mógł trwać wiecznie i tak, jak świetność tego miejsca, tak też i on musiał w końcu się skończyć. Skończyliśmy się całować i dotknąłem powoli jej słodką twarz.
- Marto, ja...
- Cicho... Nic nie mów... Nie psuj tej chwili.
Znowu mnie pocałowała, obejmując przy tym bardzo namiętnie moją szyję. Ja zaś zgodnie z jej życzeniem nie mówiłem nic zatracając się w tym, co właśnie robiliśmy i przedłużając to cudowne doświadczenie.
Jednak w amfiteatrze zaczęli przybywać inni turyści, tak więc musieliśmy z Martą opuścić to miejsce. Nie chcieliśmy, aby cały świat był świadkiem naszych miłosnych i rozkosznych chwil. To było tylko nasze i nikt inny nie powinien tego oglądać.
Po długim spacerze powróciliśmy w końcu do hotelu, rozmawiając ze sobą przyjaźnie, nie wspominając jednak o tym wszystkim, co między nami zaszło. Uznałem bowiem, że być może to była drobna chwila słabości, a co za tym idzie, moja ukochana mogła tego pocałunku zacząć żałować. Bardzo nie chciałem, aby tak się stało, dlatego właśnie postanowiłem nie poruszać tego jakże intymnego tematu, a Marta również nie robiła nic w tym kierunku, aby rozmawiać ze mną o naszym pocałunku. Uznałem więc, że lepiej będzie, jeżeli nie będę sam zaczynał takiej rozmowy.
Kolację zjedliśmy razem, rozmawiając sobie przy tym o wszystkich sprawach niezwiązanych w ogóle z naszym pocałunkiem. Następnie każde z nas udało się na spoczynek do swojego pokoju. Ja zaś, nim poszedłem spać, zająłem się lekturą moich dzienników, rozważając przy tym bardzo dokładnie, w którym to kierunku powinienem się teraz udać, aby odnaleźć kogoś, kto mógłby wiedzieć cokolwiek na temat hrabiego Monte Christo. Niestety, stworzenie jakiegokolwiek sensownego planu okazało się niemożliwe. Dlatego zły odłożyłem dzienniki i położyłem się do łóżka spać, ale ledwie to zrobiłem, a nagle ktoś zapukał delikatnie do moich drzwi. Zastanowiło mnie, kto to może być.
Wstałem z łóżka, chcąc otworzyć drzwi mojemu nocnemu gościowi. Miałem na sobie tylko piżamę i szlafrok. Oczywiście nie wiedziałem, kogo mógłbym się u siebie spodziewać o tej porze. Złapałem więc szybko jedną ręką pistolet, a drugą laskę z ukrytą wewnątrz szpadą. Ten oto najnowszy wynalazek, bardzo popularny wśród dżentelmenów, był niesamowicie pożyteczny dla każdego, kto chciał się obronić na pustej ulicy czy w jakimkolwiek miejscu. Można tym było walczyć, nie musząc się przy tym niepokoić o to, że wystrzelisz jedną z kulę z pistoletu i już nie zdążysz przeładować. Zawsze zresztą preferowałem broń białą, a nie palną.
Podszedłem do drzwi i otworzyłem je, o mało nie pakując kuli prosto w czoło Marty. Ona to bowiem stała za drzwiami i do nich pukała.
- Chce mnie pan zastrzelić, drogi panie Chroniqueur? - zapytała tonem dość swobodnym i wesołym.
Zarumieniłem się lekko, po czym opuściłem broń.
- Co tu robisz? - zapytałem zdumiony.
- Nie zaprosisz mnie do swojego pokoju, najdroższy? Mam tak stać pod tymi drzwiami przez całą noc?
- Wejdź, proszę.
Wpuściłem ją, opuszczając przy tym broń. Uśmiechnęła się i weszła. Miała na sobie szlafrok i jak podejrzewałem, nic więcej pod spodem. Popatrzyłem na nią z uwagą. Poruszała się po moim pokoju z taką swobodą i lekkością, jakby była ona u siebie. Było to dość dziwne, ale jednak bardzo mi schlebiało.
- A więc to tak wygląda twoja rezydencja, mój drogi? - powiedziała z bardzo zalotnym uśmiechem, rozglądając się dookoła.
- Owszem, właśnie tak - odpowiedziałem jej.
- I zawsze tak samotnie spędzasz w niej noce?
- Zawsze. Dzisiejsza noc jest pod tym względem wyjątkowa.
Zachichotała z lekkim niedowierzaniem. Najwyraźniej mi nie wierzyła.
- Co cię do mnie sprowadza, moja droga Marto?
- Dlaczego takim urzędowym tonem do mnie mówisz, mój kochany? Czyż uczyniłam ci co złego?
Podszedłem do niej i pocałowałem ją w dłoń.
- Nie, najsłodsza. Ani trochę. Po prostu jestem ciekaw, co ty tu robisz o tej porze? I to do tego sama?
- Może wolisz, abym sprowadziła tu swoją nianię i służki?
- Nie... Zdecydowanie nie. Wolę być z tobą sam na sam, najdroższa. Tak jest o wiele przyjemniej.
- Też mi się tak wydaje.
Patrzyłem w jej oczy i ponownie zapytałem, co ją do mnie sprowadza, ale tym razem delikatniejszym i czulszym tonem. W odpowiedzi pogłaskała mój policzek i powiedziała:
- Chcę spędzić z tobą tę noc.
Kiedy chciałem zaprotestować, dotknęła delikatnie paluszkami moich warg.
- Ciii... Proszę cię, nie protestuj. Dzisiaj w ruinach dałam ci zaledwie zadatek tego, czym chce cię obdarzyć. Proszę, pozwól mi ofiarować tobie coś, czego nie dałam jeszcze żadnemu mężczyźnie.
Nim zdążyłem zaprotestować i powiedzieć, że to niestosowne, wsunęła moje dłonie pod poły swego szlafroka. Wyczułem wówczas, że jest pod nim kompletnie naga. Podniecony uległem instynktowi i ścisnąłem delikatnie jej piersi, na których mi położyła swe palce. Lekko jęknęła, jednak nie z bólu, a rozkoszy. Zamruczała rozkosznie jak kotka, popatrzyła na mnie zmysłowo i uśmiechnęła się.
- I jak? Podobają ci się?
- Są bardzo piękne i miękkie. Ale nie wiem, czy to zachowanie jest...
- Właściwe? - zaśmiała się - Pewnie i niewłaściwe, a także niegodne panny z dobrego domu. Ale pochyl się, a powiem ci coś na uszko.
Następnie pochyliła się nad moim uszkiem i szepnęła zmysłowo:
- Nic mnie to nie obchodzi.
Mnie w tej samej chwili też przestało to obchodzić. Objąłem ją zachłannie i pocałowałem namiętnie w usta. Oddała mi go równie namiętnie. Moje dłonie zsunęły z niej szybko szlafrok i odsłoniły jej nagość, tak piękną i wspaniałą, że aż nieziemską.
Nie pamiętam już, w której chwili dokładnie pociągnęła mnie na siebie i w której padliśmy na łóżko. Ani kiedy pozbawiła mnie moich ubrań. Ani też, jak dokładniej nasze nagie, gorące i spragnione boskiej rozkoszy ciała złączyły się ze sobą. Pamiętam tylko tyle, że to był to wręcz szalony taniec zmysłów, rozkoszy i szaleństwa. Nasz pierwszy raz był nieziemsko cudowny, zaś Marta okazała się być wspaniałą kochanką. Kochaliśmy się zachłannie i szalenie i to na wszystkie chyba możliwe sposoby. Pieściłem bardzo powoli jej ciało, zaś moje dłonie głaskały ją dosłownie wszędzie. Nasze jęki, nasz pot, nasze doznania... Wszystko to splotło się ze sobą tak mocno, jak to tylko było możliwe.
Jak długo to trwało, nie wiem. Może godzinę, może dwie, a może sto lat. Nie wiem. Wiem tylko tyle, że gdy skończyliśmy i opadliśmy na siebie, to nasze ciała ogarnęło boskie uczucie spełnienie. Objąłem wówczas mocno do siebie Martę, a ona wtuliła się we mnie ufnie i rozkosznie niczym małe dziecko, którym teraz zdawała się być. Pocałowałem jej czoło.
- Martusia... Moja malusia Martusia.
Zachichotała lekko niczym mała dziewczynka.
- Ciebie to bawi? - spytałem zdumiony.
- Nie... Podnieca - odpowiedziała mi.
Uśmiechnąłem się i mocno ją objąłem.
- To dobrze, bo już myślałem, że tylko się mną bawisz.
Podniosła się lekko i palcem kreśliła kółka na moim torsie.
- Nie tobą tylko Z TOBĄ, najdroższy - powiedziała bardzo czule - A to wielka różnica, zapewniam cię.
Pocałowałem z miłością jej usta.
- Masz rację. To rzeczywiście wielka różnica.
Wtuliła się mocniej w mój tors i oboje przez dłuższą chwilę nic do siebie nie mówiliśmy. Słowa były tutaj całkowicie zbędne, a poza tym nie chcieliśmy psuć tej radosnej chwili.
- O czym teraz myślisz, najdroższa? - zapytałem Martę, tak po dłuższej chwili milczenia.
- O tym, jak żałosne są takie kobiety, które wolą inne kobiety.
Na początku nie wiedziałem, o co jej chodzi. Dość szybko jednak to pojąłem.
- Masz na myśli...
- Właśnie.
- Takie kobiety jak Safona?
Pokiwała głową na znak potwierdzenia. Wykrzywiłem się wówczas na myśl o tym, jak kobieta może robić takie rzeczy z drugą kobietą.
- Cóż za ohyda.
Marta zgodziła się ze mną.
- Nie inaczej. Do tego takie kobiety są, tak moim skromnym zdaniem, po prostu żałosne.
- Dlaczego żałosne? - zapytałem z ciekawością.
- Bo one nie wiedzą, co tracą. Mogą mieć takiego cudownego, boskiego i wspaniałego mężczyznę w łóżku. A zamiast tego co mają?
Zaśmiałem się i dalej bawiłem się jej puszystymi włosami.
- No właśnie, co mają?
- Coś, co raczej trudno jest nazwać nawet namiastką prawdziwie cudownej rozkoszy, mój ty słodki. Och, biedna Eugenia. Sama nie wie, co traci.
Popatrzyłem na nią zdziwiony jej słowami.
- Jaka Eugenia?
- Eugenia Danglars... Moja dobra przyjaciółka.
Usiadłem na łóżku zainteresowany jej słowami.
- Eugenia Danglars? Córka tego bankiera Danglarsa?
- Ta sama.
- Skąd ją znasz?
- Poznałam ją tak z kilka lat temu, kiedy występowała w jednym włoskim teatrze. Jej „przyjaciółka”...
To ostatnie słowo Marta wymówiła z lekkim naciskiem, wyraźnie dając mi do zrozumienia, abym nie brał go dosłownie.
- Jej „przyjaciółka”, panna Ludwika, uczyła mnie muzyki.
Słuchałem jej słów uważnie. Nawet bardzo uważnie.
- I co, te dwie „przyjaciółki” tak po prostu sobie żyją ze sobą? - zapytałem z uśmiechem - Chodzą sobie między ludźmi tak we dwie? Nikt nie zwraca na nich uwagi? Na to, że są... „inne”?
Marta zaśmiała się wesoło.
- A bo widzisz, to jest cała historia. Eugenia, kiedy pokazuje się z Ludwiką, to zwykle zakłada męski strój i udaje jej brata, Eugeniusza. A że jest raczej brzydka i z zachowania bardziej męska niż kobieca, to sam rozumiesz... Bardzo łatwo jej to przychodzi.
Rozumiałem doskonale, co Marta do mnie mówiła. Zrozumiałem także coś jeszcze.
- Słuchaj, nie wiesz, gdzie można je obecnie znaleźć?
Marta popatrzyła na mnie z uśmiechem.
- A wyobraź sobie, że wiem.
- To gdzie?
- Tutaj, we Włoszech.
Myślałem, że umrę ze szczęścia, gdy to usłyszałem.
- Tutaj? W tym kraju?
- Tak. I do tego jeszcze w tym mieście.
W tej chwili czułem, że niebo się przede mną otworzyło.
- Marta, czy ty rozumiesz, co to znaczy?! Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, jakie to możliwości otwiera?
- Nazwij mnie głupią, ale nie wiem.
Uśmiechnąłem się do niej i pocałowałem namiętnie jej usteczka.
- Właśnie znaleźliśmy kolejny punkt zaczepienia.

Ciekawy rozdział, nawet bardzo ciekawy. xD Nieźle sobie poczynali przy pierwszym zbliżeniu, tylko Jean za bardzo broni Vampę i jego bandę, bo mimo wszystko są to złodzieje i porywacze i rozdawanie zdobytych pieniędzy ubogim wcale nie usprawiedliwia ich postępków. Przestępcy i tyle. Może nie bandyci, ale przestępcy i złodzieje. Córka Danglarsa i jej nauczycielka muzyki okazały się homoseksualne. Tego się nie spodziewałem. Szczęśliwy zbieg okoliczności, że Marta miała okazję je poznać, a do tego obie przebywają w Rzymie, dzięki czemu Jean będzie mógł bez problemu zdobyć kolejne informacje na temat hrabiego.
OdpowiedzUsuńTakie miejsce jak Kolesum musi budzić smutek, bo nam przypomina, że nic na tym świecie nie trwa wiecznie.
OdpowiedzUsuńOdważna i namiętna scena miłosna, ale napisana z uczuciem i w granicach dobrego smaku :) Jakoś nie lubię postaci Marty, nie budzi ona mojego zaufania.
Może z czasem zmienię o niej zdanie, ale wydaje mi, że coś ona ukrywa i nie jest do końca z naszym dziennikarzem szczera.
Faktycznie pamiętam aluzję w powieści, że panna Danglars była lesbijką. Ciekawe, czy jej wiedza o hrabim Monte Christo pomoże kronikarzowi w śledztwie?