sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 22

Rozdział XXII

Dzienniki Jeana Chroniqueura


15 lipca 1855 r.
Na rano, po wspólnie i cudownie spędzonej ze sobą nocy, ja i Marta udaliśmy się do restauracji, aby zjeść śniadanie i żeby omówić sprawę, która została podczas wczorajszej rozmowy poruszona. Chodziło tu oczywiście o sprawę dziennikarskiego śledztwa, które prowadziłem. Jeżeli bowiem się nie myliłem, to moja ukochana znała następną osobę, którą powinniśmy odwiedzić w celu poznania jak największej ilości informacji na temat hrabiego Monte Christo. Tą osobą była Eugenia Danglars.
- Jest tak, jak ci mówię, mój drogi - wyjaśniała mi Marta powoli jedząc śniadanie - Panna Eugenia i jej nauczycielka muzyki, Ludwika d’Armily, podróżują razem po świecie, robiąc wielką karierę artystyczną. Występują w przedstawieniach teatralnych, dają pokazy muzyczne oraz śpiewają napisane przez siebie utwory muzyczne. Och, na Wenus i Marsa, czego to one jeszcze nie robiły?! Kobiety wyzwolone. Byleby tylko wszystko móc zawdzięczać sobie, a nic mężczyznom. Nie mówię, że robią źle. Mają w sobie coś, co sprawia, że czuję do nich swego rodzaju podziw, ale ja sama nie umiałabym tak żyć, zapewniam cię.
- Wierzę ci na słowo, Martusiu - uśmiechnąłem się do niej delikatnie.
Powoli kontynuowałem jedzenie spoglądając jej w oczy.
- Ale nie uważasz, że to dosyć szokujące? Dwie kobiety podróżujące sobie same po świecie i to bez asysty mężczyzny? W naszym pełnym manier i etykiety świecie, takie coś jest praktycznie niemożliwe. Przynajmniej tak mi się jak dotąd wydawało.
- No i dobrze ci się wydawało - odpowiedziała Marta kiwając uważnie głową - Zapominasz jednak o czymś niezmiernie ważnym. Przebranie...
Uśmiechnąłem się do niej, ponieważ od razu przypomniałem sobie to wszystko, co mi wczoraj mówiła.
- Wspominałaś coś niecoś, że jedna z tych pań przebiera się podczas tej podróży za mężczyznę. Tylko niestety nie pamiętam, która z nich to robi.
- Eugenia - podpowiedziała mi Marta.
- No właśnie... Eugenia udaje zatem mężczyznę oraz starszego brata Ludwiki, prawda?
- To prawda. Na tym to właśnie polega. Na dwie podróżujące samotnie kobiety, to każdy zwróciłby uwagę, zaś w ich przypadku skandal oznaczałby koniec kariery artystycznej i publiczny ostracyzm.
- W rzeczy samej. A jako brat i siostra nie budzą już chyba żadnych podejrzeń. Poza tym, gdyby ojciec lub matka chcieliby odnaleźć Eugenię po tym, jak uciekła z domu, to łatwo namierzyliby dwie samotnie podróżujące kobiety.
- A tak udało im się zmylić pościg.
- Otóż to. Tylko jak one dokładnie działają?
- No cóż... Podróżują jako brat i siostra, a kiedy są już na miejscu, to zatrudniają się tu i ówdzie, czasami ujawniając swą prawdziwą tożsamość, a czasami nie. Dzięki temu mącą trop ewentualnych osób, które by chciały je śledzić.
- To trzeba przyznać, jest całkiem sprytne.
- A i owszem, nawet bardzo sprytne. Choć akurat wtedy, kiedy ja je poznałam, to występowały obie pod swoimi prawdziwymi postaciami, ale to już jest mało istotny szczegół. Ciekawy, ale mało istotny.
Uśmiechnąłem się delikatnie do Marty i powoli kontynuowałem moje śniadanie, jednocześnie nie odrywając od niej wzroku.
- Ale wiesz... Skoro one udają rodzeństwo, to przecież równie dobrze mogłyby udawać małżeństwo - zwróciłem jej na to uwagę - Ciekawi mnie zatem, dlaczego tego nie robią, skoro i tak są kochankami jak sama twierdzisz...
- A wątpisz w moje słowa?
Żachnąłem się, po czym szybko odpowiedziałem:
- Ależ broń mnie Panie Boże! Wcale nie wątpię w prawdziwość twoich słów. Jednak to historia tak niezwykła, że aż chwilami trudno pomyśleć, że ma ona miejsce naprawdę. Przecież to historia jakby żywcem wyjęta z nieco kiepskiego romansu.
- Romanse zwykle są kiepskie, więc to akurat żadna nowina. Ale masz rację. Zachowują się jak bohaterki jakiegoś nędznych romansideł, których swego czasu naczytałam się zbyt wiele.
Zaśmiałem się lekko, słysząc te słowa. Nie były one bowiem dla mnie niczym niezwykłym. Wydawało mi się czymś normalnym to, iż kobiety zaczytują się w nawet najgorzej napisanych romansach, ponieważ ich dość romantyczna natura ciągnie je do takich książek, jak wilka do lasu. Mimo wszystko ucieszyło mnie to, że Marta, choć sama kiedyś takie książki lubiła, to te czasy uwielbienia takich dzieł minęły już bezpowrotnie.
- No, ale sama przyznasz, że lepiej im jest udawać małżeństwo. Zawsze to mniej wzbudza podejrzeń niż rodzeństwo. Czemu zatem właśnie tę drugą opcję wybierają? Lubią ryzyko czy co?
Marta wzruszyła lekko ramionami.
- Mnie się o to nie pytaj, Jean. Ja nie jestem kochająca inaczej jak Safona, żeby w jakikolwiek sposób pojąć ten ich dziwaczny sposób myślenia. Być może te panie wolą kazirodztwo niż małżeństwo? A zresztą, co mnie to obchodzi? Ja przecież mam ciekawsze rzeczy na głowie, aniżeli rozważania na temat tego, jak myślą takie ptasie móżdżki jak one.
- A dlaczego niby, kochana moja Martusiu, uważasz te panie za ptasie móżdżki? - zapytałem ciekawy patrząc na nią, popijając herbatę z filiżanki i dojadając bułką.
Marta także powoli kończyła śniadanie i uśmiechnęła się do mnie rozkosznie.
- No, bo powiedz sam. Jaka kobieta przy zdrowych zmysłach woli inną kobietę w łóżku zamiast cudownego, wspaniałego mężczyzny, który ma w sobie tyle tego... tego...
Zarumieniła się lekko i zamilkła, nie chcąc powiedzieć dokładnie, co takiego ma w sobie mężczyzna, co budziło jej przyjemne myśli, a także rumieniec na twarzy, ale doskonale się mogłem domyślać, o co chodzi.
- Co tego, kochanie? - zapytałem głosem niewiniątka.
Marta ponownie zarumieniła się niczym piwonia, po czym zaczęła kontynuować swoją myśl:
- Ja naprawdę nie rozumiem, jak można zamiast tego wszystkiego, co mężczyzna posiada, pożądać ciała takiego samego, jakie się samemu posiada? Ja bym nigdy nie umiała tak z inną kobietą...
Wykrzywiła się na samą myśl o tym, że mogłaby coś takiego zrobić.
- Nie! Nie! I jeszcze raz nie! Ja bym tak nie potrafiła. I naprawdę nie pojmuję takiego sposobu rozumowania ani też nigdy go pojąć nie zdołam. Dlatego właśnie nie miej do mnie żalu, że nazywam takie kobiety ptasimi móżdżkami. Bo niczym innym one nie są, jak tylko głupimi oraz żałosnymi babami. Niczym więcej.
Zaśmiałem się delikatnie, gdy tylko usłyszałem jej słowa. Naprawdę były dość zapalczywe oraz takie nieco przemądrzałe. Nie mogłem jednak wątpić w to, że są też całkowicie zgodne z prawdą, tym bardziej, że wczoraj w nocy moja słodka Marta dobitnie mi udowodniła, która płeć ją interesuje. I choć w głębi serca podzielałem jej zdanie, to jednak nie mogłem się też oprzeć przekonaniu, że przemawia przez nią nieco brak tolerancji połączonej z wielkim brakiem zrozumienia dla kobiet, które są inne niż ona sama. Dlatego też nie mogłem się oprzeć od komentarza do całej sprawy i powiedziałem:
- Tak to już zwykle bywa, moja droga, że zwykle wyśmiewamy lub też uważamy za głupie coś, czego wcale nie rozumiemy.
Ledwo wypowiedziałem te słowa, a Marta popatrzyła na mnie wzrokiem, który nazwać można spojrzeniem bazyliszka. Poczułem wówczas, że gdyby mogło ono zabijać, to już bym leżał na podłodze hotelowej restauracji bez ducha, a ona stałaby nade mną, z wręcz mściwą satysfakcją spoglądając na swoje dzieło. Na całe szczęście tak jednak nie było, gdyż wciąż żyję.
Patrząc tak na mnie Marta cicho powiedziała, a raczej wysyczała:
- A ty takich ludzi rozumiesz, kochasiu?
Uśmiechnąłem się do niej wesoło i uspokajająco zarazem.
- Nie mówię, że ich rozumiem, jednak ich nie wyśmiewam. Myślę, że takim ludziom najlepiej jest dać spokój i pozwalać im zadowalać się tym, czym chcą się zadowalać.
Marta oparła się o oparcie krzesła.
- Być może i masz rację. Trzeba być tolerancyjnym. Ostatecznie gdyby wszyscy byli tacy sami, to świat stałby się strasznie nudnym i dość ponurym miejscem.
- To jedna prawda. A druga jest taka, że wszyscy różnimy się od innych ludzi na świecie. Różnimy się dosłownie wszystkim począwszy od wyglądu, a skończywszy na charakterze. Nie ma nigdzie ludzi jednakich. I być może, to nawet i lepiej. Nie sądzisz?
- Być może i masz rację.
Marta oparła się lekko o swoje krzesło i przez chwilę milczała, jakby rozważała dokładnie moje słowa. W końcu jednak przerwała ciszę i zapytała mnie:
- Skończyłeś już jeść śniadanie?
Połknąłem ostatni kawałek bułki i popiłem go herbatą.
- Owszem, już skończyłem.
Marta uśmiechnęła się do mnie, widocznie zadowolona z mojej odpowiedzi.
- To doskonale. A zatem zakładam, że chcesz ze mną odwiedzić te dwie pannice?
- Nie inaczej. Bardzo tego chcę.
- A zatem ruszajmy.
- Ruszajmy.

2 komentarze:

  1. Ja tam popieram zdanie Marty w kwestii homoseksualizmu, gdyż sam nie jestem tolerancyjny i uważam , że homoseksualizm to zboczenie, które powinno się leczyć. Takie jest moje zdanie na ten temat. Marta chyba nie lubi jak ktoś podważa jej opinię. Sądzi, że wszystko wie najlepiej i, że tylko jej zdanie powinno się liczyć, więc pewnie bez problemu okręci sobie zabujanego w niej na zabój Jeana wokół palca, ale przynajmniej dzięki niej zdobędzie nowe informacje na temat hrabiego. W końcu po to przybył do Włoch, by je dalej zbierać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie rozumiem, czemu Marta tyle czasu poświęca na ocenianie panny Eugenii.
    Niech się lepiej zastanowi sama nad sobą, czy sama jest zawsze w porządku, a nie ocenia szczęśliwe lesbijki, które się do jej życia nie wtrącają.
    Każdy kocha tak, jak chce i kto, co robi, to jego rzecz.
    Ciekawe, czy wizyta u tych panienek pomoże Kronikarzowi w śledztwie, rzuci nowe światło na historie życia tajemniczego Monte Christo i przybliży go do rozwiązania zagadki?

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...