15 lipca 1855 r. c.d.
Udaliśmy się wraz z Martą na poszukiwanie panny Eugenii Danglars i panny Ludwiki d’Armily. Moja towarzyszka podróży doskonale znała ich obecny adres zamieszkania, gdyż w dniu, w którym przybyła do Rzymu spotkała je przypadkiem na spacerze i nawet z nimi rozmawiała. Dowiedziała się więc, że przybyły one tutaj na występy w miejscowej operze. Zatrzymały się w jednym z hoteli, ale mniejszej kategorii niż nasz, ponieważ ten, w którym mieszkaliśmy ja i Marta był hotelem najwyższej jakości, a co za tym idzie, też najdroższym. Zaś obu paniom nie wiodło się najlepiej, dlatego nie stać było ich na najlepszy hotel w całym świecie. Musiały się zadowolić hotelem niższej klasy mając nadzieję, że za swoje występy zarobią tyle, aby móc sobie pozwolić na życie w luksusie, do którego obie przywykły.
- Mam tylko nadzieję, że nie zmieniły miejsca zamieszkania - rzekła Marta, gdy jechaliśmy powozem do hotelu - Bo inaczej to szukaj wiatru w polu.
- Może tak niezupełnie wiatru i niezupełnie w polu, ale za to szukania będzie na pewno co nie miara - odpowiedziałem z uśmiechem.
W końcu dotarliśmy do hotelu, w którym mieszkały poszukiwane przez nas obie panny. Zapytaliśmy wówczas portiera, czy mieszka tu rodzeństwo d’Armily. Dowiedzieliśmy się, że pan Eugeniusz d’Armily i jego siostra Ludwika mieszkają w tym hotelu w pokoju numer 7. Udaliśmy się tam i zapukaliśmy do drzwi owego pokoju. Po krótkiej chwili otworzyła nam je pewna dosyć atrakcyjna kobieta, która prawdopodobnie nie przekroczyła czterdziestu lat, choć w tej kwestii mogłem się mylić.
- Marto! Witaj! - zawołała na widok mojej towarzyszki panna Ludwika (gdyż to właśnie była ona).
Wpuściła nas oboje do środka, po czym złapała Martę mocno w objęcia i ucałowała w oba policzki.
- Witaj, Ludwiko! - odpowiedziała Marta oddając jej pocałunek.
Ludwika d’Armily ledwo skończyła się z nią witać popatrzyła na mnie nieco podejrzliwym wzrokiem.
- A kim jest ten młodzieniec, który ci towarzyszy? - spytała.
- Nazywam się Jean Chroniqueur, proszę panienki - odpowiedziałem jej - Jestem dziennikarzem.
- Jean Chroniqueur? Czytałam pańskie artykuły - powiedziała panna Ludwika z uśmiechem na twarzy - Są naprawdę bardzo interesujące. Co was tu sprowadza, moi mili?
- Potrzebujemy informacji od twojego „brata” - powiedziała Marta, z ironią zaznaczając ostatnie słowo.
Ludwika lekko pobladła jakby ujrzała własną śmierć.
- Od Eugeniusza? - zapytała z przerażeniem.
Marta zirytowała się lekko słysząc jej odpowiedź.
- Proszę cię, tylko bez głupich żartów z twojej strony - powiedziała złowrogo - Obie doskonale wiemy, że pan Eugeniusz d’Armily, twój starszy brat nie istnieje i nigdy nie istniał. Zaś pod tym nazwiskiem obecnie ukrywa się Eugenia Dan...
Ludwika zatkała jej usta dłonią.
- Cicho bądź, proszę cię! Na miłość boską, Martusiu, nie krzycz tak głośno. Jeszcze ktoś usłyszy.
- Więc pozwól nam z nią porozmawiać - wydyszała moja towarzyszka, kiedy już dłoń panny Ludwiki puściła jej usta.
Panna d’Armily jednak nie dała się zbić z pantałyku.
- Dlaczego tak bardzo chcecie z nią porozmawiać?
- Chodzi o pewne wiadomości - odpowiedziałem - Dotyczące hrabiego Monte Christo.
- I uważacie, że mój brat...
Marta spojrzała na nią groźnie, dlatego Ludwika zamarła niemal w pół słowa i szybko się poprawiła:
- Pardon... Uważacie, że Eugenia je posiada?
- Właśnie tak uważamy - rzekłem.
- Nie wiem, dlaczego sądzicie, że moja towarzyszka może wam pomóc, ale jeżeli tak bardzo chcecie z nią porozmawiać, to proszę bardzo. Zaraz ją zawołam. Ale uprzedzam was, zadowolona z tego nie będzie, to więcej niż pewne.
- Zdziwiłabym się, gdyby była zadowolona - mruknęła Marta.
Usiedliśmy oboje w fotelach i zaczekaliśmy. Ludwika natomiast zniknęła w garderobie, z której po chwili dobiegły niezbyt miłe słowa, a następnie na naszą znajomą posypał się deszcz paru naprawdę potężnych przekleństw. Najwidoczniej panna Eugenia Danglars nie była w żadnym razie zadowolona z naszego przybycia do tego stopnia, że oskarżała swoją towarzyszkę o Bóg wie co. Niewiele z tego, co obie panny do siebie mówiły (a raczej krzyczały) zrozumiałem, ale łatwo z tego wszystkiego wywnioskowałem jedną, zasadniczą myśl. Mianowicie taką, iż Marta miała świętą rację mówiąc, że tacy ludzie normalni nie są, a przynajmniej panna Eugenia Danglars do takowych się nie zaliczała.
Po dłużej nieco chwili, drzwi garderoby nagle się otworzyły i do pokoju weszła panna Eugenia Danglars. Wbrew temu, co mówiła mi Marta, była to osoba dość urodziwa, choć odgrywanie mężczyzny sprawiało, że jej twarz miała w sobie wiele z mężczyzny, a z kobiety pozostało w niej raczej mało. Męski strój zatem pasował do niej jak ulał. Do tego jeszcze te obcięte na krótko ciemne włosy. No, ale mimo wszystko była jeszcze całkiem ładna, dlatego też, gdyby nie ta zabawa w mężczyznę...
Okropność i makabra, pomyślałem. Że też natura pozwala na to, aby z ładnej kobiety zrobić istotę zainteresowaną własną płcią! To mi się po prostu nie mieści w głowie.
Panna Danglars popatrzyła na mnie i na Martę, po czym powiedziała mocno zirytowanym tonem.
- Jestem Eugenia Danglars.
- O! No proszę! To już nie jesteś panem Eugeniuszem d’Armily?! - zakpiła sobie bezczelnie Marta.
Miałem wielką ochotę jej powiedzieć, aby ugryzła się w język, bo jeśli zrazi do nas naszą informatorkę, to raczej niczego się od niej nie dowiemy. Ale cóż, najwidoczniej pannie Eugenii Danglars ton mojej kochanej towarzyszki w ogóle jej nie przeszkadzał, gdyż powiedziała:
- Jestem nim tylko wtedy, kiedy mi tego potrzeba. Was również mogłabym oszukiwać i próbować wmówić, że jestem kimś, kim nigdy nie będę, ale wolę być z wami szczera. Zwłaszcza, iż jak mówi moja przyjaciółka, wiecie już doskonale, kim naprawdę jestem.
- To prawda - rzekłem.
- Wiemy to doskonale - dodała mrukliwym tonem Marta - A zwłaszcza ja, która znam cię już od jakiegoś czasu.
- I z tego tylko względu mówię wam obojgu prawdę - dokończyła swoją przemowę Eugenia Danglars, po czym usiadła naprzeciwko nas - Co was do mnie sprowadza, jeśli wolno wiedzieć?
- Chcemy spisać historię pani życia - odpowiedziałem jej zgodnie z prawdą.
- A na co wam historia mojego życia?
- Chodzi o pewne informacje dotyczące hrabiego Monte Christo.
Eugenia Danglars wpatrywała się we mnie i w Martę takim wzrokiem, jakby chciała nas nim zabić, wypuszczając z tych oto groźnych oczu błyskawice i inne okrutne dla ludzi zjawiska pogodowe.
- Hrabia Monte Christo? Ten podły, nędzny i pozbawiony większego rozumu człowiek, który sprowadził do Paryża i potem wypromował na salony tego mojego narzeczonego od siedmiu boleści? To przez niego mój równie głupi ojciec chciał mnie wydać za tego łotra i łajdaka, galernika o imieniu Benedetto. Już samo jego imię budzi mój wstręt, a co dopiero wspomnienie.
- On już nie żyje, moja panno - powiedziałem ze złością, przerywając jej tę jakże patetyczną przemowę - Uważam zatem, że ubliżanie zmarłemu pannie nie przystoi. Właściwie to nikomu nie przystoi.
Panna Danglars popatrzyła na mnie zdziwiona, ale wyraźnie też i uradowana.
- Jak to? Benedetto nie żyje? Jesteś pan tego pewien?
- Jestem pewien, gdyż sam byłem świadkiem jego śmierci.
- Jak zginął?
- Poszedł na gilotynę. Został ścięty na placu Greve jakiś tydzień temu, jeżeli nie mylę się w rachubie.
Panna Eugenia Danglars uśmiechnęła się w taki sposób, który nie tylko mnie, ale również i Marcie, lekko zmroził krew w żyłach.
- Jakże to dla mnie przyjemna wiadomość - powiedziała z uśmiechem pełnym jadu - A co do moich szacownych rodziców... Czy o nich też pan coś wie?
- Tak - odparłem, czując przy tym coraz bardziej niechęć do tej panny - Pan baron Danglars siedzi w więzieniu za długi, malwersacje i oszustwa finansowe, że o przywłaszczeniu cudzych pieniędzy nie wspomnę.
Eugenia klasnęła radośnie w dłonie, po czym zaśmiała się w diabelski sposób.
- OCH TAK! To kara wręcz doskonała dla niego i najlepsza zarazem! - śmiała się - Łajdak zasłużył sobie na to, chociażby za to, jak traktował moją matkę! I za to, jak potraktował mnie! O tak! Doprawdy, panie Chroniqueur, przyniósł mi pan niesamowicie bardzo dobre wieści. No, a co z moją matką, baronową Danglars?
- Nie żyje.
Słowa te musiały mocno nią wstrząsnąć, choć jak się domyślałem z opowieści śp. siostry Herminii, matka i córka nie darzyły się zbyt wielkim uczuciem.
- Jak to? Jak to nie żyje?
- Tak to. Umarła tego samego dnia, kiedy został ścięty pan Benedetto.
Chociaż smutny los niedoszłego męża oraz ojca wcale nie wzruszył panny Danglars, to jednak śmierć matki mocno nią wstrząsnęła.
- Pan sobie ze mnie żartuje, prawda?
- Z takich tematów jak ludzka śmierć się nie żartuje, panno Danglars. Pani matka naprawdę nie żyje.
Eugenia Danglars opadła załamana w głąb kanapy, na której siedziała. Panna Ludwika pochwyciła natychmiast jej dłoń i delikatnie ją ścisnęła.
- Jak umarła moja matka?
- Atak serca.
- Czy bardzo cierpiała umierając?
- Nie, raczej nie. Śmierć nastąpiła natychmiast. Tak przynajmniej stwierdził lekarz, który ją oglądał w chwili zgonu.
- Pojmuję.
Eugenia Danglars wyjęła chusteczkę i otarła nieco swoje oczy. Widząc ją w tej sytuacji poczułem się niezwykle smutno. Pomyślałem, że może źle oceniłem zachowanie tej panny. Widać nie była osobą bez serca, jak ją o to początkowo posądzałem.
Nasza rozmówczyni popatrzyła na mnie i na Martę, po czym rzekła:
- Jestem panu niezmiernie wdzięczna, proszę pana, za dostarczenie mi tych wszystkich informacji. Jak mogę się panu za nie odwdzięczyć?
Uśmiechnąłem się do niej delikatnie.
- Opowiadając mi o swoim życiu, panno Danglars, kładąc jednak przy tym nacisk na wszelką pani wiedzę o hrabim Monte Christo.
Popatrzyła na mnie nieco zdumiona.
- A niby dlaczego interesuje pana moje życie? W końcu jestem osobą, która tylko trochę znała pana Monte Christo. Zaledwie parę razy w życiu go widziałam. Jeśli pan się nim tak bardzo interesuje, niech pan zapyta o niego mojego drogiego ojczulka. Oni byli w lepszej komitywie.
- Już go pytałem, ale potrzebuję więcej informacji.
- Nie wiem, co bym mogła jeszcze dodać do opowieści mego ojca.
- Całe swoje życie. Być może posiada ono w sobie jedynie na pozór jakieś nic nieznaczące szczegóły, które to są niezmiernie ważne dla prowadzonego przeze mnie dziennikarskiego śledztwa.
Spojrzała się na mnie w sposób, który dowodził raczej sporej wątpliwości w tej sprawie.
- O ile wiem, szukacie tego swojego pseudo-hrabim, nieprawdaż? - bardziej stwierdziła, niż zapytała Eugenia.
- To prawda - rzekła Marta.
- Tak właśnie jest - dodałem.
Zauważyłem wówczas, że gdy Marta usłyszała słowo „pseudo-hrabim” lekko się wykrzywiła ze złości i zacisnęła palce w pięść. Jakby kpina z pana de Monte Christo mogły ją zaboleć. Nie miałem pojęcia, dlaczego by tak miało być, jednak postanowiłem się tym chwilowo nie przejmować. Jedynie tak na przyszłość sobie to zapamiętać. Ot tak, na wszelki wypadek.
Marta pochyliła się w stronę Eugenii i zapytała patrząc jej w oczy.
- Pomożesz więc nam, czy nie?
Panna Eugenia Daglars zastanawiała się nad jej pytaniem, jednak w końcu powiedziała tylko ZGODA, po czym posłała do kuchni pannę Ludwikę w celu przygotowania herbaty. Sama zaś rozsiadła się w fotelu i powiedziała:
- A zatem... Słuchaj pan uważnie, panie Chroniqueur...
Udaliśmy się wraz z Martą na poszukiwanie panny Eugenii Danglars i panny Ludwiki d’Armily. Moja towarzyszka podróży doskonale znała ich obecny adres zamieszkania, gdyż w dniu, w którym przybyła do Rzymu spotkała je przypadkiem na spacerze i nawet z nimi rozmawiała. Dowiedziała się więc, że przybyły one tutaj na występy w miejscowej operze. Zatrzymały się w jednym z hoteli, ale mniejszej kategorii niż nasz, ponieważ ten, w którym mieszkaliśmy ja i Marta był hotelem najwyższej jakości, a co za tym idzie, też najdroższym. Zaś obu paniom nie wiodło się najlepiej, dlatego nie stać było ich na najlepszy hotel w całym świecie. Musiały się zadowolić hotelem niższej klasy mając nadzieję, że za swoje występy zarobią tyle, aby móc sobie pozwolić na życie w luksusie, do którego obie przywykły.
- Mam tylko nadzieję, że nie zmieniły miejsca zamieszkania - rzekła Marta, gdy jechaliśmy powozem do hotelu - Bo inaczej to szukaj wiatru w polu.
- Może tak niezupełnie wiatru i niezupełnie w polu, ale za to szukania będzie na pewno co nie miara - odpowiedziałem z uśmiechem.
W końcu dotarliśmy do hotelu, w którym mieszkały poszukiwane przez nas obie panny. Zapytaliśmy wówczas portiera, czy mieszka tu rodzeństwo d’Armily. Dowiedzieliśmy się, że pan Eugeniusz d’Armily i jego siostra Ludwika mieszkają w tym hotelu w pokoju numer 7. Udaliśmy się tam i zapukaliśmy do drzwi owego pokoju. Po krótkiej chwili otworzyła nam je pewna dosyć atrakcyjna kobieta, która prawdopodobnie nie przekroczyła czterdziestu lat, choć w tej kwestii mogłem się mylić.
- Marto! Witaj! - zawołała na widok mojej towarzyszki panna Ludwika (gdyż to właśnie była ona).
Wpuściła nas oboje do środka, po czym złapała Martę mocno w objęcia i ucałowała w oba policzki.
- Witaj, Ludwiko! - odpowiedziała Marta oddając jej pocałunek.
Ludwika d’Armily ledwo skończyła się z nią witać popatrzyła na mnie nieco podejrzliwym wzrokiem.
- A kim jest ten młodzieniec, który ci towarzyszy? - spytała.
- Nazywam się Jean Chroniqueur, proszę panienki - odpowiedziałem jej - Jestem dziennikarzem.
- Jean Chroniqueur? Czytałam pańskie artykuły - powiedziała panna Ludwika z uśmiechem na twarzy - Są naprawdę bardzo interesujące. Co was tu sprowadza, moi mili?
- Potrzebujemy informacji od twojego „brata” - powiedziała Marta, z ironią zaznaczając ostatnie słowo.
Ludwika lekko pobladła jakby ujrzała własną śmierć.
- Od Eugeniusza? - zapytała z przerażeniem.
Marta zirytowała się lekko słysząc jej odpowiedź.
- Proszę cię, tylko bez głupich żartów z twojej strony - powiedziała złowrogo - Obie doskonale wiemy, że pan Eugeniusz d’Armily, twój starszy brat nie istnieje i nigdy nie istniał. Zaś pod tym nazwiskiem obecnie ukrywa się Eugenia Dan...
Ludwika zatkała jej usta dłonią.
- Cicho bądź, proszę cię! Na miłość boską, Martusiu, nie krzycz tak głośno. Jeszcze ktoś usłyszy.
- Więc pozwól nam z nią porozmawiać - wydyszała moja towarzyszka, kiedy już dłoń panny Ludwiki puściła jej usta.
Panna d’Armily jednak nie dała się zbić z pantałyku.
- Dlaczego tak bardzo chcecie z nią porozmawiać?
- Chodzi o pewne wiadomości - odpowiedziałem - Dotyczące hrabiego Monte Christo.
- I uważacie, że mój brat...
Marta spojrzała na nią groźnie, dlatego Ludwika zamarła niemal w pół słowa i szybko się poprawiła:
- Pardon... Uważacie, że Eugenia je posiada?
- Właśnie tak uważamy - rzekłem.
- Nie wiem, dlaczego sądzicie, że moja towarzyszka może wam pomóc, ale jeżeli tak bardzo chcecie z nią porozmawiać, to proszę bardzo. Zaraz ją zawołam. Ale uprzedzam was, zadowolona z tego nie będzie, to więcej niż pewne.
- Zdziwiłabym się, gdyby była zadowolona - mruknęła Marta.
Usiedliśmy oboje w fotelach i zaczekaliśmy. Ludwika natomiast zniknęła w garderobie, z której po chwili dobiegły niezbyt miłe słowa, a następnie na naszą znajomą posypał się deszcz paru naprawdę potężnych przekleństw. Najwidoczniej panna Eugenia Danglars nie była w żadnym razie zadowolona z naszego przybycia do tego stopnia, że oskarżała swoją towarzyszkę o Bóg wie co. Niewiele z tego, co obie panny do siebie mówiły (a raczej krzyczały) zrozumiałem, ale łatwo z tego wszystkiego wywnioskowałem jedną, zasadniczą myśl. Mianowicie taką, iż Marta miała świętą rację mówiąc, że tacy ludzie normalni nie są, a przynajmniej panna Eugenia Danglars do takowych się nie zaliczała.
Po dłużej nieco chwili, drzwi garderoby nagle się otworzyły i do pokoju weszła panna Eugenia Danglars. Wbrew temu, co mówiła mi Marta, była to osoba dość urodziwa, choć odgrywanie mężczyzny sprawiało, że jej twarz miała w sobie wiele z mężczyzny, a z kobiety pozostało w niej raczej mało. Męski strój zatem pasował do niej jak ulał. Do tego jeszcze te obcięte na krótko ciemne włosy. No, ale mimo wszystko była jeszcze całkiem ładna, dlatego też, gdyby nie ta zabawa w mężczyznę...
Okropność i makabra, pomyślałem. Że też natura pozwala na to, aby z ładnej kobiety zrobić istotę zainteresowaną własną płcią! To mi się po prostu nie mieści w głowie.
Panna Danglars popatrzyła na mnie i na Martę, po czym powiedziała mocno zirytowanym tonem.
- Jestem Eugenia Danglars.
- O! No proszę! To już nie jesteś panem Eugeniuszem d’Armily?! - zakpiła sobie bezczelnie Marta.
Miałem wielką ochotę jej powiedzieć, aby ugryzła się w język, bo jeśli zrazi do nas naszą informatorkę, to raczej niczego się od niej nie dowiemy. Ale cóż, najwidoczniej pannie Eugenii Danglars ton mojej kochanej towarzyszki w ogóle jej nie przeszkadzał, gdyż powiedziała:
- Jestem nim tylko wtedy, kiedy mi tego potrzeba. Was również mogłabym oszukiwać i próbować wmówić, że jestem kimś, kim nigdy nie będę, ale wolę być z wami szczera. Zwłaszcza, iż jak mówi moja przyjaciółka, wiecie już doskonale, kim naprawdę jestem.
- To prawda - rzekłem.
- Wiemy to doskonale - dodała mrukliwym tonem Marta - A zwłaszcza ja, która znam cię już od jakiegoś czasu.
- I z tego tylko względu mówię wam obojgu prawdę - dokończyła swoją przemowę Eugenia Danglars, po czym usiadła naprzeciwko nas - Co was do mnie sprowadza, jeśli wolno wiedzieć?
- Chcemy spisać historię pani życia - odpowiedziałem jej zgodnie z prawdą.
- A na co wam historia mojego życia?
- Chodzi o pewne informacje dotyczące hrabiego Monte Christo.
Eugenia Danglars wpatrywała się we mnie i w Martę takim wzrokiem, jakby chciała nas nim zabić, wypuszczając z tych oto groźnych oczu błyskawice i inne okrutne dla ludzi zjawiska pogodowe.
- Hrabia Monte Christo? Ten podły, nędzny i pozbawiony większego rozumu człowiek, który sprowadził do Paryża i potem wypromował na salony tego mojego narzeczonego od siedmiu boleści? To przez niego mój równie głupi ojciec chciał mnie wydać za tego łotra i łajdaka, galernika o imieniu Benedetto. Już samo jego imię budzi mój wstręt, a co dopiero wspomnienie.
- On już nie żyje, moja panno - powiedziałem ze złością, przerywając jej tę jakże patetyczną przemowę - Uważam zatem, że ubliżanie zmarłemu pannie nie przystoi. Właściwie to nikomu nie przystoi.
Panna Danglars popatrzyła na mnie zdziwiona, ale wyraźnie też i uradowana.
- Jak to? Benedetto nie żyje? Jesteś pan tego pewien?
- Jestem pewien, gdyż sam byłem świadkiem jego śmierci.
- Jak zginął?
- Poszedł na gilotynę. Został ścięty na placu Greve jakiś tydzień temu, jeżeli nie mylę się w rachubie.
Panna Eugenia Danglars uśmiechnęła się w taki sposób, który nie tylko mnie, ale również i Marcie, lekko zmroził krew w żyłach.
- Jakże to dla mnie przyjemna wiadomość - powiedziała z uśmiechem pełnym jadu - A co do moich szacownych rodziców... Czy o nich też pan coś wie?
- Tak - odparłem, czując przy tym coraz bardziej niechęć do tej panny - Pan baron Danglars siedzi w więzieniu za długi, malwersacje i oszustwa finansowe, że o przywłaszczeniu cudzych pieniędzy nie wspomnę.
Eugenia klasnęła radośnie w dłonie, po czym zaśmiała się w diabelski sposób.
- OCH TAK! To kara wręcz doskonała dla niego i najlepsza zarazem! - śmiała się - Łajdak zasłużył sobie na to, chociażby za to, jak traktował moją matkę! I za to, jak potraktował mnie! O tak! Doprawdy, panie Chroniqueur, przyniósł mi pan niesamowicie bardzo dobre wieści. No, a co z moją matką, baronową Danglars?
- Nie żyje.
Słowa te musiały mocno nią wstrząsnąć, choć jak się domyślałem z opowieści śp. siostry Herminii, matka i córka nie darzyły się zbyt wielkim uczuciem.
- Jak to? Jak to nie żyje?
- Tak to. Umarła tego samego dnia, kiedy został ścięty pan Benedetto.
Chociaż smutny los niedoszłego męża oraz ojca wcale nie wzruszył panny Danglars, to jednak śmierć matki mocno nią wstrząsnęła.
- Pan sobie ze mnie żartuje, prawda?
- Z takich tematów jak ludzka śmierć się nie żartuje, panno Danglars. Pani matka naprawdę nie żyje.
Eugenia Danglars opadła załamana w głąb kanapy, na której siedziała. Panna Ludwika pochwyciła natychmiast jej dłoń i delikatnie ją ścisnęła.
- Jak umarła moja matka?
- Atak serca.
- Czy bardzo cierpiała umierając?
- Nie, raczej nie. Śmierć nastąpiła natychmiast. Tak przynajmniej stwierdził lekarz, który ją oglądał w chwili zgonu.
- Pojmuję.
Eugenia Danglars wyjęła chusteczkę i otarła nieco swoje oczy. Widząc ją w tej sytuacji poczułem się niezwykle smutno. Pomyślałem, że może źle oceniłem zachowanie tej panny. Widać nie była osobą bez serca, jak ją o to początkowo posądzałem.
Nasza rozmówczyni popatrzyła na mnie i na Martę, po czym rzekła:
- Jestem panu niezmiernie wdzięczna, proszę pana, za dostarczenie mi tych wszystkich informacji. Jak mogę się panu za nie odwdzięczyć?
Uśmiechnąłem się do niej delikatnie.
- Opowiadając mi o swoim życiu, panno Danglars, kładąc jednak przy tym nacisk na wszelką pani wiedzę o hrabim Monte Christo.
Popatrzyła na mnie nieco zdumiona.
- A niby dlaczego interesuje pana moje życie? W końcu jestem osobą, która tylko trochę znała pana Monte Christo. Zaledwie parę razy w życiu go widziałam. Jeśli pan się nim tak bardzo interesuje, niech pan zapyta o niego mojego drogiego ojczulka. Oni byli w lepszej komitywie.
- Już go pytałem, ale potrzebuję więcej informacji.
- Nie wiem, co bym mogła jeszcze dodać do opowieści mego ojca.
- Całe swoje życie. Być może posiada ono w sobie jedynie na pozór jakieś nic nieznaczące szczegóły, które to są niezmiernie ważne dla prowadzonego przeze mnie dziennikarskiego śledztwa.
Spojrzała się na mnie w sposób, który dowodził raczej sporej wątpliwości w tej sprawie.
- O ile wiem, szukacie tego swojego pseudo-hrabim, nieprawdaż? - bardziej stwierdziła, niż zapytała Eugenia.
- To prawda - rzekła Marta.
- Tak właśnie jest - dodałem.
Zauważyłem wówczas, że gdy Marta usłyszała słowo „pseudo-hrabim” lekko się wykrzywiła ze złości i zacisnęła palce w pięść. Jakby kpina z pana de Monte Christo mogły ją zaboleć. Nie miałem pojęcia, dlaczego by tak miało być, jednak postanowiłem się tym chwilowo nie przejmować. Jedynie tak na przyszłość sobie to zapamiętać. Ot tak, na wszelki wypadek.
Marta pochyliła się w stronę Eugenii i zapytała patrząc jej w oczy.
- Pomożesz więc nam, czy nie?
Panna Eugenia Daglars zastanawiała się nad jej pytaniem, jednak w końcu powiedziała tylko ZGODA, po czym posłała do kuchni pannę Ludwikę w celu przygotowania herbaty. Sama zaś rozsiadła się w fotelu i powiedziała:
- A zatem... Słuchaj pan uważnie, panie Chroniqueur...

No cóż, tej Eugenii to nie ma się co dziwić, że ucieszyła się z faktu, że Benedetto nie żyje, a jej ojciec trafił do więzienia, bo w końcu on swoją rodzinę miał głęboko gdzieś. Tylko pieniądze się dla niego liczyły i nic poza tym. Ciekaw jestem co też Jean może się dowiedzieć o hrabim z jej opowieści, skoro ona praktycznie go nie zna i niewiele ma o nim wiadomości.
OdpowiedzUsuńPanna Danglars wygląda na taką stereotypową lesbijkę, ubierającą się i zachowującą po męsku, mało sympatyczną. Jest bardzo ładna, ale należy do tego typu kobiet, u których dreszczu nie wywoła nawet najprzystojniejszy mężczyzna.
OdpowiedzUsuńChociaż Marta zachowuje się dużo bardziej nierozsądnie, zrażając potencjalnych informatorów do siebie.
Ciekawe, jak to się wszystko rozwinie i czy informacje od panny Danglars pomogą Jeanowi rzucić nowe światło na tajemniczą, fascynującą i niejednoznaczną postać hrabiego? I przybliżą do poznania zagadki, prawdy na jego temat.
Chociaż, czym jest prawda? Każdy ma własną prawdę.
Przy każdej osobie hrabia wkłada na siebie inną maskę i odgrywa dla tej osoby inne przedstawienie.