Nazywam się Eugenia Danglars. Moimi rodzicami byli baronostwo Danglars. Mój ojciec poślubił moją matkę, gdy była ona wdową po panu de Nargonne. On sam również był wówczas wdowcem. Moją matkę poślubił jedynie dlatego, że po śmierci swego pierwszego męża była ona niezwykle zamożną kobietą. Był to więc dla niego wręcz świetny interes, a pan baron Danglars umiał robić wyjątkowo trafne interesy. Kiedy się urodziłam, mój ojciec przestał spełniać swoje małżeńskie obowiązki i zajął się, jak łatwo było się domyślić, pomnażaniem swego kapitału za wszelką cenę. Niczego bowiem poza pieniędzmi nie umiał kochać. Moja matka więc, zawiedziona w tych swoich wielkich nadziejach na jakże szczęśliwy związek małżeński, wdawała się w romans z sekretarzem ministra spraw wewnętrznych, Lucjanem Debrayem. Było to w moich oczach żałosne, gdyż człowiek ten był w takim wieku, że mógłby być jej synem, a moim starszym bratem. Pomimo to, nie komentowałam tego, ponieważ wiedziałam, iż i tak nic to nie da. Matka była nim zaślepiona. Ojciec zaś z kolei zaślepiony był robieniem pieniędzy.
Jak zatem widać wychowałam się w rodzinie, w której to miłość można było znaleźć tylko i wyłącznie w bibliotece w tzw. literaturze romantycznej. Romansidła mojej szanownej pani matki pełne były takich jakże pięknych skądinąd miłostek, jednak w prawdziwym życiu żadna z nas nie znalazła nawet namiastki tego uczucia, o którym to obie czytałyśmy w książkach. Bo oczywiście żałosne zaloty pana Lucjana Debraya do mojej matki trudno było nazwać prawdziwą miłością. Jego późniejsze zachowanie wobec niej jasno dowiodło.
Ojciec nie był w tym wypadku lepszy. Matka moja może i była nieuleczalnie chorą romantyczką, a ponadto także żałośnie płytką kobietą i to raczej pozbawioną poczucia własnej godności, to jednak przynajmniej się mną trochę interesowała i obdarzała mnie czymś, co mogę nazwać taką namiastką uczucia. Co do ojca zaś, to cóż... Interesować się mną, to on oczywiście się interesował. Ciekawiło go, kiedy nareszcie wyjdę za mąż i odciążę w ten sposób rodzinny budżet. Dlatego też starał się za wszelką cenę znaleźć mi odpowiedniego męża, ma się rozumieć, bardzo bogatego. Byłam bowiem dla niego, jakby to ująć, towarem przetargowym w interesach. Z tego właśnie względu zadbał o to, abym otrzymała jak najlepsze wykształcenie i wychowanie, a także o to, żeby moja uroda była godna podziwu. W końcu kto zechce kupić towar wybrakowany? Raczej nikt. A przecież wiadomo, że najbardziej atrakcyjną dziewczyną jest dla mężczyzn taka dziewczyna, która jest piękna, mądra, wykształcona i ma obycie w świecie kultury. Ojciec mój wiedział więc dobrze, co robi. Zainwestował we mnie niemało i po jakimś czasie byłam już całkowicie gotowa na sprzedaż.
Pierwszym chętnym był wicehrabia Albert de Morcerf. Przyznam, że to był nawet miły chłopak, lecz nie umiałam go pokochać, ani tym bardziej on mnie. Pomimo tego nasi ojcowie ustalili ślub pomiędzy nami, więc cóż było robić? Co ciekawe jednak, rodzic mój najwyraźniej nie spieszył się do tego ślubu. Widocznie czuł, że może mi się trafić znacznie lepsza partia.
Właśnie wtedy w roku 1838 pojawił się nagle w Paryżu hrabia Monte Christo, którym tak się pan interesuje. Zawarł on znajomość z moim ojcem i wziął u niego w banku kredyt nieograniczony. Kupił też siwojabłkowity zaprzęg od mojej matki. Konie były bardzo narowiste, dlatego mój ojciec z radością je sprzedał, jednak matka na wieść o tym wpadła w histerię, że jej ukochane koniki zostały sprzedane i to bez jej wiedzy. Zaś Monte Christo, gdy tylko się o tym dowiedział, natychmiast oddał jej konie nie żądając zań zwrotu pieniędzy. Oprócz tego dodał jeszcze do uprzęży każdego konia po diamencie. Zwykła chęć popisywania się przed innymi ludźmi, ale cóż... Ten człowiek najwidoczniej to lubi.
Jeżeli chodzi o mnie, to szanowny pan hrabia Monte Christo wywarł na mnie nawet pozytywne wrażenie, ale nie wydawał mi się osobą specjalnie przyjazną. Miał w sobie coś tak jakby diabelskiego i tajemniczego zarazem. Zresztą niewiele mnie on interesował. W ogóle mnie mężczyźni jakoś nigdy nie interesowali. Nie tak, jakby tego wszyscy mogli oczekiwać od kobiety. W ten wiadomy dla nas wszystkich sposób zainteresowała mnie jedynie moja ukochana Ludwika d’Amirly, którą ojciec najął, żeby uczyła mnie muzyki. Była to wtedy młoda i bardzo piękna dziewczyna, a do tego również mądra i rozsądna. Obie więc szybko znalazłyśmy nić porozumienia. Potem okazało się, że czujemy do siebie coś więcej niż tylko przyjaźń. Kiedy to nastało, nie wiem, ale jestem pewna, że nie zamieniłabym jej na żadnego mężczyznę.
Wracając jednak do mojej opowieści, to pamiętam, jak hrabia Monte Christo urządził bal w swoim domu w Auteuil pod Paryżem. Było to bardzo niezwykłe i nad wyraz ciekawe przyjęcie. Tam to właśnie poznałem mojego niedoszłego męża, wicehrabiego Andreę Cavalcanti. Był to pewien młody włoski arystokrata. Przybył wraz z ojcem, majorem Bartolomeo Cavalcanti.
Podobno nazwisko Cavalcanti jest tak bardzo dobrze znane, że wspominał o nim nawet Dante w swojej „Boskiej komedii”. Nie wiem, czy to prawda, ale bardzo możliwe. Nigdy jednak nie byłam jakoś specjalistką średniowiecznej literatury. Prawdę mówiąc, to zawsze bardziej wolałam muzykę niż książki.
Major oraz panicz Cavalcanti przybyli do Paryża i wstąpili do hrabiego Monte Christo, który zaprosił ich do siebie na bal. Panicz Andrea miał pozostać w stolicy naszej ukochanej Francji, zaś hrabia pomóc mu wejść na salony. Jako, że był on przyjacielem jego ojca, to miał mu wypłacać pensję w imieniu majora. Możliwe nawet, że pan de Monte Christo czynił to z własnej kieszeni. Nie zdziwiłabym się, gdyby tak było. Ostatecznie ten pan lubił się popisywać, a ponadto był bajecznie bogaty.
Jak już wcześniej wspominałam, hrabia Monte Christo wywarł na mnie dość niezwykłe wrażenie. Pamiętam, że podczas przyjęcia oprowadzał nas po domu i przy jednym z pokoi matka moja zemdlała i trzeba było ją cucić, czego dokonała pani de Villefort. Nie był to jednak koniec atrakcji. Później było jeszcze ciekawiej. Pan hrabia zaprosił nas do ogrodu i powiedział nam, że swego czasu jego ludzie przekopali to miejsce i wydobyli z niego jakąś małą skrzynkę, w której znajdował się szkielet noworodka pochowanego tu żywcem. Moja matka pobladła wówczas, a de Villefort zrobił się blady jak trup. Zwłaszcza wtedy, gdy ktoś (już nie pamiętam kto) zapytał, jaka kara spotyka dzieciobójców. Ojciec mój odpowiedział wówczas, że zwyczajnie obcina się takiemu łeb. Było to prostackie, jednak w gruncie rzeczy słuszne stwierdzenie. Bo w końcu czego oczekiwać może nędzny dzieciobójca?
Nie miałam zbyt wielkiego kontaktu z hrabią podczas jego pobytu w Paryżu. Pamiętam jednak, że w międzyczasie mój ojciec zaczął bankrutować na wskutek tego incydentu z hiszpańskimi obligacjami. Nie wiem, czy pan o tym słyszał. Otóż Lucjan Debray, kochanek mojej matki, doradził jej, aby wraz z ojcem nabyli dużo hiszpańskich obligacji. Podobno miały one wielką wartość. Ja się tam na giełdzie nie znam, więc nie wiem, czy to prawda, czy też nie. Debray natomiast niejeden raz służył mojej matce i ojcu radami w sprawach giełdy i teraz też tak było. Kilka razy ojciec poszedł za jego radą i zawsze wychodził na tym z zyskiem. Więc i teraz niczego nie podejrzewając nabył hiszpańskie obligacje. Po jakimś czasie jednak przyszła wiadomość telegraficzna, że ex-król Hiszpanii, niejaki Don Carlos uciekł z więzienia i wkroczył do stolicy, a w niej wybuchła właśnie rewolucja wspierająca go. Lucjan Debray opowiedział o tym matce, a matka ojcu. On natomiast z miejsca sprzedał wszystkie swoje hiszpańskie obligacje za połowę ceny, a niektóre to wręcz za bezcen, byleby tylko pozbyć się kłopotliwego balastu. Następnego dnia okazało się, że ta historia o wojnie domowej w Hiszpanii była wyssaną z palca plotką. Źle odczytano bowiem telegram z powodu mgły. Nie było żadnej wojny, w Hiszpanii panował pokój. Obligacje hiszpańskie znowu skoczyły w górę, a ojciec stracił i to bardzo dużo. No cóż... Czasami pośpiech jest niewskazany.
Po tym wydarzeniu, ojciec mój zaczął powoli bankrutować. Załamany chciał się ratować za wszelką cenę. Dlatego też postanowił jak najszybciej wydać mnie za podopiecznego hrabiego Monte Christo, czyli pana Andreę Cavalcanti. Nie miałam wcale na ten ślub najmniejszej ochoty, ale ojciec wezwał mnie na rozmowę i powiedział mi, jak się sprawy mają. Oświadczył mi więc, że dla ratowania budżetu domowego muszę się poświęcić i wyjść za pana Cavalcanti. Byłam zła, ale cóż miałam robić? Musiałam się zgodzić, jednak ze ślubu nic nie wyszło. Podczas zaręczyn, gdy miano podpisać intercyzę, hrabia Monte Christo przekazał mojemu ojcu list napisany przez niejakiego Kacpra Caderousse’a, dawnego znajomego mojego ojca. Podobno Caderousse został zabity przez mojego narzeczonego, ale przed śmiercią zdążył jeszcze o tym napisać do mojego ojca i uprzedzić go, że mój przyszły mąż to zbiegły z więzienia w Tulonie galernik. Do tego jeszcze na sali zjawili się żandarmi i mój narzeczony salwował się ucieczką.
Po tym całym incydencie, ojciec mój został ośmieszony, że już o sobie nie wspomnę. Załamałam się i przez pewien czas nie miałam pojęcia, co mi czynić należy. Pociechę przyniosła mi dopiero obecność mojej ukochanej Ludwiki. Ona jedna umiała mi wówczas pomóc. Podczas rozmowy z nią podjęłam decyzję co do mojego dalszego życia. Postanowiłam uciec z domu i razem z Ludwiką ruszyć w świat. Ponieważ jednak dwie kobiety samotnie podróżujące po świecie zwracają na siebie zbyt dużą uwagę, przebrałam się za mężczyznę i do swego paszportu wpisałam się jako Eugeniusz d’Armily. Paszport ów notabene swego czasu pomógł mi wyrobić w jakimś celu (nie pomnę już jednak, w jakim) nieświadomy moich prawdziwych intencji hrabia Monte Christo. Choć raz ten człowiek okazał się być użyteczny w moim życiu.
Po przebraniu się przeze mnie w męski strój, obie ruszyłyśmy w świat. Po drodze zdarzył się nam pewien nieprzyjemny incydent. Mianowicie zatrzymałyśmy się w oberży i poszłyśmy spać. Nagle przez komin naszego pokoju jak sam diabeł wparował jakiś młodzieniec, cały wytarzany w sadzy. Obudził nas i my obie oczywiście zaczęłyśmy krzyczeć. On próbował nas uspokoić i wtedy okazało się, że to mój niedoszły narzeczony, który właśnie uciekał przed policją. Przez chwilę chciałam mu nawet pomóc, w końcu sama byłam zbiegiem, jednak krzyk, który obie z Ludwiką podniosłyśmy już swoje zrobił. Na naszych oczach zatem żandarmi skuli pana Cavalcanti w kajdanki i zabrali do więzienia. My zaś szybko ruszyłyśmy w dalszą drogę.
Od tamtej pory więcej nie widziałam już tego człowieka. Mojego ojca zaś spotkałam przypadkiem jakiś czas później, kiedy pracował jako portier w hotelu, w którym się zatrzymałyśmy z Ludwiką podczas jednego z naszych występów. Nieco później, w tym samym hotelu spotkałam też przypadkowo moją matkę. Chciała mnie namówić na powrót do domu i porzucenie kariery artystycznej. Odmówiłam jej jednak, za co ona przeklęła mnie oświadczając, iż nie ma już córki. To był ostatni raz, kiedy się obie widziałyśmy. Żałuję, że nie zdążyłyśmy się pogodzić.
Tak samo żałuję również tego, że nie mogę panu opowiedzieć więcej o sobie i o hrabim Monte Christo, ale to wszystko, co wiem.
Jak zatem widać wychowałam się w rodzinie, w której to miłość można było znaleźć tylko i wyłącznie w bibliotece w tzw. literaturze romantycznej. Romansidła mojej szanownej pani matki pełne były takich jakże pięknych skądinąd miłostek, jednak w prawdziwym życiu żadna z nas nie znalazła nawet namiastki tego uczucia, o którym to obie czytałyśmy w książkach. Bo oczywiście żałosne zaloty pana Lucjana Debraya do mojej matki trudno było nazwać prawdziwą miłością. Jego późniejsze zachowanie wobec niej jasno dowiodło.
Ojciec nie był w tym wypadku lepszy. Matka moja może i była nieuleczalnie chorą romantyczką, a ponadto także żałośnie płytką kobietą i to raczej pozbawioną poczucia własnej godności, to jednak przynajmniej się mną trochę interesowała i obdarzała mnie czymś, co mogę nazwać taką namiastką uczucia. Co do ojca zaś, to cóż... Interesować się mną, to on oczywiście się interesował. Ciekawiło go, kiedy nareszcie wyjdę za mąż i odciążę w ten sposób rodzinny budżet. Dlatego też starał się za wszelką cenę znaleźć mi odpowiedniego męża, ma się rozumieć, bardzo bogatego. Byłam bowiem dla niego, jakby to ująć, towarem przetargowym w interesach. Z tego właśnie względu zadbał o to, abym otrzymała jak najlepsze wykształcenie i wychowanie, a także o to, żeby moja uroda była godna podziwu. W końcu kto zechce kupić towar wybrakowany? Raczej nikt. A przecież wiadomo, że najbardziej atrakcyjną dziewczyną jest dla mężczyzn taka dziewczyna, która jest piękna, mądra, wykształcona i ma obycie w świecie kultury. Ojciec mój wiedział więc dobrze, co robi. Zainwestował we mnie niemało i po jakimś czasie byłam już całkowicie gotowa na sprzedaż.
Pierwszym chętnym był wicehrabia Albert de Morcerf. Przyznam, że to był nawet miły chłopak, lecz nie umiałam go pokochać, ani tym bardziej on mnie. Pomimo tego nasi ojcowie ustalili ślub pomiędzy nami, więc cóż było robić? Co ciekawe jednak, rodzic mój najwyraźniej nie spieszył się do tego ślubu. Widocznie czuł, że może mi się trafić znacznie lepsza partia.
Właśnie wtedy w roku 1838 pojawił się nagle w Paryżu hrabia Monte Christo, którym tak się pan interesuje. Zawarł on znajomość z moim ojcem i wziął u niego w banku kredyt nieograniczony. Kupił też siwojabłkowity zaprzęg od mojej matki. Konie były bardzo narowiste, dlatego mój ojciec z radością je sprzedał, jednak matka na wieść o tym wpadła w histerię, że jej ukochane koniki zostały sprzedane i to bez jej wiedzy. Zaś Monte Christo, gdy tylko się o tym dowiedział, natychmiast oddał jej konie nie żądając zań zwrotu pieniędzy. Oprócz tego dodał jeszcze do uprzęży każdego konia po diamencie. Zwykła chęć popisywania się przed innymi ludźmi, ale cóż... Ten człowiek najwidoczniej to lubi.
Jeżeli chodzi o mnie, to szanowny pan hrabia Monte Christo wywarł na mnie nawet pozytywne wrażenie, ale nie wydawał mi się osobą specjalnie przyjazną. Miał w sobie coś tak jakby diabelskiego i tajemniczego zarazem. Zresztą niewiele mnie on interesował. W ogóle mnie mężczyźni jakoś nigdy nie interesowali. Nie tak, jakby tego wszyscy mogli oczekiwać od kobiety. W ten wiadomy dla nas wszystkich sposób zainteresowała mnie jedynie moja ukochana Ludwika d’Amirly, którą ojciec najął, żeby uczyła mnie muzyki. Była to wtedy młoda i bardzo piękna dziewczyna, a do tego również mądra i rozsądna. Obie więc szybko znalazłyśmy nić porozumienia. Potem okazało się, że czujemy do siebie coś więcej niż tylko przyjaźń. Kiedy to nastało, nie wiem, ale jestem pewna, że nie zamieniłabym jej na żadnego mężczyznę.
Wracając jednak do mojej opowieści, to pamiętam, jak hrabia Monte Christo urządził bal w swoim domu w Auteuil pod Paryżem. Było to bardzo niezwykłe i nad wyraz ciekawe przyjęcie. Tam to właśnie poznałem mojego niedoszłego męża, wicehrabiego Andreę Cavalcanti. Był to pewien młody włoski arystokrata. Przybył wraz z ojcem, majorem Bartolomeo Cavalcanti.
Podobno nazwisko Cavalcanti jest tak bardzo dobrze znane, że wspominał o nim nawet Dante w swojej „Boskiej komedii”. Nie wiem, czy to prawda, ale bardzo możliwe. Nigdy jednak nie byłam jakoś specjalistką średniowiecznej literatury. Prawdę mówiąc, to zawsze bardziej wolałam muzykę niż książki.
Major oraz panicz Cavalcanti przybyli do Paryża i wstąpili do hrabiego Monte Christo, który zaprosił ich do siebie na bal. Panicz Andrea miał pozostać w stolicy naszej ukochanej Francji, zaś hrabia pomóc mu wejść na salony. Jako, że był on przyjacielem jego ojca, to miał mu wypłacać pensję w imieniu majora. Możliwe nawet, że pan de Monte Christo czynił to z własnej kieszeni. Nie zdziwiłabym się, gdyby tak było. Ostatecznie ten pan lubił się popisywać, a ponadto był bajecznie bogaty.
Jak już wcześniej wspominałam, hrabia Monte Christo wywarł na mnie dość niezwykłe wrażenie. Pamiętam, że podczas przyjęcia oprowadzał nas po domu i przy jednym z pokoi matka moja zemdlała i trzeba było ją cucić, czego dokonała pani de Villefort. Nie był to jednak koniec atrakcji. Później było jeszcze ciekawiej. Pan hrabia zaprosił nas do ogrodu i powiedział nam, że swego czasu jego ludzie przekopali to miejsce i wydobyli z niego jakąś małą skrzynkę, w której znajdował się szkielet noworodka pochowanego tu żywcem. Moja matka pobladła wówczas, a de Villefort zrobił się blady jak trup. Zwłaszcza wtedy, gdy ktoś (już nie pamiętam kto) zapytał, jaka kara spotyka dzieciobójców. Ojciec mój odpowiedział wówczas, że zwyczajnie obcina się takiemu łeb. Było to prostackie, jednak w gruncie rzeczy słuszne stwierdzenie. Bo w końcu czego oczekiwać może nędzny dzieciobójca?
Nie miałam zbyt wielkiego kontaktu z hrabią podczas jego pobytu w Paryżu. Pamiętam jednak, że w międzyczasie mój ojciec zaczął bankrutować na wskutek tego incydentu z hiszpańskimi obligacjami. Nie wiem, czy pan o tym słyszał. Otóż Lucjan Debray, kochanek mojej matki, doradził jej, aby wraz z ojcem nabyli dużo hiszpańskich obligacji. Podobno miały one wielką wartość. Ja się tam na giełdzie nie znam, więc nie wiem, czy to prawda, czy też nie. Debray natomiast niejeden raz służył mojej matce i ojcu radami w sprawach giełdy i teraz też tak było. Kilka razy ojciec poszedł za jego radą i zawsze wychodził na tym z zyskiem. Więc i teraz niczego nie podejrzewając nabył hiszpańskie obligacje. Po jakimś czasie jednak przyszła wiadomość telegraficzna, że ex-król Hiszpanii, niejaki Don Carlos uciekł z więzienia i wkroczył do stolicy, a w niej wybuchła właśnie rewolucja wspierająca go. Lucjan Debray opowiedział o tym matce, a matka ojcu. On natomiast z miejsca sprzedał wszystkie swoje hiszpańskie obligacje za połowę ceny, a niektóre to wręcz za bezcen, byleby tylko pozbyć się kłopotliwego balastu. Następnego dnia okazało się, że ta historia o wojnie domowej w Hiszpanii była wyssaną z palca plotką. Źle odczytano bowiem telegram z powodu mgły. Nie było żadnej wojny, w Hiszpanii panował pokój. Obligacje hiszpańskie znowu skoczyły w górę, a ojciec stracił i to bardzo dużo. No cóż... Czasami pośpiech jest niewskazany.
Po tym wydarzeniu, ojciec mój zaczął powoli bankrutować. Załamany chciał się ratować za wszelką cenę. Dlatego też postanowił jak najszybciej wydać mnie za podopiecznego hrabiego Monte Christo, czyli pana Andreę Cavalcanti. Nie miałam wcale na ten ślub najmniejszej ochoty, ale ojciec wezwał mnie na rozmowę i powiedział mi, jak się sprawy mają. Oświadczył mi więc, że dla ratowania budżetu domowego muszę się poświęcić i wyjść za pana Cavalcanti. Byłam zła, ale cóż miałam robić? Musiałam się zgodzić, jednak ze ślubu nic nie wyszło. Podczas zaręczyn, gdy miano podpisać intercyzę, hrabia Monte Christo przekazał mojemu ojcu list napisany przez niejakiego Kacpra Caderousse’a, dawnego znajomego mojego ojca. Podobno Caderousse został zabity przez mojego narzeczonego, ale przed śmiercią zdążył jeszcze o tym napisać do mojego ojca i uprzedzić go, że mój przyszły mąż to zbiegły z więzienia w Tulonie galernik. Do tego jeszcze na sali zjawili się żandarmi i mój narzeczony salwował się ucieczką.
Po tym całym incydencie, ojciec mój został ośmieszony, że już o sobie nie wspomnę. Załamałam się i przez pewien czas nie miałam pojęcia, co mi czynić należy. Pociechę przyniosła mi dopiero obecność mojej ukochanej Ludwiki. Ona jedna umiała mi wówczas pomóc. Podczas rozmowy z nią podjęłam decyzję co do mojego dalszego życia. Postanowiłam uciec z domu i razem z Ludwiką ruszyć w świat. Ponieważ jednak dwie kobiety samotnie podróżujące po świecie zwracają na siebie zbyt dużą uwagę, przebrałam się za mężczyznę i do swego paszportu wpisałam się jako Eugeniusz d’Armily. Paszport ów notabene swego czasu pomógł mi wyrobić w jakimś celu (nie pomnę już jednak, w jakim) nieświadomy moich prawdziwych intencji hrabia Monte Christo. Choć raz ten człowiek okazał się być użyteczny w moim życiu.
Po przebraniu się przeze mnie w męski strój, obie ruszyłyśmy w świat. Po drodze zdarzył się nam pewien nieprzyjemny incydent. Mianowicie zatrzymałyśmy się w oberży i poszłyśmy spać. Nagle przez komin naszego pokoju jak sam diabeł wparował jakiś młodzieniec, cały wytarzany w sadzy. Obudził nas i my obie oczywiście zaczęłyśmy krzyczeć. On próbował nas uspokoić i wtedy okazało się, że to mój niedoszły narzeczony, który właśnie uciekał przed policją. Przez chwilę chciałam mu nawet pomóc, w końcu sama byłam zbiegiem, jednak krzyk, który obie z Ludwiką podniosłyśmy już swoje zrobił. Na naszych oczach zatem żandarmi skuli pana Cavalcanti w kajdanki i zabrali do więzienia. My zaś szybko ruszyłyśmy w dalszą drogę.
Od tamtej pory więcej nie widziałam już tego człowieka. Mojego ojca zaś spotkałam przypadkiem jakiś czas później, kiedy pracował jako portier w hotelu, w którym się zatrzymałyśmy z Ludwiką podczas jednego z naszych występów. Nieco później, w tym samym hotelu spotkałam też przypadkowo moją matkę. Chciała mnie namówić na powrót do domu i porzucenie kariery artystycznej. Odmówiłam jej jednak, za co ona przeklęła mnie oświadczając, iż nie ma już córki. To był ostatni raz, kiedy się obie widziałyśmy. Żałuję, że nie zdążyłyśmy się pogodzić.
Tak samo żałuję również tego, że nie mogę panu opowiedzieć więcej o sobie i o hrabim Monte Christo, ale to wszystko, co wiem.

Jean nic nowego z opowiadania Eugenii się nie dowiedział, poza tym, że hrabia wyrobił dla niej paszport umożliwiając jej i Ludwice podróżowanie poza granice Francji. Doprawdy ekscentryczna i oryginalna osoba z tej Eugenii.
OdpowiedzUsuńTak myślę, że może dobrze się stało, że hrabia namieszał w życiu Eugenii.
OdpowiedzUsuńDzięki niemu może być w pełni sobą i żyć z osobą, którą kocha, a nie być żoną mężczyzny, do którego i tak by nigdy nic nie poczuła. W dzisiejszym odcinku wzbudziła u mnie dużą większą sympatię niż wcześniej, mam nadzieję, że będzie szczęśliwa ze swoją Ludwiką.
Tylko czy te jej informacje pomogą Kronikarzowi w śledztwie, zbliżają do poznania zagadki, czy to wciąż za mało by odkryć prawdę?
Nie kojarzę tej aktorki ze zdjęcia. W której wersji przygód hrabiego wystąpiła?
W sumie faktycznie lepiej, że hrabia Monte Christo namieszał w jej życiu. Dzięki temu mogła uciec i zacząć żyć tak, jak sobie tego życzyła. I rzeczywiście jest teraz bardziej szczęśliwa niż przedtem. A ta aktorka to Julie Depardieu, zagrała w serialu "HRABIA MONTE CHRISTO" z 1998 roku, gdzie jej ojciec, Gerard Depardieu, zagrał hrabiego. Julie zagrała tam Walentynę de Villefort. Wybrałem to zdjęcie, bo nie ma zdjęć Eugenii. Niestety, w żadnej ekranizacji jej nie pokazali.
Usuń