sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 25

Rozdział XXV

Dzienniki Jeana Chroniqueura


15 lipca 1855 r. c.d.
Muszę przyznać, iż poczułem się dość zawiedziony opowieścią panny Eugenii Danglars. Prawdę mówiąc nie wiedziałem, czego się mogę po niej spodziewać ani tym bardziej tego, co też mogę od niej usłyszeć. Można by powiedzieć, że wizyta u córki ex-bankiera była zwyczajną stratą czasu. Bo niby co dała nam rozmowa z nią? Potwierdziła tylko opowieści jej rodziców na temat hrabiego Monte Christo, jak również i wersję wydarzeń Benedetta alias Andrei Cavalcantiego. Opowieści, w których zresztą prawdziwość nigdy nie wątpiłem. Choć pewność ta zawsze była lepsza od niepewności. To była jedyna pozytywna rzecz wynikająca z naszych odwiedzin u tej panny. Dlatego też bardzo mocno zawiedziony zamknąłem swój dziennik.
- Dziękuję pani, panno Danglars - powiedziałem - Dowiedziałem się od pani kilka nowych ciekawostek.
Nie było to zgodne z prawdą, ale też nie wiedziałem, co innego mógłbym jej powiedzieć. Mogłem jej rzecz, co naprawdę sądzę o stanie jej informacji, ale po pierwsze zasady dobrego wychowania odbierały mi taką możliwość, a po drugie to już nie była wcale jej wina, że nie wiedziała więcej. Dlatego też darowałem sobie komentarz.
Panna Danglars chyba jednak nie uwierzyła w szczerość moich słów, gdyż popatrzyła na mnie z kpiną i powiedziała:
- Oczywiście. Bardzo panu pomogłam, prawda? Niech pan uważa, bo jeszcze panu uwierzę. Od razu to po panu widać, że niczego nowego się pan ode mnie nie dowiedział i jest pan z tego powodu zawiedziony. Cholernie zawiedziony. Mam rację?
Wiedziałem, że dawanie kazań na temat jej niepoprawnego słownictwa nic nie da, więc darowałem sobie komentarz.
- Dziękuję pani bardzo, panno Danglars - powtórzyłem z naciskiem na jej płeć - Dowiedziałem się od pani tego, co chciałem wiedzieć.
Nie wyglądała na przekonaną.
- Jak pan woli - mruknęła - Czy jeszcze mogę panu jakoś pomóc?
- A i owszem, droga pani - powiedziałem tym razem szczerze - Gdyby pani mogła mi pomóc znaleźć kogoś, kto wie coś o hrabim Monte Christo, to byłbym pani za to niezwykle wdzięczny.
Nie spodziewałem się usłyszeć niczego ciekawego. Jakież zatem było moje zdumienie, kiedy właśnie czegoś takiego się dowiedziałem.
- Tutaj chyba mogę panu pomóc - odpowiedziała.
Oboje z Martą zamieniliśmy się w słuch.
- Osoby, które wiedzą coś o interesującym was człowieku, to państwo Morrel. Maksymilian i jego żona Walentyna z domu de Villefort.
Uśmiechnąłem się do Marty z radością. Właśnie ich miałem nadzieję znaleźć. Choć istniał pewien problem. Oni już wyjechali z Rzymu i nikt nie wiedział, gdzie oni są. No chyba, że panna Danglars oraz jej przyjaciółka to wiedzą.
- A wie pani, gdzie ich znaleźć?
Panna Danglars uśmiechnęła się do mnie z nieukrywaną satysfakcją.
- A i owszem, panie Chroniqueur. Wiem.
- A więc gdzie?
- Wyjechali z Rzymu jakoś kilka dni temu, jednak przedtem zdążyłam ich spotkać. Mówili, że wracają do Paryża.
Ucieszyła mnie ta wiadomość. Teraz już wiedzieliśmy, dokąd mamy ruszyć dalej. I jeżeli znowu gdzieś nie wyjadą, to na pewno zdołamy z nimi porozmawiać oraz dowiedzieć się interesujących nas faktów. Chyba, że nie zechcą zaszczycić nas rozmową, co przecież nie jest niemożliwe.
Póki życia, póty nadziei, mówi mądre przysłowie. Dlatego ani ja, ani też moja partnerka nie zamierzaliśmy zrezygnować. Wstaliśmy więc oboje i pożegnaliśmy się z obiema pannami.
- A zatem jedziesz do Paryża? - zapytała mnie smutnym głosem Marta, kiedy wsiadaliśmy do dorożki.
W pierwszej chwili popatrzyłem na nią zdumiony, nie rozumiejąc, o co jej chodzi. Szybko jednak pojąłem przypomniawszy sobie o najgorszym. Przecież mój wyjazd z Rzymu oznacza rozstanie z najdroższą towarzyszką podróży. Jak dotąd nie zastanawiałem się w ogóle nad tym, ale niestety taka możliwość, a może raczej konieczność, właśnie się przede mną otwierała, czy tego chciałem, czy też nie.
Posmutniałem więc równie mocno, co Marta.
- No cóż... Chyba rzeczywiście muszę jechać - powiedziałem po chwili.
- A to oznacza rozstanie, najdroższy. Prawda? - spytała smutno Marta.
Miałem w oczach łzy, dlatego też nie spojrzałem na nią, aby ich nie widziała. Położyła mi dłoń na ramieniu.
- Chyba rzeczywiście tak trzeba - odpowiedziałem.
Marta jednak nie traciła nadziei, gdyż zapytała:
- Ale czy koniecznie musisz jechać sam, najdroższy?
Z oczu wciąż ciekły mi łzy. Nie miałem pojęcia, w jaki sposób mam jej to powiedzieć.
- Muszę wykonać swoje zadanie, najdroższa. Na pewno to rozumiesz.
- Rozumiem cię, ale ja nie o to przecież pytam. Chodzi mi o to, czy aby na pewno musisz jechać do Paryża sam jeden?
Spojrzałem na nią uważnie. Zaczynałem rozumieć, o co jej chodzi, ale nie byłem pewien, czy moje rozumowanie jest słuszne. Dlatego wolałem o to zapytać.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- To, że proponuję ci, Jeanie Chroniqueur, żebyśmy odtąd podróżowali razem w poszukiwaniu wszelkich wiadomości o panu hrabi Monte Christo.
Myślałem, że z radości mi serce wyskoczy z piersi. Uśmiechnąłem się do mej ukochanej, zatrzymując wzrok na jej pięknych, błękitnych oczkach.
- Marto, czy naprawdę tego chcesz?
Uśmiechnęła się do mnie z lekko zadartym noskiem, który tak bardzo podbił moje serce.
- Jean, gdybym tego nie chciała, to bym ci tego nie proponowała. To chyba oczywiste. Chyba, że ty tego nie chcesz.
Ja bym miał tego nie chcieć? Prędzej by chyba Sekwana zmieniła swój bieg, aniżeli ja miałbym nie chcieć tego, żeby Marta podróżowała ze mną choćby nawet na koniec świata. Rzecz jednak pozostała w kwestii etycznej. Czy ja miałem prawo ją o to prosić? Co prawda po tym, co między nami zaszło, mogłem sobie do niej rościć jakieś prawa, ale prawdę mówiąc, wciąż to była dla mnie nieco wstydliwa kwestia i nie wiedziałem, jakby Marta na to zareagowała, gdybym nagle zaczął jej mówić o swoich prawach względem niej. Musiałem więc dowiedzieć się, czy dla niej nie istnieją żadne przeszkody, aby móc mi towarzyszyć w podróży.
- Ale skarbie... Czy to wypada? - zapytałem nieco niepewnie.
Marta patrzyła na mnie z miną anioła, który właśnie zstąpił z nieba.
- Co wypada?
- Żeby młoda panienka podróżowała sobie po świecie i to z mężczyzną? - wyjaśniłem jej.
Popatrzyła na mnie z lekką kpiną.
- Żeby młoda panna z dobrego domu podróżowała po świecie sama jedynie ze swą nianią i służkami, też niby nie wypada. A jednak ja to robię. Równie dobrze więc mogę podróżować również z tobą.
- Ale my się ledwo znamy.
Marta prychnęła.
- Czyżby? Jak mnie dziko posiadłeś w swoim hotelowym pokoju, to jakoś nie miałeś żadnych obiekcji. A teraz co? Już ci nie odpowiadam jako kochanka? A może znudziłam ci się?
Zaczęła wręcz krzyczeć, więc szybko zatkałem jej przerażony usta.
- Zwariowałaś? Wszyscy nie muszą zaraz o tym wiedzieć.
Zaśmiała się do mnie delikatnie, gdy już odsłoniłem jej usta.
- W sumie to prawda. A więc co robimy?
Po chwili zastanowienia się podjąłem prawdziwie męską decyzję.
- Pakujemy się i wyjeżdżamy.
- Doskonale. Ale oczywiście weźmiemy ze sobą moją nianię i służki?
Nieco mnie zdziwiły jej słowa.
- No, chyba nie chcesz, abym je tu zostawiła same?
Uśmiechnąłem się.
- Masz rację. To byłby prawdziwy nietakt.
Marta nie przejmując się tym, że ktoś nas może zauważyć, radośnie ucałowała mnie w policzek. Najwyraźniej dla niej nie istniały i nie będą też nigdy istnieć żadne konwenanse. Muszę jednak przyznać, że jeżeli chodzi o mnie, to wcale mi to nie przeszkadzało. Choć mimo wszystko wolałem dbać o jej dobre imię. Dlatego właśnie, po drodze do hotelu zaproponowałem jej, żeby następnym razem zasłoniła nas oboje swą parasolką, aby w ten sposób nikt nas nie widział całujących się. Marta zareagowała na to jednak bardzo wesołym śmiechem, po czym znowu mnie pocałowała. Uznałem więc, że przypomina to nieco rzucanie grochu o ścianę i lepiej jest sobie darować pouczanie przemądrzałej panny Martusi, która widocznie musi zawsze postawić na swoim.

2 komentarze:

  1. A zatem Marta zdecydowała się pojechać wraz z Jeanem do jego ojczyzny i dalej towarzyszyć mu w zbieraniu informacji na temat hrabiego. Dobrze, że chociaż dowiedział się gdzie należy szukać państwa Morrel, gdyż oni z pewnością będą wiedzieli o hrabim nieco więcej niż Eugenia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jaki uroczy fragment, widać, że miłość kwitnie i jest bardzo szczera z obu stron.
    Ciekawe, co przyniesie wyprawa do Paryża i czy informacje od pana Morela pomogą Kronikarzowi w śledztwie na temat hrabiego Monte Christo.
    Przyniosą te informacje jakiś przełom w tym prywatnym śledztwie?

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...