sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 29

Rozdział XXIX

Dzienniki Jeana Chroniqueura


20 lipca 1855 r.
Z powodu szczęścia, która nas ogarnęło, wyjechaliśmy z Włoch nieco później niż to sobie zaplanowaliśmy, także dopiero dziś znaleźliśmy się w mojej ukochanej Francji. Była ona po części także i ojczyzną mojej drogiej towarzyszki podróży, choć nigdy ona w niej jeszcze nie była. Dlatego tym chętniej postanowiła się tam udać. Miałem jedynie nadzieję, że mój kraj jej nie zawiedzie.
Gdy tylko nasz statek przybił nareszcie do brzegów Francji, uśmiechnąłem się radośnie, widząc ponownie znajome, rodzinne strony, a przede wszystkim piękny i majestatyczny port w Marsylii. Podałem dłoń Marcie i zeszliśmy na ląd.
- Spodoba ci się tutaj, moja droga - powiedziałem, kiedy szliśmy przed siebie - To jest jedno z najpiękniejszych miejsc na całym świecie. Francja to ojczyzna pięknej literatury, szlachetnych nazwisk, wspaniałych win i...
- Sztuki kochana - wtrąciła wesoło Marta.
Spojrzałem na nią, a ona zachichotała lekko niczym jakaś mała dziewczynka, przyłapana na czymś niegrzecznym przez tatusia.
- Sztuki kochania? - zapytałem zdumiony.
Marta w ogóle nie wyglądała na osobą speszoną tematem prowadzonej przez nas rozmowy. Wręcz przeciwnie, chyba wydawał się on jej niezwykle interesujący. Musiałem przyznać, że mnie też, choć gwoli sprawiedliwości, nigdy jeszcze nie prowadziłem takiej konwersacji z młodą damą. I to z tak niezwykłą młodą damą, jaką była Marta. Bo, że była ona niezwykła, temu nie byłem w stanie zaprzeczyć. Ani wcale tego nie chciałem.
Mimo wszystko nie byłem przyzwyczajony do prowadzenia rozmów na taki temat i to jeszcze z młodymi kobietami, toteż nie byłem za bardzo pewien, co mam powiedzieć. Marta jednak sama bardzo prędko przeszła do rzeczy i kontynuowała konwersację.
- No cóż... Słyszałam, że ponoć wy, Francuzi, wymyśliliście coś, co mi się niezmiernie podoba.
Szepnęła mi na ucho, co ma na myśli. Kiedy zobaczyła mój lekki rumieniec zmieszania na twarzy, uśmiechnęła się lekko i powiedziała:
- A więc miałam rację.
Zaśmiałem się lekko speszony. Jak wiadomo, w tych sprawach lepiej się to robi aniżeli o tym mówi. Mimo wszystko musiałem przyznać, że Marta słusznie myślała. Dlatego odpowiedziałem jej:
- Owszem, moja droga. Zgadłaś.
Pisnęła wesoło, słysząc moje słowa.
- Wiedziałam! Wiedziałam! Chyba tylko Francuzi mogli wymyślić coś tak cudownego i namiętnego zarazem. Przesadnie pobożni Włosi nie mają głowy do takich spraw. To pewne.
Chciałem jej już powiedzieć, że do tego używa się raczej ust, a nie głowy, ale dałem sobie spokój. Ostatecznie przecież usta znajdowały się na tej części ciała, którą nazywano głową. Dlatego też moja towarzyszka podróży nie pomyliła się specjalnie w swojej wypowiedzi, jeśli oczywiście można by to nazwać w ogóle pomyłką.
Wsiedliśmy z Martą do powozu i wyruszyliśmy w drogę do Paryża. Innym powozem zaś jechały nasze rzeczy oraz służba Marty. Z tego też względu powóz drugi był, ma się rozumieć, większy i bardziej pospolity niż ten, którym jechała nasza dwójka. Marta obserwowała dokładnie każde miejsce, jakie mijaliśmy. I nic dziwnego, w końcu była tu przecież pierwszy raz. Do Paryża był spory szmat drogi. Mieliśmy więc wystarczająco dużo czasu na to, aby rozmawiać i całować się do woli, co mnie nawiasem mówiąc bardzo cieszyło. Całą podróż mocno ją do siebie tuliłem, czując się szczęśliwy jak nigdy dotąd.
Pamiętam, iż wiele razy jechałem takimi jak ta dróżkami i dręczyła mnie wówczas bardzo przykra myśl, że muszę robić to sam, gdyż jestem na świecie sam, bez jednej bliskiej mi duszy: duszy kobiecej. Teraz jednak coś mi mówiło, że moja samotność właśnie się skończyła.
Do Paryża dotarliśmy dopiero pod wieczór. Oczywiście od razu zabrałem Martę do mojego domu. Bardzo się on jej podoba. Mówi, iż ma wielką nadzieję, że zamieszka w nim na stałe. Nie skomentowałem tego, gdyż to były piękne słowa, ale bywa, iż pobożne życzenia czasami nie znaczą nic.

21 lipca 1855 r.
Spędziliśmy razem z Martą niesamowicie przyjemną i cudowną noc. Na rano zaś posłałem służącego do mego ojca chrzestnego z pilną wręcz prośbą o adres Maksymiliana Morrela, który ponoć powrócił właśnie do Paryża. W głębi mego przerażonego serca istniała obawa, że zaszła tutaj jakaś pomyłka i niepotrzebnie powróciłem do mojej ojczyzny, ponieważ mojego kolejnego informatora tutaj nie ma. Na całe szczęście moje obawy rozwiał liścik od ojca chrzestnego, który to wyjaśniał, że rzeczywiście Maksymilian Morrel i jego żona Walentyna Morrel z domu de Villefort właśnie powrócili do swojego domu na Polach Elizejskich. Są jednak jeszcze zmęczeni podróżą i nie chcą, aby ktokolwiek im przeszkadzał. Alfons de Beauchamp zaproponował mi więc, żebym dzisiaj udał się do siostry Morrela, Julii oraz jej męża Emanuela Herbauta, którzy również posiadają kilka istotnych dla mnie informacji.
Gdy Marta zeszła do mnie z sypialni, ubrana jedynie w bardzo kusy i słodki szlafroczek, pokazałem jej list od mojego ojca chrzestnego i zapytałem, co ona o tym sądzi. Odpowiedziała mi wprost:
- To proste. Dzisiaj idziemy do pani Julii Herbaut, a jutro do jej brata.
Wydawało się jej to takie proste, że aż oczywiste, ja jednak miałem poważne wątpliwości, co do realizacji owego projektu. Marta musiała to dostrzec, ponieważ zapytała mnie, czy ten plan mi się nie podoba. Zaprzeczyłem.
- Podoba mi się on i to nawet bardzo. Mam jednak, co do niego pewne zastrzeżenia. Bo co, jeżeli przez ten czas, braciszek pani Julii nie wybędzie znowu z domu na kolejną wycieczkę? Bo jeśli tak się stanie, to wówczas będziemy go ścigać w nieskończoność.
Marta słysząc moje słowa zaczęła się głośno śmiać. Przyznaję, że nieco mnie to zirytowało.
- Co cię tak niby bawi, kochana?
- Widać dobrze, mój kochany, że ty w ogóle nie znasz kobiecej natury ani jej sekretów - odpowiedziała mi.
A co ma niby piernik do wiatraka, pomyślałem sobie.
- Nie rozumiem, o co ci chodzi. A co ma do tego wszystkiego kobieca natura? - zapytałem ją zdumiony.
Popatrzyła na mnie z delikatnym politowaniem, niczym mądra nauczycielka na swego niezbyt rozgarniętego ucznia.
- Kochany mój, oni dopiero co powrócili z Włoch, prawda?
- Prawda, nieco wcześniej niż my, jak pisze Alfons - potwierdziłem.
- No właśnie - rzekła Marta z uśmiechem na twarzy.
- Wybacz, ale nadal nie rozumiem.
Ponownie obdarzyła mnie uroczym uśmiechem, po czym powiedziała:
- Już wyjaśniam, najdroższy. Otóż jeśli oni dopiero co powrócili, to na pewno jego żona jest zmęczona i wykończona, nieprawdaż?
- Zapewne - odpowiedziałem.
- I żeby doprowadzić się do porządku, to z cała pewnością potrzebuje na to wszystko czasu - mówiła dalej Marta.
- Niewątpliwie.
- W takim razie zapewniam cię, że ten czas będzie bardzo długi. Bo kobieta nie wybierze się w drugą podróż zaraz po zakończeniu pierwszej. Jest to przecież niemożliwe, gdyż potrzebuje ona bardzo dużo czasu na doprowadzenie stanu swej urody, delikatnie zniszczonej przez ciągłe podróżowanie po świecie. Zanim więc użyje wszystkich kobiecych mazideł oraz nadrobi nadwątlone siły, my już dawno będziemy mieli to, czego chcemy.
- Jej mąż może podróżować sam.
- Śmiem w to wątpić. Czy ty podróżujesz sam? Beze mnie, kochany?
Objęła mnie mocno za szyję i uśmiechnęła się rozkosznie.
- Nie, nie podróżuję sam ani bez ciebie - odpowiedziałem jej.
- No właśnie.
- Przyznaję, że twój sposób myślenia, choć jest nieco dziwny, to jednak ma sporo racji.
Zaśmiała się radośnie.
- Ma dużo racji, jestem tego pewna. I cieszę się, że umiesz to docenić.

***

Po zakończeniu tej rozmowy Marta ubrała się, po czym wraz ze mną udała w odwiedziny do pana Emanuela Herbauta i jego żony Julii Heraut z domu Morrel. Dostaliśmy ich adres od Alfonsa de Beauchampa, więc nie było żadnego problemu ze znalezieniem ich miejsca zamieszkania. Gdy już dotarliśmy na miejsce, to zapukaliśmy do drzwi. Otworzył nam służący i zapytał, czego chcemy. Podaliśmy mu cel naszej wizyty. Sługa wprowadził nas do środka i oczywiście powiadomił jaśnie państwo, że jesteśmy. Po krótkiej chwili wyszedł do nas Emanuel Herbaut. Uśmiechnął się do nas przyjaźnie, uścisnął mi dłoń, po czym ucałował rękę Marty.
- Witam pana, panie Chroniqueur - powiedział uprzejmie gospodarz - Cieszę się, że mogę pana wreszcie poznać. Czytałem wiele pańskich artykułów i muszę przyznać, że ma pan prawdziwy talent do ich płodzenia.
- Och, szanowny pan jest chyba nazbyt łaskawy - odpowiedziałem skromnie, opuszczając z lekkim zawstydzeniem wzrok.
- Ależ bynajmniej - rzekł Emanuel Herbaut - Ja po prostu zwyczajnie umiem docenić prawdziwy talent. A pan go posiada, tego jestem pewien. Ale nie stójmy tak. Proszę, niech państwo tutaj spoczną. Moja żona zaraz do nas dołączy. Bo to do niej państwo macie przede wszystkim interes, mam rację?
- Owszem. Czy sługa przekazał panu, co nas sprowadza?
- Ależ naturalnie. Szukacie państwo wszelkich informacji na temat hrabiego Monte Christo?
- Właśnie. I skądinąd bardzo dobrze wiemy, że pan, pańska małżonka, pański szwagier oraz jego małżonka wiecie o nim najwięcej ze wszystkich ludzi w całej Francji.
Emanuel nie przestawał się uśmiechać.
- To akurat prawda. Nasz czwórka wie o nim bezapelacyjnie bardzo wiele.
- Cieszy nas to wielce, mój drogi panie - skłoniłem przed nim lekko głową - Informacje przez państwa posiadane są mi niezbędne, żebym mógł napisać o tym panu artykuł w gazecie.
Już po chwili drzwi na pierwszym piętrze się otworzyły i ukazała się w nich kobieta, która mimo przekroczonego czterdziestego roku życia nadal była piękna, a do tego niezwykle sympatyczna. Kiedy zeszła na dół po schodach, wstaliśmy i przywitaliśmy się z nią.
- Witam państwa - powiedziała głosem spokojnym i bardzo ciepłym - Panie Chroniqueur, panno Marto... Witamy w naszych skromnych progach. Cieszymy się z poznania państwa. Mąż już powiadomił mnie, co was do nas sprowadza. A zatem, szukacie państwo hrabiego Monte Christo?
- Właściwie, to nie tyle samego hrabiego, co raczej wszelkich wiadomości o nim - odpowiedziałem.
- Jean pisze bowiem o hrabim artykuł, dlatego musi wiedzieć o nim wszystko, co się tylko da - dodała Marta.
- No tak, to zrozumiałe - uśmiechnęła się Julia Herbaut - A zatem siadajcie państwo.
Usiedliśmy więc.
Julia Herbaut zasiadła obok swego męża, wcześniej wzywając służbę, aby ta podała nam herbatę oraz ciastka. Kiedy zaś polecenie zostało wykonane, wyjąłem swój dziennik do zapisywania opowieści swoich informatorów.
- Uprzedzam jednak, że wiem znacznie mniej niż mój szacowny brat i jego małżonka. Oni na pewno powiedzą państwu więcej niż ja.
- To już słyszeliśmy - odpowiedziałem.
- Jednak pani informacje mogą być równie użyteczne, co wiadomości, które posiada pani brat - dodała Marta.
- Dobrze. A zatem... Zanim zacznę moją opowieść, pozwólcie, proszę, że coś wam pokażę.
Julia wyszła na chwilę z salonu, po czym wróciła niosąc coś w ręce. Położyła ten przedmiot na stole, żebyśmy oboje z Martą mogli się temu przyjrzeć. Była to mała, brązowa sakiewka z biednego raczej materiału, ale mającego w sobie coś z wielkopańskości. Na sakiewce widniały niewielkie inicjały P.M.
- Sakiewka? - zdziwiłem się.
- Tak - powiedziała Julia Herbaut.
Marta przyjrzała się jej i nagle ku mojemu zdziwieniu westchnęła, jakby była czymś przerażona.
- Co się stało, najdroższa?
Złapałem ją za dłoń bojąc się, że coś jej się stało. Ona jednak ścisnęła moją dłoń i uśmiechnęła się delikatnie.
- Nie, kochanie. Nic takiego. Po prostu troszkę mi słabo.
- Może sole trzeźwiące? - zaoferowała się pani Julia.
Marta pokiwała przecząco głową.
- Nie, nie trzeba. Już mi lepiej. A więc... To jest pusta sakiewka... I co ona ma wspólnego ze sprawą hrabiego Monte Christo?
- To jest sakiewka, owszem, ale bynajmniej nie pusta - rzekł pan Emanuel.
- Jakże to? - zdziwiliśmy się oboje z Martą.
- Przyjrzyjcie się państwo uważnie - powiedziała pani Julia i dalej się do nas uśmiechała.
Przyjrzeliśmy się jej dokładniej i zauważyliśmy, że rzeczywiście nie była ona pusta. Miała ona w środku zawartość. A był nią mały diament najwyżej wielkości orzecha laskowego. To jeszcze bardziej wprawiło naszą dwójkę w osłupienie.
- Diament? - zapytałem.
- Tak - rzekł Emanuel Herbaut.
- I to dość niezwykły - powiedziałem wpatrując się w niego uważnie - Mogę?
- Oczywiście.
Wziąłem go do ręki i obejrzałem dokładnie z każdej ze stron.
- Ładny. Mały, lekki i oszlifowany.
- To prawda - odpowiedziała Julia Herbaut.
- Mały, ale mający wielką wartość - dodał jej małżonek.
- No, a ta sakiewka? - zapytałem, odkładając powoli diament na stolik - Ona wygląda dość biednie i jakoś nie pasuje do zawartości.
Państwo Herbaut uśmiechnęli się tajemniczo.
- Jak to pozory często mylą, proszę pana - odpowiedziała pani Julia - Gdyż ta sakiewka i ten diament ocaliły życie mojemu ojcu. Inicjały P.M. na niej należą do mojego ojca, śp. Piotra Morrela.
Odłożyłem sakiewkę na stolik i spojrzałem uważnie na swoich gospodarzy.
- To co pani, pani Herbaut, dowodzi, jak bardzo mało wiem jeszcze o świecie.
- Jest pan po prostu bardzo młody, panie Chroniqueur - odpowiedziała pani Julia - Gdy będzie pan nieco starszy, wtedy pańskie doświadczenie będzie o wiele większe, może być pan tego pewien.
- Ale co ów diament i ta sakiewka mają z tym wszystkim wspólnego, jeżeli oczywiście wolno nam to wiedzieć? - zapytała Marta, patrząc na mnie i na naszych gospodarzy.
Pani Julia uśmiechnęła się do nas.
- O tym, moi państwo, dowiecie się właśnie z tej opowieści, jaką chce wam opowiedzieć.
I zaczęła mówić.

2 komentarze:

  1. No w końcu Jean trafił na fajnych, normalnych, porządnych ludzi, którzy mogą wnieść do zdobytych przez niego informacji nowe ciekawe wiadomości, dzięki którym być może znajdzie odpowiedzi na kolejne pytania. Ten diament, jak się domyślam otrzymali zapewne od hrabiego? W końcu Herminie również podarował diamenty w końskiej uprzęży, tylko nie bardzo rozumiem co to może mieć wspólnego z ocaleniem życia ojca Julii, ale jak mniemam dowiem się tego w kolejnym rozdziale. Widzę, że Marta również dość mocno zaangażowała się w zbieranie informacji na temat hrabiego i z pewnością nie zrezygnuje z towarzyszenia i pomagania Jeanowi w poszukiwaniach. Przynajmniej Jean nie czuje się już osamotniony, choć sądziłem, że pierwszą rzeczą jaką zrobi po powrocie do Paryża będzie odwiedzenie Alfonsa i przedstawienie mu Marty, a on tymczasem zaraz po powrocie zajął się dalszym poszukiwaniem informacji o hrabim, przez co pewnie nawet nie pomyślał o odwiedzeniu ojca chrzestnego, a on się pewnie niecierpliwi zastanawiając się jaka jest wybranka jego chrześniaka.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czyżby Marta była w ciąży? Tak nagle zrobiło jej się słabo.
    Ciekawa jestem tej opowieści pani Juli o diamencie i hrabim Monte Christo. Poznania nowych, interesujących szczegółów.
    Faktycznie, Francuzi są kochliwi i nieco frywolni i z tego na cały świat słyną, z miłości francuskiej. Chociaż Marta chyba nie docenia kochliwych, temperamentach Włochów.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...