sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 30

Rozdział XXX

Opowieść Julii Herbaut


Moim ojcem był Piotr Morrel, właściciel bardzo słynnej morskiej firmy handlowej „Morrel i syn”, której statki kursowały z Marsylii do wszelkich portów na całym świecie i przewoziły zawsze towary najlepszej jakości. Mam starszego brata, Maksymiliana, który zawsze był mi bliską osobą. Dbał i troszczył się o mnie, jak przystało zresztą na prawdziwego starszego braciszka. Od dzieciństwa zaś on i ja znaliśmy się z Emanuelem Herbautem, który to po jakimś czasie, gdy dorósł, zaczął pracować w firmie mojego ojca. Jak się później okazało, robił to przede wszystkim po to, aby móc się ze mną codziennie widywać. Ojciec mój zawsze niezmiernie go cenił, a zwłaszcza wtedy, gdy wkrótce po zakończeniu tzw. stu dni Napoleona zaczęło się nam coraz gorzej powodzić. Wówczas to jeden z naszych lepszych kapitanów, Danglars, odszedł do konkurencji, a jego poprzednik, Edmund Dantes, zmarł w więzieniu, do którego trafił niezasłużenie, oskarżony o bycie szpiegiem wygnanego cesarza.
Do naszych kłopotów dołożyło się to, że mój ojciec zawsze był znany jako bonapartysta, czego zresztą nigdy nie ukrywał. Kiedy Napoleon wrócił do władzy, ojciec mój zaczął korzystać z wpływów, jakie nam to mogło przynieść. Niestety, cesarz sto dni po powrocie do władzy upadł, a nasza firma zaczęła bankrutować. W ciągu najbliższych lat ojciec z najbardziej uwielbianego i najbardziej zaufanego przedsiębiorcy handlowego, stał się osobą podejrzaną politycznie oraz persona non grata wśród wielu innych kupców. Mało kto chciał u nas kupować. Oprócz tego prześladował nas prawdziwy pech. Bo jak inaczej nazwać fakt, że firma „Morrel i syn” zaczęła się staczać na samo dno? Ludzie nas powoli opuszczali i w sumie tylko niewielu pozostało przy nas, pracując za marny grosz, a jedną z tych osób był Emanuel.
Właśnie wtedy, a było to rok 1829, odwiedził nas jakiś tajemniczy człowiek. Przedstawił się on nam jako przedstawiciel banku „Thomson and French”, u której byliśmy zadłużeni. Przyniósł ojcu niezwykle pomyślną wiadomość. Okazało się, że nasi wierzyciele przedłużyli nam termin spłaty długu na okres trzech miesięcy. Mieliśmy więc czas zapłacić im tyle, ile byliśmy im winni. Ojciec mój niezmiernie się ucieszył. Liczył bowiem na to, że Fortuna wreszcie zacznie nam sprzyjać.
Ów tajemniczy przedstawiciel naszych wierzycieli, nie wydał mi się do końca tym, za kogo się podawał. Nie wiem dlaczego, jednakże moja kobieca intuicja podpowiadała mi, że coś tu jest nie tak i ten człowiek nie przebierając w słowach po prostu kręci. Bardzo szybko się okazało, że moje podejrzenia były słuszne, chociaż obawy były niepotrzebne. Po rozmowie z moim ojcem, ów rzekomy agent podszedł do mnie, ukłonił mi się i powiedział, że chce nam pomóc i jeśli w ciągu trzech miesięcy nie zdołamy spłacić długu, mam wypełnić polecenia napisane na karteczce, którą mi wręczył. Nakazywał mi w niej, żebym udała się do pewnego mieszkania pod wskazanym adresem. Postawił mi jednak pewien surowy warunek - musiałam zjawić się tam sama. W razie przyprowadzenia ze sobą kogoś innego, nie zostałabym wpuszczona do mieszkania i cała sprawa oczywiście zostałaby zaprzepaszczona. Ten dość dziwaczny list został podpisany pseudonimem Sindbad Żeglarz, natomiast ów tajemniczy przedstawiciel banku „Thomson and French” rozpłynął się w powietrzu, tak jakby nigdy nie istniał.
Nie umiem nazwać tego wszystkiego, co wtedy czułam. Z jednej strony byłam przerażona, gdyż to oświadczenie, iż nie wolno mi nikogo wziąć ze sobą, brzmiało dość ryzykownie, ale z drugiej strony cieszyłam się, że ktoś chce ratować naszą rodzinę od bankructwa. Bałam się osobiście pójść do tego budynku, jaki był wspomniany w liściku. Łudziłam się również, że może mój ojciec w ciągu trzech miesięcy spłaci swój dług. Sytuacja nasza jednak nie wyglądała wcale radośnie, zwłaszcza, że w dniu zjawienia się tego tajemniczego przedstawiciela naszych wierzycieli, przybył mój starszy brat z przerażającą wieścią. Okazało się, że nasz ukochany i zarazem też ostatni handlowy statek, jaki posiadaliśmy - przepiękny okręt o nazwie „Faraon”, zatonął niedawno z całym ładunkiem, a załoga cudem tylko wyszła z tego bez szwanku. Mimo wszystko jednak miałam wielką nadzieję, że wszystko dobrze się ułoży, a ja nie będę musiała korzystać z podejrzanej pomocy tajemniczego Sindbada Żeglarza. Jak to mówią, póki życia, póty nadziei. Moje nadzieje jednak się nie spełniły i okazało się, że nasza firma nie jest w stanie sama sobie poradzić z bankructwem. Nie mieliśmy już nawet za co płacić naszym pracownikom. Ojciec zapłacił załodze „Faraona” za ostatni kurs i nie miał już na pensję dla innych. Pozostali już tylko nasz stary, wierny sługa o jednym oku, który służył jeszcze mojemu dziadkowi, a także mój kochany Emanuel, który teraz to pracował już praktycznie za darmo - choć w jego wypadku najważniejszą chyba motywacją byłam ja sama.
Jak więc już wcześniej panu powiedziałam, nasza sytuacja nie była różowa. Spodziewałam się zatem, że ojciec chcąc ratować rodzinę i nasze nazwisko od ostatecznej hańby, może zrobić coś głupiego. Musiałam więc działać i to szybko. Wtajemniczyłam w swoje sprawy Emanuela i mimo początkowych niepewności, udałam się wraz z nim do domu wskazanym przez Sindbada Żeglarza. Oczywiście zostawiłam mojego ochroniarza przed wejściem, w końcu warunkiem pomocy dla nas było to, że zjawię się w tym domu sama. Weszłam więc do środka. Czekał tam już na mnie dozorca. Upewnił się, że nikogo ze mną nie ma, po czym zabrał mnie ze sobą do jednego z mieszkań. Tam zaś na tej oto sakiewce, którą już państwu pokazałam, leżał ten oto diament oraz plik weksli mego ojca - wszystkie spłacone.
Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Pomyślałam sobie, że jednak cuda się czasem zdarzają na tym świecie. Wzięłam więc sakiewkę i zaraz pobiegłam do ojca powiadamiając go o wszystkim. Zdążyłam w ostatniej chwili. Ojciec mój już chciał strzelić sobie w głowę w asyście Maksymiliana. W porę udało mi się go od tego odwieść. Do tego okazało się, że to jeszcze nie koniec niespodzianek na ten dzień. Chwilę później przyszła bowiem wieść, że „Faraon” wcale nie zatonął, ale wchodzi właśnie do portu i to jeszcze z całym ładunkiem i załogą. Nie mogliśmy w to wszystko uwierzyć.
Najciekawsza w tej całej sprawie była owa tajemnicza sakiewka, w której znalazłam diament. Ma ona inicjały mojego ojca P.M. Zapytałam go, co to może oznaczać. On zaś wyjaśnił mi, iż sakiewka ta należała do niego, zanim ofiarował ją pewnemu człowiekowi. Człowiek ten nazywał się Ludwik Dantes i był on ojcem naszego dawnego pracownika Edmunda Dantesa, który kilkanaście lat temu został niesłusznie oskarżony o szpiegowanie na rzecz Napoleona (o czym to już panu wspominałam) i niestety zmarł w owianym ponurą sławą zamku If. Stary Dantes zaś zmarł jakiś czas później nie mogąc znieść śmierci jedynaka. Póki jednak żył, to mój ojciec pomagał mu jak tylko mógł, chociaż jemu samemu się wówczas nie przelewało. Stary Ludwik unosił się honorem i powiedział memu ojcu kiedyś, że cudzych pieniędzy nie będzie brał, ale pomimo tego mój ojciec po cichu opłacił czynsz za mieszkanie, które ten biedny człowiek zajmował, a nadto ofiarował mu też po cichu swoją sakiewkę wypchaną pieniędzmi. Pan Dantes jednak nie chciał z tych pieniędzy skorzystać. Chociaż miał za co kupić jedzenie, nie zrobił tego. Po śmierci swego jedynego syna, zobojętniał na wszystko i pod pretekstem, że lekarz nakazał mu dietę, zaczął jeść coraz mniej, aż w końcu zagłodził się na śmierć. Gdy to się stało, to nas wszystkich ogarnęła wówczas wielka żałoba. Człowiek ten, co prawda nie był naszym krewnym, ale kochaliśmy go jak członka rodziny. Po jego pogrzebie sakiewka mojego ojca nagle przepadła. Nie wiadomo, co się z nią stało. Pewnie ktoś ją sobie przywłaszczył. Podejrzewam, iż był to podły sąsiad Ludwika Dantesa, niejaki Kacper Caderousse, krawiec z zawodu, człowiek niewzbudzający w najmniejszym nawet stopniu sympatii ani zaufania, a ponadto pijak i szubrawiec. Jestem prawie pewna, że to właśnie on ukradł sakiewkę mego ojca razem z całą jej zawartością. Taki czyn pasował do niego.
Tak czy inaczej zrozumiałe wydaje się więc nasze zdumienie, kiedy ta sama sakiewka z niezwykle drogocenną zawartością, powróciła nagle do naszej rodziny, ratując nasze życie. Ponadto, kiedy powiedziałam ojcu, w jakim mieszkaniu ją znalazłam, ten zdumiał się jeszcze bardziej. Wyjaśnił mi potem, że owo mieszkanie należało swego czasu do Ludwika Dantesa. To zadziwiający zbieg okoliczności, nieprawdaż? Tak zadziwiający, że wręcz niemożliwe, aby mógł on być wyłącznie przypadkiem.
Ja, mój brat i nasi rodzice doszliśmy do wniosku, że ktoś widocznie chciał się nam odwdzięczyć za pomoc ofiarowaną Ludwikowi Dantesowi. Pytanie brzmiało jednak, kto to był? Jedyną osobą, która przychodziła mi do głowy, był jego syn Edmund, ale on przecież zmarł w zamku If. Zatem kto? Została jeszcze dawna ukochana Edmunda, Mercedes Herrera. To rybaczka z Katalonii, mieszkająca wraz ze swym kuzynem Fernandem Mondego w Marsylii w dzielnicy katalońskiej. Po śmierci Edmunda wyszła za Fernanda i oboje wyjechali do Paryża, a wkrótce potem jej mąż awansował społecznie dzięki bohaterskim czynom na wojnie. Został generałem oraz parem, w dodatku otrzymał tytuł hrabiego i zmienił nazwisko na de Morcerf. Dawni rybacy katalońscy wręcz pławili się w luksusie. Być może więc to Mercedes chciała się nam jakoś odwdzięczyć za pomoc okazaną ojcu jej pierwszej miłości? Poza tym Mercedes opiekowała się czule Ludwikiem Dantesem na długo jeszcze przed jego śmiercią. Mogła zatem jakoś zorganizować tę całą szopkę z diamentem i przedstawicielem banku „Thomson and French”. Tak przynajmniej nam się wydawało. Prawda jednak okazała się zupełnie inna.
Po tej akcji z diamentem i odzyskaniem „Faraona” szybko spłaciliśmy swoje długi, zaś firma „Morrel i syn” ponownie stanęła na nogi. Poślubiłam wówczas Emanuela za błogosławieństwem mego ojca i brata. Imponował im mój ukochany, zwłaszcza tym, że nigdy od nas nie odszedł, nawet wtedy, gdy musiał pracować u nas za darmo. Ojciec nie mógł więc wymarzyć sobie lepszego zięcia. Niedługo po naszym ślubie, ojciec jednak zmarł wyczerpany zbyt długo trwającymi ciężkimi czasami. Umierając był tak szczęśliwy, jak nigdy dotąd. Zostawił swoją firmę w rękach moich i mojego brata. My zaś dalej nią prosperujemy, dzięki czemu stać nas na dostatnie życie. Jedyne, co nie dawało memu ojcu spokoju, to był fakt, iż nadal nie wiedzieliśmy, kim był nasz hojny ofiarodawca. Dlatego też ja, mój mąż i brat obiecaliśmy ojcu na łożu śmierci, że dowiemy się, kim był rzekomy agent z banku „Thomson and French”, po czym oddamy mu diament. W tym celu wykupiliśmy go, schowaliśmy do owej sakiewki i postanowiliśmy za wszelką cenę odnaleźć tajemniczego Sindbada Żeglarza, a potem podziękować mu za wszystko, co dla nas uczynił. Nie wiedzieliśmy jednak, jak mamy go znaleźć. Jedyną wskazówką było dla nas to, że najprawdopodobniej Sindbad Żeglarz i rzekomy agent bankowy to jedna i ta sama osoba. Nie mieliśmy co prawda dowodów, które jednoznacznie o tym świadczyły, ale żadna inna możliwość nie wydawała się nam sensowna. Niestety, pomimo naszych usilnych starań ciągle nie mogliśmy znaleźć naszego wybawcy.
Aż razu pewnego w roku 1838 los się do nas uśmiechnął. Przybył do Paryża gość wicehrabiego Alberta de Morcefa, syna Fernanda i Mercedes. Tym gościem był hrabia de Monte Christo. Zawarł on znajomość z Albertem oraz jego wiernym przyjacielem, baronem Franzem d’Epinay w Rzymie podczas karnawału. Teraz zatem Albert zaprosił go do siebie i przedstawił podczas spotkania z przyjaciółmi. Jeden z przyjaciół młodego de Morcerfa, baron Raul de Chateau-Renaud, na to spotkanie przyprowadził również mojego brata, Maksymiliana, który swego czasu uratował mu życie podczas jego podróży po Afryce. Maksymilian i hrabia od razu przypadli sobie do gustu. Hrabia od czasu tego spotkania zaczął nas co jakiś czas odwiedzać. Był naprawdę niezwykle miłym i obytym w świecie człowiekiem, ale również i skromnym, znającym wielki umiar w opowiadaniu o sobie. Pamiętam, że podczas pierwszej u nas wizyty zwrócił szczególną uwagę na sakiewkę mego ojca i znajdujący się w nim diament. Historia tych dwóch przedmiotów niezwykle go zainteresowała.
W tym samym czasie Maksymilian zaczął nagle gdzieś znikać i nikt nigdy nie wiedział, gdzie i po co on chodzi. Potem dopiero dowiedzieliśmy się, iż mój brat pokochał z wzajemnością pannę Walentynę de Villefort, czyli córkę prokuratora generalnego. Zakochani spotykali się potajemnie, bo jej ojciec chciał ją wydać za kogoś innego niż za syna bonapartysty. No, ale cóż... Potem dziewczyna rzekomo umarła. Mówię „rzekomo”, ponieważ potajemnie nasz znajomy, pan hrabia Monte Christo, wkroczył do akcji i uratował ukochaną Maksymiliana. Zrobił to jednak tak, aby nikt o tym się nie dowiedział, dlatego też mój brat, niewtajemniczony w całą sprawę, strasznie to przeżył. Wrócił do domu i zamknął się w swoim pokoju, nie chcąc z niego wyjść. Zrobił to w wiadomym celu. Chciał jak dziewięć lat wcześniej nasz ojciec, popełnić samobójstwo... Strzelić sobie w głowę. W ostatniej chwili jednak zjawił się u nas hrabia, który szybko wyważył drzwi i ocalił życie Maksymiliana, odbywając z nim długą, poważną rozmowę. Nie wiem dokładnie, co obaj sobie podczas niej powiedzieli. Wiem tylko tyle, że chwilę po tej rozmowie mój brat wypadł z gabinetu i wezwał do niego mnie oraz mojego męża. Kiedy przebiegliśmy wyznał nam, iż właśnie dowiedział się, że to hrabia Monte Christo jest naszym tajemniczym wybawcą sprzed kilku lat. Radości nie było wówczas końca. Wbiegliśmy do gabinetu i padliśmy przed hrabią na kolana. Całowaliśmy jego dłonie, dziękowaliśmy mu za wszystko, co dla nas zrobił. Chcieliśmy oddać diament, ale on się nie zgodził. Mówił, że to pamiątka po nim dla nas. On bowiem chciał opuścić Francję i już nigdy tu nie wrócić. Zostawił nam tę pamiątkę. Nie spełnił naszej prośby zostania z nami na zawsze. Spełnił jednak inną naszą prośbę. Wyznał nam, że poznał w twierdzy If Edmunda Dantesa i ze względu na przyjaźń, jaką z nim wtedy zawarł, ocalił nas (najbliższe mu osoby) od bankructwa i hańby.
Wkrótce potem nasz wierny przyjaciel i wybawca, pan hrabia Monte Christo, opuścił Paryż oraz nasz kraj. Widzieliśmy go z mężem po jakimś czasie podczas podróży w Afryce i dalej się z nim spotykamy, chociaż bardzo rzadko i zwykle robimy to jedynie przy jakiś niezwykle ważnych dla nas okazjach. Często zaprasza on nas do swojej siedziby w Algierii, ale bywamy tam raczej rzadko. Hrabia ma się dobrze. Ożenił się i jest szczęśliwym mężem i ojcem. On i jego żona dochowali się dziecka. Ślicznej, uroczej kruszynki podobnej do nich niesamowicie. Zaś mój brat i Walentyna pobrali się. Też mają dzieci i są równie szczęśliwi.
Wciąż jednak dręczą nas niektóre pytania. Czy hrabia naprawdę ocalił nas tylko ze względu na to, że przyjaźnił się z Edmundem Dantesem? W jaki to sposób hrabia ocalił Walentynę od niechybnej śmierci? I wreszcie, dlaczego mój brat, choć doskonale zna prawdziwe nazwisko pana hrabiego, nie chce nam go wyznać? Na te pytania, mimo upływu siedemnastu lat, wciąż nie poznałam odpowiedzi.

2 komentarze:

  1. A zatem hrabia odwdzięczył się rodzinie Julii za pomoc okazaną jego ojcu, pomagając im spłacić zaciągnięte długi. To naprawdę szlachetny czyn. Nic dziwnego, że chcieli, aby został z nimi, tym bardziej że przecież ocalił życie Walentynie, a tym samym również Maksymilianowi, który o mało co nie popełnił samobójstwa. Nic więc dziwnego, ze żywią wobec niego tak ogromną wdzięczność, bo okazał się naprawdę wspaniałym i szlachetnym człowiekiem, pomagając im w tak ciężkich sytuacjach, jakie ich spotkały.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hrabia dla wszystkich pozostaje zagadką.
    Morell był porządnym człowiekiem, wiernym swoim przekonaniom, co dość rzadkie. Nie zmieniał poglądów jak inny wiatr zawieje.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...