21 lipca 1855 r. c.d.
Gdy tylko zapisałem opowieść pani Julii Herbaut, to poczułem się bardzo usatysfakcjonowany. Co prawda nie dowiedziałem się wielu wiadomości na temat hrabiego Monte Christo, ale za to poznałem kilka naprawdę istotnych szczegółów z jego życia. Oprócz tego potwierdziły się moje wcześniejsze o nim informacje. Wiedziałem już z całą pewnością, iż pan hrabia Monte Christo żył w przyjaźni z młodym marynarzem Edmundem Dantesem, niesłusznie skazanym na dożywocie i zapomnienie w ciężkim więzieniu na wyspie If. Hrabia, który nie mógł znieść tego, że niewinna osoba zmarła w ponurym lochu, a winne tego osoby pławią się w luksusie, niczym francuski Robin Hood czy też szkocki Rob Roy postanowił sam wymierzyć sprawiedliwość słusznie rozumując, że na sądy nie ma on raczej co liczyć, chociażby ze względu na przedawnienie, jak również na brak dowodów niewinności Dantesa i winy jego ciemiężycieli. Tym bardziej człowiek ten wręcz urósł w moich oczach, a do tego jeszcze niżej w nich upadli panowie Danglars, de Morcerf i de Villefort. I choć nie pochwalam samosądu, to jednak uznałem, iż ci trzej panowie w pełni zasłużyli na to, co ich spotkało.
Zamknąłem dziennik i wraz z Martą wstaliśmy, żegnając się serdecznie z państwem Herbaut, którzy poprosili nas, żebyśmy ich odwiedzali, przynajmniej od czasu do czasu. Obiecaliśmy im spełnić ich prośbę.
- I nie zapomnijcie państwo, że jutro macie się spotkać z moim bratem i jego żoną - dodała żegnając się z nami pani Julia Herbaut - Liczę, iż rozmowa z nim przyniesie państwu wiele pożytku.
Uśmiechnąłem się do kobiety i zapewniłem ją, że na pewno nie zapomnimy o wizycie w domu państwa Morrel na Polach Elizejskich. Ostatecznie zbyt długo szukaliśmy pana Maksymiliana i pani Walentyny po całym kraju oraz za granicą, żeby teraz zmarnować nadarzającą się właśnie okazję do rozmowy z nimi, po czym jeszcze raz pożegnaliśmy państwa Herbaut i wsiedliśmy do powozu.
- Bardzo mili ludzie - powiedziała Marta, gdy już ruszyliśmy ulicami Paryża.
- To prawda - odpowiedziałem z uśmiechem - Mili i uczynni, ale czy aby nie za bardzo uczynni?
Marta spojrzała się na mnie z wyraźnym zdumieniem.
- Co masz na myśli?
Zaśmiałem się i delikatnie machnąłem na to ręką.
- Och, nic takiego. Taka zwyczajna dziennikarska podejrzliwość się we mnie odezwała. W naszym fachu bowiem należy uważnie podchodzić do każdej badanej sprawy, bo potem piszesz bzdury w swoich artykułach, obrażasz niewinnych ludzi, a ci podają twoją redakcję do sądu i żądają potem od niej niesamowicie wielkie odszkodowania, a efektem tego jest następnie nie tylko zubożenie twego miejsca pracy, ale też i wyrzucenie cię z posady z wilczym biletem do wszystkich gazet kraju, a może nawet i na świecie.
Marta pokiwała głową ze zrozumieniem, kiedy tak słuchała uważnie mojego wywodu. Widocznie ją bardzo interesował, choć mnie wydawał się być co najmniej nużący.
- Tak to już bywa, że jedna źle podjęta decyzja potrafi zaważyć na całym naszym życiu - powiedziała filozoficznym tonem.
Odpowiedziałem jej milczeniem oraz delikatnym skinięciem głowy. Jej słowa były na tyle mądre, że nie trzeba było ich nawet potwierdzać ani komentować. Moja ukochana bowiem wyraziła się w sposób nadzwyczaj jasny i mądry. Zatem nic dodać, nic ująć.
- Dokąd zabrać jaśnie państwa? - zapytał woźnica.
Podałem mu adres mojej redakcji.
***
Alfons de Beuachamp radośnie wstał od biurka, kiedy nas zobaczył.
- Witajcie, podróżnicy. I cóż słychać w Wiecznym Mieście? - zapytał wesoło, ściskając mi dłoń.
- Po staremu - odpowiedziałem, po czym przedstawiłem mu Martę, a Marcie jego.
Mój ojciec chrzestny z prawdziwą nonszalancją ucałował jej dłoń, po czym powiedział:
- Beauchamp jestem. Alfons de Beauchamp. Szlachcic oraz redaktor naczelny tejże oto pięknej gazety.
- Miło mi pana poznać, drogi panie de Beauchamp - odpowiedziała Marta - Nazywam się Marta de Gojeuxla.
- Księżniczka - dodałem z dumą w głosie.
Marta zarumieniła się lekko.
- Mój ojciec jest księciem krwi, jednakże nie lubi się tym chwalić. Ja też. Dla przyjaciół jestem po prostu Martą.
- Wielkim zatem będzie dla mnie zaszczytem móc zaliczać się do przyjaciół szanowanej panny - rzekł z nonszalancją Beauchamp.
- To samo mogę powiedzieć ja o posiadaniu pana w liczbie moich przyjaciół - powiedziała Marta.
Mój ojciec chrzestny wskazał nam obojgu krzesła naprzeciwko swego biurku, po czym usiadł za nim i rzekł, dalej się uśmiechając:
- Bardzo się cieszę, że przedstawiłeś mi swoją towarzyszkę podróży, Jean. Opowiadałeś mi już o niej w swoim liście, choć nie podałeś zbyt wielu szczegółów. Rozbudziłeś w ten sposób moją ciekawość i wywołałeś wielką chęć poznania tej wspaniałej osóbki. Cieszy się więc, że dostąpiłem tego zaszczytu.
- Zaszczyt ten jest obopólny, panie de Beauchamp - zachichotała Marta, lekko zasłaniając twarz wachlarzem, żeby w ten sposób ukryć jakoś rumieniec wstydu na twarzy, jakim wtedy spłonęła.
Uśmiechnąłem się delikatnie.
- Nie tylko to mnie tu sprowadza. Mam bowiem znacznie więcej informacji na temat hrabiego Monte Christo niż przed wyjazdem do Rzymu.
Beauchamp zagwizdał aż z podziwu.
- No, to jak widzę podróż była owocna i to pod każdym względem. Czyli już możesz wydać artykuł na temat tego pana?
- Cóż... Jeszcze nie - odpowiedziałem mu nieco zawstydzony - Ale jutro mam umówioną rozmowę z państwem Morrel. Liczę na to, że dostarczą mi oni więcej istotnych dla mnie informacji. Bez faktów, jakie oni posiadają, wolę jeszcze nie publikować niczego. Nie chcę się ośmieszyć.
- Ależ o żadnym ośmieszeniu mowy być nie może! Ty przecież jesteś na tyle dobrym dziennikarzem, że nawet z poważnych swoich pomyłek potrafisz zawsze wyjść obronną ręką.
Popatrzyłem na mojego pracodawcę bardzo uradowany jego słowami, które sprawiały mi wielką przyjemność, po czym odpowiedziałem:
- Cieszę się, mój ojcze chrzestny, że doceniasz moją pracę, jednak jeżeli nie masz nic przeciwko temu, to ja wolę zbadać dokładniej całą sprawę nim cokolwiek o niej opowiem w swoim artykule.
Alfons de Beauchamp nie wyglądał bynajmniej na zawiedzionego, a wręcz przeciwnie. Podziwiał chyba mój zapał do pracy, a także i skrupulatność, z jaką podchodziłem do powierzonego mi zadania.
- Słusznie podchodzisz do całej tej sprawy, Jean - odpowiedział mi mój ojciec chrzestny - Masz dosyć czasu, aby dogłębnie zbadać całą sprawę. Nie musisz się spieszyć, bo przecież się nie pali, a efekt, który osiągniemy tym artykułem, będzie tak wielki, że konkurencja po prostu padnie przed nami na kolana. Ot co! Nie musisz się spieszyć, jednak jeśli możesz, to bądź tak uprzejmy i wracaj szybko do pracy. Brakuje nam ciebie bardzo. Tylko pamiętaj, że pośpiech jest tu niewskazany. Skrupulatność przede wszystkim, a ponieważ zawsze byłeś w naszej gazecie znany ze swojej skrupulatności, to będę oczekiwał od ciebie samych sukcesów.
- I nie zawiedziesz się na mnie, ojcze chrzestny. Nie zawiedziesz się. To ci mogę obiecać.
Beauchamp zaśmiał się ponownie, po czym przeszedł już na tematy bardziej prywatne. Szczególnie bardzo interesowało go, w jakich dokładnie okolicznościach poznaliśmy się z Martą. W końcu w liście do niego nie pisałem o tym uważając, iż są to zbyt intymne sprawy, aby poruszać je w jakimkolwiek piśmie. Lepiej się o takich rzeczach rozmawia aniżeli o nich pisze.
Spojrzałem na moją ukochaną z zapytaniem w oczach, czy zgadza się na to, abyśmy opowiedzieli memu ojcu chrzestnemu okoliczności, w jakich to oboje się poznaliśmy. Obawiałem się, że być może uzna, iż jest to sprawa zbyt osobista, żeby kogokolwiek w nią wtajemniczać. Gdyby tak uznała, to wówczas ze smutkiem w sercu musiałbym odmówić Beauchampowi tej historii. Musiałem bowiem uznać zdanie mojej ukochanej w sprawie, która dotyczy nas oboje, jednakże, ku mej wielkiej radości, Marta pokiwała głową na znak, że nie widzi przeszkód, aby mój ojciec chrzestny został przez nas wtajemniczony w całą sprawę. Radośnie więc uścisnąłem pod biurkiem dłoń mej wybranki, po czym spojrzałem na pryncypała i powiedziałem:
- A więc po prawdzie, to było tak...
***
Po rozmowie z Alfonsem de Beauchampem wsiadłem z Martą do powozu, a następnie ruszyliśmy w kierunku domu. Dosyć szybko jednak zmieniliśmy swoje zamiary z powodu nagłego impulsu, który mnie naszedł.
- Zawracaj! - zawołałem do woźnicy - Zmień kierunek.
Popatrzyłem na Martę, która wydawała się być niesamowicie zdumiona moją decyzją. Pewnie nawet przez chwilę zastanawiała się, czy aby nie postradałem zmysłów, ja jednak wiedziałem doskonale, co robię. Miałem bowiem pewien plan, który musiałem natychmiast zrealizować, aby się upewnić, że jest tak, jak myślę. Marta wypytywała mnie, co mi chodzi po głowie, ale ja nie puściłem pary z ust. To miała być tajemnica.
- Wybacz mi, Martusiu - powiedziałem - Ale muszę z kimś porozmawiać. To ważne. Nie bój się. To nie powinno potrwać zbyt długo. Chciałbym po prostu coś sprawdzić. Nic więcej.
- No dobrze, ukochany - odpowiedziała Marta, ściskając delikatnie moją dłoń - Wierzę, że wiesz, co robisz. Ale to chyba nie jest nic nielegalnego?
Zaśmiałem się delikatnie z powodu jej naiwności.
- Ja i nielegalne działania? Och, moja maleńka Martusiu... Czy ty aby troszkę nie przesadzasz? Ja jestem ostatnią osobą, która jest zdolna uczynić coś, co jest niezgodne z prawem.
Marta uśmiechnęła się do mnie i delikatnie położyła głowę na moim ramieniu.
- Przepraszam cię, nie gniewaj się na mnie, Jean. Wiem, jestem pusta i głupia. Wiem, że uważasz mnie za osobę naiwną i śmieszną, ale ja po prostu martwię się o ciebie. Zwłaszcza teraz, kiedy mi nic nie mówisz.
Spojrzałem jej w oczy i uśmiechnąłem się do niej uspokajająco.
- Nie bój się, najdroższa. Nie obawiaj się. Wszystko będzie dobrze. Mogę cię zapewnić. Muszę po prostu przed powrotem do domu odwiedzić kogoś, kto mi pomoże odpowiedzieć na pewne pytania.
Moja towarzyszka nie zadawała mi już żadnych pytań i w milczeniu jechała obok mnie. W końcu dojechaliśmy oboje na miejsce, a było nim biuro generalnego inspektora więziennictwa. Wyskoczyłem wówczas szybko z powozu i poprosiłem Martę, żeby na mnie poczekała. Następnie wszedłem do środka, przywitałem się z inspektorem, który był od dawna moim dobrym znajomym. Zapytał, co mnie do niego sprowadza. Odpowiedziałem mu wprost:
- Chodzi mi o pewnego zmarłego więźnia, Edmunda Dantesa. Widzisz, mój przyjacielu... Piszę pewien artykuł, w którym potrzebne mi są wszelkie informacje na jego temat. Ten więzień, o ile dobrze wiem, nie żyje. Prawda?
- Tak, to prawda - odpowiedział inspektor - A jak zapewne dobrze wiesz, akta zmarłych więźniów nie są tajne.
- Co oznacza, że mogę je przejrzeć?
- Ależ naturalnie. Tylko wiesz... Rzecz jasna, robisz to nieoficjalnie. Chyba sam rozumiesz. Lepiej, żeby nikt nie wiedział o całej tej sprawie. Ktoś mógłby źle zrozumieć, że pozwoliłem ci grzebać w powierzonych mi papierach.
Uśmiechnąłem się lekko i zapewniłem go o tym, że na pewno nikomu nie powiem, że umożliwił mi czytanie policyjnych akt. Następnie inspektor podał mi kilka kartek papieru dotyczących Edmunda Dantesa. Z uśmiechem zabrałem się za ich lekturę, zapisując przy tym szybko w swoim dzienniku kilka interesujących mnie szczegółów. Dowiedziałem się z tych papierów, że Edmund Dantes został oskarżony o bonapartyzm. Nieznany donosiciel za pomocą anonimu zawiadomił policję, iż Dantes posiada przy sobie list napisany osobiście przez Bonapartego do jednego z jego tzw. przyjaciół (a właściwie to agentów) i ma go on dostarczyć w najbliższych dniach. Dzień po wysłaniu, anonim dotarł na najbliższy posterunek, po czym Edmund Dantes został aresztowany i postawiony przed obliczem zastępcy prokuratora Marsylii, Gerarda de Villeforta. Ten zbadawszy sprawę, uznał Dantesa za niezwykle niebezpiecznego człowieka, po czym skazał go na dożywocie w zamku If bez procesu. Oskarżony trafił tam w 1815 roku i zmarł po czternastu latach w 1829 roku podczas nieudanej próby ucieczki. Okazało się bowiem, że w więzieniu Dantes poznał pewnego szalonego więźnia, księdza Farię. Kiedy ten umarł, Edmund (noszący w więzieniu numer 34) zawinął się w całun pogrzebowy Farii i jako on zamierzał uciec, kiedy to wyrzucą go do morza jako trupa. Nie przewidział jednak, że przywiążą mu do nogi kulę armatnią, co skończyło się tym, że utonął. Jego ciała co prawda nie znaleziono, ale też gwoli ścisłości, nikt go nie szukał.
Dowiedziałem się też, że w więzieniu Edmund Dantes długo dowodził, że jest niewinny. Domagał się rozmowy z naczelnikiem zamku If, próbował również raz zaatakować stołkiem strażnika, co skończyło się tym, że wrzucono go do lochu, gdzie poznał księdza Farię. Poznałem również jeszcze jeden dość ciekawy fakt. W 1830 roku, tuż po zakończeniu rewolucji lipcowej zamek If został przemieniony w muzeum, natomiast wszystkich jego więźniów objęła amnestia. Gdyby tak więc Edmund Dantes zaczekał jeszcze z rok, to z pewnością wyszedłby na wolność zgodnie z prawem i żyłby. Biedak jednakże nie mógł o tym wszystkim wiedzieć, stąd też jego pomysł, aby uciec. Efekty tej ucieczki były znane. Edmund Dantes utonął w morzu i nikt go już nigdy nie widział.
Wiadomości te potwierdziły informacje, których się dowiedziałem od pani Herbaut. Choć brakowało mi tutaj jakichkolwiek bliższych kontaktów Edmunda Dantesa z hrabią Monte Christo, ale to, że w aktach numeru 34 nie było wzmianki o panu hrabim, wcale nie znaczyło, iż on go nie spotkał. W końcu policja nie musi, a może wręcz nie powinna o wszystkim wiedzieć.
Poznawszy te wszystkie informacje radośnie wróciłem do powozu i usiadłem obok Marty.
- Wybacz mi, kochanie, że to tak długo trwało, ale to była niezmiernie ważna sprawa - powiedziałem, kiedy ruszyliśmy w drogę.
- Nie gniewam się na ciebie, kochanie, ale mam wielką nadzieję, że teraz mi opowiesz, jakaż to pilnie nagląca sprawa przygnała cię aż tutaj? I czego się tutaj dowiedziałeś?
Nie uznałem tego, co odkryłem za tajemnicę stanu, dlatego też po drodze do domu wszystko Marcie opowiedziałem. Wiadomości te bardzo ją zaintrygowały.
- Czyli wiemy już co nieco o śp. Edmundzie Dantesie - powiedziała - Ale co z nim ma wspólnego hrabia Monte Christo? W tym, co mi mówisz, nie zauważyłam jakiejkolwiek wzmianki o tym, że obaj panowie się znali.
- To prawda. Nie ma takiej wzmianki w aktach Dantesa. Co nie znaczy, że się oni nie znali.
Marta pokiwała głową na znak zgody.
- Zgadzam się, ale czuję, że sprawa się bardziej zagmatwała niż dotychczas.
Uśmiechnąłem się delikatnie.
- Być może, jednak wiemy, że pani Julia Herbaut mówiła prawdę.
- Nie wydaje mi się, abyś w to kiedykolwiek wątpił.
- Marto, to nie ma żadnego znaczenia, czy ja jej wierzyłem, czy też nie. Jako dziennikarza interesują mnie tylko i wyłącznie wiadomości, co do których nie ma najmniejszych nawet wątpliwości. Musiałem się upewnić. Teraz zaś mam pewność, że wizyta u jej brata ma bardzo wielki sens. Dlatego właśnie już jutro jedziemy do Maksymiliana Morrela.
- A co, jeśli tylko siostra jest prawdomówna, a brat już nie?
Pytanie Marty było jak najbardziej na miejscu. Poza tym groziło nam to, że być może pan Morrel wcale nie zechce z nami rozmawiać, jednakże wciąż byłem dobrej myśli.
- Tego to możemy się dowiedzieć tylko w jeden sposób. Odwiedzając tego pana.
22 lipca 1855 r.
W południe udaliśmy się z Martą do domu pana Maksymiliana Morrela i jego małżonki Walentyny. Byliśmy oboje pełni nadziei, gdyż liczyliśmy na to, że wizyta ta nie będzie bezowocna.
Kiedy przybyliśmy na miejsce, to powitała nas w nim pani domu, Walentyna Morrel, kobieta wzbudzająca szacunek i nadal piękna pomimo tego, iż już dawno przekroczyła czterdziesty rok życia. Przywitała nas w sposób dostojny i niezwykle przyjazny zarazem.
- Witam państwa... Panie Chroniqueur, panno Gojeuxla... Bardzo mi przykro, ale niestety mojego męża nie ma w domu. Ma on ważne spotkanie z interesantami, jednak zapewniam państwa, że powróci za godzinę. Wtedy z pewnością państwa przyjmie. W jego imieniu proszę państwa o cierpliwość.
Przyznać muszę, że jej słowa mocno mnie zasmuciły. Pan Morrel był bowiem w posiadaniu wiadomości, które z całą pewnością mogły nam pomóc zakończyć całe moje dziennikarskie śledztwo, a tymczasem wredny i złośliwy los ponownie nie pozwolił nam się z nim spotkać. Myślałem, iż popadnę w kompletne załamanie, jednak pani Walentyna szybko zapewniła nas, że ona również jest w posiadaniu informacji, które mogą nas interesować. Wówczas doznałem olśnienia. Przecież z opowieści pani Julii Herbaut wynikało wręcz jednoznacznie, że żona jej brata była córką prokuratora de Villeforta, a także cudownie uniknęła śmierci z ręki swojej macochy dzięki pomocy hrabiego Monte Christo. Zrozumiałem więc, że jeżeli to prawda, to z całą pewnością pod nieobecność swego męża, ona może nam udzielić wszelkich informacji.
- Może państwo usiądą? - zaproponowała pani Walentyna, wskazując nam kanapę.
Przyjęliśmy zaproszenie i usiedliśmy na wskazanym nam miejscu, po czym wyjąłem dziennik oraz ołówek i powiedziałem:
- W takim razie, pani Walentyno... Proszę opowiadać.
Gdy tylko zapisałem opowieść pani Julii Herbaut, to poczułem się bardzo usatysfakcjonowany. Co prawda nie dowiedziałem się wielu wiadomości na temat hrabiego Monte Christo, ale za to poznałem kilka naprawdę istotnych szczegółów z jego życia. Oprócz tego potwierdziły się moje wcześniejsze o nim informacje. Wiedziałem już z całą pewnością, iż pan hrabia Monte Christo żył w przyjaźni z młodym marynarzem Edmundem Dantesem, niesłusznie skazanym na dożywocie i zapomnienie w ciężkim więzieniu na wyspie If. Hrabia, który nie mógł znieść tego, że niewinna osoba zmarła w ponurym lochu, a winne tego osoby pławią się w luksusie, niczym francuski Robin Hood czy też szkocki Rob Roy postanowił sam wymierzyć sprawiedliwość słusznie rozumując, że na sądy nie ma on raczej co liczyć, chociażby ze względu na przedawnienie, jak również na brak dowodów niewinności Dantesa i winy jego ciemiężycieli. Tym bardziej człowiek ten wręcz urósł w moich oczach, a do tego jeszcze niżej w nich upadli panowie Danglars, de Morcerf i de Villefort. I choć nie pochwalam samosądu, to jednak uznałem, iż ci trzej panowie w pełni zasłużyli na to, co ich spotkało.
Zamknąłem dziennik i wraz z Martą wstaliśmy, żegnając się serdecznie z państwem Herbaut, którzy poprosili nas, żebyśmy ich odwiedzali, przynajmniej od czasu do czasu. Obiecaliśmy im spełnić ich prośbę.
- I nie zapomnijcie państwo, że jutro macie się spotkać z moim bratem i jego żoną - dodała żegnając się z nami pani Julia Herbaut - Liczę, iż rozmowa z nim przyniesie państwu wiele pożytku.
Uśmiechnąłem się do kobiety i zapewniłem ją, że na pewno nie zapomnimy o wizycie w domu państwa Morrel na Polach Elizejskich. Ostatecznie zbyt długo szukaliśmy pana Maksymiliana i pani Walentyny po całym kraju oraz za granicą, żeby teraz zmarnować nadarzającą się właśnie okazję do rozmowy z nimi, po czym jeszcze raz pożegnaliśmy państwa Herbaut i wsiedliśmy do powozu.
- Bardzo mili ludzie - powiedziała Marta, gdy już ruszyliśmy ulicami Paryża.
- To prawda - odpowiedziałem z uśmiechem - Mili i uczynni, ale czy aby nie za bardzo uczynni?
Marta spojrzała się na mnie z wyraźnym zdumieniem.
- Co masz na myśli?
Zaśmiałem się i delikatnie machnąłem na to ręką.
- Och, nic takiego. Taka zwyczajna dziennikarska podejrzliwość się we mnie odezwała. W naszym fachu bowiem należy uważnie podchodzić do każdej badanej sprawy, bo potem piszesz bzdury w swoich artykułach, obrażasz niewinnych ludzi, a ci podają twoją redakcję do sądu i żądają potem od niej niesamowicie wielkie odszkodowania, a efektem tego jest następnie nie tylko zubożenie twego miejsca pracy, ale też i wyrzucenie cię z posady z wilczym biletem do wszystkich gazet kraju, a może nawet i na świecie.
Marta pokiwała głową ze zrozumieniem, kiedy tak słuchała uważnie mojego wywodu. Widocznie ją bardzo interesował, choć mnie wydawał się być co najmniej nużący.
- Tak to już bywa, że jedna źle podjęta decyzja potrafi zaważyć na całym naszym życiu - powiedziała filozoficznym tonem.
Odpowiedziałem jej milczeniem oraz delikatnym skinięciem głowy. Jej słowa były na tyle mądre, że nie trzeba było ich nawet potwierdzać ani komentować. Moja ukochana bowiem wyraziła się w sposób nadzwyczaj jasny i mądry. Zatem nic dodać, nic ująć.
- Dokąd zabrać jaśnie państwa? - zapytał woźnica.
Podałem mu adres mojej redakcji.
***
Alfons de Beuachamp radośnie wstał od biurka, kiedy nas zobaczył.
- Witajcie, podróżnicy. I cóż słychać w Wiecznym Mieście? - zapytał wesoło, ściskając mi dłoń.
- Po staremu - odpowiedziałem, po czym przedstawiłem mu Martę, a Marcie jego.
Mój ojciec chrzestny z prawdziwą nonszalancją ucałował jej dłoń, po czym powiedział:
- Beauchamp jestem. Alfons de Beauchamp. Szlachcic oraz redaktor naczelny tejże oto pięknej gazety.
- Miło mi pana poznać, drogi panie de Beauchamp - odpowiedziała Marta - Nazywam się Marta de Gojeuxla.
- Księżniczka - dodałem z dumą w głosie.
Marta zarumieniła się lekko.
- Mój ojciec jest księciem krwi, jednakże nie lubi się tym chwalić. Ja też. Dla przyjaciół jestem po prostu Martą.
- Wielkim zatem będzie dla mnie zaszczytem móc zaliczać się do przyjaciół szanowanej panny - rzekł z nonszalancją Beauchamp.
- To samo mogę powiedzieć ja o posiadaniu pana w liczbie moich przyjaciół - powiedziała Marta.
Mój ojciec chrzestny wskazał nam obojgu krzesła naprzeciwko swego biurku, po czym usiadł za nim i rzekł, dalej się uśmiechając:
- Bardzo się cieszę, że przedstawiłeś mi swoją towarzyszkę podróży, Jean. Opowiadałeś mi już o niej w swoim liście, choć nie podałeś zbyt wielu szczegółów. Rozbudziłeś w ten sposób moją ciekawość i wywołałeś wielką chęć poznania tej wspaniałej osóbki. Cieszy się więc, że dostąpiłem tego zaszczytu.
- Zaszczyt ten jest obopólny, panie de Beauchamp - zachichotała Marta, lekko zasłaniając twarz wachlarzem, żeby w ten sposób ukryć jakoś rumieniec wstydu na twarzy, jakim wtedy spłonęła.
Uśmiechnąłem się delikatnie.
- Nie tylko to mnie tu sprowadza. Mam bowiem znacznie więcej informacji na temat hrabiego Monte Christo niż przed wyjazdem do Rzymu.
Beauchamp zagwizdał aż z podziwu.
- No, to jak widzę podróż była owocna i to pod każdym względem. Czyli już możesz wydać artykuł na temat tego pana?
- Cóż... Jeszcze nie - odpowiedziałem mu nieco zawstydzony - Ale jutro mam umówioną rozmowę z państwem Morrel. Liczę na to, że dostarczą mi oni więcej istotnych dla mnie informacji. Bez faktów, jakie oni posiadają, wolę jeszcze nie publikować niczego. Nie chcę się ośmieszyć.
- Ależ o żadnym ośmieszeniu mowy być nie może! Ty przecież jesteś na tyle dobrym dziennikarzem, że nawet z poważnych swoich pomyłek potrafisz zawsze wyjść obronną ręką.
Popatrzyłem na mojego pracodawcę bardzo uradowany jego słowami, które sprawiały mi wielką przyjemność, po czym odpowiedziałem:
- Cieszę się, mój ojcze chrzestny, że doceniasz moją pracę, jednak jeżeli nie masz nic przeciwko temu, to ja wolę zbadać dokładniej całą sprawę nim cokolwiek o niej opowiem w swoim artykule.
Alfons de Beauchamp nie wyglądał bynajmniej na zawiedzionego, a wręcz przeciwnie. Podziwiał chyba mój zapał do pracy, a także i skrupulatność, z jaką podchodziłem do powierzonego mi zadania.
- Słusznie podchodzisz do całej tej sprawy, Jean - odpowiedział mi mój ojciec chrzestny - Masz dosyć czasu, aby dogłębnie zbadać całą sprawę. Nie musisz się spieszyć, bo przecież się nie pali, a efekt, który osiągniemy tym artykułem, będzie tak wielki, że konkurencja po prostu padnie przed nami na kolana. Ot co! Nie musisz się spieszyć, jednak jeśli możesz, to bądź tak uprzejmy i wracaj szybko do pracy. Brakuje nam ciebie bardzo. Tylko pamiętaj, że pośpiech jest tu niewskazany. Skrupulatność przede wszystkim, a ponieważ zawsze byłeś w naszej gazecie znany ze swojej skrupulatności, to będę oczekiwał od ciebie samych sukcesów.
- I nie zawiedziesz się na mnie, ojcze chrzestny. Nie zawiedziesz się. To ci mogę obiecać.
Beauchamp zaśmiał się ponownie, po czym przeszedł już na tematy bardziej prywatne. Szczególnie bardzo interesowało go, w jakich dokładnie okolicznościach poznaliśmy się z Martą. W końcu w liście do niego nie pisałem o tym uważając, iż są to zbyt intymne sprawy, aby poruszać je w jakimkolwiek piśmie. Lepiej się o takich rzeczach rozmawia aniżeli o nich pisze.
Spojrzałem na moją ukochaną z zapytaniem w oczach, czy zgadza się na to, abyśmy opowiedzieli memu ojcu chrzestnemu okoliczności, w jakich to oboje się poznaliśmy. Obawiałem się, że być może uzna, iż jest to sprawa zbyt osobista, żeby kogokolwiek w nią wtajemniczać. Gdyby tak uznała, to wówczas ze smutkiem w sercu musiałbym odmówić Beauchampowi tej historii. Musiałem bowiem uznać zdanie mojej ukochanej w sprawie, która dotyczy nas oboje, jednakże, ku mej wielkiej radości, Marta pokiwała głową na znak, że nie widzi przeszkód, aby mój ojciec chrzestny został przez nas wtajemniczony w całą sprawę. Radośnie więc uścisnąłem pod biurkiem dłoń mej wybranki, po czym spojrzałem na pryncypała i powiedziałem:
- A więc po prawdzie, to było tak...
***
Po rozmowie z Alfonsem de Beauchampem wsiadłem z Martą do powozu, a następnie ruszyliśmy w kierunku domu. Dosyć szybko jednak zmieniliśmy swoje zamiary z powodu nagłego impulsu, który mnie naszedł.
- Zawracaj! - zawołałem do woźnicy - Zmień kierunek.
Popatrzyłem na Martę, która wydawała się być niesamowicie zdumiona moją decyzją. Pewnie nawet przez chwilę zastanawiała się, czy aby nie postradałem zmysłów, ja jednak wiedziałem doskonale, co robię. Miałem bowiem pewien plan, który musiałem natychmiast zrealizować, aby się upewnić, że jest tak, jak myślę. Marta wypytywała mnie, co mi chodzi po głowie, ale ja nie puściłem pary z ust. To miała być tajemnica.
- Wybacz mi, Martusiu - powiedziałem - Ale muszę z kimś porozmawiać. To ważne. Nie bój się. To nie powinno potrwać zbyt długo. Chciałbym po prostu coś sprawdzić. Nic więcej.
- No dobrze, ukochany - odpowiedziała Marta, ściskając delikatnie moją dłoń - Wierzę, że wiesz, co robisz. Ale to chyba nie jest nic nielegalnego?
Zaśmiałem się delikatnie z powodu jej naiwności.
- Ja i nielegalne działania? Och, moja maleńka Martusiu... Czy ty aby troszkę nie przesadzasz? Ja jestem ostatnią osobą, która jest zdolna uczynić coś, co jest niezgodne z prawem.
Marta uśmiechnęła się do mnie i delikatnie położyła głowę na moim ramieniu.
- Przepraszam cię, nie gniewaj się na mnie, Jean. Wiem, jestem pusta i głupia. Wiem, że uważasz mnie za osobę naiwną i śmieszną, ale ja po prostu martwię się o ciebie. Zwłaszcza teraz, kiedy mi nic nie mówisz.
Spojrzałem jej w oczy i uśmiechnąłem się do niej uspokajająco.
- Nie bój się, najdroższa. Nie obawiaj się. Wszystko będzie dobrze. Mogę cię zapewnić. Muszę po prostu przed powrotem do domu odwiedzić kogoś, kto mi pomoże odpowiedzieć na pewne pytania.
Moja towarzyszka nie zadawała mi już żadnych pytań i w milczeniu jechała obok mnie. W końcu dojechaliśmy oboje na miejsce, a było nim biuro generalnego inspektora więziennictwa. Wyskoczyłem wówczas szybko z powozu i poprosiłem Martę, żeby na mnie poczekała. Następnie wszedłem do środka, przywitałem się z inspektorem, który był od dawna moim dobrym znajomym. Zapytał, co mnie do niego sprowadza. Odpowiedziałem mu wprost:
- Chodzi mi o pewnego zmarłego więźnia, Edmunda Dantesa. Widzisz, mój przyjacielu... Piszę pewien artykuł, w którym potrzebne mi są wszelkie informacje na jego temat. Ten więzień, o ile dobrze wiem, nie żyje. Prawda?
- Tak, to prawda - odpowiedział inspektor - A jak zapewne dobrze wiesz, akta zmarłych więźniów nie są tajne.
- Co oznacza, że mogę je przejrzeć?
- Ależ naturalnie. Tylko wiesz... Rzecz jasna, robisz to nieoficjalnie. Chyba sam rozumiesz. Lepiej, żeby nikt nie wiedział o całej tej sprawie. Ktoś mógłby źle zrozumieć, że pozwoliłem ci grzebać w powierzonych mi papierach.
Uśmiechnąłem się lekko i zapewniłem go o tym, że na pewno nikomu nie powiem, że umożliwił mi czytanie policyjnych akt. Następnie inspektor podał mi kilka kartek papieru dotyczących Edmunda Dantesa. Z uśmiechem zabrałem się za ich lekturę, zapisując przy tym szybko w swoim dzienniku kilka interesujących mnie szczegółów. Dowiedziałem się z tych papierów, że Edmund Dantes został oskarżony o bonapartyzm. Nieznany donosiciel za pomocą anonimu zawiadomił policję, iż Dantes posiada przy sobie list napisany osobiście przez Bonapartego do jednego z jego tzw. przyjaciół (a właściwie to agentów) i ma go on dostarczyć w najbliższych dniach. Dzień po wysłaniu, anonim dotarł na najbliższy posterunek, po czym Edmund Dantes został aresztowany i postawiony przed obliczem zastępcy prokuratora Marsylii, Gerarda de Villeforta. Ten zbadawszy sprawę, uznał Dantesa za niezwykle niebezpiecznego człowieka, po czym skazał go na dożywocie w zamku If bez procesu. Oskarżony trafił tam w 1815 roku i zmarł po czternastu latach w 1829 roku podczas nieudanej próby ucieczki. Okazało się bowiem, że w więzieniu Dantes poznał pewnego szalonego więźnia, księdza Farię. Kiedy ten umarł, Edmund (noszący w więzieniu numer 34) zawinął się w całun pogrzebowy Farii i jako on zamierzał uciec, kiedy to wyrzucą go do morza jako trupa. Nie przewidział jednak, że przywiążą mu do nogi kulę armatnią, co skończyło się tym, że utonął. Jego ciała co prawda nie znaleziono, ale też gwoli ścisłości, nikt go nie szukał.
Dowiedziałem się też, że w więzieniu Edmund Dantes długo dowodził, że jest niewinny. Domagał się rozmowy z naczelnikiem zamku If, próbował również raz zaatakować stołkiem strażnika, co skończyło się tym, że wrzucono go do lochu, gdzie poznał księdza Farię. Poznałem również jeszcze jeden dość ciekawy fakt. W 1830 roku, tuż po zakończeniu rewolucji lipcowej zamek If został przemieniony w muzeum, natomiast wszystkich jego więźniów objęła amnestia. Gdyby tak więc Edmund Dantes zaczekał jeszcze z rok, to z pewnością wyszedłby na wolność zgodnie z prawem i żyłby. Biedak jednakże nie mógł o tym wszystkim wiedzieć, stąd też jego pomysł, aby uciec. Efekty tej ucieczki były znane. Edmund Dantes utonął w morzu i nikt go już nigdy nie widział.
Wiadomości te potwierdziły informacje, których się dowiedziałem od pani Herbaut. Choć brakowało mi tutaj jakichkolwiek bliższych kontaktów Edmunda Dantesa z hrabią Monte Christo, ale to, że w aktach numeru 34 nie było wzmianki o panu hrabim, wcale nie znaczyło, iż on go nie spotkał. W końcu policja nie musi, a może wręcz nie powinna o wszystkim wiedzieć.
Poznawszy te wszystkie informacje radośnie wróciłem do powozu i usiadłem obok Marty.
- Wybacz mi, kochanie, że to tak długo trwało, ale to była niezmiernie ważna sprawa - powiedziałem, kiedy ruszyliśmy w drogę.
- Nie gniewam się na ciebie, kochanie, ale mam wielką nadzieję, że teraz mi opowiesz, jakaż to pilnie nagląca sprawa przygnała cię aż tutaj? I czego się tutaj dowiedziałeś?
Nie uznałem tego, co odkryłem za tajemnicę stanu, dlatego też po drodze do domu wszystko Marcie opowiedziałem. Wiadomości te bardzo ją zaintrygowały.
- Czyli wiemy już co nieco o śp. Edmundzie Dantesie - powiedziała - Ale co z nim ma wspólnego hrabia Monte Christo? W tym, co mi mówisz, nie zauważyłam jakiejkolwiek wzmianki o tym, że obaj panowie się znali.
- To prawda. Nie ma takiej wzmianki w aktach Dantesa. Co nie znaczy, że się oni nie znali.
Marta pokiwała głową na znak zgody.
- Zgadzam się, ale czuję, że sprawa się bardziej zagmatwała niż dotychczas.
Uśmiechnąłem się delikatnie.
- Być może, jednak wiemy, że pani Julia Herbaut mówiła prawdę.
- Nie wydaje mi się, abyś w to kiedykolwiek wątpił.
- Marto, to nie ma żadnego znaczenia, czy ja jej wierzyłem, czy też nie. Jako dziennikarza interesują mnie tylko i wyłącznie wiadomości, co do których nie ma najmniejszych nawet wątpliwości. Musiałem się upewnić. Teraz zaś mam pewność, że wizyta u jej brata ma bardzo wielki sens. Dlatego właśnie już jutro jedziemy do Maksymiliana Morrela.
- A co, jeśli tylko siostra jest prawdomówna, a brat już nie?
Pytanie Marty było jak najbardziej na miejscu. Poza tym groziło nam to, że być może pan Morrel wcale nie zechce z nami rozmawiać, jednakże wciąż byłem dobrej myśli.
- Tego to możemy się dowiedzieć tylko w jeden sposób. Odwiedzając tego pana.
22 lipca 1855 r.
W południe udaliśmy się z Martą do domu pana Maksymiliana Morrela i jego małżonki Walentyny. Byliśmy oboje pełni nadziei, gdyż liczyliśmy na to, że wizyta ta nie będzie bezowocna.
Kiedy przybyliśmy na miejsce, to powitała nas w nim pani domu, Walentyna Morrel, kobieta wzbudzająca szacunek i nadal piękna pomimo tego, iż już dawno przekroczyła czterdziesty rok życia. Przywitała nas w sposób dostojny i niezwykle przyjazny zarazem.
- Witam państwa... Panie Chroniqueur, panno Gojeuxla... Bardzo mi przykro, ale niestety mojego męża nie ma w domu. Ma on ważne spotkanie z interesantami, jednak zapewniam państwa, że powróci za godzinę. Wtedy z pewnością państwa przyjmie. W jego imieniu proszę państwa o cierpliwość.
Przyznać muszę, że jej słowa mocno mnie zasmuciły. Pan Morrel był bowiem w posiadaniu wiadomości, które z całą pewnością mogły nam pomóc zakończyć całe moje dziennikarskie śledztwo, a tymczasem wredny i złośliwy los ponownie nie pozwolił nam się z nim spotkać. Myślałem, iż popadnę w kompletne załamanie, jednak pani Walentyna szybko zapewniła nas, że ona również jest w posiadaniu informacji, które mogą nas interesować. Wówczas doznałem olśnienia. Przecież z opowieści pani Julii Herbaut wynikało wręcz jednoznacznie, że żona jej brata była córką prokuratora de Villeforta, a także cudownie uniknęła śmierci z ręki swojej macochy dzięki pomocy hrabiego Monte Christo. Zrozumiałem więc, że jeżeli to prawda, to z całą pewnością pod nieobecność swego męża, ona może nam udzielić wszelkich informacji.
- Może państwo usiądą? - zaproponowała pani Walentyna, wskazując nam kanapę.
Przyjęliśmy zaproszenie i usiedliśmy na wskazanym nam miejscu, po czym wyjąłem dziennik oraz ołówek i powiedziałem:
- W takim razie, pani Walentyno... Proszę opowiadać.

No w końcu ciekawość Alfonsa została zaspokojona, gdyż Jean przedstawił mu Martę. Walentyna z kolei powstrzymała Jeana od załamania. Czasem bywa on naprawdę gorączkowy i niecierpliwy. Widać, że chciałby zakończyć swoje poszukiwania jak najszybciej, a jednocześnie jak najskuteczniej. A Dantes miał niezłego pecha, skoro po roku mógłby wyjść na wolność, ale skąd on mógł o tym wiedzieć, że to więzienie przestanie istnieć?
OdpowiedzUsuńJest już bliżej rozwiązania zagadki, a może się mylę? Czy kronikarz zacznie się już domyślać, że hrabia Monte Christo i Edmund Dantes to jedna i ta sama osoba?
OdpowiedzUsuńOjcu chrzestnemu chyba się Martusia spodobała.