22 lipca 1855 r. c.d.
Po wysłuchaniu opowieści pani Morrel, musiałem przyznać, że byłem coraz bardziej zainteresowany postacią hrabiego Monte Christo. Historia pani Walentyny przypominała mi tragedię rodem ze sztuki Williama Szekspira. Tyle intryg oraz tyle niebezpieczeństw, a do tego jeszcze taka piękna historia miłosna zakończona szczęśliwym zakończeniem. Myślę sobie, że raczej niewiele podobnych opowieści mogłoby się poszczycić tak pięknym finałem. Z całą pewnością ta historia również skończyłaby się tragicznie, gdyby nie jeden człowiek. Ten, o którym wiadomości poszukiwałem. Ten, który wzbudzał w ludzkich sercach tyle jakże sprzecznych ze sobą uczuć.
Hrabia Monte Christo. Tajemniczy mściciel, obrońca uciśnionych oraz bicz Boży w jednej osobie. Zaprawdę niezwykła to mieszanka. Wiedziałem już dużo o hrabim, jednakże w tym przypadku sprawdzało się przysłowie, iż apetyt rośnie w miarę jedzenia, albowiem po poznaniu aż tylu faktów byłem spragniony poznać ich więcej. Nie ulegało wątpliwości, że mamy tutaj do czynienia z człowiekiem naprawdę niezwykłym, a przede wszystkim raczej nietuzinkowym, z osobą, co do której można było mieć najróżniejsze, nawet sprzeczne ze sobą uczucia. Ja jednak w tej właśnie chwili czułem do niego prawdziwy podziw i byłem gotowy nawet sprzedać duszę diabłu, byleby tylko go spotkać i mieć zaszczyt porozmawiania z nim osobiście.
- No cóż, pani Morrel... - powiedziałem z uśmiechem na twarzy, zamykając mój dziennik - Jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem pani opowieści. Mówię poważnie. Pod wielkim wrażeniem.
- Bardzo się cieszę, że pan tak mówi - odpowiedziała z anielskim uśmiechem Walentyna Morrel - Czy dowiedział się pan może ode mnie czegoś, co jest godne zanotowania?
- Rzekłbym, że nawet o wiele więcej - uśmiechnąłem się.
- Wiadomości od pani rzucają o wiele więcej światła na całą sprawę - dodała Marta.
- Zdecydowanie - potwierdziłem.
Przez chwilę nastąpiła dziwna i dość niezrozumiała, jednak niezwykle typowa dla takich sytuacji cisza. Z nudów bawiłem się swoim dziennikiem oraz ołówkiem. Ani ja, ani też Marta nie mieliśmy pojęcia, co mamy teraz zrobić. Postanowiłem w końcu przejść do rzeczy.
- No cóż... To by było chyba na tyle - rzekłem smutnym i zarazem bardzo zawiedzionym tonem - Skoro pani męża wciąż nie ma w domu, to obawiam się, że będziemy musieli...
Nie zdążyłem jednak dokończyć mojej wypowiedzi, ponieważ nagle dało się słyszeć dość głośne otwieranie drzwi.
- OHO! - zawołała Walentyna Morrel - Oto i mój mąż. Właśnie wrócił.
- No, to wychodzi na to, że jednak jeszcze tu zostaniemy - zaśmiała się Marta, spoglądając na mnie wesoło.
- W rzeczy samej - odpowiedziałem również nie ukrywając radości.
Po chwili w salonie zjawił się sam gospodarz we własnej osobistości. Był to Maksymilian Morrel, właściciel morskiej firmy handlowej „Morrel i syn”, a także mąż Walentyny z domu de Villefort. Człowiek, na którego spotkanie tak długo z Martą czekaliśmy.
Wstaliśmy oboje z kanapy i z prawdziwą radością przywitaliśmy się z nim.
- Jestem Maksymilian Morrel - powiedział mężczyzna, ściskając nam dłonie - Miło mi państwa poznać.
- I nam pana również - odrzekłem ściskając mu rękę obiema dłońmi - Nawet pan nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że wreszcie udało się nam ze sobą spotkać. Mamy bowiem, moja droga towarzyszka i ja, do pana pewien interes. Otóż chodzi o to, że...
Morrel jednak nie dał mi dokończyć.
- Wiem, co państwa do nas sprowadza. Moja siostra i szwagier zdążyli mnie już o powiadomić. Z tego też względu spieszyłem się, jak tylko mogłem, aby móc państwa poznać. Mam nadzieję, że nie macie mi państwo za złe tego spóźnienia. Starałem się jak mogłem, ale rozumiecie państwo. Obowiązki przede wszystkim.
- Ma się rozumieć - odpowiedziałem z uśmiechem.
Usiedliśmy i patrzyliśmy na naszego gospodarza spojrzeniem, które wyrażało najwyższe zainteresowanie. Tak oto właśnie wyglądał człowiek, posiadający chyba najprawdopodobniej najwięcej wiadomości o hrabim de Monte Christo dosłownie wszystko, co tylko wiedzieć można.
- Wie pan zapewne o tym, że znam osobiście pańskiego ojca chrzestnego, mój drogi panie Chroniqueur - zaczął rozmowę pan Morrel - To naprawdę wspaniały człowiek.
- Dziękuję w imieniu swoim oraz mojego pryncypała - odpowiedziałem lekko pochylając przed nim głowę.
- Proszę zatem przy najbliższej okazji przekazać ode mnie panu Alfonsowi de Beauchampowi wyrazy mojego najgłębszego poważania.
- Nie omieszkam.
Pan Morrel uśmiechnął się ponownie, a po chwili milczenia znowu rozpoczął z nami rozmowę:
- A zatem sprowadza państwa do mnie chęć poznania ode mnie informacji na temat człowieka, który tytułuje się hrabią Monte Christo?
- Dokładnie tak - potwierdziłem - Doskonale pan to ujął, panie Morrel. Nic dodać, nic ująć.
Marta milcząco skinęła głową.
- Czy może się pan zatem podzielić z nami swoją wiedzą? - zapytałem - O ile oczywiście nie jest to dla szanownego pana żaden kłopot.
Pan Morrel uśmiechnął się do nas i zapalił cygaro. Zaproponował mi, abym dołączył do niego, ale odmówiłem, gdyż nie palę. Rozkoszując się zatem dymem tytoniowym, nasz gospodarz, tonem leniwego kota, powiedział:
- Z największą chęcią tudzież przyjemnością opowiem państwu wszystko, co tylko zdołam wygrzebać z mojej pamięci. Z góry jednak państwa przepraszam, jeżeli pominę coś niezwykle dla państwa istotnego.
- Miejmy tylko nadzieję, że tak się nie stanie - rzekła Marta poważnym tonem - Ale w razie czego wykażemy się tolerancją.
- Mam nadzieję - nasz gospodarz lekko zachichotał.
Szybko otworzyłem mój dziennik, chwyciłem ołówek i popatrzyłem uważnie na naszego rozmówcę.
- A zatem... Niech pan opowiada.
Po wysłuchaniu opowieści pani Morrel, musiałem przyznać, że byłem coraz bardziej zainteresowany postacią hrabiego Monte Christo. Historia pani Walentyny przypominała mi tragedię rodem ze sztuki Williama Szekspira. Tyle intryg oraz tyle niebezpieczeństw, a do tego jeszcze taka piękna historia miłosna zakończona szczęśliwym zakończeniem. Myślę sobie, że raczej niewiele podobnych opowieści mogłoby się poszczycić tak pięknym finałem. Z całą pewnością ta historia również skończyłaby się tragicznie, gdyby nie jeden człowiek. Ten, o którym wiadomości poszukiwałem. Ten, który wzbudzał w ludzkich sercach tyle jakże sprzecznych ze sobą uczuć.
Hrabia Monte Christo. Tajemniczy mściciel, obrońca uciśnionych oraz bicz Boży w jednej osobie. Zaprawdę niezwykła to mieszanka. Wiedziałem już dużo o hrabim, jednakże w tym przypadku sprawdzało się przysłowie, iż apetyt rośnie w miarę jedzenia, albowiem po poznaniu aż tylu faktów byłem spragniony poznać ich więcej. Nie ulegało wątpliwości, że mamy tutaj do czynienia z człowiekiem naprawdę niezwykłym, a przede wszystkim raczej nietuzinkowym, z osobą, co do której można było mieć najróżniejsze, nawet sprzeczne ze sobą uczucia. Ja jednak w tej właśnie chwili czułem do niego prawdziwy podziw i byłem gotowy nawet sprzedać duszę diabłu, byleby tylko go spotkać i mieć zaszczyt porozmawiania z nim osobiście.
- No cóż, pani Morrel... - powiedziałem z uśmiechem na twarzy, zamykając mój dziennik - Jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem pani opowieści. Mówię poważnie. Pod wielkim wrażeniem.
- Bardzo się cieszę, że pan tak mówi - odpowiedziała z anielskim uśmiechem Walentyna Morrel - Czy dowiedział się pan może ode mnie czegoś, co jest godne zanotowania?
- Rzekłbym, że nawet o wiele więcej - uśmiechnąłem się.
- Wiadomości od pani rzucają o wiele więcej światła na całą sprawę - dodała Marta.
- Zdecydowanie - potwierdziłem.
Przez chwilę nastąpiła dziwna i dość niezrozumiała, jednak niezwykle typowa dla takich sytuacji cisza. Z nudów bawiłem się swoim dziennikiem oraz ołówkiem. Ani ja, ani też Marta nie mieliśmy pojęcia, co mamy teraz zrobić. Postanowiłem w końcu przejść do rzeczy.
- No cóż... To by było chyba na tyle - rzekłem smutnym i zarazem bardzo zawiedzionym tonem - Skoro pani męża wciąż nie ma w domu, to obawiam się, że będziemy musieli...
Nie zdążyłem jednak dokończyć mojej wypowiedzi, ponieważ nagle dało się słyszeć dość głośne otwieranie drzwi.
- OHO! - zawołała Walentyna Morrel - Oto i mój mąż. Właśnie wrócił.
- No, to wychodzi na to, że jednak jeszcze tu zostaniemy - zaśmiała się Marta, spoglądając na mnie wesoło.
- W rzeczy samej - odpowiedziałem również nie ukrywając radości.
Po chwili w salonie zjawił się sam gospodarz we własnej osobistości. Był to Maksymilian Morrel, właściciel morskiej firmy handlowej „Morrel i syn”, a także mąż Walentyny z domu de Villefort. Człowiek, na którego spotkanie tak długo z Martą czekaliśmy.
Wstaliśmy oboje z kanapy i z prawdziwą radością przywitaliśmy się z nim.
- Jestem Maksymilian Morrel - powiedział mężczyzna, ściskając nam dłonie - Miło mi państwa poznać.
- I nam pana również - odrzekłem ściskając mu rękę obiema dłońmi - Nawet pan nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że wreszcie udało się nam ze sobą spotkać. Mamy bowiem, moja droga towarzyszka i ja, do pana pewien interes. Otóż chodzi o to, że...
Morrel jednak nie dał mi dokończyć.
- Wiem, co państwa do nas sprowadza. Moja siostra i szwagier zdążyli mnie już o powiadomić. Z tego też względu spieszyłem się, jak tylko mogłem, aby móc państwa poznać. Mam nadzieję, że nie macie mi państwo za złe tego spóźnienia. Starałem się jak mogłem, ale rozumiecie państwo. Obowiązki przede wszystkim.
- Ma się rozumieć - odpowiedziałem z uśmiechem.
Usiedliśmy i patrzyliśmy na naszego gospodarza spojrzeniem, które wyrażało najwyższe zainteresowanie. Tak oto właśnie wyglądał człowiek, posiadający chyba najprawdopodobniej najwięcej wiadomości o hrabim de Monte Christo dosłownie wszystko, co tylko wiedzieć można.
- Wie pan zapewne o tym, że znam osobiście pańskiego ojca chrzestnego, mój drogi panie Chroniqueur - zaczął rozmowę pan Morrel - To naprawdę wspaniały człowiek.
- Dziękuję w imieniu swoim oraz mojego pryncypała - odpowiedziałem lekko pochylając przed nim głowę.
- Proszę zatem przy najbliższej okazji przekazać ode mnie panu Alfonsowi de Beauchampowi wyrazy mojego najgłębszego poważania.
- Nie omieszkam.
Pan Morrel uśmiechnął się ponownie, a po chwili milczenia znowu rozpoczął z nami rozmowę:
- A zatem sprowadza państwa do mnie chęć poznania ode mnie informacji na temat człowieka, który tytułuje się hrabią Monte Christo?
- Dokładnie tak - potwierdziłem - Doskonale pan to ujął, panie Morrel. Nic dodać, nic ująć.
Marta milcząco skinęła głową.
- Czy może się pan zatem podzielić z nami swoją wiedzą? - zapytałem - O ile oczywiście nie jest to dla szanownego pana żaden kłopot.
Pan Morrel uśmiechnął się do nas i zapalił cygaro. Zaproponował mi, abym dołączył do niego, ale odmówiłem, gdyż nie palę. Rozkoszując się zatem dymem tytoniowym, nasz gospodarz, tonem leniwego kota, powiedział:
- Z największą chęcią tudzież przyjemnością opowiem państwu wszystko, co tylko zdołam wygrzebać z mojej pamięci. Z góry jednak państwa przepraszam, jeżeli pominę coś niezwykle dla państwa istotnego.
- Miejmy tylko nadzieję, że tak się nie stanie - rzekła Marta poważnym tonem - Ale w razie czego wykażemy się tolerancją.
- Mam nadzieję - nasz gospodarz lekko zachichotał.
Szybko otworzyłem mój dziennik, chwyciłem ołówek i popatrzyłem uważnie na naszego rozmówcę.
- A zatem... Niech pan opowiada.

Jean miał szczęście, że Maksymilian akurat wrócił do domu przed jego wyjściem, bo już myślał, że nie uda mu się z nim porozmawiać. Z kolei opowieść Walentyny rzuca nowe światło na hrabiego pokazując go z jednej strony jako człowieka pałającego żądzą zemsty, zaś z drugiej jako kogoś naprawdę szlachetnego i godnego zaufania.
OdpowiedzUsuńDobrze, że kronikarz nie pali.
OdpowiedzUsuńCiekawe, co wie Morrel i czy to pomoże w śledztwie? Morrel chyba zna dobrze hrabiego Monte Christo, ale nawet i on nie zna o nim całej prawdy.
Dość krótki odcinek dzisiaj, czekam na kolejne.