Mój ojciec, Piotr Morrel, był za życia właścicielem wielkiej morskiej firmy handlowej „Morrel i syn”, której statki wpływały wręcz do wszystkich portów na świecie, przywożąc stamtąd tylko i wyłącznie towary najwyższej jakości. Ojciec mój bowiem był uczciwym człowiekiem i nigdy nie dopuszczał się najmniejszego nawet oszustwa. Swoich pracowników zaś traktował jak własne dzieci. Bywał surowy, ale zawsze sprawiedliwy. Nigdy nikt się na niego nie skarżył. Jedyne, co mogliby mu niektórzy zarzucić, to chyba tylko fakt, że gdy cesarz był u władzy, to ojciec mój należał do jego gorliwych zwolenników, ale nigdy nikogo nie zabił ani nie oszukał. Mogę ręczyć za to własnym życiem.
Byłem jedynym synem mojego ojca. Mam jeszcze młodszą siostrę o imieniu Julia, którą już chyba państwo zdążyliście poznać. Wyszła ona za naszego dawnego pracownika, uczciwego i zarazem też szlachetnego marynarza Emanuela Herbauta. Ja sam jestem żonaty z Walentyną de Villefort, córką śp. Gerarda de Villeforta, słynnego prokuratora królewskiego. Ale dość tej genealogii.
Wracając do mojej opowieści pamiętam czasy, kiedy po słynnych stu dniach Napoleona na tron naszej ukochanej Francji powrócili Burbonowie. Wówczas to mój biedny ojciec, który niestety, nieco wcześniej nierozważnie ujawnił się światu ze swoimi poglądami, popadł w bardzo ciężką sytuację finansową oraz społeczną. Niewielu już ludzi chciało z nim robić interesy, bo wszystkim kojarzył się on ze znienawidzonym wówczas powszechnie Bonapartem, zaś rojaliści szczególnie na niego naskakiwali. Pozostali natomiast, nawet jeżeli robili z firmą „Morrel i syn” interesy, to już nie takie, jak wcześniej. Mój ojciec, mówiąc politycznym językiem, zyskał wówczas powszechne wotum nieufności od społeczeństwa. Oczywiście nie muszę tu państwu wyjaśniać, jak poważnymi konsekwencjami się to skończyło. Zaczęliśmy bankrutować, bo nasze interesy szły kiepsko, jeśli w ogóle szły, zaś pracownicy ojca powoli przestali dostawać pensje. Wskutek tego większość z nich od nas odeszła poza tymi naprawdę wiernymi, którzy wierzyli, że nadejdą jeszcze lepsze dni. Niestety, nie nadchodziły one, a wręcz wszystko zapowiadało światu nasz całkowity upadek.
Moja siostra na pewno opowiadała panu o spotkaniu z tajemniczym agentem firmy „Thomson and French”. Nie będę więc teraz wdrażał się w szczegóły całej tej sprawy. Powiem państwu tylko tyle, że nie byłem przy rozmowie mojej siostry z tym panem obecny. Widziałem go tylko przez chwilę, gdy przyniosłem memu ojcu straszną wieść o zatonięciu „Faraona”. Zbyt jednak byłem przejęty tamtą tragedią, żebym miał zwracać uwagę na obcych. Dlatego właśnie nie przyjrzałem się zbyt dobrze temu rzekomemu agentowi, kiedy mi jednak dużo później siostra o nim opowiedziała, to muszę się przyznać, iż nie uznałem w tych jego uczynkach niczego niezwykłego. Pomyślałem bowiem, że człowiek ten mówił prawdę i był tym, za kogo się podaje. Nie mogłem wówczas przypuszczać, że jest to tajemniczy wybawca, który postanowił nas ocalić od niebezpieczeństwa bankructwa i śmierci w powszechnej hańbie. Nijak nie mogłem tego wiedzieć.
Pamiętam doskonale ten dzień, kiedy to zostaliśmy ocaleni. Mój ojciec był wówczas strasznie ponury. Wezwał mnie do siebie i zostaliśmy sami w pokoju, a gdy to się stało, to powiedział mi, że nasze długi są ogromne i wymagają spłaty, ale on już nie mamy z czego ich pokryć. Firma zostanie więc przejęta przez wierzycieli, a nazwisko Piotra Morrel okryje się hańbą. Mój ojciec widział więc tylko jedno wyjście z tej sytuacji - samobójstwo. Postanowił się zastrzelić. Wyjął z biurka dwa pistolety. Chciał się zastrzelić, dlatego wyjął oba na wszelki wypadek, gdyby za pierwszym razem chybił. Byłem gotowy zastrzelić się razem z nim, ale ojciec nie pozwolił mi na to. Gdybym bowiem odszedł razem z nim, to co by się wówczas stało z moją matką i siostrą? Kto by je wtedy wyżywił, dał wsparcie i ocalenie? Uznałem wyższość racji mego ojca i wyszedłem z pokoju dając mu swobodę ruchów.
Jednakże mój ojciec nie zdążył zrealizować tego pragnienia. Albowiem zanim zdążył pociągnąć za spust, do jego gabinetu wpadła moja siostra z wieścią, że jesteśmy ocaleni. Miała ze sobą diament ogromnej wartości, jaki otrzymała od niejakiego Sindbada Żeglarza w pewnej starej kamienicy. Ale nie była to jedyna niespodzianka tego dnia. Przyniesiono nam bowiem wieść, że „Faraon” wcale nie zatonął, ale wchodzi właśnie do portu z całym ładunkiem. Nie umiem państwu opisać radości na twarzy mojego ojca. Nie wiedzieliśmy, jak do tego wszystkiego doszło. Uznaliśmy, że to musi być cud. Jednego jednak byliśmy całkowicie pewni - ten tajemniczy agent firmy „Thomson and French” oraz Sindbad Żeglarz to była jedna i ta sama osoba. Pojąłem wówczas, że musimy go odnaleźć i podziękować mu za to, co dla nas zrobił. Tylko jak mieliśmy to zrobić? Nie wiedzieliśmy tego, gdyż był to naprawdę bardzo tajemniczy jegomość. Nie zostawił po sobie żadnej wiadomości, żadnej wskazówki jak go znaleźć. Błądziliśmy więc po omacku w naszych poszukiwaniach. Mimo wszystko nie ustawaliśmy w naszych wysiłkach, aby dokonać niemożliwego. Gdy jakieś kilka lat później mój drogi ojciec umierał, był nareszcie szczęśliwy i spokojny o los swoich dzieci. Firmę pozostawił mnie, Julii i oczywiście Emanuelowi, który to w międzyczasie został moim szwagrem. Zarządzamy nią we trójkę do dzisiaj.
Jak każdy mężczyzna w tamtych czasach, również i ja postanowiłem poznać świat. Zostałem żołnierzem i na jakiś czas wyjechałem do Afryki, gdzie wstąpiłem do spahisów. Szybko dorobiłem się stanowiska kapitana. Afryka jest niezwykle pięknym kontynentem, ale zbyt dzikim, aby mieszkać tam na stałe. Podczas mojej służby na czarnym lądzie stała się pewna rzecz, która to stopniowo pomogła mi odnaleźć naszego tajemniczego wybawcę oraz zaważyła na całym moim losie.
Było to tak. Pewnego dnia na pustyni miałem szczęście ocalić mojego rodaka, barona Raula de Chateau-Renaud. Podróżował on po wówczas Afryce i podczas wyprawy przez pustynię koń mu padł, a do tego zaatakowali go Arabowie. Kilku z nich udało mu się zabić, ale został przez nich osaczony. Choć byłem sam, to jednak nie umiałem go zostawić sam bez najmniejszego choćby wsparcia. Jak państwo może wiedzą, człowiek w takich sytuacjach nie myśli, tylko działa i to szybko. Niejednokrotnie się potem okazuje, że w przypadku śmiertelnego zagrożenia to najlepsze, co można przedsięwziąć. I ja tak też uczyniłem rzucając się na pomoc panu baronowi. We dwójkę z łatwością daliśmy sobie radę z napastnikami. Potem pomogłem ocalonemu przeze mnie baronowi dostać się do najbliższej francuskiej osady oraz powrócić do cywilizacji. Baron nie zapomniał mi tego i kiedy tylko wyszedłem z wojska (a było wkrótce po tym wydarzeniu), pan Raul de Chateau-Renaud postanowił wprowadzić mnie na paryskie salony poprzez zaproszenie mnie na przyjęcie w domku kawalerskim wicehrabiego Alberta de Morcerfa. Przyjęcie było urządzane z okazji poznania pana hrabiego de Monte Christo, tajemniczego arystokraty, który to we Włoszech pomógł Albertowi wydostać się z rąk bandytów. Na przyjęciu u wicehrabiego de Morcerfa był oczywiście cały kwiat francuskiego kawalerstwa - oprócz Alberta byli tam również baron Franz d’Epinay, ówczesny sekretarz ministra spraw wewnętrznych Lucjan Debray, pan Chateau-Renaud, ja, no i prócz tego pański ojciec chrzestny, pan Alfons de Beauchamp. Innymi słowy cała paryska śmietanka towarzyska.
Pan Raul wprowadził mnie na to przyjęcie opowiadając wszystkim o moim skądinąd bohaterskim czynie, ale oczywiście jak to on, musiał mocno ubarwić całą opowieść i znacznie zwiększyć moje zasługi względem niego, lecz to nieistotne. Ważne jest to, iż właśnie na tym przyjęciu poznałem pana hrabiego Monte Christo. Był to niezwykły człowiek. Wydawało mi się, że doskonale wie, kim ja jestem, albo że mnie zna od dawien dawna, choć robił wszystko, żeby nie dać tego po sobie poznać. Jego oczy jednak zdradzały mocne zainteresowanie osobą moją i moich bliskich. Dowiódł tego potem odwiedzając mnie - mieszkałem wówczas z siostrą i szwagrem. Pamiętam doskonale tę wizytę. Hrabia Monte Christo bardzo się zainteresował naszym jakże tajemniczym diamentem, pochodzącym od równie tajemniczego Sindbada Żeglarza. Opowieść o tym niezwykłym przedmiocie, jak również o niezwykłych okolicznościach, w których weszliśmy w jego posiadanie, wywarła na nim naprawdę ogromne wrażenie. Tak przynajmniej wtedy sądziłem. W każdym razie, po tej wizycie odwiedzał nas dość często. Można by powiedzieć, że stał się niemal członkiem naszej rodziny. Wydawało się nam, że znamy go od dawna i jakby od dawna był nam bliską osobą. Niestety, nie domyślaliśmy się wtedy, skąd takie przeczucie.
Niedługo potem zakochałem się w Walentynie. Wiedziałem jednak, że chociaż moja ukochana była mi przychylna, to jej ojciec nigdy nie pozwoli związek jego oczka w głowie ze mną. W końcu on był rojalistą, a ja synem bonapartysty. Jedynie stary i sparaliżowany pan Noirtier de Villerfort, dziadek mojej ukochanej, był nam przychylny. Głównie chyba dlatego, że swego czasu on również był zagorzałym zwolennikiem cesarza. Ale cóż on mógł nam pomóc, myślałem sobie. Nie miałem pojęcia, co mogę teraz uczynić. Powoli popadałem w szaleństwo z bezsilności.
Walentyna na pewno opowiadała już państwu szczegóły naszej miłości, więc mnie w tym zakresie pozostało niewiele do powiedzenia. Potwierdzę tylko to, co z całą pewnością ona już wam rzekła. Przebrany za robotnika przebywałem na terenie remontowanej w sąsiedztwie willi, dzięki czemu oboje spotykaliśmy się codziennie, chociaż potajemnie. Przyznaję tu ze wstydem, że przez pewien czas proponowałem mojej ukochanej ucieczkę z domu, którą uważałem wówczas za jedyny środek na zrealizowanie naszego związku. Do dzisiaj zastanawiam się, czy nie tak byłoby lepiej. Być może wtedy dałoby się jakoś uniknąć całej tej tragedii z trucizną w rodzinie de Villefortów.
Ponieważ moja żona opowiadała już wam o aferze trucicielskiej, która wtedy wybuchła w jej domu, więc nie będę jej poruszał w mojej historii. Zresztą sam niewiele wówczas wiedziałem o całej tej sytuacji. Jedynie co, to przypadkiem podsłuchałem, jak ojciec mojej ukochanej rozmawiał raz ze swoim rodzinnym lekarzem. Był to wieczór, kiedy czekałem na moją ukochaną, gdyż ta przekona do słuszności mych racji, postanowiła razem ze mną uciec, ale niestety, nie zjawiła się ona o czasie w umówionym przez nas miejscu. Zaniepokojonym wkradłem się do ogrodu państwa de Villefortów i tam byłem mimowolnym świadkiem rozmowy gospodarza z lekarzem. Słyszałem, jak ten opowiada mu, iż dziadkowie Walentyny (czyli rodzice jej matki) zmarli otruci brucyną i nie było ku temu najmniejszych wątpliwości. Lekarz proponował wszczęcie postępowania, ale pan de Villefort tak się bał skandalu, jaki by z tego niechybnie wyniknął, że odmówił jakiejkolwiek policyjnej interwencji. Pamiętam, że przerażony pobiegłem do mojej ukochanej, aby ją szybko przytulić i upewnić się, iż jej nikt nie otruł. Dzięki Bogu żyła. Chciałem tym bardziej, żeby ze mną uciekła, ale ta nie potrafiła się na to zdobyć - tej nocy bowiem zmarła jej babcia i swoim ostatnim życzeniem wymogła na niej ślub z baronem d’Epinayem. Jak państwo zapewne wiecie, od tego niechcianego ślubu Walentynę wybawił pan Noirtier, który jak się okazało, jedynie na pozór potrafił tylko siedzieć i niemo przyglądać się bieżącym wypadkom.
Nieco później w Paryżu wybuchł nagle bardzo poważny skandal. Na wskutek śledztwa, zarządzonego przez hrabiego de Monte Christo, wyszły na jaw dosyć niepochlebne informacje na temat hrabiego de Morcerfa. Albert postanowił się pomścić za utracony honor poprzez pojedynek z inicjatorem całej afery. Nie mógł go jednak znaleźć, aż w końcu dowiedział się, że o tej i o tej porze hrabia będzie w operze na „Wilhelmie Tellu”. Wezwał on zatem wszystkich swoich znajomych (w tym również i mnie) do opery, po czym publicznie na oczach wszystkich wyzwał hrabiego na pojedynek. Hrabia zaś, ze stoickim spokojem wyzwanie przyjął i przegnał Alberta na cztery wiatry. Wszyscy wówczas wyszli z loży pozostając w niej hrabiego oraz mnie. Chwilę potem przyszedł do nas pan Chateau-Renaud, który został sekundantem Alberta. Przeprosił hrabiego za zachowanie przyjaciela, po czym ustalił z nim broń przyszłej walki - pistolety. Ja zostałem w loży hrabiego, który poprosił mnie o to, abym został jego sekundantem. Zapytał mnie także, czy może Emanuel zostać drugim sekundantem? Obie odpowiedzi były twierdzące. Hrabia był pewny swego zwycięstwa. Tym większe było moje i szwagra mego zdziwienie, gdy następnego dnia rano hrabia był strasznie przygnębiony, a przecież nie miał najmniejszych nawet powodów do smutku. Wręcz przeciwnie, gdyż razem z Emanuelem spotkaliśmy się z sekundantami Alberta i załatwiliśmy dogodne dla hrabiego warunki. Jako obrażony hrabia miał prawo strzelać pierwszy, jednakże nie wydawał się tym specjalnie uradowany. Właściwie, to podczas rozmowy w powozie dawał nam obu wyraźnie do zrozumienia, że chce pozwolić Albertowi się zabić. I na pewno by się tak stało, gdyby nie to, że stało się nieoczekiwane. Albert spóźnił się nieco, ale na Polach Marsowych oprócz niego i jego sekundantów zjawili się również panowie d’Epinay i Debray, czyli ogólnie wszyscy, którzy byli świadkami wyzwania hrabiego, po czym Albert przeprosił przy nich wszystkich Monte Christa mówiąc, iż słusznie on postąpił demaskując zbrodnie jego ojca. Następnie odszedł. Zachowanie Alberta zdziwiło nas niezmiernie, jednak mimo wszystko byliśmy szczęśliwi. Hrabia mówił pod nosem coś, czego do końca nie zrozumiałem. Chyba coś o opatrzności. Nie wiem jednak, o co mu chodziło. Gdy wracaliśmy we trójkę z Pól Marsowych, to hrabia rozmawiał ze mną i Emanuelem. Pytał mnie, czy moje serce jest zajęte, czy też nie. Przyznałem się mu wówczas do mojej miłości. Pamiętam jego reakcję na te słowa. Wydawało się, jakby te słowa go przeraziły. Wspomniał coś, że wybrałem na ukochaną dziewczynę z przeklętego rodu czy jakoś tak, jednak kiedy zapewniłem go, iż szczerze i uczciwie kocham Walentynę i nigdy jej kochać nie przestanę powiedział, że musi coś naprawić. Nie miałem jednak pojęcia, o co mu chodzi.
Wkrótce potem moja biedna ukochana padła ofiarą dwóch prób otrucia jej. Pierwsza była nieudana, druga już niestety tak, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Gdy przybyłem odwiedzić moją uroczą ukochaną, dowiedziałem się o wszystkim. Powiedział mi o tym jej ojciec, który jak dotąd mi nie przychylny, ale teraz łączyliśmy się oboje w bólu. Zrozpaczony wytrwałem jedynie do pogrzebu ukochanej, a po nim wróciłem jak najszybciej się dało do domu. Tam zaś, nic nikomu nie wyjaśniając, zamknąłem się w moim pokoju i chciałem się zastrzelić, ale moja siostra i szwagier niepokoili się tym, co się ze mną dzieje i powiedzieli to wszystko hrabiemu de Monte Christo, który wpadł do domu tuż za mną. Hrabia wyważył drzwi i w ostatniej chwili wyrwał mi pistolet z ręki. Byłem wściekły na niego i zacząłem na krzyczeć. On zaś nie pozostał mi dłużny. Zapytałem go, jakim prawem chce mnie on pozbawić możliwości odebrania sobie życia. Wówczas hrabia powiedział, że takim prawem, iż to on jest tym tajemniczym Sindbadem Żeglarzem, który ocalił mojego ojca od samobójstwa i bankructwa. Nie pozwoli więc teraz na to, aby syn starego Piotra Morrela zginął tak marną śmiercią, jak samobójczy strzał w głowę. Podał mi także swoje prawdziwe nazwisko, którego ja jednak nie mogę państwu zdradzić. Przykro mi, lecz nie mam do tego prawda. Hrabia nie upoważnił mnie do tego. Gdyby to zrobił, to wtedy co innego, ale tak, to... Sami państwo chyba rozumieją. W obecnej sytuacji muszę jeszcze zachować milczenie.
W każdym razie hrabia zdradził mi, kim jestem. Ja zaś natychmiast wezwałem Julię i Emanuela z miejsca mówiąc im, że hrabia to tajemniczy Sindbad Żeglarz, na którego odnalezienie tak długo razem czekaliśmy. Całe dziewięć długich lat go szukaliśmy, aż wreszcie on sam się u nas zjawił. Rzecz oczywista, diamentu od nas nie wziął, ale poprosił nas o to, żebyśmy go zachowali jako pamiątkę rodzinną. Zgodziliśmy się na to bez wahania. Co zaś tyczy się mnie, to hrabia poprosił o to, abym jeszcze do 5 października zaczekał z odebraniem sobie życia. Chciał bowiem pomóc mi odnaleźć na powrót jego sens. W każdym razie tak mi to wyjaśnił. W ogóle nie mówił wiele na ten temat. Poprosił mnie jedynie, żebym nie zabijał się w żaden sposób aż do dnia, który mi wyznaczył. Zgodziłem się, gdyż cóż znaczyło czekanie ileś dni dla mnie, któremu było już i tak wszystko jedno, czy będzie żył, czy też umrze?
Nie pamiętam już, jak spędziłem ten długi dla mnie czas oczekiwania, jednak data 5 października utkwiła silnie w mej pamięci i nic nie było wstanie jej z niej wytrząsnąć. Tego dnia hrabia przybył do mnie, po czym obaj popłynęliśmy na wyspę Monte Christo. Tam nasz Sindbad Żeglarz pokazał mi piękna grotę niczym z baśni „Tysiąca i Jednej Nocy”. Tam zaś obaj zaczęliśmy sobie rozmawiać i raczyć się egzotycznymi potrawami. Kiedy hrabia zapytał mnie, czy dalej nie odnalazłem sensu życia, odpowiedziałem mu, że nie. Wówczas hrabia oznajmił mi, iż on również nie widzi sensu swego istnienia i chętnie wraz ze mną popełni samobójstwo. Wyjął z puzderka dwie pigułki i obaj je zażyliśmy. Szybko się jednak okazało, że nie jest to trucizna, ale narkotyk, a konkretnie haszysz. Hrabia oszukał mnie, abym osłabiony jego narkotykiem nie zdołał odebrać sobie życia. Gdy to zrobił, z groty wyszły Walentyna w towarzystwie jakieś tajemniczej, pięknej Greczynki, o której dowiedziałem się potem, że ma ona na imię Hayde i jest wychowanicą hrabiego. Obraz ten początkowo wydawał mi się jedynie wizją narkotyczną. Szybko jednak się okazało, że to, co widzę, to najprawdziwsza prawda i Walentyna naprawdę żyje. Okazało się bowiem, że hrabia przebrany za księdza Busoni ocalił ją dla mnie, a teraz oddał ją w moje ręce. Następnie zabrał ze sobą Hayde i zniknął. W tej samej chwili straciłem przytomność.
Gdy się już ocknąłem, ujrzałem moją Walentynę. Oboje uściskaliśmy się i ucałowaliśmy. Któż zliczy te wszystkie łzy, jakie wtedy oboje wylaliśmy z naszej radości? Chyba nikt. Tak samo, jak nikt nie zdoła dokładnie ocenić, jak cudownie nam było w tej chwili. Wyściskaliśmy się i wycałowaliśmy za wszystkie czasy. Gdy wyszliśmy z groty na wyspie, ujrzeliśmy horyzont, a tam statek, na którym hrabia i Hayde odpływali w kierunku wschodzącego słońca. Po dłuższej chwili zniknęli nam z oczu, a przy nas zjawił się jeden z przemytników będących na usługach hrabiego. Wręczył nam list od niego. W liście tym nadawca wspominał o tym, że zostawia nam w spadku swoje dwie posiadłości oraz resztę skarbu z wyspy Monte Christo. Przekazał nam też wieść o śmierci macochy oraz brata Walentyny. A także o szaleństwie jej ojca, którego zamknięto potem w szpitalu dla wariatów. Powróciliśmy więc łodzią owego przemytnika do domu. Tam zaś, w willi na Polach Elizejskich, czekał na nas już stary pan Noirtier, aby pobłogosławić nasz związek.
I na tym można zakończyć moją opowieść. Poza drobną częścią, która była nam niezbędna do rozkręcenia firmy „Morrel i syn”, to skarbu z wyspy Monte Christo nie przyjęliśmy. Oddaliśmy go z powrotem hrabiemu. O ile dobrze wiem, skorzystał z niego bardzo mądrze. Co do reszty jego woli, to wypełniliśmy ją skrupulatnie. Od czasu do czasu spotykamy jego i Hayde. Są to cudowne chwile w naszym życiu. Los się do nas uśmiecha. Hrabia bardzo dba o nas i o nasze dzieci, Edmunda i Hayde. Dba o nie i kocha je niczym własne wnuki. Jesteśmy teraz naprawdę szczęśliwymi ludźmi, a wszystko to dzięki człowiekowi, który nazywa siebie hrabią Monte Christo. Tylko dzięki niemu zyskaliśmy wszystko to, co dobre. Za co oboje już zawsze będziemy mu wdzięczni.
Byłem jedynym synem mojego ojca. Mam jeszcze młodszą siostrę o imieniu Julia, którą już chyba państwo zdążyliście poznać. Wyszła ona za naszego dawnego pracownika, uczciwego i zarazem też szlachetnego marynarza Emanuela Herbauta. Ja sam jestem żonaty z Walentyną de Villefort, córką śp. Gerarda de Villeforta, słynnego prokuratora królewskiego. Ale dość tej genealogii.
Wracając do mojej opowieści pamiętam czasy, kiedy po słynnych stu dniach Napoleona na tron naszej ukochanej Francji powrócili Burbonowie. Wówczas to mój biedny ojciec, który niestety, nieco wcześniej nierozważnie ujawnił się światu ze swoimi poglądami, popadł w bardzo ciężką sytuację finansową oraz społeczną. Niewielu już ludzi chciało z nim robić interesy, bo wszystkim kojarzył się on ze znienawidzonym wówczas powszechnie Bonapartem, zaś rojaliści szczególnie na niego naskakiwali. Pozostali natomiast, nawet jeżeli robili z firmą „Morrel i syn” interesy, to już nie takie, jak wcześniej. Mój ojciec, mówiąc politycznym językiem, zyskał wówczas powszechne wotum nieufności od społeczeństwa. Oczywiście nie muszę tu państwu wyjaśniać, jak poważnymi konsekwencjami się to skończyło. Zaczęliśmy bankrutować, bo nasze interesy szły kiepsko, jeśli w ogóle szły, zaś pracownicy ojca powoli przestali dostawać pensje. Wskutek tego większość z nich od nas odeszła poza tymi naprawdę wiernymi, którzy wierzyli, że nadejdą jeszcze lepsze dni. Niestety, nie nadchodziły one, a wręcz wszystko zapowiadało światu nasz całkowity upadek.
Moja siostra na pewno opowiadała panu o spotkaniu z tajemniczym agentem firmy „Thomson and French”. Nie będę więc teraz wdrażał się w szczegóły całej tej sprawy. Powiem państwu tylko tyle, że nie byłem przy rozmowie mojej siostry z tym panem obecny. Widziałem go tylko przez chwilę, gdy przyniosłem memu ojcu straszną wieść o zatonięciu „Faraona”. Zbyt jednak byłem przejęty tamtą tragedią, żebym miał zwracać uwagę na obcych. Dlatego właśnie nie przyjrzałem się zbyt dobrze temu rzekomemu agentowi, kiedy mi jednak dużo później siostra o nim opowiedziała, to muszę się przyznać, iż nie uznałem w tych jego uczynkach niczego niezwykłego. Pomyślałem bowiem, że człowiek ten mówił prawdę i był tym, za kogo się podaje. Nie mogłem wówczas przypuszczać, że jest to tajemniczy wybawca, który postanowił nas ocalić od niebezpieczeństwa bankructwa i śmierci w powszechnej hańbie. Nijak nie mogłem tego wiedzieć.
Pamiętam doskonale ten dzień, kiedy to zostaliśmy ocaleni. Mój ojciec był wówczas strasznie ponury. Wezwał mnie do siebie i zostaliśmy sami w pokoju, a gdy to się stało, to powiedział mi, że nasze długi są ogromne i wymagają spłaty, ale on już nie mamy z czego ich pokryć. Firma zostanie więc przejęta przez wierzycieli, a nazwisko Piotra Morrel okryje się hańbą. Mój ojciec widział więc tylko jedno wyjście z tej sytuacji - samobójstwo. Postanowił się zastrzelić. Wyjął z biurka dwa pistolety. Chciał się zastrzelić, dlatego wyjął oba na wszelki wypadek, gdyby za pierwszym razem chybił. Byłem gotowy zastrzelić się razem z nim, ale ojciec nie pozwolił mi na to. Gdybym bowiem odszedł razem z nim, to co by się wówczas stało z moją matką i siostrą? Kto by je wtedy wyżywił, dał wsparcie i ocalenie? Uznałem wyższość racji mego ojca i wyszedłem z pokoju dając mu swobodę ruchów.
Jednakże mój ojciec nie zdążył zrealizować tego pragnienia. Albowiem zanim zdążył pociągnąć za spust, do jego gabinetu wpadła moja siostra z wieścią, że jesteśmy ocaleni. Miała ze sobą diament ogromnej wartości, jaki otrzymała od niejakiego Sindbada Żeglarza w pewnej starej kamienicy. Ale nie była to jedyna niespodzianka tego dnia. Przyniesiono nam bowiem wieść, że „Faraon” wcale nie zatonął, ale wchodzi właśnie do portu z całym ładunkiem. Nie umiem państwu opisać radości na twarzy mojego ojca. Nie wiedzieliśmy, jak do tego wszystkiego doszło. Uznaliśmy, że to musi być cud. Jednego jednak byliśmy całkowicie pewni - ten tajemniczy agent firmy „Thomson and French” oraz Sindbad Żeglarz to była jedna i ta sama osoba. Pojąłem wówczas, że musimy go odnaleźć i podziękować mu za to, co dla nas zrobił. Tylko jak mieliśmy to zrobić? Nie wiedzieliśmy tego, gdyż był to naprawdę bardzo tajemniczy jegomość. Nie zostawił po sobie żadnej wiadomości, żadnej wskazówki jak go znaleźć. Błądziliśmy więc po omacku w naszych poszukiwaniach. Mimo wszystko nie ustawaliśmy w naszych wysiłkach, aby dokonać niemożliwego. Gdy jakieś kilka lat później mój drogi ojciec umierał, był nareszcie szczęśliwy i spokojny o los swoich dzieci. Firmę pozostawił mnie, Julii i oczywiście Emanuelowi, który to w międzyczasie został moim szwagrem. Zarządzamy nią we trójkę do dzisiaj.
Jak każdy mężczyzna w tamtych czasach, również i ja postanowiłem poznać świat. Zostałem żołnierzem i na jakiś czas wyjechałem do Afryki, gdzie wstąpiłem do spahisów. Szybko dorobiłem się stanowiska kapitana. Afryka jest niezwykle pięknym kontynentem, ale zbyt dzikim, aby mieszkać tam na stałe. Podczas mojej służby na czarnym lądzie stała się pewna rzecz, która to stopniowo pomogła mi odnaleźć naszego tajemniczego wybawcę oraz zaważyła na całym moim losie.
Było to tak. Pewnego dnia na pustyni miałem szczęście ocalić mojego rodaka, barona Raula de Chateau-Renaud. Podróżował on po wówczas Afryce i podczas wyprawy przez pustynię koń mu padł, a do tego zaatakowali go Arabowie. Kilku z nich udało mu się zabić, ale został przez nich osaczony. Choć byłem sam, to jednak nie umiałem go zostawić sam bez najmniejszego choćby wsparcia. Jak państwo może wiedzą, człowiek w takich sytuacjach nie myśli, tylko działa i to szybko. Niejednokrotnie się potem okazuje, że w przypadku śmiertelnego zagrożenia to najlepsze, co można przedsięwziąć. I ja tak też uczyniłem rzucając się na pomoc panu baronowi. We dwójkę z łatwością daliśmy sobie radę z napastnikami. Potem pomogłem ocalonemu przeze mnie baronowi dostać się do najbliższej francuskiej osady oraz powrócić do cywilizacji. Baron nie zapomniał mi tego i kiedy tylko wyszedłem z wojska (a było wkrótce po tym wydarzeniu), pan Raul de Chateau-Renaud postanowił wprowadzić mnie na paryskie salony poprzez zaproszenie mnie na przyjęcie w domku kawalerskim wicehrabiego Alberta de Morcerfa. Przyjęcie było urządzane z okazji poznania pana hrabiego de Monte Christo, tajemniczego arystokraty, który to we Włoszech pomógł Albertowi wydostać się z rąk bandytów. Na przyjęciu u wicehrabiego de Morcerfa był oczywiście cały kwiat francuskiego kawalerstwa - oprócz Alberta byli tam również baron Franz d’Epinay, ówczesny sekretarz ministra spraw wewnętrznych Lucjan Debray, pan Chateau-Renaud, ja, no i prócz tego pański ojciec chrzestny, pan Alfons de Beauchamp. Innymi słowy cała paryska śmietanka towarzyska.
Pan Raul wprowadził mnie na to przyjęcie opowiadając wszystkim o moim skądinąd bohaterskim czynie, ale oczywiście jak to on, musiał mocno ubarwić całą opowieść i znacznie zwiększyć moje zasługi względem niego, lecz to nieistotne. Ważne jest to, iż właśnie na tym przyjęciu poznałem pana hrabiego Monte Christo. Był to niezwykły człowiek. Wydawało mi się, że doskonale wie, kim ja jestem, albo że mnie zna od dawien dawna, choć robił wszystko, żeby nie dać tego po sobie poznać. Jego oczy jednak zdradzały mocne zainteresowanie osobą moją i moich bliskich. Dowiódł tego potem odwiedzając mnie - mieszkałem wówczas z siostrą i szwagrem. Pamiętam doskonale tę wizytę. Hrabia Monte Christo bardzo się zainteresował naszym jakże tajemniczym diamentem, pochodzącym od równie tajemniczego Sindbada Żeglarza. Opowieść o tym niezwykłym przedmiocie, jak również o niezwykłych okolicznościach, w których weszliśmy w jego posiadanie, wywarła na nim naprawdę ogromne wrażenie. Tak przynajmniej wtedy sądziłem. W każdym razie, po tej wizycie odwiedzał nas dość często. Można by powiedzieć, że stał się niemal członkiem naszej rodziny. Wydawało się nam, że znamy go od dawna i jakby od dawna był nam bliską osobą. Niestety, nie domyślaliśmy się wtedy, skąd takie przeczucie.
Niedługo potem zakochałem się w Walentynie. Wiedziałem jednak, że chociaż moja ukochana była mi przychylna, to jej ojciec nigdy nie pozwoli związek jego oczka w głowie ze mną. W końcu on był rojalistą, a ja synem bonapartysty. Jedynie stary i sparaliżowany pan Noirtier de Villerfort, dziadek mojej ukochanej, był nam przychylny. Głównie chyba dlatego, że swego czasu on również był zagorzałym zwolennikiem cesarza. Ale cóż on mógł nam pomóc, myślałem sobie. Nie miałem pojęcia, co mogę teraz uczynić. Powoli popadałem w szaleństwo z bezsilności.
Walentyna na pewno opowiadała już państwu szczegóły naszej miłości, więc mnie w tym zakresie pozostało niewiele do powiedzenia. Potwierdzę tylko to, co z całą pewnością ona już wam rzekła. Przebrany za robotnika przebywałem na terenie remontowanej w sąsiedztwie willi, dzięki czemu oboje spotykaliśmy się codziennie, chociaż potajemnie. Przyznaję tu ze wstydem, że przez pewien czas proponowałem mojej ukochanej ucieczkę z domu, którą uważałem wówczas za jedyny środek na zrealizowanie naszego związku. Do dzisiaj zastanawiam się, czy nie tak byłoby lepiej. Być może wtedy dałoby się jakoś uniknąć całej tej tragedii z trucizną w rodzinie de Villefortów.
Ponieważ moja żona opowiadała już wam o aferze trucicielskiej, która wtedy wybuchła w jej domu, więc nie będę jej poruszał w mojej historii. Zresztą sam niewiele wówczas wiedziałem o całej tej sytuacji. Jedynie co, to przypadkiem podsłuchałem, jak ojciec mojej ukochanej rozmawiał raz ze swoim rodzinnym lekarzem. Był to wieczór, kiedy czekałem na moją ukochaną, gdyż ta przekona do słuszności mych racji, postanowiła razem ze mną uciec, ale niestety, nie zjawiła się ona o czasie w umówionym przez nas miejscu. Zaniepokojonym wkradłem się do ogrodu państwa de Villefortów i tam byłem mimowolnym świadkiem rozmowy gospodarza z lekarzem. Słyszałem, jak ten opowiada mu, iż dziadkowie Walentyny (czyli rodzice jej matki) zmarli otruci brucyną i nie było ku temu najmniejszych wątpliwości. Lekarz proponował wszczęcie postępowania, ale pan de Villefort tak się bał skandalu, jaki by z tego niechybnie wyniknął, że odmówił jakiejkolwiek policyjnej interwencji. Pamiętam, że przerażony pobiegłem do mojej ukochanej, aby ją szybko przytulić i upewnić się, iż jej nikt nie otruł. Dzięki Bogu żyła. Chciałem tym bardziej, żeby ze mną uciekła, ale ta nie potrafiła się na to zdobyć - tej nocy bowiem zmarła jej babcia i swoim ostatnim życzeniem wymogła na niej ślub z baronem d’Epinayem. Jak państwo zapewne wiecie, od tego niechcianego ślubu Walentynę wybawił pan Noirtier, który jak się okazało, jedynie na pozór potrafił tylko siedzieć i niemo przyglądać się bieżącym wypadkom.
Nieco później w Paryżu wybuchł nagle bardzo poważny skandal. Na wskutek śledztwa, zarządzonego przez hrabiego de Monte Christo, wyszły na jaw dosyć niepochlebne informacje na temat hrabiego de Morcerfa. Albert postanowił się pomścić za utracony honor poprzez pojedynek z inicjatorem całej afery. Nie mógł go jednak znaleźć, aż w końcu dowiedział się, że o tej i o tej porze hrabia będzie w operze na „Wilhelmie Tellu”. Wezwał on zatem wszystkich swoich znajomych (w tym również i mnie) do opery, po czym publicznie na oczach wszystkich wyzwał hrabiego na pojedynek. Hrabia zaś, ze stoickim spokojem wyzwanie przyjął i przegnał Alberta na cztery wiatry. Wszyscy wówczas wyszli z loży pozostając w niej hrabiego oraz mnie. Chwilę potem przyszedł do nas pan Chateau-Renaud, który został sekundantem Alberta. Przeprosił hrabiego za zachowanie przyjaciela, po czym ustalił z nim broń przyszłej walki - pistolety. Ja zostałem w loży hrabiego, który poprosił mnie o to, abym został jego sekundantem. Zapytał mnie także, czy może Emanuel zostać drugim sekundantem? Obie odpowiedzi były twierdzące. Hrabia był pewny swego zwycięstwa. Tym większe było moje i szwagra mego zdziwienie, gdy następnego dnia rano hrabia był strasznie przygnębiony, a przecież nie miał najmniejszych nawet powodów do smutku. Wręcz przeciwnie, gdyż razem z Emanuelem spotkaliśmy się z sekundantami Alberta i załatwiliśmy dogodne dla hrabiego warunki. Jako obrażony hrabia miał prawo strzelać pierwszy, jednakże nie wydawał się tym specjalnie uradowany. Właściwie, to podczas rozmowy w powozie dawał nam obu wyraźnie do zrozumienia, że chce pozwolić Albertowi się zabić. I na pewno by się tak stało, gdyby nie to, że stało się nieoczekiwane. Albert spóźnił się nieco, ale na Polach Marsowych oprócz niego i jego sekundantów zjawili się również panowie d’Epinay i Debray, czyli ogólnie wszyscy, którzy byli świadkami wyzwania hrabiego, po czym Albert przeprosił przy nich wszystkich Monte Christa mówiąc, iż słusznie on postąpił demaskując zbrodnie jego ojca. Następnie odszedł. Zachowanie Alberta zdziwiło nas niezmiernie, jednak mimo wszystko byliśmy szczęśliwi. Hrabia mówił pod nosem coś, czego do końca nie zrozumiałem. Chyba coś o opatrzności. Nie wiem jednak, o co mu chodziło. Gdy wracaliśmy we trójkę z Pól Marsowych, to hrabia rozmawiał ze mną i Emanuelem. Pytał mnie, czy moje serce jest zajęte, czy też nie. Przyznałem się mu wówczas do mojej miłości. Pamiętam jego reakcję na te słowa. Wydawało się, jakby te słowa go przeraziły. Wspomniał coś, że wybrałem na ukochaną dziewczynę z przeklętego rodu czy jakoś tak, jednak kiedy zapewniłem go, iż szczerze i uczciwie kocham Walentynę i nigdy jej kochać nie przestanę powiedział, że musi coś naprawić. Nie miałem jednak pojęcia, o co mu chodzi.
Wkrótce potem moja biedna ukochana padła ofiarą dwóch prób otrucia jej. Pierwsza była nieudana, druga już niestety tak, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Gdy przybyłem odwiedzić moją uroczą ukochaną, dowiedziałem się o wszystkim. Powiedział mi o tym jej ojciec, który jak dotąd mi nie przychylny, ale teraz łączyliśmy się oboje w bólu. Zrozpaczony wytrwałem jedynie do pogrzebu ukochanej, a po nim wróciłem jak najszybciej się dało do domu. Tam zaś, nic nikomu nie wyjaśniając, zamknąłem się w moim pokoju i chciałem się zastrzelić, ale moja siostra i szwagier niepokoili się tym, co się ze mną dzieje i powiedzieli to wszystko hrabiemu de Monte Christo, który wpadł do domu tuż za mną. Hrabia wyważył drzwi i w ostatniej chwili wyrwał mi pistolet z ręki. Byłem wściekły na niego i zacząłem na krzyczeć. On zaś nie pozostał mi dłużny. Zapytałem go, jakim prawem chce mnie on pozbawić możliwości odebrania sobie życia. Wówczas hrabia powiedział, że takim prawem, iż to on jest tym tajemniczym Sindbadem Żeglarzem, który ocalił mojego ojca od samobójstwa i bankructwa. Nie pozwoli więc teraz na to, aby syn starego Piotra Morrela zginął tak marną śmiercią, jak samobójczy strzał w głowę. Podał mi także swoje prawdziwe nazwisko, którego ja jednak nie mogę państwu zdradzić. Przykro mi, lecz nie mam do tego prawda. Hrabia nie upoważnił mnie do tego. Gdyby to zrobił, to wtedy co innego, ale tak, to... Sami państwo chyba rozumieją. W obecnej sytuacji muszę jeszcze zachować milczenie.
W każdym razie hrabia zdradził mi, kim jestem. Ja zaś natychmiast wezwałem Julię i Emanuela z miejsca mówiąc im, że hrabia to tajemniczy Sindbad Żeglarz, na którego odnalezienie tak długo razem czekaliśmy. Całe dziewięć długich lat go szukaliśmy, aż wreszcie on sam się u nas zjawił. Rzecz oczywista, diamentu od nas nie wziął, ale poprosił nas o to, żebyśmy go zachowali jako pamiątkę rodzinną. Zgodziliśmy się na to bez wahania. Co zaś tyczy się mnie, to hrabia poprosił o to, abym jeszcze do 5 października zaczekał z odebraniem sobie życia. Chciał bowiem pomóc mi odnaleźć na powrót jego sens. W każdym razie tak mi to wyjaśnił. W ogóle nie mówił wiele na ten temat. Poprosił mnie jedynie, żebym nie zabijał się w żaden sposób aż do dnia, który mi wyznaczył. Zgodziłem się, gdyż cóż znaczyło czekanie ileś dni dla mnie, któremu było już i tak wszystko jedno, czy będzie żył, czy też umrze?
Nie pamiętam już, jak spędziłem ten długi dla mnie czas oczekiwania, jednak data 5 października utkwiła silnie w mej pamięci i nic nie było wstanie jej z niej wytrząsnąć. Tego dnia hrabia przybył do mnie, po czym obaj popłynęliśmy na wyspę Monte Christo. Tam nasz Sindbad Żeglarz pokazał mi piękna grotę niczym z baśni „Tysiąca i Jednej Nocy”. Tam zaś obaj zaczęliśmy sobie rozmawiać i raczyć się egzotycznymi potrawami. Kiedy hrabia zapytał mnie, czy dalej nie odnalazłem sensu życia, odpowiedziałem mu, że nie. Wówczas hrabia oznajmił mi, iż on również nie widzi sensu swego istnienia i chętnie wraz ze mną popełni samobójstwo. Wyjął z puzderka dwie pigułki i obaj je zażyliśmy. Szybko się jednak okazało, że nie jest to trucizna, ale narkotyk, a konkretnie haszysz. Hrabia oszukał mnie, abym osłabiony jego narkotykiem nie zdołał odebrać sobie życia. Gdy to zrobił, z groty wyszły Walentyna w towarzystwie jakieś tajemniczej, pięknej Greczynki, o której dowiedziałem się potem, że ma ona na imię Hayde i jest wychowanicą hrabiego. Obraz ten początkowo wydawał mi się jedynie wizją narkotyczną. Szybko jednak się okazało, że to, co widzę, to najprawdziwsza prawda i Walentyna naprawdę żyje. Okazało się bowiem, że hrabia przebrany za księdza Busoni ocalił ją dla mnie, a teraz oddał ją w moje ręce. Następnie zabrał ze sobą Hayde i zniknął. W tej samej chwili straciłem przytomność.
Gdy się już ocknąłem, ujrzałem moją Walentynę. Oboje uściskaliśmy się i ucałowaliśmy. Któż zliczy te wszystkie łzy, jakie wtedy oboje wylaliśmy z naszej radości? Chyba nikt. Tak samo, jak nikt nie zdoła dokładnie ocenić, jak cudownie nam było w tej chwili. Wyściskaliśmy się i wycałowaliśmy za wszystkie czasy. Gdy wyszliśmy z groty na wyspie, ujrzeliśmy horyzont, a tam statek, na którym hrabia i Hayde odpływali w kierunku wschodzącego słońca. Po dłuższej chwili zniknęli nam z oczu, a przy nas zjawił się jeden z przemytników będących na usługach hrabiego. Wręczył nam list od niego. W liście tym nadawca wspominał o tym, że zostawia nam w spadku swoje dwie posiadłości oraz resztę skarbu z wyspy Monte Christo. Przekazał nam też wieść o śmierci macochy oraz brata Walentyny. A także o szaleństwie jej ojca, którego zamknięto potem w szpitalu dla wariatów. Powróciliśmy więc łodzią owego przemytnika do domu. Tam zaś, w willi na Polach Elizejskich, czekał na nas już stary pan Noirtier, aby pobłogosławić nasz związek.
I na tym można zakończyć moją opowieść. Poza drobną częścią, która była nam niezbędna do rozkręcenia firmy „Morrel i syn”, to skarbu z wyspy Monte Christo nie przyjęliśmy. Oddaliśmy go z powrotem hrabiemu. O ile dobrze wiem, skorzystał z niego bardzo mądrze. Co do reszty jego woli, to wypełniliśmy ją skrupulatnie. Od czasu do czasu spotykamy jego i Hayde. Są to cudowne chwile w naszym życiu. Los się do nas uśmiecha. Hrabia bardzo dba o nas i o nasze dzieci, Edmunda i Hayde. Dba o nie i kocha je niczym własne wnuki. Jesteśmy teraz naprawdę szczęśliwymi ludźmi, a wszystko to dzięki człowiekowi, który nazywa siebie hrabią Monte Christo. Tylko dzięki niemu zyskaliśmy wszystko to, co dobre. Za co oboje już zawsze będziemy mu wdzięczni.

No i powoli dochodzimy po nitce do kłębka. Jean już zaczyna snuć przypuszczenia co do prawdziwej tożsamości hrabiego, choć póki co czyni tylko niczym nieudowodnione spostrzeżenia. Marta z kolei jest naprawdę tajemniczą osobą i zachowuje się tak, jakby również jej samej bardzo zależało na poznaniu całej prawdy na temat hrabiego.
OdpowiedzUsuńTo haszysz był już w tamtych czasach?
OdpowiedzUsuńWiedziałam tylko o morfinie, która leczyła ból.
Ciekawe, czy opowieść Morrela pomoże dziennikarzowi, bo chyba wszystkiego, co wie, wcale nie powiedział.
Na tym zdjęciu jest bardzo przystojny aktor. Która to wersja hrabiego Monte Christo?
Zgadza się. Haszysz już był w tamtych czasach. Owszem, Maksymilian Morrel nie powiedział naszemu bohaterowi całej prawdy, co zresztą sam przyznał. A ten aktor, o którego pytasz, grał Maksymiliana w serialu "HRABIA MONTE CHRISTO" z 1998 roku z Gerardem Depardieu. To jest właśnie ta wersja. jedyna, która rozwinęła należycie tą postać.
Usuń