sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 40

Rozdział XL

Opowieść Fernanda Mondego


Nazywam się Fernand Mondego, hrabia de Morcerf, mąż Mercedes Herrera oraz ojciec Alberta, wicehrabiego de Morcerfa. Do niedawna jeszcze nigdy bym nie chciał spisać całego swojego życia, jednakże ze względu na ciąg wydarzeń, które niedawno miały miejsce, postanowiłem to zrobić. Moje dni są policzone, dlatego właśnie postanowiłem rozliczyć się ostatecznie z tym światem i wyznać szczerze wszystkie moje uczynki. Zaś ty, prawdopodobnie całkiem przypadkowy Czytelniku moich przedśmiertnych wyznań, proszę cię, nie oceniaj mnie nazbyt surowo, kiedy będziesz czytać ten rękopis. Nie potępiaj mnie, proszę, za to, co zrobiłem, ponieważ już wystarczająco ja sam siebie potępiłem. Wysłuchaj jedynie mojej historii i oceń mnie surowo, ale sprawiedliwe, czyli tak, jak ja nigdy nie potrafiłem.
Urodziłem się w Marsylii w dzielnicy katalońskiej. Od najmłodszych moich lat wychowałem się razem z moją małą, uroczą kuzynką, Mercedes Herrera. Gdy jej rodzice zmarli, zaopiekowałem się nią. Oboje zajmowaliśmy się łowieniem ryb i naprawianiem sieci, nie było to jednak dochodowe zajęcie i czasami, choć wstyd się przyznać, utrzymywaliśmy się z jałmużny innych. Marzyłem o tym, żeby stać się człowiekiem sławnym i bogatym, a także szanowanym przez ludzi, a jak wiadomo, tylko pieniądze oraz wielka sława zapewniają człowiekowi szacunek na świecie. Czy to coś złego, że tego pragnąłem? Na pewno nie. Jednak muszę zauważyć, że bardziej niż wielkiej popularności i ogromnego majątku, pragnąłem czegoś innego. Pragnąłem jej. Mercedes Herrera, mojej jakże słodkiej, kochanej kuzynki. Pragnąłem ją poślubić i pragnąłem jej miłości. Tak, właśnie miłości, ponieważ bardzo mocno ją kochałem. Nie tak, jak kuzyn powinien kochać kuzynkę ani brat siostrę, lecz jak zakochany mężczyzna kocha obiekt swoich uczuć. Ona jednak nie odwzajemniała moich uczuć. Lubiła mnie jak przyjaciela, kochała jak brata, ale nic poza tym. Co więcej, bardzo szybko zakochała się w młodym marynarzu nazwiskiem Edmund Dantes. Początkowo jakoś nie dostrzegałem tego, ale później, gdy sama mi o tym powiedziała, byłem zrozpaczony. Czułem, że cały mój świat wywrócił się do góry nogami. Choć długo nie miałem okazji poznać mojego rywala, ponieważ ten często wypływał w rejs i nie było go we Francji nieraz nawet po kilka miesięcy, to jednak znienawidziłem go od pierwszej chwili, gdy tylko o nim usłyszałem. W jednej z rozmów, które prowadziłem z Mercedes, wyznałem jej swoje uczucie do niej i zapowiedziałem, iż jeśli Dantes się pojawi w jej domu, zabiję go. Mercedes jednak oświadczyła mi, że w takiej sytuacji ona również umrze, a tego przecież bałem się najbardziej na świecie. Dlatego właśnie zrezygnowałem z mego planu, choć przyznaję, że chwilami mój długi, hiszpański nóż wydawał się bardzo kuszącą perspektywą, jednakże z miłości do Mercedes postanowiłem powstrzymać się od działań. Nie było to oczywiście proste. Wręcz przeciwnie.
Rok 1815 przyniósł poważne zmiany w moim życiu. Wtedy wydawało mi się, że to były zmiany na lepsze. Dziś, z perspektywy czasu uważam, iż właśnie wtedy rozpoczął się mój moralny upadek. Tego bowiem roku, Edmund Dantes powrócił ze swojego ostatniego rejsu, po którym otrzymał stopień kapitana oraz wyższą pensję. Co za tym idzie, było już go stać na ślub z Mercedes, co ona przywitała z wielką radością, a ja z wielkim przerażeniem. Z chwilą, gdy Dantes zjawił się u Mercedes oznajmiając jej to, byłem w domu i oczywiście wszystko słyszałem. Wieści te sprawiły, że straciłem wszelką nadzieję na bycie mężem mej kuzynki, która chyba tylko po to, aby powiększyć jakoś mój ból, przedstawiła mi swojego narzeczonego i kazała nam zostać przyjaciółmi. Zrozpaczony podałem zatem dłoń temu człowiekowi, który to właśnie ukradł mi moje szczęście, po czym wybiegłem natychmiast z domu mając nadzieję poszukać zapomnienia w alkoholu. Poszedłem do oberży „Pod Flaszą i Dzwonem”, gdzie zastałem szewca nazwiskiem Kacper Caderousse w towarzystwie buchaltera Danglarsa, który od jakiegoś czasu pływał wraz z Edmundem na jednym statku. Obaj panowie nienawidzili Dantesa tak samo mocno, jak ja. Pierwszy zazdrościł mu popularności w świecie marynarzy, drugi zaś zazdrościł mu stanowiska kapitana. Obaj zaprosili mnie do stolika i zaczęliśmy razem pić. Caderousse nawet więcej niż powinien. Danglars z kolei prawie nic nie pił i jednocześnie zaczął mnie podjudzać przeciwko Edmundowi. Powiedział mi, że można by się pozbyć człowieka, który nam obu stoi na drodze do szczęścia. Do osiągnięcia tego celu zaś nie trzeba wiele, bo wystarczy tylko złożyć anonimowy donos na Dantesa. W donosie tym oskarżono by go o bonapartyzm, w tamtych czasach wielkie przestępstwo polityczne. Danglars nawet dla zabawy wziął kartkę papieru, pióro i atrament, po czym na moich oczach napisał cały donos. Kiedy jednak całkiem już zalany Caderousse zaczął protestować i twierdzić, iż jest to zbyt okrutny żart, Danglars pogniótł donos i cisnął go w kąt oberży. Następnie zabrał ze sobą swego kompana i obaj wyszli, ja zaś pozostałem i upewniwszy się, że nikt na mnie nie patrzy, podniosłem szybko anonimowy donos z podłogi, rozwinąłem go i przeczytałem. Byłem pewien, że ta jedna, mała kartka papieru może na lepsze odmienić całe moje życie. Postanowiłem więc skorzystać z nadarzającej się okazji. Gdy jednak podniosłem wzrok, to ujrzałem Danglarsa, jak wciąż prowadzi pijanego Caderousse’a pod ramię, a zarazem uważnie się we mnie wpatruje. Stał on dość daleko ode mnie, jednakże widziałem dokładnie jego wzrok, który wyrażał tak ohydne zadowolenie, jakiego nie dostrzegłem jeszcze u nikogo. Widać było jak na dłoni, iż patrząc na mnie upewnia się on, że podnoszę napisany przez niego donos na Edmunda Dantesa i zamierzam go wykorzystać. Przyznam się, że jego spojrzenie przeraziło mnie i gdyby nie moja determinacja do pozbycia się rywala, to na pewno pod wpływem tegoż wzroku zrezygnowałbym zaraz ze swych planów. Tak się jednak nie stało i ostatecznie wysłałem ów donos pocztą na policję.
Na efekty mojego działania nie trzeba było długo czekać. Następnego dnia w tej samej oberży, w której powstał ów plan zniszczenia Edmunda Dantesa, odbyły się jego zaręczyny z moją słodką kuzynką. Ja również zostałem na nie zaproszony. Danglars i Caderousse także. W trójkę byliśmy świadkami przerwania przyjęcia przez oddział żandarmerii, który z miejsca aresztował Dantesa za bycie szpiegiem Bonapartego. Biedak ten został następnie przesłuchany przez zastępcę prokuratora Marsylii, pana Gerarda de Villeforta. Ten zaś uznał Edmunda, nie wiedzieć czemu, za wyjątkowo niebezpiecznego człowieka i zesłał go na dożywocie do zamku If. Nie było nawet procesu. Człowiek, który stał mi na drodze, zniknął z mojego życia tak szybko, jak się w nim pojawił.
Czy miałem wtedy chociażby najmniejsze wyrzuty sumienia z powodu tego, co zrobiłem? Oczywiście, że miałem. Jednak uznałem, iż cel uświęca środki, a w życiu nie ma sentymentów. Poza tym już nic nie mogłem zrobić. Gdybym przyznał się do wszystkiego Mercedes, znienawidziłaby mnie na zawsze. A na to nie mogłem sobie pozwolić. Nie po to przecież zaprzedałem duszę szatanowi, żeby teraz cała ofiara poszła na marne. Jak mówi mądre przysłowie: „Chce czy nie chce, grać musi, kto już rozdał karty”. Także zatem i ja musiałem kontynuować grę kartami, które już wyłożyłem na stół.
Niedługo po aresztowaniu Edmunda Dantesa, Napoleon nagle uciekł z Elby i ponownie został cesarzem. Wszyscy rojaliści zaczęli wówczas drżeć o swoje życie z obawy o zemstę bonapartystów. Ja również miałem powody do lęku. W końcu Edmund uwięziony przez rojalistów za szpiegostwo na rzecz cesarza, teraz mógłby zostać uwolniony, a gdyby powrócił, na pewno chciałby się zaraz dowiedzieć, kto i w jaki sposób przyczynił się do jego uwięzienia. Mógłby też odkryć, że maczałem w tym palce. Wówczas moje życie i małżeństwo z Mercedes wisiałoby na włosku. Co prawda z czasem okazało się, iż moje obawy były bezpodstawne, ale wtedy nie mogłem o tym wiedzieć. Dlatego też skorzystałem z pierwszej, nadarzającej się okazji, aby zniknąć z Marsylii i wstąpiłem do wojska. Poszło mi to tym łatwiej, iż cesarz ogłosił pobór z powodu wojny, jaką wypowiedział Anglii. W noc przed bitwą pod Waterloo (zakończonej, jak to powszechnie wiadomo, porażką naszych wojsk) generał, w którego oddziale służyłem postanowił nagle przyłączyć się do nieprzyjaciela i zaproponował mi, abym też to zrobił. Zgodziłem się bez wahania, w zamian za co otrzymałem stopień porucznika. Wróciłem potem do Marsylii i zakręciłem się koło Mercedes, która jednak wciąż oczekiwała powrotu Edmunda. Czyniła to aż do chwili, kiedy dowiedziała się, że ten zmarł w zamku If. Wówczas to poddała się żałobie, ale po jakimś czasie wyszła za mnie. Było to chyba tak półtora roku po aresztowaniu Dantesa. Moje największe marzenie spełniło się. Zostałem mężem mojej kuzynki, a rok później ojcem. Mercedes bowiem urodziła mi syna, Alberta, którego wręcz pokochałem całym sercem.
Jednakże muszę tutaj zauważyć, że stopień porucznika bynajmniej wcale nie zaspokajał moich coraz bardziej wygórowanych ambicji. Pragnąłem mieć więcej i jeszcze więcej. Skorzystałem więc z nadarzającej się okazji i wróciłem do wojska podczas wojny z Hiszpanią, która to wybuchła w 1823 roku. Otrzymałem wówczas awans na kapitana i zostałem wysłany do Madrytu. Miałem za zadanie umożliwić Francuzom zdobycie tego miasta z jak najmniejszymi dla nas stratami. W mieście tym spotkałem Danglarsa, który robił tam interesy. Było to oczywiście spotkanie zgoła przypadkowe, ale okazało się być dla nas niezwykle owocne. Wszedłem w konszachty z tym oto odrażającym typem, który to już raz pomógł mi osiągnąć szczęście. Dzięki niemu miasto łatwo dostało się w ręce Francuzów, w zamian za co mnie awansowano na pułkownika, a do tego też otrzymałem tytuł hrabiego. Nie przejmowałem się wówczas tym, iż Hiszpania jest moją prawdziwą ojczyzną ze względu na pochodzenie, zaś Francja jedynie mnie wychowała. Liczyło się dla mnie wówczas jedynie zrobienie kariery. Chciałem się bowiem wybić ponad stan. Stać się kimś więcej niż tylko jakimś biednym rybakiem z dzielnicy katalońskiej. Uważałem więc, że w takim wypadku cel uświęca środki.
Byłem już pułkownikiem, a do tego hrabią. Byłem więc kimś. Spełniłem swoje marzenie. Wyprowadziłem się wraz z żoną i synem do Paryża. Zmieniłem nazwisko na de Morcerf, żeby nikt nigdy nie skojarzył mnie z dzielnicą katalońską. Czułem, że zostałem właśnie wielkim panem, ale niestety, moja zachłanność nie znała granic. Chciałem osiągnąć jeszcze więcej. Wiadomo, iż apetyt rośnie w miarę jedzenia i w moim przypadku stało się tak samo. Kiedy zatem w Grecji wybuchło powstanie o niepodległość przeciwko Turkom, podjąłem brzemienną w skutkach decyzję i pojechałem na tę wojnę jako jeden z licznych europejskich ochotników. Wszedłem potem na służbę do niejakiego Alego Paszy. Nazywano go również Ali Tebelinem, a był on paszą i wezyrem Janiny, a prócz tego jeszcze najwierniejszym sługą sułtana - oczywiście do czasu, bo podczas powstania wsparł Greków, za co spotkał go gniew sułtana. Z bólem serca przyznaję tutaj, iż diabeł skusił mnie wówczas, abym zdradził tego człowieka, który okazał mi miłość niemal ojcowską. Rozsądek podpowiadał mi, że Janina długo się nie utrzyma, a kiedy już upadnie, sułtan okaże swój gniew wszystkim znajdującym się w niej ludziom, w tym również i mnie. Nie chciałem tego, krew mi się mroziła w żyłach na myśl o tureckich torturach. Dlatego też zaoferowałem się wydać Janinę Turkom. Sam również uknułem plan, jak ma to dokładnie wyglądać.
Sułtan obiecał wysłać swojemu zbuntowanemu wezyrowi znak ukazujący mu, czy spotka go łaska, czy też śmierć. W przypadku, gdyby tym znakiem był znak śmierci, to wierny sługa Ali Tebelina miał od razu wysadzić zamek w powietrze. Namówiłem posłańców, aby pokazali oni znak ułaskawienia. Dzięki temu wierny sługa, czekający w prochowni z pochodnią w dłoni, został wprowadzony w błąd i zgasił ogień. Wówczas posłańcy rzucili się na niego i zadźgali go nożami jak dzika. Ja zaś otworzyłem bramy Janiny, wprowadzając w nie wojska tureckie, czekające tylko w ukryciu na sygnał do ataku. Ali Tebelin, widząc tę podłą zdradę bronił się dzielnie, ale wówczas to dosięgła go śmierć z mojej ręki. Umierając mój dowódca odwrócił się do mnie i ciął mnie przez rękę nożem, wskutek czego została mi po tym blizna, którą mam do dziś. Ta oto blizna przyczyniła się później do mojego upadku, ale o tym potem. Teraz dodać muszę, iż Turcy hojnie mnie wynagrodzili za mą zdradę. Otrzymałem wielką nagrodę pieniężną, a prócz tego żonę i córkę Ali Paszy, które sprzedałem potem w niewolę sułtanowi. Oczywiście, wszystko to zostało tylko pomiędzy mną a Turkami. Dla wszystkich Francuzów natomiast byłem bohaterem wojennym i powróciłem z tej wyprawy bajecznie bogaty i ze stopniem generała lejtnanta. Nikogo nie zdziwiły moje bogactwa - Ali Pasza bywał niezwykle hojny dla swoich wiernych żołnierzy, a stopień wojskowy, który od niego otrzymałem, został przez króla Francji uznany. A niedługo zaś, po moim powrocie zostałem przyjęty do Izby Parów. Stałem się wówczas jedną z najważniejszych osobistości w całym kraju.
Czy miałem wyrzuty sumienia z powodu tego, co zrobiłem w Turcji? Nie przypominam sobie tego. Ze zdradzaniem i zabijaniem jest, jak z kłamstwem. Po pierwszym razie nie wydaje się to już być takie straszne. Nie bałem się również, że ktoś mnie może wydać. Bo niby kto? Za dezercję pod Waterloo nikt mnie nie ukarał. Wydanie stolicy mej prawdziwej ojczyzny dla Francji było wszak czynem chwalebnym. Ali Pasza zginął z mojej ręki, żona i córka gniły w niewoli. Nie było zatem nikogo, kto mógłby mi zarzucić podłość. Byłem nietykalny.
Wszystko to jednak skończyło się z chwilą, kiedy to do Paryża w roku 1838 przybył hrabia Monte Christo. Uratował on w jakiś sposób życie mojemu synowi podczas karnawału w Rzymie, w zamian za co Albert zaprosił go do stolicy naszej ukochanej Francji i postanowił jeszcze wprowadzić na miejscowe salony. Hrabia przebywając w Paryżu, oczywiście nie mógł nie zapoznać się ze mną ani z moją żoną. Uczynił to już pierwszego dnia pobytu tutaj. Muszę przyznać, iż wywarł on na mnie raczej pozytywne wrażenie i jeżeli już wtedy planował zniszczyć mnie, to nie dał nic po sobie poznać. Odwiedzał nas czasami, zapraszał nas na przyjęcia, uśmiechał się do nas przyjaźnie, a jednocześnie też szykował się do tego, aby w odpowiednim momencie wbić mi nóż w plecy.
Niedługo potem Danglars, który to kilka lat temu został baronem i bankierem, zaczął mi poważnie grać na nerwach. Od jakiegoś czasu bowiem istniał pomiędzy nami plan wyswatania ze sobą naszych dzieci. Albert miał poślubić jego córkę, Eugenię, jednak o dziwo Danglars nagle zaczął zwlekać ze ślubem. Nie mogłem tego zrozumieć i pewnego dnia udałem się do niego z pytaniem, dlaczego to robi. Odpowiedział mi wówczas butnie i arogancko, że mój syn nie jest odpowiednią partią dla jego córki. Nie rozumiałem, dlaczego tak uważa, ale bardzo szybko się tego dowiedziałem. Ktoś bowiem umieścił w gazecie wiadomości na mój temat. Wiadomości te ujawniały mój prawdziwy udział w upadku Janiny, a także ogłosiły mnie człowiekiem bez czci i wiary. Izba Parów nie mogła oczywiście zlekceważyć takich oskarżeń, więc stanąłem przed nimi występując w obronie mojego dobrego imienia. Byłem pewien swego zwycięstwa, bo przecież nie było żadnych świadków, którzy mogliby zarzucić mi kłamstwo, a tak mi się przynajmniej wtedy wydawało. Szybko się jednak okazało, iż jestem w błędzie, żył bowiem naoczny świadek moich czynów. Była nim księżniczka Hayde, córka Ali Tebelina, ta sama mała dziewczynka, którą wraz z jej matką sprzedałem sułtanowi, który to z kolei odsprzedał ją El Kobbirowi, znanemu handlarzowi niewolników, od którego to potem została ona wykupiona przez hrabiego Monte Christo. Hayde przybyła wraz z hrabią do Paryża i korzystając z okazji, iż stoję przed sądem, zjawiła się w siedzibie Izby Parów, a następnie ujawniła moje zbrodnie na dowód wyjawiając, iż mam na ręce bliznę po ranie, jaką mi zadał jej ojciec w chwili śmierci. Jej słowa wywołały we mnie tak wielki szok, że nie byłem nawet w stanie dłużej się bronić. W związku z zaistniałą sytuacją powołano do życia specjalną komisję śledczą celem zbadania tej sprawy. Komisja ta bardzo szybko utwierdziła się w mojej winie, wskutek czego zostałem wykluczony z Izby Parów.
W ten oto sposób moja przeszłość zniszczyła mnie. Wiedziałem jednak, że to nie może być przypadek. Ktoś pomógł mi upaść ze szczytu na sam dół. Ale kto? Mój syn przeprowadził szybko małe śledztwo i odkrył, że za tym wszystkim stoi hrabia Monte Christo. Urażony w swojej dumie Albert wyzwał natychmiast tego nędznego cudzoziemca na pojedynek, ale o dziwo, do tej walki nie doszło. Mój syn przeprosił hrabiego i powróciwszy do domu zaraz mi to oznajmił. Ja zaś wściekły wskoczyłem do powozu, aby już po chwili zjawić się w domu Monte Christa oświadczając, iż skoro mój syn nie raczy walczyć w obronie mego honoru, ja sam muszę to uczynić. Hrabia nie sprzeciwiał się. Zdjął ze ściany w swoim gabinecie dwa kordelasy, rzucił mi jeden z nich, a drugi sam pochwycił i stanął do walki. Pojedynek między nami był krótki - dosyć szybko zostałem rozbrojony. Hrabia jednak o dziwo nie chciał mnie zabić, chociaż go o to błagałem. Nakazał mi tylko iść precz i nigdy więcej nie pokazywać się w jego domu. Wściekły zapytałem go, co ja mu takiego złego zrobiłem, iż tak mnie prześladuje? Wówczas to hrabia wyszedł na chwilę i wrócił ubrany w marynarski strój oświadczając, że jest to kara za zbrodnię wsadzenia go do więzienia na czternaście lat oraz odebranie mu ukochanej Mercedes. Od razu wiedziałem z kim mam do czynienia. Z Edmundem Dantesem. Hrabia Monte Christo okazał się być dawno zmarłym więźniem z zamku If, który powstał z martwych, aby ukarać mnie za moje grzechy sprzed lat.
Przerażony oraz zrozpaczony wróciłem do domu, gdzie dowiedziałem się, że moja żona i syn opuścili mnie. Zostałem sam - bez rodziny i przyjaciół, jedynie z własną hańbą zdobiącą me czoło niczym piętno. Wiem, co należy mi uczynić i zaraz to uczynię. Tylko jedno mi teraz pozostaje. Krew moja zmaże wszelkie moje winy z nazwiska, które noszę. Oby tylko moja żona i syn wybaczyli mi kiedyś wszystko, co zrobiłem, gdyż ja sobie tego nie potrafię wybaczyć. Już pora, już zbliża się kres. Za chwilę się zabiję. Tak trzeba. Kula w łeb i po wszystkim. Moje zbrodnie są zbyt wielkie, abym mógł je kiedykolwiek w jakiś sposób naprawić. Dlatego wybieram jedyną, możliwą drogę, jaka mi pozostała teraz w życiu. W mym jakże już krótkim, żałosnym życiu.
Żegnaj, Mercedes. Wiedz, że zawsze cię kochałem! Żegnaj, Albercie i spróbuj mi wybaczyć, gdyż ja sobie wybaczyć nie umiem.

2 komentarze:

  1. Fernand chyba trochę za późno zrozumiał swoje winy i zbrodnie. Z kolei Edmund nie chciał zbrukać się krwią, nawet podczas pojedynku, kiedy mógł go legalnie zamordować, ale mimo to swojej zemsty dokonał, demaskując przestępstwa jakich Fernand się dopuścił, podobnie jak zdemaskował prawdziwe oblicze i czyny Villeforta.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie współczuje Fernandowi. Dostał to, na co zasłużył.
    Jaka zdrada, taki gniew.
    Nie dziwi nic.
    Jaki kamień, taki cios.
    Nie dziwi nic.
    Jakie życie,
    Taka śmierć.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...