sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 45

Rozdział XLV

Dzienniki Jeana Chroniqueura


26 lipca 1855 r.
Opowieść Jacopa nie wniosła co prawda wiele wiadomości na temat życia hrabiego Monte Christo, ale dodała za to kilka dosyć interesujących szczegółów. Teraz powoli zaczynałem rozumieć, skąd słabość pana Dantesa do przemytników. Sam w gruncie rzeczy, po opowieści Jacopo poczułem do nich sporą sympatię. Ostatecznie przemytnicy może i łamali prawo, jednak trudno mi ich porównać do takiego nędznika, jakim to był Benedetto. Brr... Aż mnie ciarki przechodzą, kiedy tylko przypomnę sobie tego człowieka oraz jego uczynki. Jak to dobrze, że ten łotr już nie żyje. Był człowiekiem żałosnym i zdegenerowanym, który zasłużył sobie na śmierć jak nikt inny. Cieszyło mnie, że nie uczyni on już więcej zła na tym padole łez. Zdecydowanie świat jest o wiele bezpieczniejszym miejscem od chwili, gdy tylko tego łajdaka na nim zabrakło.
Po zapisaniu opowieści Jacopa, ja i Marta udaliśmy się razem na spoczynek. Byliśmy już oboje solidnie zmęczeni, więc moja towarzyszka podróży dość szybko usnęła, w przeciwieństwie do mnie, bo jeszcze jakiś czas wierciłem się na łóżku, analizując dokładnie to, czego się przed chwilą dowiedziałem. Spowodowałem tym to, iż Marta pary razy się przebudziła, zdumiona tym, co ja robię. Musiałem ją zatem przepraszać, ponownie położyć się spać i powtarzać tę czynność, kiedy po raz kolejny ją obudziłem. Po kilku takich przypadkach w końcu zasnąłem.
Od tego czasu minęły trzy dni. Nasza podróż trwała jeden dzień dłużej niż to przewidywał Jacopo, więc dopiero trzeciego dnia ujrzeliśmy nareszcie afrykański ląd na horyzoncie. Przybycie do jego brzegów było tylko kwestią kilkunastu minut. Zeskoczyliśmy potem z pokładu statku pełni nadziei oraz świadomości, że już tylko kilometry dzielą nas od celu naszej wyprawy - siedziby hrabiego de Monte Christo. Pomimo tego, iż pośpiech był dla nas najwyższym priorytetem, to nie umieliśmy obojętnie przejść obok piękna afrykańskiego krajobrazu. Nie jest to ani czas, ani miejsce, aby opisywać to wszystko, co wówczas ujrzeliśmy. Powiedzieć więc jedynie mogę, iż Afryka to zupełnie inny świat niż Paryż, Francja czy nawet cała Europa. Czuję się tutaj tak, jakbym znalazł się na jakiejś obcej planecie. Brak tu jest co prawda wielu udogodnień, niesionych przez cywilizację, ale i tak jestem zachwycony tym miejscem. Tak! Czarny Ląd ma swój urok.
Zostawaliśmy jacht Jacopa w porcie należącym osobiście do hrabiego Monte Christo. To musi być naprawdę bardzo bogaty człek, skoro stać go na posiadanie własnego portu. Chociaż to dość niezwykłe, że tajemniczy skarb z wyspy Monte Christo wciąż mu służył. Wydawać by się mogło, że przez siedemnaście lat jego zasoby powinny się wyczerpać, a jednak nie. No cóż... Na pewno hrabia doskonale zna liczne sposoby pomnażania swego kapitału i dba o to, aby nigdy nie zabrakło mu pieniędzy. To więcej niż pewne, lecz umiejętność zachowania jeszcze zasobów ze słynnego skarbu była dla mnie czymś naprawdę godnym podziwu.
Po krótkich przygotowaniach, nasza mała karawana składająca się z mojej skromnej osoby, Marty i jej służby, Jacopo, a także części jego załogi (pozostała część poszła się zabawić w porcie) ruszyła w drogę. Do siedziby hrabiego było zaledwie kilka godzin drogi, więc spodziewaliśmy się dość szybko w niej znaleźć. Niestety, na naszej drodze pojawiła się poważna przeszkoda, która nakazała nam zatrzymać się w najbliższej, mijanej oberży. Przeszkodą tą była burza piaskowa, która to rozpętała się ledwo ruszyliśmy przed siebie. Ponieważ takie zjawisko w Afryce jest nie tylko częste, ale i wyjątkowo niebezpieczne, to zrozumieliśmy, że nasza podróż musi się przeciągnąć. Zatrzymaliśmy się więc wszyscy razem w oberży, w której zamówiliśmy kolację, po czym zjedliśmy ją we trójkę, to znaczy ja, Marta i Jacopo, gdyż służki mej ukochanej oraz załoganci naszego przyjaciela zjedli z czeladzią. Podczas posiłku, jak to często bywa, toczyła się pomiędzy nami rozmowa na temat naszej dalszej podróży.
- Mam nadzieję, że ta burza skończy się do jutrzejszego ranka - powiedziałem z obawą w głosie - Nie mam ochoty siedzieć w tej obskurnej oberży dłużej niż to konieczne.
- E tam, tutaj wcale nie jest tak źle, drogi panie - odrzekł Jacopo, uśmiechając się i pożerając pieczonego kurczaka - Znam w Algierii znacznie gorsze miejsca do spędzania czasu. To tutaj jest jednym z lepszych.
- Może i tak, ale chciałbym jak najszybciej poznać hrabiego Monte Christo i odbyć z nim rozmowę. Im szybciej, tym lepiej.
- Nie wiadomo tylko, czy on się zgodzi na rozmowę z tobą, Jean - stwierdziła nagle Marta.
Uśmiechnąłem się do niej delikatnie, dając jej do zrozumienia, że nawet nie biorę takiej możliwości pod uwagę.
- Nawet jeżeli zmieni zdanie i nie zechce ze mną porozmawiać, to już samo poznanie go będzie dla mnie prawdziwym zaszczytem oraz przyjemnością.
Potem przez chwilę jedliśmy w milczeniu. Wtem nagle zauważyłem, że jakiś mężczyzna wyraźnie się nam przygląda. Siedział on jakiś stolik dalej od nas, w towarzystwie kilku ludzi. Wszyscy mieli na sobie mundury wojskowe i spożywali kolację, dosyć mocno zakrapianą winem. Ten jednak, który nam się przyglądał, wyglądał na niesamowicie trzeźwego, zaś jego spojrzenie wydawało mi się być niezwykle przenikliwe. Byłem ciekaw, w jakim to celu on się nam przygląda i to jeszcze tak bacznie. Pochyliłem się i zapytałem Jacopa, czy nie wie aby, kim jest ten człowiek i jego towarzysze. Nasz ex-przemytnik zerknął kątem oka na miejsce, które mu wskazałem, po czym uśmiechnął się i powiedział:
- Kim ten pan jest, nie wiem. Ale wiem, że on i jego towarzysze, to są spahisi, czyli żołnierze broniący francuskich kolonii w Afryce. Stacjonują oni nieopodal, razem ze swoim regimentem.
Podrapałem się delikatnie po brodzie zainteresowany tym, co właśnie Jacopo mi powiedział. Spahisi... Ta nazwa bynajmniej nie była mi obca. W spahisach był Maksymilian Morrel, a potem również i Albert de Morcerf, kiedy to, porzuciwszy nazwisko ojca, wyruszył do Afryki zmazać jego winy. Ten pierwszy już dawno porzucił służbę wojskową, jednak drugi wciąż mógł ją pełnić. Co za tym idzie człowiekiem, który to uważnie się nam przyglądał mógł być Albert Herrera, syn Mercedes oraz Fernanda Mondego.
- Czy to jednak możliwe? - zastanawiałem się w myślach.
Szybko udzieliłem sobie odpowiedzi twierdzącej na to pytanie. Niby dlaczego to miałoby być niemożliwe? Przecież Albert mógł chcieć zostać w wojsku na stałe. Zwłaszcza, że Paryż zdecydowanie obrzydł mu po tej całej aferze z jego ojcem. Niewykluczone, że tak jest. Wydawało mi się nawet, że ów tajemniczy spahis zwrócił na nas uwagę dopiero wtedy, gdy wymówiliśmy nazwisko hrabiego Monte Christo w trakcie naszej rozmowy. To właśnie ono skierowało jego wzrok w naszą stronę. Wciąż jednak nie wiedziałem, czy nie wysuwam aby nazbyt pochopnych wniosków.
Wszelkie moje wątpliwości w tej sprawie rozwiał sam interesujący się nami spahis, który powoli wstał od swojego stolika i podszedł do nas. Zdjął z głowy czapkę, włożył ją sobie pod pachę, stanął przed nami na baczność i kiwnął szybko głową na znak powitania.
- Dobry wieczór, państwu. Czy wolno się do kompanii przyłączyć? - zapytał dworskim tonem.
Spojrzałem pytająco na Martę oraz Jacopa. Oboje pokiwali głowami na znak, że nie widzą przeciwwskazań. Z uśmiechem więc pokazałem naszemu żołnierzowi wolne krzesło.
- Ależ proszę bardzo - powiedziałem przy tym.
Żołnierz usiadł na wskazanym przeze mnie krześle i wyjaśnił nam cel swego przybycia.
- Bardzo państwa przepraszam, że się wtrącam do państwa rozmowy, jednak niechcący usłyszałem, iż podczas niej padło nazwisko hrabiego de Monte Christo. Chciałem zatem zapytać, czy dobrze usłyszałem?
Nie było powodów, abyśmy ukrywali przed nim prawdę, więc pokiwaliśmy wszyscy głowami na znak potwierdzenia.
- Nie myli się pan. To właśnie nazwisko padło w naszej rozmowie - rzekłem najuprzejmiej jak potrafiłem.
- Szukamy pana hrabiego Monte Christo, aby z nim odbyć bardzo poważną rozmowę - dodała Marta gwoli wyjaśnienia.
- Chodzi o poznanie jego historii - rzekł Jacopo.
- Jego historii? - zdziwił się nieco rozmawiający z nami żołnierz - To bardzo ciekawe. A czy wolno wiedzieć, na co wam ona?
Popatrzyłem pytająco na moich drogich towarzyszy podróży, a kiedy nie zauważyłem sprzeciwu z ich strony, postanowiłem udzielić mu odpowiedzi, co też zrobiłem. W jak największym skrócie opowiedziałem mu o naszej podróży oraz o celu, jaki tej podróży przyświeca. On zaś patrzył na nas z uśmiechem, wysłuchał tej historii i odpowiedział:
- Czy dobrze rozumiem, że prócz samego hrabiego szukacie państwo także i ludzi, którzy wiedzą o nim jak najwięcej?
- A i owszem, nie inaczej - odpowiedziałem - Sam bym tego lepiej nie ujął.
- To się bardzo dobrze składa, moi państwo, ponieważ i ja posiadam pewne informacje na temat hrabiego de Monte Christo. Myślę, że mogą się one państwu przydać.
- Poważnie? - zapytała Marta z lekkim powątpiewaniem w głosie - A kimże pan jest, aby coś o nim wiedzieć?
Spahis uśmiechnął się do niej i opierając ręce o stolik odpowiedział:
- Droga pani, jestem pułkownik Albert Herrera... Niegdyś wicehrabia Albert de Morcerf, obecnie hrabia de Morcerf. Nie używam jednak tego tytułu, albowiem stał się on synonimem podłości, zdrady i wszelkiej hańby.
W tej chwili pojąłem, że moje przypuszczenia były słuszne. Przed nami stał Albert, syn Fernanda i Mercedes. Człowiek, który to swego czasu był bliskim przyjacielem mojego ojca chrzestnego oraz samego hrabiego Monte Christo.
- Naprawdę bardzo miło mi pana powitać, panie pułkowniku - powiedziałem, ściskając mu z radością dłoń - Mój ojciec chrzestny, Alfons de Beauchamp dużo mi o panu opowiadał.
Albert uśmiechnął się delikatnie na wspomnienie swego wiernego przyjaciela z dawnych lat, którego widocznie wciąż darzył wielką przyjaźnią.
- Ach, kochany Alfons de Beauchamp. Nawet pan nie wie, jak bardzo mi go brakuje. Jego, Franza, Lucjana, Raula oraz pozostałych. Strasznie mi ich brakuje. Niestety, czasy naszych wesołych hulanek minęły już bezpowrotnie. Jeżeli pan go kiedyś spotkasz, drogi panie Chroniqueur, to racz mu pan, proszę, przekazać moje najserdeczniejsze pozdrowienia.
Pokiwałem głową na znak, że z całą pewnością tak właśnie uczynię, gdy tylko ponownie znajdę się w Paryżu, po czym zapytałem:
- Mówił pan, że posiada pan wiadomości na temat hrabiego Monte Christo.
- No właśnie - dodała Marta, patrząc na niego bardzo uważnie - Jesteśmy ich niezwykle ciekawi. Może zechce się pan z nami nimi podzielić?
Albert uśmiechnął się do nas i powstał z miejsca.
- Tutaj nie powinniśmy rozmawiać o takich sprawach. Lepiej zrobić to w towarzystwie czterech ścian. Zapraszam państwa do swojej kwatery. Tam wszystko wam opowiem.
Po tych słowach odszedł od stolika i poszedł do siebie, zaś nasza trójka udała się za nim. Gdy już byliśmy wszyscy w jego pokoju, Albert pokazał nam wolne krzesła, a sam usadowił się wygodnie w fotelu, zapalił fajkę i zaczął opowiadać. Zaś to, co mi opowiadał, natychmiast zapisałem.

2 komentarze:

  1. W końcu dotarli do Afryki i dobrze, że ich spotkała burza piaskowa, bo dzięki niej mieli okazję zapoznać się z Albertem i wysłuchać, co też on ma im do powiedzenia na temat hrabiego i znów szczęśliwy traf sprawił, że Jean poznał kolejną osobę znającą człowieka, którego tak bardzo pragnie poznać i dowiedzieć się wszystkiego, co dotyczy jego osoby.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawe czy wiadomości od Alberta rzucą na historię hrabiego Monte Christo nowe światło?
    Jestem tym bardzo zaintrygowana.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...