sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 46

Rozdział XLVI

Opowieść Alberta de Morcerfa


Nazywam się, a właściwie nazywałem się kilkanaście lat temu wicehrabia Albert de Morcerf. Moim ojcem był Fernand Mondego, hrabia de Morcerf, generał i par Francji. Moją matką zaś jest Mercedes, hrabina de Morcerf, z domu Herrera. Obecnie jednak ja i ona zrzekliśmy się wszelkich praw do tytułu hrabiowskiego, albowiem mój ojciec zdobył go za pomocą krwi oraz cierpienia wielu ludzi. Zbyt wielu, abym mógł ten tytuł odziedziczyć. Zdecydowanie zbyt wielu. Dlatego też wolałem przyjąć nazwisko matki i zostać spahisem. Z każdym dniem moje starania powoli zdołały odkupić wszystko, co uczynił człowiek, którego podły los uczynił moim ojcem.
Obawiam się jednak, moi państwo, że chyba rozpocząłem moją opowieść od końca. Przepraszam za to z całego serca i postaram się zaraz naprawić swój błąd.
Urodziłem się w roku 1818, czyli trzy lata po ślubie moich rodziców. Byłem więc, jak to się mówi, dzieckiem z prawego łoża i nic nie podważało tej kwestii. Moi rodzice byli bliskim kuzynostwem, co jednak, zgodnie z naszymi prawami, nie zamykało im wcale drogi do małżeństwa. Poza tym Hiszpanie zwykle żenią się z własnymi krewnymi, a trzeba wam wiedzieć, moi państwo, że mój ojciec i matka są z pochodzenia Katalończykami, czyli Hiszpanami. Fakt, że mieszkali oni od zawsze we Francji bynajmniej wcale tego nie zmienia. Francja była im tylko drugą ojczyzną, gdyż w duchu wciąż byli mieszkańcami tego pięknego kraju, jakim jest Hiszpania.
Od samego początku moich narodzin, nigdy na niczym mi nie zbywało. Mogę wręcz powiedzieć, że rodzice mnie wręcz rozpieszczali. Byłem zatem jednym z najszczęśliwszych młodych ludzi na całym tym świecie i zawsze miałem to, czego mi było trzeba. No, prawie zawsze. Czasami nie dogadywałem się za mocno z moim ojcem. W wielu sprawach mieliśmy zupełnie różne poglądy, co jednak nie zmieniało faktu, że go kochałem i podziwiałem. Oczywiście, że go podziwiałem, gdyż nie miałem wówczas jeszcze bladego pojęcia, że ten człowiek na podziw nie zasługiwał. Długo miałem o tym nie wiedzieć.
Po ojcu odziedziczyłem wyjątkowo mocny hiszpański temperament. Zapewne państwo wiedzą, czym się on charakteryzuje, dlatego też nie będę tu przytaczał dokładnego jego opisu. Powiem jedynie tyle, iż często najpierw łapałem się z kimś za czuprynę, a dopiero potem zastanawiałem się, po co to właściwie robię. Tak robiłem już od najmłodszych lat. Ojciec bynajmniej nie ganił mnie za to, a wręcz przeciwnie. Uważał, że prawdziwy mężczyzna jest zawsze sam stróżem własnego honoru i nieraz znajduje się on na końcu jego pięści bądź szpady. Dlatego też nie zakazywał mi nigdy udziału w bójkach, a niekiedy nawet sam do nich zachęcał. Z powodu podobieństwa swoich charakterów ja oraz ojciec mieliśmy ze sobą często drobne sprzeczki. Gwoli ścisłości, to nie było w Paryżu człowieka, z którym bym się choć raz nie pokłócił. Chociaż to nie do końca prawda. Był taki ktoś - moja matka. Tylko ona jedna umiała wywrzeć na mnie pozytywny wpływ i zachęcić do tego, abym najpierw pomyślał, a dopiero potem zaczął działać. Musicie państwo wiedzieć, że nie robiłem tego zbyt często, toteż matka moja miała wiele powodów do łajania mnie. Darzyłem ją wówczas (i wciąż ją darzę) ogromnym szacunkiem i prawdę mówiąc, tylko dla niej starałem się unikać konfliktów czy też zachowań, które by się jej mogły nie spodobać. Moja szlachetna matka, to niezwykła kobieta. Nie ma takiej drugiej na świecie.
Gdy już osiągnąłem wiek męski, rodzice stworzyli mi mój własny, kawalerski domek przylegający do domu rodzinnego. Spędzałem w nim mnóstwo czasu w towarzystwie kilku moich prawdziwych przyjaciół, do których to należeli przede wszystkim: baron Franz d’Epinay, Lucjan Debray, Alfons de Beauchamp, baron Raul de Chataeu-Renaud, a także kilka innych osób, których to nazwisk niestety już nie pomnę. Spędzałem z nimi czas niekiedy w bardzo zwariowany sposób, jak to młodzi ludzie zwykli czynić. Zwiedzałem również inne kraje, przede wszystkim Rzym. Lubiłem się tam wybierać, a zwłaszcza na karnawał. Nikt tak bowiem nie umie świętować karnawału jak mieszkańcy Wiecznego Miasta.
Pamiętnego roku 1838, kiedy to wybrałem się wraz z moimi najbliższymi przyjaciółmi do Rzymu na karnawał, miał swój początek szereg wydarzeń, które miały na zawsze odmienić nie tylko moje życie, ale też i życie wielu bliskich mi ludzi. Na sam wpierw drogi Franz wybrał się na wyspę Monte Christo, aby tam zapolować na kozice czy też dzikie gęsi, nie pamiętam. Tak czy inaczej, wrócił z tej wyprawy zachwycony i zaszokowany jednocześnie. Powiedział, że na wyspie Monte Christo ugościł go jakiś niezwykły i tajemniczy człowiek tytułujący się Sindbadem Żeglarzem. On to z grupą służących mu wiernie przemytników zabrał go do groty na wyspie (która wyglądała niczym jaskinia czterdziestu rozbójników z „Księgi Tysiąca i Jednej Nocy”), a tam poczęstował go najbardziej wyszukanymi potrawami orientu, jakie tylko można było sobie wymarzyć. Gdy uczta dobiegła już końca, to wypuścił go wolno, zaś Franz opowiedział wszystko mnie i innym naszym przyjaciołom. Oczywiście ani ja, ani też cała reszta moich przyjaciół, nie uwierzyliśmy w jego opowieść, gdyż wydawała się nam ona nazbyt fantastyczna. Wkrótce jednak miało nas spotkać coś o wiele bardziej fantastyczniejszego.
Zaczęło się od tego, że potrzebowaliśmy jakiegoś powozu do udziału w zabawach karnawałowych. Zdobycie takiego oto środka transportu okazało się być niemożliwe, gdyż wszystkie powozy były już wykupione albo też wypożyczone i kiedy wydawało się nam, że nic nie jesteśmy w stanie zrobić, to nagle zjawił się właściciel naszego hotelu, pan Pastrini, z wieścią od niejakiego hrabiego de Monte Christo, który zamieszkał piętro wyżej nad nami. Zaoferował się, że użyczy nam swój powóz oraz pozwoli oglądać ze swojego balkonu publiczną kaźń dwóch niezwykle groźnych przestępców. Postanowiliśmy więc odwiedzić pana hrabiego i podziękować mu za jego jakże szlachetny gest. Udaliśmy się tam i ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, hrabia okazał się być tajemniczym Sindbadem Żeglarzem, którego Franz poznał na wyspie Monte Christo. Nieco później, podczas rozmowy któryś z nas wspomniał o tym hrabiemu, ten zaś bynajmniej się tego nie wyparł, a wręcz to potwierdził. W ogóle hrabia Monte Christo sprawił na mnie wrażenie człowieka wielkiego, choć też bardzo ekscentrycznego. Przypominam sobie, że nieco wcześniej, przed naszym spotkaniem w hotelu, widziałem hrabiego w operze razem z piękną, młodą kobietą ubraną w grecki strój. Towarzysząca nam wówczas hrabina G. powiedziała, że jej zdaniem hrabia to jakiś wampir podróżujący ze swoją kochanką. Rzeczywiście, jego blada cera i niezwykły sposób zachowywania się mogłyby potwierdzać takie straszne przypuszczenie. Mówię „mogłyby”, gdyby oczywiście wampiry istniały naprawdę. Na szczęście (czy też może nieszczęście) są one jedynie wytworem ludzkiej wyobraźni. Hrabia okazał się być człowiekiem z krwi i kości.
W rozmowie z nami hrabia Monte Christo był niezwykle uprzejmy, chociaż nieco wyniosły. Trudno jest mi teraz dokładnie opisać tego człowieka. Poza jego nienaturalną bladością był człowiekiem wysokim, dość urodziwym i niezwykle tajemniczym. Rzadko się uśmiechał, a jeżeli już, to niekiedy odnosiło się wrażenie, że czyni to po to, aby podpełznąć do nas niczym wąż i ukąsić. Oczywiście takie było tylko wrażenie wywołane prawdopodobnie tajemniczością tego człowieka. Pomimo to serdecznie go polubiliśmy, a zwłaszcza ja. Bardzo bowiem chciałem obejrzeć kaźń dwóch przestępców, a nie mogłem niestety tego zrobić, gdyż nasze mieszkanie nie posiadało balkonu z widokiem na plac egzekucji. Hrabia zaprosił nas do swojego mieszkania, żeby razem z nami podziwiać ów okrutny sposób zadawania komuś śmierci poprzez powolne tortury. W dniu, w którym to miała się odbyć egzekucja, udaliśmy się do niego i mogliśmy z jego balkonu na własne oczy podziwiać wyżej zapowiedziane atrakcje. Skazańców było dwóch i mieli oni być kolejno jeden po drugim straceni, jednakże hrabia zapowiedział, że być może jeden ze skazańców ujdzie z życiem. Tak się też stało, albowiem otrzymał on w ostatniej chwili ułaskawienie. Tym szczęściarzem był niejaki Peppino, jeżeli oczywiście dobrze zapamiętałem jego imię. Był on pasterzem wspierającym potajemnie bandę groźnego rozbójnika Luigiego Vampy, za co miał zostać stracony, ale ułaskawiono go ku oburzeniu swojego kolegi, który musiał teraz umrzeć sam na szafocie.
Wciąż doskonale pamiętam, jak mroczne i bardzo okrutne było to widowisko. Z powodu obecności damy w naszym towarzystwie pozwolę sobie na to, aby nie relacjonować ze szczegółami, jak ono wyglądało. Powiem jedynie tyle, iż było ono przerażające, wręcz makabryczne. Chwilami żałowałem, że w ogóle chciałem na to patrzeć. Sam hrabia zaś na widok tortur dziwnie się uśmiechał. Wydawać by się mogło, że ten widok wręcz go fascynował, co nieco zmroziło mi krew w żyłach. Jak później hrabia opowiadał, zwiedził on kraje arabskie, zaś tam takie widoki były raczej na porządku dziennym. Stwierdziłem więc, że widocznie hrabia musiał się do nich przyzwyczaić, także nie robiło ono na nim takiego wrażenia jak kiedyś.
Tak czy inaczej sama sympatia do hrabiego Monte Christo bynajmniej nie zmalała po tym jakże makabrycznym widowisku. Przeciwnie, byliśmy nim jeszcze bardziej zainteresowani. Hrabia opowiedział nam nieco o sobie. Przyznał się, że to on za pomocą naprawdę sporej łapówki uzyskał ułaskawienie dla Peppina, czym zyskał przychylność bandytów Luigiego Vampy. Wspomniał też o swej orientalnej towarzyszce podróży, przepięknej księżniczce Hayde. Ponoć była ona Greczynką i jego niewolnicą, którą wykupił z rąk samego sułtana tureckiego. Oczywiście zaraz przypomnieliśmy mu, że w Europie (a przynajmniej w jej porządnych krajach) nie toleruje się niewolnictwa, dlatego hrabia powinien zwrócić dziewczynie wolność. Odpowiedział nam, że gdyby to zrobił, to dziewczyna by chyba umarła z radości, czego woli jej oszczędzić. Cóż to za niezwykły człowiek.
Niedługo potem karnawał rozpoczął się na dobre, zaś ja i moi przyjaciele rzuciliśmy się w wir szalonych zabaw. Podczas jednej z nich poznałem piękną i niesamowicie zachwycającą dziewczynę. Nie miałem oczywiście pojęcia, że jest to Teresa, ukochana Luigiego Vampy, pracująca dla niego. Naznaczyła mi ona słodkie rendez-vous w pewnym miejscu, lecz kiedy się tam zjawiłem wpadłem od razu w ręce bandytów Vampy. Ironią losu jest to, że kilka dni wcześniej kpiłem sobie z opowieści pana Pastrini o tym człowieku i śmiałem wręcz powątpiewać w jego istnienie. Przyszło mi w jednej chwili diametralnie zmienić swoje poglądy w tej sprawie. Na rozkaz Vampy napisałem list do barona Franza d’Epinaya z prośbą o dostarczenie okupu w określonym czasie pod groźbą mojej śmierci. Po wykonaniu polecenia zabrano mnie do Katakumb Św. Sebastiana i pilnowano w oczekiwaniu na dostarczenie okupu, jednak nie zjawił się okup, ale hrabia de Monte Christo w towarzystwie Franza. Hrabia przypomniał bandytom ich umowę, zgodnie z którą on i jego przyjaciele mieli być dla bandytów nietykalni, a ponieważ moja skromna osoba od niedawna zaliczała się do grona jego przyjaciół, to z zaraz zostałem natychmiast zwolniony z lochów. Tak się z tego ucieszyłem, że następnego dnia z prawdziwą przyjemnością zaprosiłem hrabiego do siebie. Powiedział mi on, że za miesiąc pojawi się w Paryżu w interesach, więc tym chętniej mnie odwiedzi. Podał dokładnie dzień i czas, w którym to zrobi. Osobiście mocno powątpiewałem w to, żeby miał się zjawić u mnie i to, co do sekundy o wyznaczonej porze. Szybko się jednak okazało, że po raz kolejny nie doceniłem tego człowieka.
W dniu spotkania z hrabią de Monte Christo przybyli do mnie moi wierni przyjaciele. Niektórzy z nich jeszcze nie poznali hrabiego i bardzo chcieli się z nim zaznajomić. Jeden z nich, a konkretnie był to szanowny baron Raul de Chateau-Renaud, przyprowadził ze sobą Maksymiliana Morrela, kapitana spahisów, który to uratował mu życie podczas jego podróży w Afryce. Z przyjemnością poznałem tego człowieka, bo choć nie był on równie bogaty, co my, ani nie mógł poszczycić się takimi wspaniałymi przodkami, jakimi szczyciło się całe nasze towarzystwo, to jednak był człowiekiem bardzo odważnym i szlachetnym, w pełni zasługującym na naszą przyjaźń. Z tego też powodu przyjęliśmy go do swego grona.
Gdy cała nasza grupa swobodnie rozmawiała o wszystkim i o niczym, nagle nadeszła godzina odwiedzin hrabiego de Monte Christo w naszym domu i służący zaanonsował go. Hrabia zjawił się punktualnie i to, co do sekundy. Cóż... Jak już powiedziałem, najwyraźniej nie doceniałem tego człowieka. Taka punktualność to jest aż powód do dumy. Z tym większą przyjemnością zapoznałem go z moimi przyjaciółmi, których serdecznie polubił. Wydaje się, że szczególną jego uwagę przykuł młody Morrel, jednak być może mi się tylko zdawało. Mniejsza z tym. Tak czy siak, po odejściu moich przyjaciół poszedłem oprowadzić hrabiego po domu. Wielkie wrażenie zrobił na nim portret mojej matki w stroju rybackim. Trzymałem go u siebie, ponieważ ojciec, nie wiedzieć czemu, wręcz nienawidził tego obrazu. Hrabiemu zaś spodobał się on niezmiernie. Potem zapoznałem mojego wybawcę z moimi rodzicami. Szczególne wrażenie wywarł on na mojej matce. Powiedziałbym nawet, że się go przeraziła. Nie wiedziałem jednak, co mogłoby wywołać w niej tak wielki strach przed tym niezwykłym człowiekiem. Przyszłość dopiero miała przynieść mi odpowiedź na to pytanie.
Dzięki wizycie u mnie i zapoznaniu się z moimi rodzicami, hrabia de Monte Christo mógł również zaznajomić się z rodziną Danglarsów oraz de Villefortów, dzięki czemu z łatwością wszedł on na paryskie salony, czego nawiasem mówiąc, serdecznie mu wtedy życzyłem. Bardzo polubiłem hrabiego i kiedy tylko mogłem, spędzałem czas w jego towarzystwie. Nie zawsze miałem ku temu okazję, hrabia bowiem prowadził dosyć bujne życie towarzyskie. Pewnego dnia moi rodzice urządzili bal, na którym honorowymi gośćmi stali się hrabia de Monte Christo oraz jego młody przyjaciel, niejaki wicehrabia Andrea de Cavalcanti. Z przyjemnością powitałem obu. Zdziwiło mnie jednak mocno, dlaczego mój nowy przyjaciel nie chce u nas nic jeść ani pić. Matka moja wyjaśniła mi później, iż arabskie zwyczaje mówią, że kto raz zje coś w domu drugiego człowieka, na zawsze będzie jego przyjacielem. Jeśli jednak nie chce jeść u niego, to oznacza, że uważa go za swego wroga i nie chce zbrukać swych ust jedzeniem czegokolwiek wraz z nim. Uznałem to za bezpodstawne podejrzenia, gdyż nie wydawało mi się, aby hrabia miał powód traktować moich rodziców jak wrogów. Nie wiedziałem, po co miałby to robić? Na to pytanie przyszłość również miała mi przynieść odpowiedź.
W międzyczasie moi rodzice postanowili mnie ożenić. W końcu ród hrabiów de Morcerf musiał przetrwać, a co za tym idzie ja powinienem mieć żonę i dzieci. Na moją przyszłą małżonkę wybrano Eugenię Danglars, córkę barona Danglarsa. Wybór ten nie zachwycił mnie w żaden sposób. Prawdę mówiąc, mój ojciec też nie do końca go pochwalał. Uważał jednak, choć nie rozumiem, dlaczego, że ród de Morcerfów powinien połączyć się z rodem Danglarsów. Moja matka zaś uważała Eugenię za dziewczynę w sam raz dla mnie i dziwiło ją, dlaczego ten wybór mi nie odpowiada. Jeżeli i was, moi państwo, intryguje ten fakt, to muszę wam wyjaśnić, że przede wszystkim nie podobał mi się charakter panny Eugenii. Nie była ona dziewczyną ani brzydką, ani złą, ale miała w sobie za dużo męskich cech i była zbyt zaradna jak dla mnie. Wolałbym za żonę kobietę może nawet i zaradną, lecz przede wszystkim taką, dla której mógłbym być kimś niezbędnym w życiu. Panna Eugenia Danglars z kolei nie chciała mieć nikogo ponad sobą. Przy okazji, z nieformalnych źródeł dowiedziałem się, że panna Eugenia woli kobiety, jeżeli wiecie państwo, o co mi chodzi. Także ślub ten w żaden sposób nie odpowiadał nam obojgu. Los jednakże pozwolił nam tego uniknąć, ponieważ baron Danglars postanowił wydać córkę za mąż za wicehrabiego Andreę Cavalcanti. Nawet nie wiecie, jak wielką radość sprawiła mi ta wiadomość. Mogłem dalej wieść swoje wymarzone, kawalerskie życie.
Pewnego bardzo pięknego dnia odwiedziłem hrabiego de Monte Christo i w trakcie rozmowy z nim usłyszałem piękną grę na jakimś orientalnym instrumencie. Okazało się, że to gra ta piękna grecka niewolnica hrabiego o imieniu Hayde. Zapytałem mojego dostojnego Amfitriona, czy możemy ją odwiedzić, na co hrabia odpowiedział, że mogę prosić o znacznie więcej - Hayde z chęcią opowie mi swoją historię. Byłem jej oczywiście ciekaw, dlatego oznajmiłem, że to dla mnie sama przyjemność. Hrabia zaprowadził mnie więc do swej niewolnicy, przedtem jednak zażyczył sobie, żebym nic jej nie mówił o tym, kim jestem, ani też kim jest mój ojciec. Zdziwił mnie bardzo ten warunek, jednak skoro hrabia Monte Christo sobie tego życzył, zaakceptowałem jego warunek. Przywitałem się z księżniczką i oznajmiłem chęć wysłuchania jej opowieści. Następnie hrabia powiedział coś do Hayde w starożytnej grece, z czego jednak nie zrozumiałem ani słowa, po czym księżniczka w bardzo płynnej francuszczyźnie opowiedziała mi swoją jakże smutną historię. Opowiedziała mi o tym, jak jej ojca, walczącego o niepodległość Grecji, zdradził i osobiście zamordował pewien francuski oficer, który pozostawał na jego służbie. Ona sama natomiast została sprzedana w niewolę przez tego samego zdradzieckiego oficera. Jej opowieść wywołała we mnie ogromny szok. W myślach potępiłem jak najsurowiej tego człowieka, który to zdradził ojca Hayde nie mając jednak pojęcia, że tym zdrajcą był mój rodzic.
Niedługo potem w gazecie Alfonsa de Beauchampa pojawił się artykuł na temat pewnego oficera o imieniu Fernand, który zdradził i zamordował Ali Paszę. Pełen oburzenia i wściekłości zjawiłem się u Alfonsa, któremu zrobiłem piekielną awanturę. Byłem wściekły na niego za umieszczenie tego artykułu w gazecie, dla której on pracował. Alfons jednak stwierdził, iż niepotrzebnie się unoszę, ponieważ artykuł ten wcale nie twierdzi, iż to mój ojciec był tym zdradzieckim oficerem na służbie Ali Paszy. Gazeta podała jedynie jego imię Fernand, a to za mało, aby połączyć tego człowieka z hrabią de Morcerfem, choć tak prawdę mówiąc, to cały Paryż domyślał się tożsamości tajemniczego Fernanda. Byłem wściekły, a wręcz żądny krwi. Zgodziłem się wszak na to, żeby Alfons spróbował wyjaśnić całą sprawę i dać mi znać o tym, co odkrył. Po tej rozmowie pojechałem do hrabiego de Monte Christo i spytałem go, czy gdybym chciał się pojedynkować z Alfonsem lub też kimś innym, to czy hrabia zostałby moim sekundantem. Hrabia odmówił mi twierdząc, że nie odmawia walki w pojedynku, ale nigdy do nich nie dąży. Po jakimś czasie ja i hrabia pojechaliśmy do Normandii na trzy dni, aby wypocząć od tego wszystkiego, co się działo ostatnimi czasy. Jednakże po tych trzech dniach pobytu w tym miejscu przyszła do mnie wiadomość od Alfonsa. Okazało się, że wiadomości, jakich się dowiedział na temat owego artykułu w gazecie są dla mnie bardzo niepomyślne i całkowicie potwierdzały winę mojego ojca. Zrozpaczony wróciłem do Paryża i skontaktowałem się z Alfonsem. Pokazał mi on wiadomości, jakie zdobył. Mówiły one jednoznacznie o winie mojego ojca, ale Beauchamp, zamiast je wydać w swojej gazecie oddał je mnie, ja zaś spaliłem je na miejscu. Nic mi to jednak nie dało, gdyż konkurencyjne gazety nie wiadomo w jaki sposób dostały w swoje ręce takie same wiadomości i opublikowały je. Wskutek tego mój ojciec stanął przez Izbą Parów i musiał przed nią wytłumaczyć się ze wszystkiego, o co go oskarżają. Z pewnością by się wybronił, gdyby nie księżniczka Hayde, która zjawiła się nagle na zebraniu i pokazała na nim dowody potwierdzające prawdziwość jej słów. Po tym wydarzeniu Izba Parów powołała specjalną komisję śledczą, która to udowodniła mojemu ojcu jego winę. Hrabia Fernand de Morcerf był skończony. Chcąc go pomścić, pojechałem do Alfonsa i zapytałem, co mam zrobić. Alfons powiedział mi wówczas, że to baron Danglars zdobył wszystkie informacje na temat Ali Paszy, Janiny oraz mego ojca. Pojechałem więc do barona i zażądałem wyjaśnień. Danglars jednak wykpił się tanim kosztem, mówiąc mi, że wszelkie wiadomości zdobył on, ale na wyraźną prośbę hrabiego Monte Christo i to hrabia je wykorzystał przeciwko mojemu ojcu.
Nie mogłem w to wszystko uwierzyć. Hrabia Monte Christo. Człowiek, w którego tak bardzo wierzyłem i którego uważałem za swego przyjaciela zniszczył mego ojca. I to z jakiego powodu? Chyba zwykłego kaprysu. Nie było dla mnie wtedy ważne, czy te wszystkie podłości, o które go oskarżano były prawdziwe, czy też nie. Ważny był dla mnie honor mojego nazwiska. Pojechałem więc do hrabiego wyzwać go na pojedynek. Nie było mi dane odwiedzić go w domu, ponieważ właśnie spał i nie chciał, żeby ktoś mu przeszkadzał. Pognałem więc do opery, gdzie wystawiano wówczas „Wilhelma Tella”. Zaprosiłem tam wszystkich swoich przyjaciół i znajomych. Hrabia zjawił się dopiero podczas rozpoczęcia się II aktu. Poszedłem wtedy do jego loży, a następnie publicznie przy wszystkich wyzwałem go na pojedynek, nie szczędząc mu przy tym obraźliwych słów. Powiem więcej, tylko szybka interwencja moich przyjaciół powstrzymała mnie przed rzuceniem mu w twarz rękawicy. Wiedziałem, iż ośmieszyłem się robiąc hrabiemu awanturę w miejscu publicznym, ale nie przejmowałem się tym. Moi sekundanci ustalili na miejscu warunki pojedynku. Do samej walki jednak nie doszło z powodu mojej matki. Ta oto mądra niewiasta pojechała za mną do opery i widziała wszystko, co uczyniłem. Następnie pojechała do hrabiego i odbyła z nim poufną rozmowę o nieznanej mi treści. Później wróciła do domu i porozmawiała ze mną. Wyjawiła mi wówczas, jakież to powody ma hrabia Monte Christo, aby zniszczyć dobre imię mojego ojca.
Okazało się bowiem, że przed laty mój ojciec i pan Danglars z zawiści do hrabiego Monte Christo (który wówczas nazywał się Edmund Dantes) zniszczyli mu życie. Danglars dybał na jego stanowisko kapitana statku handlowego, zaś mój ojciec chciał ożenić się z moją matką, która jednak wolała pana Dantesa. Zatem ci oto dwaj jego adwersarze, chcąc się go pozbyć, oskarżyli fałszywie tego Bogu ducha winnego człowieka o bonapartyzm i doprowadzili do tego, że trafił on na dożywocie do mrocznej twierdzy If. Uciekł jednak z niej, odnalazł skarb na wyspie Monte Christo i po latach powrócił, aby dokonać wyrafinowanej zemsty na nich i na prokuratorze de Villeforcie, który wydał na niego wyrok. Zrozumiałem więc, że ogrom zbrodni, jakich dopuścił się mój ojciec był zbyt wielki, abym miał bronić jego honoru. Bez wahania zgodziłem się zatem z moją matką, iż nie powinienem pojedynkować się z hrabią. Pojechałem na Pola Marsowe, gdzie on już na mnie czekał i publicznie, przy wszystkich moich przyjaciołach (których nieco wcześniej poprosiłem o zjawienie się na miejscu walki) przeprosiłem pana hrabiego, a nawet uścisnąłem mu dłoń. Poczułem, iż postąpiłem słusznie. Przez długi czas miałem jeszcze do niego żal za zniszczenie mojego ojca, ale uznałem, iż sprawiedliwości stało się zadość i nie zajmowałem się więcej tą sprawą.
Wróciłem do domu, gdzie rozmówiłem się z matką. Oboje doszliśmy do wniosku, że nie chcemy wieść dalej życia u boku takiego nędznika jak mój ojciec. Opuściliśmy więc jego dom z żelaznym zamiarem niewracania do niego nigdy. Zatrzymaliśmy się w oberży, gdzie niedługo potem dowiedzieliśmy się, że mój ojciec się zastrzelił. Szczerze mówiąc, nie było mi go wtedy żal. Dostał wszak to, na co zasłużył. Bardziej martwiłem się wówczas o moją biedną matkę, która teraz miała wieść ponure i nędzne życie wyrzekając się tytułu hrabiny de Morcerf, ja jednak znalazłem inne wyjście z tej sytuacji. Przyjąłem nazwisko Herrera i pod nim wstąpiłem do spahisów. Pieniądze, jakie otrzymałem za ten czyn od wojska, od razu wręczyłem matce. Ona zaś urządziła się w Marsylii w domu Ludwika Dantesa, ojca hrabiego de Monte Christo. Sam hrabia jeszcze niejeden raz wspierał ją finansowo i pomógł jej założyć handel rybami.
Teraz moja matka wiedzie dość dostatnie życie, choć wciąż jest osamotniona. Nie raz i nie dwa radziłem jej, aby się z kimś związała na stałe, jednak za każdym razem odrzuciła moją propozycję. Ja sam w spahisach zrobiłem karierę. Zostałem pułkownikiem, ożeniłem się, mam dzieci. Moje życie jest więc teraz pełne radości - dzielę je na służbę wojskową oraz męskie przygody, a także opiekę nad żoną i wychowywanie dzieci. Mam nadzieję, że okażę się być lepszym ojcem niż mój, choć mojemu nie można zarzucić, iż był dla mnie złym rodzicem. Przeciwnie, był dobrym ojcem i mężem, lecz niestety oprócz tego wyjątkowym nędznikiem. Obym ja nigdy się takim nie okazał. Matka moja wciąż mieszka w Marsylii. Często ją odwiedzam. Nieraz namawiam ją, aby zamieszkała ze mną w Algierii, lecz ona chyba przywykła tak mocno do swego pustelniczego trybu życia, że nie chce go zmieniać. Ponoć wiedzie ona w ten sposób pokutę za to, iż wyszła za mąż za człowieka, który zniszczył jej ukochanego. Osobiście nie rozumiem jej, ale skoro tak właśnie woli żyć, to jej sprawa.
Co do hrabiego Monte Christo, to od czasu do czasu się z nim widuję i nasze relacje można nazywać jak najbardziej przyjacielskimi. Nie mam już do niego żalu za to, że zniszczył on mojego ojca. Na jego miejscu postąpiłbym tak samo. Nie zamierzam się na nim mścić. Ten człowiek zasłużył na wieczny spokój, chociaż przyznaję państwu, że kiedyś niechcący przyczyniłem się do jego problemów. Gdy raz płynąłem z Afryki, aby odwiedzić moją matkę, to byłem świadkiem sztormu i wyratowałem z niego człowieka. Był to niejaki Benedetto, którego nieco wcześniej poznałem jako wicehrabiego Andreę Cavalcanti. Ja i matka ugościliśmy go, on zaś wypytał nas szczegółowo o hrabiego, po czym zostawił całkiem sporą zapłatę za otrzymane wiadomości i odpłynął. Nigdy nie dowiedziałem się, na co mu były te informacje, o jakie nas wypytał. Ponoć chciał z ich pomocą skrzywdzić hrabiego Monte Christo, tak przynajmniej słyszałem, jednak w jaki sposób miałby to zrobić, tego nie wiem. Natomiast wiem, że mu się to nie udało, a hrabiego i jego bliskich sam Bóg ocalił przed nieszczęściem. Hrabia dowiedział się o moim udziale w tej przygodzie, ale nie miał do mnie o to żalu i do dzisiaj jesteśmy przyjaciółmi.
Tak oto, proszę państwa, przedstawia się moja historia.

2 komentarze:

  1. Z tego Alberta to był naprawdę porywczy, gwałtowny i w gorącej wodzie kąpany człowiek. Najpierw czynił, potem myślał. Jego zachowanie było po prostu głupie i nierozsądne, przez co mógł postradać życie, gdyby nie siła perswazji jego roztropnej matki. Ona przynajmniej miała głowę na karku i potrafiła ostudzić jego zapał i gorącą głowę, ale w wojsku ktoś taki na pewno się przyda. W końcu tam potrzeba właśnie takich energicznych ludzi z dużym temperamentem, jaki posiada Albert. Jego ojciec z kolei był ostatnim zbrodniarzem i nędznikiem, dlatego dobrze, że to zrozumiał i przestał oskarżać hrabiego o to, że doprowadził on do jego upadku. W końcu hrabia miał do tego pełne prawo, po tym, co Fernand mu zrobił, dlatego dobrze, że Albert to pojął i nie broni swojego ojca, który w pełni zasłużył na potępienie popełnionymi przez siebie zbrodniami i zdradzieckimi występkami jakich się dopuścił, by zostać kimś. To był człowiek pozbawiony wszelkich skrupułów i moralności, podobnie zresztą jak pozostali, którzy zniszczyli hrabiemu życie, dlatego nie można potępiać hrabiego za to, że bardzo pragnął się na nich zemścić za to co mu zrobili, bo ci nikczemni, podli niegodziwcy nie zasłużyli na nic innego, jak tylko na hańbę i potępienie, dlatego dobrze się stało, że wszystkie ich zbrodnie i występki wyszły na jaw. Przynajmniej sprawiedliwość została wymierzona.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hrabia pomógł Albertowi uniknąć okropnego losu.
    Przyszła żona Alberta, z którą na szczęście się nie ożenił była chyba facetem, bo wolała kobiety.
    W pamiętnikach hrabiego Monte Christo, Albert zakochał się i ożenił z tajemniczą Hyde, którą hrabia traktował jak córkę.
    Ciekawe, czy informację od Alberta pomogą Kronikarzowi w śledztwie?

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...