sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 47

Rozdział XLVII

Dzienniki Jeana Chroniqueura


27 lipca 1855 r.
Po wysłuchaniu i zapisaniu opowieści Alberta de Morcerfa (nazywam go tak, gdyż trudno mi jakoś przywyknąć do jego nowego nazwiska), ja i moi towarzysze podróży udaliśmy się na spoczynek. Następnego dnia zaś uiściliśmy rachunek, opuściliśmy oberżę i wyruszyliśmy w drogę ku pałacowi hrabiego Monte Christo. Tym raźniej, że burza piaskowa już dawno ustała, a nowej nieprędko się można było spodziewać. Spodziewaliśmy się zatem dość łatwo, w ciągu kilku zaledwie godzin osiągnąć cel naszej podróży. Po drodze rozmawialiśmy ze sobą wesoło o wszystkim i o niczym, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa. Zauważyłem przy tym jednak coś, co mnie zaniepokoiło. Mianowicie Marta, im bardziej zbliżaliśmy się do pałacu hrabiego Monte Christo, tym bardziej stawała się posępna i ponura. Początkowo sądziłem, że być może powodem jej złego samopoczucia jest zbyt gorące, afrykańskie powietrze. Bardzo szybko jednak zorientowałem się w tym, że przyczyny należy poszukiwać w sferze duchowej, nie zaś cielesnej. Marcie coś musiało leżeć na sercu, to było więcej niż prawdopodobne. Postanowiłem zatem wybadać moją ukochaną w tym kierunku. Podjechałem do niej i zapytałem, czy wszystko z nią w porządku. Odpowiedziała mi jednak wymijająco:
- Ależ oczywiście, mój najdroższy. Jestem pewna, że wszystko jest ze mną w absolutnym porządku - odpowiedziała mi.
- Czyżby? Odnoszę inne wrażenie - powiedziałem sceptycznie.
Słysząc moje słowa Marta spiorunowała mnie wzrokiem bazyliszka.
- Skoro tak, to wierz swojemu przeczuciu, a nie wybrance swojego serca. A najlepiej to zostaw mnie w spokoju, człowieku!
Po tych słowach, Marta pogoniła nieco swojego wielbłąda i pojechała nieco do przodu, byleby najdalej ode mnie. Wpatrywałem się w nią uważnie, kiedy to robiła. Wiedziałem, że taki wybuch gniewu oznaczał w niej nieczyste sumienie. Mogła sobie zaprzeczać, ile tylko chciała, jednakże ja swoje wiedziałem. Coś ją dręczyło i zwyczajnie nie chciała mi tego powiedzieć. Musiałem przyznać, że nie rozumiałem jej motywów, bo przecież mogła mi zwierzyć się z każdego problemu, a ja bym ją z pewnością zrozumiał. Widocznie jednak ona uważała inaczej. Wielka szkoda, ale cóż mogłem na to poradzić? Bolała mnie bardzo mocno ta jej nieufność w stosunku do mnie. Postanowiłem jednak dać sobie spokój i nie naciskać na nią. Bo niby co by mi to dało, żebym wymusił na niej przyznanie się do tego, co ją dręczy? Pomyślałem, że lepiej będzie odczekać, aż zmieni nastawienie do mnie. Tak, właśnie tak należy postępować. Jak zechce, to sama opowie co i jak ją dręczy. Ja nie mam prawa jej do tego zmuszać. Dałem więc sobie spokój i pospieszywszy nieco swojego wielbłąda zrównałem się z Martą i Jacopem.
Po kilku godzinach, przedłużonych nieco naszym zatrzymaniem się na drugie śniadanie, dotarliśmy wreszcie do wyznaczonego przez siebie celu, a kiedy już to się stało, to oczom naszym ukazał się niezwykły widok. Był nim majestatyczny pałac niczym żywcem wyjęty z „Księgi Tysiąca i jednej nocy” stał na środku oazy, a jego piękno nawet w nocy zapewne musiało roztaczać swój blask. Był to pałac mający w sobie zarazem, coś arabskiego i indyjskiego, jak również greckiego oraz francuskiego jednocześnie. A zatem stanowił on istną mieszankę wybuchową. Było widać wręcz doskonale, iż jego właściciel to człowiek niezwykły, stale bywający w najdalszych zakątkach świata. Prawdziwy obywatel świata, który to praktycznie wszędzie się czuje jak w domu. Nie można było tego ukryć. Zresztą po sposobie zbudowania tego pałacu wnosiłem łatwo, że pan hrabia Monte Christo jest raczej ostatnim człowiekiem, który by ukrywał przed światem swój kosmopolityzm. Jego pałac był piękny i niezwykle majestatyczny, ale też biło z niego coś, co nazwałbym skromnością i pokornym pogodzeniem się z wolą Najwyższego. Takie połączenie przepychu z delikatnością i to zarówno na zewnątrz, jak i od środka.
Nie jestem raczej zbyt dobry w opisywaniu wszelakich budynków, dlatego też poprzestanę jedynie na tym, co już napisałem i skupię się jedynie na wydarzeniach, jakie miały miejsce w chwili, kiedy zastukaliśmy do drzwi domu hrabiego Monte Christo. Na sam wpierw otworzył nam wysoki chyba na dwa metry, czarnoskóry niewolnik niemowa. Łatwo było poznać, że nie ma języka, bo nie odezwał się do nas ani jednym słowem, nawet wtedy, gdy zapytaliśmy go o to, czy możemy wejść. Oczywiście mogło być też tak, że pan hrabia po prostu zakazał mu cokolwiek mówić bez jego pozwolenia, jednak bardzo dobrze pamiętałem opowieści moich informatorów z których jasno wynikało, że hrabia posiadał Murzyna niewolnika, któremu miano obciąć język, rękę i głowę jako karę za to, że wszedł do haremu sułtana. Hrabia miał owego człowieka ocalić odczekawszy najpierw, jak obetną mu język, po czym wykupił go z niewoli za pomocą pięknego diamentu. Musiał to być więc bez wątpienia Ali, wierny sługa hrabiego Monte Christo, który znał na pewno wiele jego sekretów. Gdyby umiał mówić, może by mi je opowiedział. Chociaż prawdę mówiąc było to nieco wątpliwe. Wierność takich ludzi jak Ali była wręcz fanatyczna i bez zgody hrabiego, nawet gdyby umiał mówić, z całą pewnością nie puściłby pary z ust.
- Przybyliśmy z wizytą do twego pana, wielkiego hrabiego de Monte Christo - powiedziałem po francusku, mając przy tym nadzieję, iż Ali zna ten język.
Po jego minie trudno było mi wnioskować, czy się pomyliłem, czy też nie. W końcu Ali był niemową, a z jego mimiki trudno było cokolwiek wywnioskować.
- Czy pan hrabia jest w domu? - zapytałem ponownie po francusku.
Ali dalej milczał.
- A niech mnie kule biją! On chyba nie tylko nie umie mówić, ale ma też jakieś problemy ze słuchem! - zawołałem zły, odwracając się do moich przyjaciół.
- Nie wydaje mi się, Jean - powiedziała Marta spokojnym głosem i przejęła inicjatywę - Pan hrabia de Monte Christo oczekuje nas. Wpuść nas, proszę, dobry człowieku, abyśmy mogli na niego zaczekać.
Dla pewności powtórzyła ona swoją prośbę jeszcze po grecku i arabsku. Widocznie to poskutkowało, ponieważ Ali stworzył swoimi ustami coś na kształt uśmiechu, następnie odsunął się od drzwi i wykonał prawą ręką gest oznaczający, że możemy wejść do środka. Radośnie więc wtoczyliśmy się całą grupą do pałacu. Ledwo to zrobiliśmy, a Ali zamknął za nami drzwi i pokazał nam na migi, abyśmy zaczekali tutaj, po czym wyszedł.
- Ciekawe, czemu każe czekać? - zapytałem bardzo mocno tym wszystkim zaintrygowany.
- Pewnie idzie do hrabiego Monte Christo zapytać go, czy może nas przyjąć - zasugerowała Marta.
- Być może, ale trudno mi to stwierdzić - odpowiedziałem, nieco przeciągając słowa - Bo po tym człowieku trudno cokolwiek poznać. Jego twarz to jedna wielka zagadka.
- Twarz hrabiego bywa równie tajemnicza - odparł Jacopo, śmiejąc się wesoło - Jeszcze się o tym przekonasz, drogi przyjacielu.
Pokiwałem głową na znak zrozumienia, po czym powróciliśmy do naszych oczekiwań. Nie musieliśmy jednak czekać długo, gdyż po zaledwie minucie lub dwóch pojawił się przed nami człowiek w średnim wieku, posiadający lekką brodę i czarne włosy, dość mocno już przyprószone siwizną. Miał na sobie piękny strój świadczący, że w tym domu jest on kimś znacznie więcej aniżeli tylko zwykłym lokajem.
- Ali powiadomił mnie właśnie, że państwo przybyli - rzekł do nas przyjaźnie ów człowiek - Bardzo mi miło tutaj państwa powitać. Jestem Giovanni Bertuccio, intendent wielmożnego hrabiego de Monte Christo. Mój pan nie może osobiście was powitać, ponieważ udał się on wraz ze swoją małżonką w gościnę. Wrócą tu prawdopodobnie pod wieczór. Dostałem polecenie ugościć państwa, gdy państwo przybędziecie, choć prawdę mówiąc, spodziewaliśmy się państwa już wczoraj.
- Zatrzymała nas burza piaskowa - pospieszyła z wyjaśnieniami Marta - I właśnie dlatego...
- Ach, tak! Burza piaskowa! Już wszystko rozumiem! - Bertuccio nie dał jej dokończyć - To wszystko jest dla mnie zrozumiałe. Proszę się nie niepokoić. Nic się przecież nie stało. Zapraszam teraz państwa serdecznie na obiad, na pewno jesteście zmęczeni oraz głodni. Służba panienki może zjeść w czeladnej. Natomiast pani, droga panno Marto, a także pan, panie Chroniqueur oraz ty, miły memu sercu Jacopo, zjecie razem ze mną. O ile oczywiście obecność zwykłego sługi nie wyda się wam przykra.
- Będzie to dla nas prawdziwy zaszczyt zjeść z kimś, komu hrabia de Monte Christo powierza swoje interesy - powiedziałem w imieniu moim, a także i moich towarzyszy podróży, którzy skwapliwie przytaknęli moim słowom.
- A zatem zapraszam państwa serdecznie do stołu - rzekł Bertuccio.
Po tych słowach zaprowadził nas do jadalni, gdzie czekał już na nas stół z najwykwintniejszym obiadem, jaki kiedykolwiek było mi dane jeść. Już sam jego wygląd pobudzał apetyt. Na stole znajdowały się potrawy, o jakich jedzeniu mi się nawet nie śniło. Były tam gorące bułki z miodem, przepyszne owoce z najlepszych ogrodów świata, pieczone przepiórki i bażanty oblane najsłodszym sosem, ciasta z najróżniejszych stron świata, a do tego również wiele innych potraw, których nazw zapamiętanie było dla mnie nazbyt trudne.
Wówczas to zaczęła się więc najwspanialsza uczta w całym moim życiu. Spróbowałem chyba każdej potrawy i sam nie wiem, jak zdołałem to wszystko pomieścić w swoim żołądku. Na szczęście na popitkę było wino białe i czerwone, a także napoje z dalekich stron świata, takie jak kawa czy herbata. Spróbowałem tego wszystkiego, ale zdecydowanie wolałem zostać przy winie. Przyznaję, że co prawda herbata nawet mi smakowała, ale całą pewnością jednak nie zostanie ona moim ulubionym napojem.
Kiedy się już najedliśmy, to Bertuccio zaprosił nas do salonu, abyśmy mogli odpocząć po sutym posiłku. Przyznam się, że z trudem udało mi się utrzymać na nogach własnymi siłami, tak bardzo się objadłem tymi wszystkimi wspaniałymi, orientalnymi potrawami. Mimo wszystko w jakiś sposób mi się to udało i razem z Martą, Jacopem i Bertucciem udaliśmy się do salonu, gdzie służba uszykowała już dla nas najpiękniejsze poduszki, na których to mieliśmy się ułożyć oraz wypocząć, co też oczywiście zrobiliśmy. Muszą jednak przyznać, że leżenie w ciszy oraz nic niemówienie jakoś nie należy do czegoś, co lubię robić, dlatego też postanowiłem zapytać pana intendenta, czy może nam coś opowiedzieć o hrabim Monte Christo. Spodziewałem się, że odmówi mi, tłumacząc się tym, iż nie wolno mu nikomu powierzać sekretów swego pana, ale ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu Bertuccio uśmiechnął się i odpowiedział mi, że zgodnie z poleceniem Jaśnie Wielmożnego pana hrabiego ma prawo opowiedzieć mnie i moim towarzyszom swoją historię oraz to, jaką rolę w niej odegrał jego pan.
- Może mnie pan śmiało wypytywać, drogi panie Chroniqueur - mówił dalej Bertuccio - Z wielką chęcią zaspokoję pańską wiedzę.
Uśmiechnąłem się do niego z wdzięcznością, po czym wyjąłem swój dziennik oraz ołówek, lekko zanurzyłem rysik w ustach i rzekłem:
- A zatem, panie intendencie... Niechże pan opowiada.
Bertuccio wyłożył się wygodnie na poduszkach, po czym zaczął snuć swoją opowieść, którą ja skrupulatnie zapisałem.

2 komentarze:

  1. No i w końcu Jean ziścił swoje wielkie marzenie, docierając do pałacu hrabiego, którego tak bardzo pragnął poznać i przy okazji poznał jego wiernego służącego, od którego z pewnością dowie się wiele na temat hrabiego. Bertuccio okazał się być przyjacielskim i gościnnym człowiekiem i myślę, że hrabia niewiele będzie się od niego różnił, skoro sam zaproponował Jeanowi odwiedziny w swoim pałacu, tylko ciekawe czym Marta była tak struta i strapiona, że nie chciała rozmawiać z Jeanem. Zachowała się tak, jakby była o coś na niego zła, a przecież nie ma ku temu żadnych powodów.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawe, jakie jeszcze tajemnice hrabiego wyjdą na jaw?
    Marta słusznie ma wyrzuty sumienia, bo sporo chyba nakłamała.
    Zarozumiale, jak to młoda osoba oceniała innych, a sama coś poważnego ukrywa.
    Czy ukochany to zrozumie i jej wybaczy?
    Jej gierki i kłamstwa?

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...