Nazywam się Giovanni Bertuccio, z pochodzenia jestem Włochem, a moje miejsce przyjścia na świat jest nie byle jakie. Urodziłem się bowiem na Korsyce, czyli w tym samym miejscu, co sam wielki Napoleon Bonaparte. Na szczęście czy też nieszczęście, nie była mi jednak pisana tak wielka sława jak mojemu rodakowi. Niewykluczone, że było to wielkie szczęście, gdyż w końcu mój rodak skończył bardzo niewesoło. Zmarł na wygnaniu, dodatkowo pozbawiony wszystkiego, co mu było bliskie. Ja zaś wiodę teraz spokojne i szczęśliwe życie. Zanim jednak tak się stało, to wydarzyło się w moim życiu wiele spraw, w których niebagatelną rolę odegrał mój obecny pryncypał, hrabia Monte Christo. Wysłuchajcie zatem uważnie mojej opowieści, wielce szanowni goście, a być może uzupełnicie swoją wiedzę na temat tego jakże niezwykłego człowieka.
Jak już mówiłem, urodziłem się na Korsyce i jako Korsykanin dumny byłem z postępów mojego sławnego rodaka, Napoleona Bonaparte. Mój brat zaś był z niego jeszcze bardziej dumny. Na tyle dumny, że został jego naprawdę gorliwym zwolennikiem. Niestety, spotkały go za to jedynie same nieszczęścia. Gdy minęło słynne sto dni Napoleona, zaś nasz wielki mały cesarz został zesłany pod kuratelę Anglików na Wyspę Św. Heleny, gdzie dane mu było dokończyć żywota, rozpętał się w kraju tzw. biały terror. Rojaliści wyszli prędko z ukrycia i zaczęli bezkarnie mordować wszystkich bonapartystów, jacy im się tylko nawinęli pod rękę, władze zaś przymykały na to oko. Jedną z ofiar białego terroru był mój brat. Zginął on zamordowany przez nieznanych sprawców i pozostawił po sobie wdowę, którą wziąłem pod swą opiekę. Jako Korsykanin oczekiwałem, iż prawo weźmie pomstę za zabójstwo mojego brata. W tym celu udałem się ze skargą do królewskiego prokuratora, pana Gerarda de Villeforta. Chciałem, aby ścigał on zabójców mojego brata. Liczyłem na to, że mi pomoże, w końcu jego ojciec (jak kiedyś słyszałem) był również bonapartystą. Niestety, o ile ojciec rzeczywiście nim był, to syn miał zupełnie przeciwne poglądy od swojego rodziciela. Pan prokurator należał bowiem do zatwardziałych rojalistów i jako wierny poddany króla Ludwika XVIII odmówił wszelkiej pomocy w mojej sprawie. Odprawił mnie zatem z niczym. Zrozpaczony wyszedłem z jego gabinetu, przeklinając go i zapowiadając, że nie daruję mu tego, co teraz zrobił. Oznajmiłem mu, iż spotka go z mojej strony okrutna vendetta.
Villefort nie wyglądał początkowo na przerażonego moimi groźbami, jednak szybko okazało się, że wziął je sobie na poważnie do serca, ponieważ uciekł on przede mną do Wersalu. Liczył na to, iż mnogość ludzi w tym miejscu zdoła go uchronić. Pomylił się jednak i to bardzo, ponieważ cały czas śledziłem go uważnie, czekając na okazję do zemsty. Niedługo potem odkryłem, że Villefort wynajął dom w Auteuil, gdzie spotykał się potajemnie z pewną tajemniczą kobietą. Młodą oraz całkiem atrakcyjną kobietą. Wtedy jeszcze nie znałem jej nazwiska, obecnie jednak nie jest mi ono obce. Kobieta ta nazywała się Herminia de Nargonne, z domu de Salvieux. Była ona mężatką, gdy jednak jej mąż wyjechał w interesach, to jego żoneczka potajemnie spotykała się z Villefortem. Obserwowałem bardzo uważnie tę parkę gruchających ze sobą gołąbków. Oczywiście ich amory w ogóle mnie nie obchodziły. Miałem zamiar pomścić mego biednego brata, zabijając bezwzględnie człowieka, który sprawił, że jego mordercy bezkarnie chodzili sobie na wolności. Po długich oczekiwaniach trafiłem w końcu swoją okazję. Villefort i pani Herminia pewnego wieczora znaleźli się w ciężkiej sytuacji. Czając się w ogrodzie ich domu słyszałem płacz pani de Nargonne i uspokajające słowa pana de Villeforta. Nie bardzo wiedziałem, co się stało ani o co chodzi, ale prawdę mówiąc, niewiele mnie to wtedy obchodziło. Marzyłem jedynie o tym, żeby złapać za nóż oraz wbić go temu łajdakowi prosto w serce.
W końcu pan de Villefort wyszedł z domu, niosąc pod pachą jakąś skrzynkę, którą to następnie z pomocą łopaty zakopał w ogrodzie. Nie wiedziałem, po co to robi ani co właściwie zakopał. Podejrzewałem, że być może jakieś kosztowności lub coś innego, co pan prokurator chciałby ukryć na zawsze przed oczami osób postronnych. Musiałem się dowiedzieć, co to było, kiedy więc skończył on swoje czynności, wyjąłem nóż i rzuciłem się na niego. Powiedziałem mu, kim jestem i co go teraz spotka, po czym bez wahania zatopiłem w jego ciele kilkakrotnie swój nóż. Następnie myśląc, że zabiłem tę podłą kreaturę, złapałem łopatę i wykopałem skrzynkę, po czym dla niepoznaki zasypałem ponownie ziemię. Zabrałem swój cenny łup ze sobą i uciekłem. Następnie zaś, będąc już w bezpiecznym miejscu, otworzyłem skrzynkę i ku mojemu wielkiemu zdumieniu odkryłem, że w środku znajduje się noworodek płci męskiej. W usta miał wepchniętą chusteczkę, żeby nie mógł oddychać. Wyjąłem ją szybko i zrobiłem najgorszą rzecz w całym moim życiu - zacząłem cucić tego dzieciaka, robiąc mu szybko sztuczne oddychanie. Wiedziałem, jak to się robi, ponieważ swego czasu pracowałem jako pielęgniarz w szpitalu i nauczyłem się wówczas wielu pożytecznych rzeczy. Tak więc, na swoje własne nieszczęście przywróciłem niemowlę do życia i zacząłem się zastanawiać, co mi dalej czynić należy.
Oczywiście było dla mnie jasne, czyje to dziecko jest. Pan Gerard de Villefort spłodził bękarta pani Herminii de Nargonne i najspokojniej w świecie próbował go zabić, licząc wyraźnie na to, że nikt się o tym nie dowie. Widać zbyt mocno cenił sobie swoją karierę, skoro zgodził się posłać na śmierć niewinne stworzenie dla jej ratowania. Ja sam zaś znalazłem się w kropce. Nie wiedziałem, co mam zrobić z dzieckiem, w końcu jednak zaniosłem je do sierocińca. Chłopiec był owinięty w pieluszki, które to prawdopodobnie zrobiono z kotary lub czego innego. Materiał był piękny i bardzo drogi, a w dodatku miał na sobie herb rodziny de Nargonne. Zabrałem połowę owego materiału ze sobą i odszedłem. Na swoje nieszczęście o tym wszystkim opowiedziałem mojej nieszczęsnej bratowej, której zrobiło się żal dziecka. Wzięła ona ode mnie połowę tego przeklętego materiału, po czym poszła do sierocińca. Tam powiedziała, że jest ona matką dziecka, które niedawno tutaj przyniesiono. Fragment materiału z połową herbu o inicjałach H.N. był dowodem wystarczającym dla pracowników, zatem wydano jej dziecko. Ona zaś przyniosła je do domu i razem ze mną postanowiła je wychować.
Jak już powiedziałem, chyba na własne nieszczęście przygarnęliśmy tego oto bachora pod swój dach. Benedetto (tak go bowiem oboje nazwaliśmy) wyrósł na chłopaka podłego, krnąbrnego i zuchwałego. W dużej mierze przyczyniła się do tego moja biedna bratowa, która pozwalała swojemu wychowankowi dosłownie na wszystko i tym samym zepsuła mu charakter. Benedetto od niej zawsze dostawał to, czego chciał. Pamiętam, jak raz spodobała mu się małpka, którą wystawiano w klatce na targu. Bardzo chciał ją mieć, ale ja i moja bratowa odmówiliśmy kupna. Potem Benedetto poszedł bawić się z kolegami, a wrócił z tą małpką na smyczy. Kiedy zapytaliśmy go, skąd ją wziął, zaśmiał się tylko podle i poszedł się z nią bawić. Nie ulegało wątpliwości, że albo ją ukradł, albo zabrał komuś pieniądze, żeby móc ją sobie potem kupić. Tak czy inaczej, nie pozostawiało to najmniejszych wątpliwości, że nasz wychowanek był złodziejem i to od najmłodszych swoich lat. Nie żebym uważał siebie za aniołka, jednak moim zdaniem przemyt, to co innego niż kradzież. Poza tym ja wybrałem swój zawód z powodu nędzy, w jakiej żyła moja rodzina, Benedetto zaś kradł jedynie dla własnego widzimisię, czego też w żadnym razie nie umiałem zrozumieć. Dlatego postanowiłem wyciągnąć chłopaka na jedną ze swoich przemytniczych wypraw. Skoro tak bardzo lubi żyć na bakier z prawem, to niech przynajmniej uprawia jakiś porządny zawód, myślałem sobie. On jednak wyśmiał mnie podle, gdy tylko mu to zaproponował. Stwierdził, że woli złodziejstwo, a poza tym ma taką matkę (miał na myśli moją bratową), iż jeśli coś jej każe, to ta dla niego zrobi wszystko, po co więc ma się wysilać i pracować? Nikczemny gad. Pamiętam, że gdy chciałem dać mu ostrą reprymendę za te jego bezczelne słowa, to zmroził mnie swoim wzrokiem i powiedział mi, że nie mam prawa robić mu wymówek, bo nie jestem jego ojcem. Nie wiem, skąd się o tym dowiedział. W końcu ani ja, ani też moja biedna bratowa nigdy mu tej tajemnicy nie wyjawiliśmy, a on jednak dowiedział się o tym. W jaki sposób? Do dzisiaj nie wiem.
Tak czy inaczej pojechałem na jedną ze moich przemytniczych wypraw sam, bez Benedetta. Wyprawa była owocna, ale musieliśmy uciekać przed celnikami, którzy wpadli na nasz trop. Aby uniknąć aresztowania, skryłem się w oberży mego dobrego znajomego. Nazywał się on Kacper Caderousse. Kiedyś był krawcem, a później wraz z żoną Magdaleną prowadził oberżę i powiedział mi, że ja oraz moi kompani możemy się tutaj ukrywać, jeśli zajdzie taka potrzeba. W tym wypadku taka potrzeba zaistniała. Wszedłem więc do środka oberży i skryłem się w pewnym jej tajnym miejscu, aby spokojnie przespać noc i nabrać sił. Właścicieli nie było, więc zjawiłem się tutaj bez ich wiedzy. Jak się później okazało, dobrze zrobiłem, ponieważ ujawnienie swojej obecności mogłoby mnie wtedy kosztować życie. Dlaczego? Zaraz to wyjaśnię.
Otóż tego oto dnia, kilka godzin przede mną, oberżę nawiedził niejaki ksiądz Busoni. Powiedział, że Edmund Dantes (znajomy Caderousse’a z dawnych lat) zmarł w więzieniu, lecz nie jako biedak. Wcześniej bowiem opiekował się w lochu niejakim lordem de Wilmore, Anglikiem, który to później, wychodząc na wolność, powierzył Edmundowi pewien diament o ogromnej wartości. Biedny Dantes zmarł w więzieniu, ale na krótko przed swoją śmiercią wręczył ów diament Busoniemu, każąc mu przy odnaleźć czterech ludzi, którzy mieli się owym klejnotem podzielić. Tymi ludźmi mieli być Danglars, Fernand Mondego, Mercedes Herrera i Kacper Caderousse. Mój znajomy więc przekonał Busoniego do tego, że tylko jemu ów diament się należy, gdyż ponoć z całej wyżej wymienionej czwórki jedynie on zachował wierność panu Dantesowi. Prawda to lub nie, ale faktem jest, że Busoni dał mu diament, a Caderousse postanowił natychmiast go sprzedać, rzecz jasna z zyskiem. Diament ów, według słów księdza, miał mieć wartość aż pięćdziesięciu tysięcy franków, ale bankier, który chciał go odkupić, zgodził się zapłacić jedynie czterdzieści pięć tysięcy i zapowiedział, że inni na jego miejscu na pewno tak wysokiej sumy nie dadzą, a może nawet stwierdzą, że diament ów został zdobyty w sposób nielegalny i wezwą policję. Państwo Caderousse zatem przyjęli sumę zaproponowaną im przez bankiera. Byłem tego świadkiem, ponieważ transakcja odbywała się w oberży i to w chwili, kiedy ja się w niej ukrywałem. Bankier po dokonaniu transakcji postanowił wrócić do domu, ale zmienił zdanie, kiedy na dworze wybuchła burza. Gospodarze radośnie go ugościli i oddali jeden z pokoi. Nie wiem, w jakich szczegółach doszło do tego, co się następnie stało. Kacper wraz z żoną zaatakowali bankiera. Ten wypalił do nich z pistoletu, trafiając kulą Magdalenę, która osunęła się martwa na ziemię. Biedny bankier nie zdążył strzelić drugi raz, gdyż Kacper zadał mu śmiertelny cios nożem, po czym szybko zabrał mu brylant oraz pieniądze, jakie za niego otrzymał, a następnie uciekł w siną dal. Ach, ta przeklęta noc!
Niedługo potem w oberży zjawili się żandarmi, natomiast ja zostałem od razu aresztowany jako podwójny morderca. Na próżno im tłumaczyłem, że to wszystko zrobił Caderousse, a nie ja. Nikt mi nie uwierzył. Wsadzono mnie do więzienia, gdzie miałem czekać na wyrok. Na całe szczęście Caderousse został schwytany i żeby złagodzić swój wyrok, przyznał się do wszystkiego, oczywiście zwalając całą winę na żonę, która to rzekomo namówiła go do zamordowania bankiera. Jaka była prawda, zapewne już nigdy się tego nie dowiemy. Tak czy inaczej, w więzieniu, gdy czekałem na wyrok, odwiedził mnie ksiądz Busoni. Opowiedziałem mu całą historię, zaś on obiecał pomóc mi. Niedługo potem policja schwytali Caderousse’a, o czym już wspominałem. Za swoje zbrodnie został on skazany na śmierć, ale ostatecznie wyrok zamieniono na dożywotnie galery.
Oczywiście, po schwytaniu prawdziwego winowajcy, mnie wypuszczono od razu na wolność. Wróciłem więc do domu, gdzie odkryłem wręcz straszne fakty. Okazało się, że Benedetto zniknął, a moja bratowa nie żyje. Jak do tego doszło? Cóż... Żona mojego brata zbyt mocno rozbestwiła tego nędznego chłopaka. Przed wyjazdem na wyprawę przemytniczą poradziłem jej zatem, aby zaczęła smarkacza trzymać krótko. Zemściło się to na nas w okrutny sposób. Benedetto zażądał od swej przybranej matki pieniędzy. Gdy ich nie otrzymał, wściekły zebrał koleżków, związał ją i ciężko pobił, po czym zabrał wszystko, co miała kosztownego, a dla zabawy podpalił dom. Biedna kobieta zmarła albo na wskutek pobicia lub wskutek podpalenia. Tak czy inaczej Benedetto zniknął i nikt nie mógł go znaleźć. Mnie zaś nie zostało już na tym świecie nic poza rozpaczą. Tułałem się więc bez celu po świecie, od czasu do czasu znów zajmując się przemytem, aż wreszcie w roku 1838 spotkałem ponownie księdza Busoniego. Opowiedziałem mu swoje dzieje, a on bardzo mi współczuł i dał mi list polecający do swojego znajomego, hrabiego Monte Christo, abym rozpoczął u niego służbę. Odnalazłem go i wstąpiłem do niego na służbę. Zostałem jego intendentem. Hrabia zaś przyjął mnie z radością, zwłaszcza, że byłem kiedyś przemytnikiem, on zaś miał wręcz niezwykłą słabość do kontrabandzistów. Nie wiedziałem jednak wtedy, skąd też się biorą przyczyny takiej sympatii. Dopiero nieco później Jacopo, którego to poznałem na służbie u hrabiego, powiedział mi, że hrabia we wczesnej młodości sam pływał po morzu jako przemytnik. Tym większy szacunek ów człowiek zyskał w moich oczach.
Wkrótce, w roku 1838, hrabia Monte Christo udał się do Paryża, a ja razem z nim. Ku mojemu przerażeniu, pan mój wynajął dom w Auteuil jako swoją wiejską rezydencję. Kazał mi się tam udać ze sobą. Zrobiłem to z wielką niechęcią, ale wola mojego pana była, jest i będzie dla mnie rozkazem, więc pomijając swoje własne uczucia udałem się do Auteuil z hrabią. Nie umiałem się jednak wówczas powstrzymać przed okazaniem, iż bardzo mnie to miejsce przeraża. Hrabia zapytał mnie o powód takiego panicznego strachu przed tym domem, więc opowiedziałem mu wszystkie moje dotychczasowe przygody. Wyraźnie go one zainteresowały. Niedługo potem urządził w Auteuil przyjęcie, na które zaprosił państwa Danglars, państwa de Villefort oraz niejakiego majora Bartolomeo Cavalcanti wraz z synem, wicehrabią Andreą Cavalcanti. Doznałem podczas tego oto przyjęcia potrójnego szoku. Pierwszego doświadczyłem, kiedy ujrzałem żonę Danglarsa. To była dawna kochanka Villeforta, pani Herminia de Nargonne, obecnie pani Danglars. Matka Benedetta. Drugi szok, który na mnie spadł, to był widok całkiem żywego Gerarda de Villeforta, którego jak mniemałem, osobiście uśmierciłem. Pomimo upływu kilku lat od razu go rozpoznałem, na szczęście on mnie nie. Trzeci szok zaś spotkał mnie wtedy, kiedy ujrzałem rzekomego wicehrabiego Cavalcanti. To był przecież ten zwyrodnialec, Benedetto, nieślubny syn Villeforta i pani Danglars. Chłopak, którego własny ojciec próbował zakopać żywcem w ogrodzie dla ratowania swej kariery. Powiedziałem o tym wszystkim hrabiemu, który dla własnego dobra kazał mi zachowywać się normalnie oraz siedzieć cicho. Tak też uczyniłem, ale tego co wówczas doznałem, nie da się wyrazić słowami.
Nie byłem wtajemniczony w szczegóły planu hrabiego Monte Christo, także nie wiedziałem, co on planuje i dlaczego. Wiem jednak, iż później okazało się, że hrabia specjalnie sprowadził Benedetta do Paryża i kazał mu udawać wicehrabiego Cavalcanti. Chciał on dzięki jego osobie wyrównać swoje osobiste porachunki z Villefortem i Danglarsem. Nie wiem dokładnie, jakie były powody tejże zemsty, wiem jednak, że gdybym to ja był na miejscu mojego pana, to użyłbym do jej realizacji korsykańskiego noża i broń mnie Panie Boże, gdybym miał tym razem chybić swego celu. Ale cóż... Intendent mści się po swojemu, zaś jaśnie pan po swojemu.
W każdym razie Benedetto nie przybył sam do Paryża. Towarzyszył mu nasz stary, wspólny znajomy, Kacper Caderousse. Okazało się, że ci oto dwaj nędznicy trafili na te same galery i byli razem skuci jednym łańcuchem. Los dziwnie się nieraz plecie. Potem na prośbę hrabiego Monte Christo, lord de Wilmore (ten sam, którym opiekował się ponoć Edmund Dantes w lochu) uwolnił ich obu i wysłał Benedetta do hrabiego. Ten zaś nakazał mu udawać wicehrabiego. Niedługo potem Caderousse odnalazł chłopaka i zaczął go szantażować. Łajdak oznajmił mu, że co miesiąc chce otrzymywać od niego pewną sumę pieniędzy, grożąc przy tym, iż jeżeli ich nie otrzyma, to złoży odpowiedni donos na policję. Chłopak więc płacił mu dla świętego spokoju, ale okazało się, że dla zachłannego Caderousse’a to było za mało. Benedetto więc dał mu namiar na dom hrabiego Monte Christo, którego następnie o wszystkim powiadomił w anonimowy liście. Hrabia zaś zaczaił się na Kacpra wraz z wierną służbą i przyłapał go na gorącym uczynku, jednak (nie wiedzieć czemu) puścił tego nędznika wolno. Kiedy to zobaczyłem, pomyślałem, że mój biedny pan zwariował, szybko jednak zrozumiałem przebiegłość jego jakże genialnego planu. Gdyby drania złapano, to poszedłby siedzieć, ale hrabia uznał, iż ten łajdak zasługuje na śmierć i posłał go na nią. Caderousse, uciekając z domu hrabiego, przeskoczył przez mur i wpadł prosto w ramiona czekającego na niego Benedetta, który bez najmniejszych skrupułów zadźgał go nożem. Nareszcie ten nędznik dostał to, na co zasłużył. Ani trochę nie jest mi go żal.
Niedługo potem wicehrabia Cavalcanti zaręczył się z córką barona Danglarsa. Zanim jednak doszło do podpisania intercyzy, to hrabia ujawnił za pomocą listu, który na krótko przed swą śmiercią napisał Caderousse, że ów rzekomy wicehrabia to w rzeczywistości zbiegły z galer morderca imieniem Benedetto. Łajdak ten jednak widząc, iż został zdemaskowany, szybko uciekł, nim ktokolwiek zdążył go ująć. Chciał zbiec z Paryża, jednak dość szybko został pochwycony i zabrany do więzienia. Na polecenie hrabiego odwiedziłem tego nędznika i oznajmiłem mu, że mój pan bardzo chce mu pomóc. Wyobraźcie sobie, co ten łajdak mi odpowiedział. Powiedział, że uważa, iż hrabia Monte Christo jest jego ojcem i teraz wybroni go przed gilotyną. Biedny, naiwny chłopak. Mnie tam osobiście ta teoria wydawała się wręcz oburzająca. Nie tylko dlatego, że znałem prawdę, ale również dlatego, że taki dobry pan nie mógłby być przecież ojcem takiego łajdaka, jakim był za życia Benedetto. Powiedziałem więc temu podłemu ścierwu, że ojcem jego jest ktoś inny i już następnego dnia, z polecenia hrabiego, przyniosłem zaraz chłopakowi do celi papiery wyjaśniające całą historię jego narodzin. Były to pewne zeznania złożone pod przysięgą, a wśród nich także i moje. Benedetto miał podczas swego procesu ujawnić wszystkie te szczegóły i z ich pomocą zniszczyć pana de Villeforta. Nie ukrywałem, że i mnie ten plan się spodobał. Za jednym zamachem zemścili się pan i sługa. Pan za własne i nieznane mi sprawy, zaś sługa za pozbawionego pomsty prawnej brata. Niedługo po tym słynnym procesie Gerard de Villefort postradał zmysły i zamknięto go w szpitalu dla wariatów, gdzie po jakimś czasie zmarł. Nie spodziewałem się wówczas, że Benedetto ponownie odegra niebagatelną rolę w naszym życiu.
Okazało się, że ten łajdak opiekował się przed śmiercią swoim ojcem, który powoli odzyskiwał zmysły i wszystko mu opowiedział. Umierając zaś, nakazał on synowi zemścić się na hrabim de Monte Christo za swoje krzywdy, a Benedetto zgodził się na to. Potem, jakimś nieznanym mi sposobem, uciekł on z więzienia, jako lord de Wilmore zakradł się do grobu rodziny de Villefort, gdzie odnalazł ciało swego ojca, a następnie obciął trupowi prawą dłoń. Używał jej potem jako relikwii. Martwa ręka prowadziła tego nędznika do zemsty na moim panu, a jak to było z jego zemstą, zaraz opowiem.
W jaki sposób Benedetto nas odnalazł, nie mam wciąż pojęcia. Wyjechaliśmy niedługo po całej tej aferze z Paryża na Wschód. Ja, mój pan oraz jego ukochana, księżniczka Hayde. Wyjechaliśmy do Algierii, gdzie już wkrótce potem przyszła na świat córeczka mojego pana. Piękna i zdrowa dziewczynka. Słodkie maleństwo. Pamiętam, jak mój pan się ucieszył. Czuł, że los się do niego nareszcie uśmiechnął po tylu cierpieniach, jakie doznał od życia, a których mnie, prostemu słudze, nigdy nie wyznał. Nosiłem tę małą kruszynkę na rękach i czułem się równie szczęśliwy co mój pan, gdy tylko przyszła na świat. Nie spodziewałem się, że niedługo potem może nam ona zostać odebrana i to na zawsze. Gdyby tylko Bóg się do nas nie uśmiechnął, to na pewno by tak się stało.
Wszystko zaczęło się wówczas, kiedy hrabia z żoną i trzyletnią córką udał się do Wenecji na bal u znajomego doży. Ja także byłem tam z nimi. Niestety, podczas balu pojawił się ten nędznik Benedetto, który strasząc mojego pana, zapowiedział mu zemstę za krzywdy swojego ojca. Następnie zjawiła się jakaś Cyganka, która wróżyła mojemu państwu z dłoni. Ujrzała ona również dziecko mojego państwa i powiedziała im, że mała ma jakieś groźne fatum nad swoją głową. Jedynym zaś sposobem na to, żeby ją od niego ocalić, to wziąć udział w jakieś ceremonii biedaków, podczas której każdy z ludzi weźmie ją na ręce i pocałuje w czoło. Według wierzeń Cyganów, miało to podobno odgonić zły los. Hrabia nie chciał się na to zgodzić, jednak jego małżonka przekonała go do tego. Udali się zatem na ową ceremonię, ku własnemu zresztą nieszczęściu. Cygankę opłacił bowiem ten łotr Benedetto i to on też w przebraniu biedaka, podczas ceremonii porwał córkę mojego państwa. Hrabia i jego żona wraz ze mną ścigali tego nędznika, ale nawet nie mieli pojęcia, gdzie go szukać. Na polecenie mego pana wynająłem dla nich dom, w którym mieszkała wdowa z dwojgiem dzieci. Biedny hrabia nie wiedział, że córeczka owej kobiety to naprawdę jego słodkie maleństwo, które ukrył tutaj Benedetto i grożąc kobiecie śmiercią, zabronił jej mówić prawdę, po czym podpalił dom z hrabią i jego żoną w środku. Oboje uciekli z pożaru bez szwanku, jednak Benedetto ponownie zabrał dziecko. Potem hrabia wynajął z moją pomocą nowy dom, aby się w nim zatrzymać na noc, ale ten także został podpalony. Benedetto wszakże nie chciał zabijać moich państwa, a jedynie ich nastraszyć, a kiedy już tego dokonał, to poprzez swoich ludzi powiadomił hrabiego, że odda im córkę na wyspie Monte Christo. Hrabia miał się tam po nią udać, ale sam. Mój pan spełnił warunek tego nędznika, jednak dziecka nie odzyskał, sam zaś został pochwycony. Ludzie Benedetta zaś złapali księżniczkę Hayde i przywieźli ją na wyspę. Tam Benedetto uwięził moich państwa w grocie, po czym podłożył w niej ładunki wybuchowe i chciał pogrzebać ich żywcem w jaskini.
Na całe szczęście nie wiedział, że ma zdrajcę w swoich szeregach. Był nim Peppino, wierny sługa hrabiego oraz zbój Luigiego Vampy. Skontaktował się on ze mną i powiedział mi, gdzie przebywa córeczka moich państwa - Benedetto ukrył ją w chatce nad morzem. Postanowiliśmy zatem szybko działać. Mieliśmy szczęście, ponieważ biegnąc do chatki spotkaliśmy Jacopa, który to wraz ze swoją załogą właśnie kierował się na Monte Christo, aby jak zwykle ukryć tam przemytnicze łupy. Opowiedzieliśmy mu o wszystkim, a on wraz ze swymi ludźmi przeszedł do działania. Peppino oddał nam dziecko, które my ukryliśmy, jego samego natomiast wiążąc oraz kneblując dla niepoznaki - chcieliśmy bowiem, aby Benedetto ufał jeszcze Peppinowi, gdyż mogło to nam być bardzo na rękę. Po ukryciu córeczki hrabiego, ja oraz Jacopo, na czele dzielnych przemytników zaatakowaliśmy wyspę Monte Christo. Doszło wówczas do walki, podczas której zabiliśmy wszystkich bandytów tego łotra, ale niestety sam Benedetto zbiegł, a przedtem zdążył jeszcze wysadzić grotę w powietrze, licząc na to, że pogrzebie nas wszystkich żywcem. Łajdak przeklęty nie wiedział jednak o tym, iż ta grota ma więcej niż tylko jedno przejście, a hrabia, który znał Monte Christo lepiej niż ktokolwiek inny, zdołał nas wyprowadzić na zewnątrz.
Nie umiem, naprawdę nie umiem opisać tego wszystkiego, co czuli moi państwo, kiedy już odzyskali swoje ukochane dziecko. Płakali, tańczyli z radości, całowali główkę małej i tulili ją zachłannie do siebie jakby się bali, że za chwilę się obudzą i to wszystko okaże się tylko snem. Księżniczka nie rozstawała się ze swoim małym skarbem ani na chwilę. Długo jeszcze bała się, że może ją stracić. Hrabia zaś, wraz ze mną i Jacopem, udał się do Paryża. Chciał dopaść Benedetta. Domyślił się, że może chcieć on odnieść martwą rękę na jej miejsce. Mój pan i Jacopo, przebrani za grabarzy, wpuścili go więc do grobowca Villefortów, po czym zamknęli go w nim, ja zaś powiadomiłem o wszystkim żandarmów. Ci natomiast nie patyczkowali się z tym nędznym recydywistą i wsadzili go do paki. Ponoć skazano go na gilotynę, jednakże hrabia de Monte Christo w przebraniu odwiedził Benedetta i porozmawiał z nim poważnie. Obaj rozstrzygnęli wówczas między sobą wszelkie nieporozumienia, po czym chłopak z pomocą mojego pana zbiegł z więzienia, aby rozpocząć nowe życie. Nigdy więcej już nie próbował się on na nas mścić - dzięki Bogu. Od szpiegów hrabiego dowiedziałem się zaś, iż łotra tego niedawno ścięto na gilotynie. Mam nadzieję, że to prawda. Na nic innego bydlak nie zasługiwał.
Co do samego hrabiego, to wiedzie on jak dotąd spokojne życie. Od czasu do czasu, razem ze swoją rodziną, podróżuje on po świecie i bierze udział w różnego rodzaju wydarzeniach, które to mają jak najbardziej szlachetne pobudki. Wiem dobrze, że odegrał swoją rolę podczas walk o połączenie się księstw włoskich - za swoje pieniądze wystawił spory oddział żołnierzy. Wiem też, że podczas podróży po Kaukazie, hrabia został postrzelony przez miejscowych bandytów. Wynajął ich ten łotr Danglars, szukający zemsty na moim panu. Nie powiodło mu się jednak, gdyż hrabia został tylko lekko ranny, a ja i moi ludzie natychmiast pochwyciliśmy tego łajdaka, z zamiarem ukarania go w niezwykle okrutny sposób. Hrabia jednak łaskawie darował mu życie. Ja na jego miejscu kazałbym tego śmiecia powiesić na najbliższym drzewie, ale musiałem uszanować wolę mego pana.
Co do naszego obecnego życia, wiedziemy je w szczęściu, spokoju i radości. Nie bez problemów oczywiście, ale też nie mamy jak dotąd żadnych powodów do narzekań.
Jak już mówiłem, urodziłem się na Korsyce i jako Korsykanin dumny byłem z postępów mojego sławnego rodaka, Napoleona Bonaparte. Mój brat zaś był z niego jeszcze bardziej dumny. Na tyle dumny, że został jego naprawdę gorliwym zwolennikiem. Niestety, spotkały go za to jedynie same nieszczęścia. Gdy minęło słynne sto dni Napoleona, zaś nasz wielki mały cesarz został zesłany pod kuratelę Anglików na Wyspę Św. Heleny, gdzie dane mu było dokończyć żywota, rozpętał się w kraju tzw. biały terror. Rojaliści wyszli prędko z ukrycia i zaczęli bezkarnie mordować wszystkich bonapartystów, jacy im się tylko nawinęli pod rękę, władze zaś przymykały na to oko. Jedną z ofiar białego terroru był mój brat. Zginął on zamordowany przez nieznanych sprawców i pozostawił po sobie wdowę, którą wziąłem pod swą opiekę. Jako Korsykanin oczekiwałem, iż prawo weźmie pomstę za zabójstwo mojego brata. W tym celu udałem się ze skargą do królewskiego prokuratora, pana Gerarda de Villeforta. Chciałem, aby ścigał on zabójców mojego brata. Liczyłem na to, że mi pomoże, w końcu jego ojciec (jak kiedyś słyszałem) był również bonapartystą. Niestety, o ile ojciec rzeczywiście nim był, to syn miał zupełnie przeciwne poglądy od swojego rodziciela. Pan prokurator należał bowiem do zatwardziałych rojalistów i jako wierny poddany króla Ludwika XVIII odmówił wszelkiej pomocy w mojej sprawie. Odprawił mnie zatem z niczym. Zrozpaczony wyszedłem z jego gabinetu, przeklinając go i zapowiadając, że nie daruję mu tego, co teraz zrobił. Oznajmiłem mu, iż spotka go z mojej strony okrutna vendetta.
Villefort nie wyglądał początkowo na przerażonego moimi groźbami, jednak szybko okazało się, że wziął je sobie na poważnie do serca, ponieważ uciekł on przede mną do Wersalu. Liczył na to, iż mnogość ludzi w tym miejscu zdoła go uchronić. Pomylił się jednak i to bardzo, ponieważ cały czas śledziłem go uważnie, czekając na okazję do zemsty. Niedługo potem odkryłem, że Villefort wynajął dom w Auteuil, gdzie spotykał się potajemnie z pewną tajemniczą kobietą. Młodą oraz całkiem atrakcyjną kobietą. Wtedy jeszcze nie znałem jej nazwiska, obecnie jednak nie jest mi ono obce. Kobieta ta nazywała się Herminia de Nargonne, z domu de Salvieux. Była ona mężatką, gdy jednak jej mąż wyjechał w interesach, to jego żoneczka potajemnie spotykała się z Villefortem. Obserwowałem bardzo uważnie tę parkę gruchających ze sobą gołąbków. Oczywiście ich amory w ogóle mnie nie obchodziły. Miałem zamiar pomścić mego biednego brata, zabijając bezwzględnie człowieka, który sprawił, że jego mordercy bezkarnie chodzili sobie na wolności. Po długich oczekiwaniach trafiłem w końcu swoją okazję. Villefort i pani Herminia pewnego wieczora znaleźli się w ciężkiej sytuacji. Czając się w ogrodzie ich domu słyszałem płacz pani de Nargonne i uspokajające słowa pana de Villeforta. Nie bardzo wiedziałem, co się stało ani o co chodzi, ale prawdę mówiąc, niewiele mnie to wtedy obchodziło. Marzyłem jedynie o tym, żeby złapać za nóż oraz wbić go temu łajdakowi prosto w serce.
W końcu pan de Villefort wyszedł z domu, niosąc pod pachą jakąś skrzynkę, którą to następnie z pomocą łopaty zakopał w ogrodzie. Nie wiedziałem, po co to robi ani co właściwie zakopał. Podejrzewałem, że być może jakieś kosztowności lub coś innego, co pan prokurator chciałby ukryć na zawsze przed oczami osób postronnych. Musiałem się dowiedzieć, co to było, kiedy więc skończył on swoje czynności, wyjąłem nóż i rzuciłem się na niego. Powiedziałem mu, kim jestem i co go teraz spotka, po czym bez wahania zatopiłem w jego ciele kilkakrotnie swój nóż. Następnie myśląc, że zabiłem tę podłą kreaturę, złapałem łopatę i wykopałem skrzynkę, po czym dla niepoznaki zasypałem ponownie ziemię. Zabrałem swój cenny łup ze sobą i uciekłem. Następnie zaś, będąc już w bezpiecznym miejscu, otworzyłem skrzynkę i ku mojemu wielkiemu zdumieniu odkryłem, że w środku znajduje się noworodek płci męskiej. W usta miał wepchniętą chusteczkę, żeby nie mógł oddychać. Wyjąłem ją szybko i zrobiłem najgorszą rzecz w całym moim życiu - zacząłem cucić tego dzieciaka, robiąc mu szybko sztuczne oddychanie. Wiedziałem, jak to się robi, ponieważ swego czasu pracowałem jako pielęgniarz w szpitalu i nauczyłem się wówczas wielu pożytecznych rzeczy. Tak więc, na swoje własne nieszczęście przywróciłem niemowlę do życia i zacząłem się zastanawiać, co mi dalej czynić należy.
Oczywiście było dla mnie jasne, czyje to dziecko jest. Pan Gerard de Villefort spłodził bękarta pani Herminii de Nargonne i najspokojniej w świecie próbował go zabić, licząc wyraźnie na to, że nikt się o tym nie dowie. Widać zbyt mocno cenił sobie swoją karierę, skoro zgodził się posłać na śmierć niewinne stworzenie dla jej ratowania. Ja sam zaś znalazłem się w kropce. Nie wiedziałem, co mam zrobić z dzieckiem, w końcu jednak zaniosłem je do sierocińca. Chłopiec był owinięty w pieluszki, które to prawdopodobnie zrobiono z kotary lub czego innego. Materiał był piękny i bardzo drogi, a w dodatku miał na sobie herb rodziny de Nargonne. Zabrałem połowę owego materiału ze sobą i odszedłem. Na swoje nieszczęście o tym wszystkim opowiedziałem mojej nieszczęsnej bratowej, której zrobiło się żal dziecka. Wzięła ona ode mnie połowę tego przeklętego materiału, po czym poszła do sierocińca. Tam powiedziała, że jest ona matką dziecka, które niedawno tutaj przyniesiono. Fragment materiału z połową herbu o inicjałach H.N. był dowodem wystarczającym dla pracowników, zatem wydano jej dziecko. Ona zaś przyniosła je do domu i razem ze mną postanowiła je wychować.
Jak już powiedziałem, chyba na własne nieszczęście przygarnęliśmy tego oto bachora pod swój dach. Benedetto (tak go bowiem oboje nazwaliśmy) wyrósł na chłopaka podłego, krnąbrnego i zuchwałego. W dużej mierze przyczyniła się do tego moja biedna bratowa, która pozwalała swojemu wychowankowi dosłownie na wszystko i tym samym zepsuła mu charakter. Benedetto od niej zawsze dostawał to, czego chciał. Pamiętam, jak raz spodobała mu się małpka, którą wystawiano w klatce na targu. Bardzo chciał ją mieć, ale ja i moja bratowa odmówiliśmy kupna. Potem Benedetto poszedł bawić się z kolegami, a wrócił z tą małpką na smyczy. Kiedy zapytaliśmy go, skąd ją wziął, zaśmiał się tylko podle i poszedł się z nią bawić. Nie ulegało wątpliwości, że albo ją ukradł, albo zabrał komuś pieniądze, żeby móc ją sobie potem kupić. Tak czy inaczej, nie pozostawiało to najmniejszych wątpliwości, że nasz wychowanek był złodziejem i to od najmłodszych swoich lat. Nie żebym uważał siebie za aniołka, jednak moim zdaniem przemyt, to co innego niż kradzież. Poza tym ja wybrałem swój zawód z powodu nędzy, w jakiej żyła moja rodzina, Benedetto zaś kradł jedynie dla własnego widzimisię, czego też w żadnym razie nie umiałem zrozumieć. Dlatego postanowiłem wyciągnąć chłopaka na jedną ze swoich przemytniczych wypraw. Skoro tak bardzo lubi żyć na bakier z prawem, to niech przynajmniej uprawia jakiś porządny zawód, myślałem sobie. On jednak wyśmiał mnie podle, gdy tylko mu to zaproponował. Stwierdził, że woli złodziejstwo, a poza tym ma taką matkę (miał na myśli moją bratową), iż jeśli coś jej każe, to ta dla niego zrobi wszystko, po co więc ma się wysilać i pracować? Nikczemny gad. Pamiętam, że gdy chciałem dać mu ostrą reprymendę za te jego bezczelne słowa, to zmroził mnie swoim wzrokiem i powiedział mi, że nie mam prawa robić mu wymówek, bo nie jestem jego ojcem. Nie wiem, skąd się o tym dowiedział. W końcu ani ja, ani też moja biedna bratowa nigdy mu tej tajemnicy nie wyjawiliśmy, a on jednak dowiedział się o tym. W jaki sposób? Do dzisiaj nie wiem.
Tak czy inaczej pojechałem na jedną ze moich przemytniczych wypraw sam, bez Benedetta. Wyprawa była owocna, ale musieliśmy uciekać przed celnikami, którzy wpadli na nasz trop. Aby uniknąć aresztowania, skryłem się w oberży mego dobrego znajomego. Nazywał się on Kacper Caderousse. Kiedyś był krawcem, a później wraz z żoną Magdaleną prowadził oberżę i powiedział mi, że ja oraz moi kompani możemy się tutaj ukrywać, jeśli zajdzie taka potrzeba. W tym wypadku taka potrzeba zaistniała. Wszedłem więc do środka oberży i skryłem się w pewnym jej tajnym miejscu, aby spokojnie przespać noc i nabrać sił. Właścicieli nie było, więc zjawiłem się tutaj bez ich wiedzy. Jak się później okazało, dobrze zrobiłem, ponieważ ujawnienie swojej obecności mogłoby mnie wtedy kosztować życie. Dlaczego? Zaraz to wyjaśnię.
Otóż tego oto dnia, kilka godzin przede mną, oberżę nawiedził niejaki ksiądz Busoni. Powiedział, że Edmund Dantes (znajomy Caderousse’a z dawnych lat) zmarł w więzieniu, lecz nie jako biedak. Wcześniej bowiem opiekował się w lochu niejakim lordem de Wilmore, Anglikiem, który to później, wychodząc na wolność, powierzył Edmundowi pewien diament o ogromnej wartości. Biedny Dantes zmarł w więzieniu, ale na krótko przed swoją śmiercią wręczył ów diament Busoniemu, każąc mu przy odnaleźć czterech ludzi, którzy mieli się owym klejnotem podzielić. Tymi ludźmi mieli być Danglars, Fernand Mondego, Mercedes Herrera i Kacper Caderousse. Mój znajomy więc przekonał Busoniego do tego, że tylko jemu ów diament się należy, gdyż ponoć z całej wyżej wymienionej czwórki jedynie on zachował wierność panu Dantesowi. Prawda to lub nie, ale faktem jest, że Busoni dał mu diament, a Caderousse postanowił natychmiast go sprzedać, rzecz jasna z zyskiem. Diament ów, według słów księdza, miał mieć wartość aż pięćdziesięciu tysięcy franków, ale bankier, który chciał go odkupić, zgodził się zapłacić jedynie czterdzieści pięć tysięcy i zapowiedział, że inni na jego miejscu na pewno tak wysokiej sumy nie dadzą, a może nawet stwierdzą, że diament ów został zdobyty w sposób nielegalny i wezwą policję. Państwo Caderousse zatem przyjęli sumę zaproponowaną im przez bankiera. Byłem tego świadkiem, ponieważ transakcja odbywała się w oberży i to w chwili, kiedy ja się w niej ukrywałem. Bankier po dokonaniu transakcji postanowił wrócić do domu, ale zmienił zdanie, kiedy na dworze wybuchła burza. Gospodarze radośnie go ugościli i oddali jeden z pokoi. Nie wiem, w jakich szczegółach doszło do tego, co się następnie stało. Kacper wraz z żoną zaatakowali bankiera. Ten wypalił do nich z pistoletu, trafiając kulą Magdalenę, która osunęła się martwa na ziemię. Biedny bankier nie zdążył strzelić drugi raz, gdyż Kacper zadał mu śmiertelny cios nożem, po czym szybko zabrał mu brylant oraz pieniądze, jakie za niego otrzymał, a następnie uciekł w siną dal. Ach, ta przeklęta noc!
Niedługo potem w oberży zjawili się żandarmi, natomiast ja zostałem od razu aresztowany jako podwójny morderca. Na próżno im tłumaczyłem, że to wszystko zrobił Caderousse, a nie ja. Nikt mi nie uwierzył. Wsadzono mnie do więzienia, gdzie miałem czekać na wyrok. Na całe szczęście Caderousse został schwytany i żeby złagodzić swój wyrok, przyznał się do wszystkiego, oczywiście zwalając całą winę na żonę, która to rzekomo namówiła go do zamordowania bankiera. Jaka była prawda, zapewne już nigdy się tego nie dowiemy. Tak czy inaczej, w więzieniu, gdy czekałem na wyrok, odwiedził mnie ksiądz Busoni. Opowiedziałem mu całą historię, zaś on obiecał pomóc mi. Niedługo potem policja schwytali Caderousse’a, o czym już wspominałem. Za swoje zbrodnie został on skazany na śmierć, ale ostatecznie wyrok zamieniono na dożywotnie galery.
Oczywiście, po schwytaniu prawdziwego winowajcy, mnie wypuszczono od razu na wolność. Wróciłem więc do domu, gdzie odkryłem wręcz straszne fakty. Okazało się, że Benedetto zniknął, a moja bratowa nie żyje. Jak do tego doszło? Cóż... Żona mojego brata zbyt mocno rozbestwiła tego nędznego chłopaka. Przed wyjazdem na wyprawę przemytniczą poradziłem jej zatem, aby zaczęła smarkacza trzymać krótko. Zemściło się to na nas w okrutny sposób. Benedetto zażądał od swej przybranej matki pieniędzy. Gdy ich nie otrzymał, wściekły zebrał koleżków, związał ją i ciężko pobił, po czym zabrał wszystko, co miała kosztownego, a dla zabawy podpalił dom. Biedna kobieta zmarła albo na wskutek pobicia lub wskutek podpalenia. Tak czy inaczej Benedetto zniknął i nikt nie mógł go znaleźć. Mnie zaś nie zostało już na tym świecie nic poza rozpaczą. Tułałem się więc bez celu po świecie, od czasu do czasu znów zajmując się przemytem, aż wreszcie w roku 1838 spotkałem ponownie księdza Busoniego. Opowiedziałem mu swoje dzieje, a on bardzo mi współczuł i dał mi list polecający do swojego znajomego, hrabiego Monte Christo, abym rozpoczął u niego służbę. Odnalazłem go i wstąpiłem do niego na służbę. Zostałem jego intendentem. Hrabia zaś przyjął mnie z radością, zwłaszcza, że byłem kiedyś przemytnikiem, on zaś miał wręcz niezwykłą słabość do kontrabandzistów. Nie wiedziałem jednak wtedy, skąd też się biorą przyczyny takiej sympatii. Dopiero nieco później Jacopo, którego to poznałem na służbie u hrabiego, powiedział mi, że hrabia we wczesnej młodości sam pływał po morzu jako przemytnik. Tym większy szacunek ów człowiek zyskał w moich oczach.
Wkrótce, w roku 1838, hrabia Monte Christo udał się do Paryża, a ja razem z nim. Ku mojemu przerażeniu, pan mój wynajął dom w Auteuil jako swoją wiejską rezydencję. Kazał mi się tam udać ze sobą. Zrobiłem to z wielką niechęcią, ale wola mojego pana była, jest i będzie dla mnie rozkazem, więc pomijając swoje własne uczucia udałem się do Auteuil z hrabią. Nie umiałem się jednak wówczas powstrzymać przed okazaniem, iż bardzo mnie to miejsce przeraża. Hrabia zapytał mnie o powód takiego panicznego strachu przed tym domem, więc opowiedziałem mu wszystkie moje dotychczasowe przygody. Wyraźnie go one zainteresowały. Niedługo potem urządził w Auteuil przyjęcie, na które zaprosił państwa Danglars, państwa de Villefort oraz niejakiego majora Bartolomeo Cavalcanti wraz z synem, wicehrabią Andreą Cavalcanti. Doznałem podczas tego oto przyjęcia potrójnego szoku. Pierwszego doświadczyłem, kiedy ujrzałem żonę Danglarsa. To była dawna kochanka Villeforta, pani Herminia de Nargonne, obecnie pani Danglars. Matka Benedetta. Drugi szok, który na mnie spadł, to był widok całkiem żywego Gerarda de Villeforta, którego jak mniemałem, osobiście uśmierciłem. Pomimo upływu kilku lat od razu go rozpoznałem, na szczęście on mnie nie. Trzeci szok zaś spotkał mnie wtedy, kiedy ujrzałem rzekomego wicehrabiego Cavalcanti. To był przecież ten zwyrodnialec, Benedetto, nieślubny syn Villeforta i pani Danglars. Chłopak, którego własny ojciec próbował zakopać żywcem w ogrodzie dla ratowania swej kariery. Powiedziałem o tym wszystkim hrabiemu, który dla własnego dobra kazał mi zachowywać się normalnie oraz siedzieć cicho. Tak też uczyniłem, ale tego co wówczas doznałem, nie da się wyrazić słowami.
Nie byłem wtajemniczony w szczegóły planu hrabiego Monte Christo, także nie wiedziałem, co on planuje i dlaczego. Wiem jednak, iż później okazało się, że hrabia specjalnie sprowadził Benedetta do Paryża i kazał mu udawać wicehrabiego Cavalcanti. Chciał on dzięki jego osobie wyrównać swoje osobiste porachunki z Villefortem i Danglarsem. Nie wiem dokładnie, jakie były powody tejże zemsty, wiem jednak, że gdybym to ja był na miejscu mojego pana, to użyłbym do jej realizacji korsykańskiego noża i broń mnie Panie Boże, gdybym miał tym razem chybić swego celu. Ale cóż... Intendent mści się po swojemu, zaś jaśnie pan po swojemu.
W każdym razie Benedetto nie przybył sam do Paryża. Towarzyszył mu nasz stary, wspólny znajomy, Kacper Caderousse. Okazało się, że ci oto dwaj nędznicy trafili na te same galery i byli razem skuci jednym łańcuchem. Los dziwnie się nieraz plecie. Potem na prośbę hrabiego Monte Christo, lord de Wilmore (ten sam, którym opiekował się ponoć Edmund Dantes w lochu) uwolnił ich obu i wysłał Benedetta do hrabiego. Ten zaś nakazał mu udawać wicehrabiego. Niedługo potem Caderousse odnalazł chłopaka i zaczął go szantażować. Łajdak oznajmił mu, że co miesiąc chce otrzymywać od niego pewną sumę pieniędzy, grożąc przy tym, iż jeżeli ich nie otrzyma, to złoży odpowiedni donos na policję. Chłopak więc płacił mu dla świętego spokoju, ale okazało się, że dla zachłannego Caderousse’a to było za mało. Benedetto więc dał mu namiar na dom hrabiego Monte Christo, którego następnie o wszystkim powiadomił w anonimowy liście. Hrabia zaś zaczaił się na Kacpra wraz z wierną służbą i przyłapał go na gorącym uczynku, jednak (nie wiedzieć czemu) puścił tego nędznika wolno. Kiedy to zobaczyłem, pomyślałem, że mój biedny pan zwariował, szybko jednak zrozumiałem przebiegłość jego jakże genialnego planu. Gdyby drania złapano, to poszedłby siedzieć, ale hrabia uznał, iż ten łajdak zasługuje na śmierć i posłał go na nią. Caderousse, uciekając z domu hrabiego, przeskoczył przez mur i wpadł prosto w ramiona czekającego na niego Benedetta, który bez najmniejszych skrupułów zadźgał go nożem. Nareszcie ten nędznik dostał to, na co zasłużył. Ani trochę nie jest mi go żal.
Niedługo potem wicehrabia Cavalcanti zaręczył się z córką barona Danglarsa. Zanim jednak doszło do podpisania intercyzy, to hrabia ujawnił za pomocą listu, który na krótko przed swą śmiercią napisał Caderousse, że ów rzekomy wicehrabia to w rzeczywistości zbiegły z galer morderca imieniem Benedetto. Łajdak ten jednak widząc, iż został zdemaskowany, szybko uciekł, nim ktokolwiek zdążył go ująć. Chciał zbiec z Paryża, jednak dość szybko został pochwycony i zabrany do więzienia. Na polecenie hrabiego odwiedziłem tego nędznika i oznajmiłem mu, że mój pan bardzo chce mu pomóc. Wyobraźcie sobie, co ten łajdak mi odpowiedział. Powiedział, że uważa, iż hrabia Monte Christo jest jego ojcem i teraz wybroni go przed gilotyną. Biedny, naiwny chłopak. Mnie tam osobiście ta teoria wydawała się wręcz oburzająca. Nie tylko dlatego, że znałem prawdę, ale również dlatego, że taki dobry pan nie mógłby być przecież ojcem takiego łajdaka, jakim był za życia Benedetto. Powiedziałem więc temu podłemu ścierwu, że ojcem jego jest ktoś inny i już następnego dnia, z polecenia hrabiego, przyniosłem zaraz chłopakowi do celi papiery wyjaśniające całą historię jego narodzin. Były to pewne zeznania złożone pod przysięgą, a wśród nich także i moje. Benedetto miał podczas swego procesu ujawnić wszystkie te szczegóły i z ich pomocą zniszczyć pana de Villeforta. Nie ukrywałem, że i mnie ten plan się spodobał. Za jednym zamachem zemścili się pan i sługa. Pan za własne i nieznane mi sprawy, zaś sługa za pozbawionego pomsty prawnej brata. Niedługo po tym słynnym procesie Gerard de Villefort postradał zmysły i zamknięto go w szpitalu dla wariatów, gdzie po jakimś czasie zmarł. Nie spodziewałem się wówczas, że Benedetto ponownie odegra niebagatelną rolę w naszym życiu.
Okazało się, że ten łajdak opiekował się przed śmiercią swoim ojcem, który powoli odzyskiwał zmysły i wszystko mu opowiedział. Umierając zaś, nakazał on synowi zemścić się na hrabim de Monte Christo za swoje krzywdy, a Benedetto zgodził się na to. Potem, jakimś nieznanym mi sposobem, uciekł on z więzienia, jako lord de Wilmore zakradł się do grobu rodziny de Villefort, gdzie odnalazł ciało swego ojca, a następnie obciął trupowi prawą dłoń. Używał jej potem jako relikwii. Martwa ręka prowadziła tego nędznika do zemsty na moim panu, a jak to było z jego zemstą, zaraz opowiem.
W jaki sposób Benedetto nas odnalazł, nie mam wciąż pojęcia. Wyjechaliśmy niedługo po całej tej aferze z Paryża na Wschód. Ja, mój pan oraz jego ukochana, księżniczka Hayde. Wyjechaliśmy do Algierii, gdzie już wkrótce potem przyszła na świat córeczka mojego pana. Piękna i zdrowa dziewczynka. Słodkie maleństwo. Pamiętam, jak mój pan się ucieszył. Czuł, że los się do niego nareszcie uśmiechnął po tylu cierpieniach, jakie doznał od życia, a których mnie, prostemu słudze, nigdy nie wyznał. Nosiłem tę małą kruszynkę na rękach i czułem się równie szczęśliwy co mój pan, gdy tylko przyszła na świat. Nie spodziewałem się, że niedługo potem może nam ona zostać odebrana i to na zawsze. Gdyby tylko Bóg się do nas nie uśmiechnął, to na pewno by tak się stało.
Wszystko zaczęło się wówczas, kiedy hrabia z żoną i trzyletnią córką udał się do Wenecji na bal u znajomego doży. Ja także byłem tam z nimi. Niestety, podczas balu pojawił się ten nędznik Benedetto, który strasząc mojego pana, zapowiedział mu zemstę za krzywdy swojego ojca. Następnie zjawiła się jakaś Cyganka, która wróżyła mojemu państwu z dłoni. Ujrzała ona również dziecko mojego państwa i powiedziała im, że mała ma jakieś groźne fatum nad swoją głową. Jedynym zaś sposobem na to, żeby ją od niego ocalić, to wziąć udział w jakieś ceremonii biedaków, podczas której każdy z ludzi weźmie ją na ręce i pocałuje w czoło. Według wierzeń Cyganów, miało to podobno odgonić zły los. Hrabia nie chciał się na to zgodzić, jednak jego małżonka przekonała go do tego. Udali się zatem na ową ceremonię, ku własnemu zresztą nieszczęściu. Cygankę opłacił bowiem ten łotr Benedetto i to on też w przebraniu biedaka, podczas ceremonii porwał córkę mojego państwa. Hrabia i jego żona wraz ze mną ścigali tego nędznika, ale nawet nie mieli pojęcia, gdzie go szukać. Na polecenie mego pana wynająłem dla nich dom, w którym mieszkała wdowa z dwojgiem dzieci. Biedny hrabia nie wiedział, że córeczka owej kobiety to naprawdę jego słodkie maleństwo, które ukrył tutaj Benedetto i grożąc kobiecie śmiercią, zabronił jej mówić prawdę, po czym podpalił dom z hrabią i jego żoną w środku. Oboje uciekli z pożaru bez szwanku, jednak Benedetto ponownie zabrał dziecko. Potem hrabia wynajął z moją pomocą nowy dom, aby się w nim zatrzymać na noc, ale ten także został podpalony. Benedetto wszakże nie chciał zabijać moich państwa, a jedynie ich nastraszyć, a kiedy już tego dokonał, to poprzez swoich ludzi powiadomił hrabiego, że odda im córkę na wyspie Monte Christo. Hrabia miał się tam po nią udać, ale sam. Mój pan spełnił warunek tego nędznika, jednak dziecka nie odzyskał, sam zaś został pochwycony. Ludzie Benedetta zaś złapali księżniczkę Hayde i przywieźli ją na wyspę. Tam Benedetto uwięził moich państwa w grocie, po czym podłożył w niej ładunki wybuchowe i chciał pogrzebać ich żywcem w jaskini.
Na całe szczęście nie wiedział, że ma zdrajcę w swoich szeregach. Był nim Peppino, wierny sługa hrabiego oraz zbój Luigiego Vampy. Skontaktował się on ze mną i powiedział mi, gdzie przebywa córeczka moich państwa - Benedetto ukrył ją w chatce nad morzem. Postanowiliśmy zatem szybko działać. Mieliśmy szczęście, ponieważ biegnąc do chatki spotkaliśmy Jacopa, który to wraz ze swoją załogą właśnie kierował się na Monte Christo, aby jak zwykle ukryć tam przemytnicze łupy. Opowiedzieliśmy mu o wszystkim, a on wraz ze swymi ludźmi przeszedł do działania. Peppino oddał nam dziecko, które my ukryliśmy, jego samego natomiast wiążąc oraz kneblując dla niepoznaki - chcieliśmy bowiem, aby Benedetto ufał jeszcze Peppinowi, gdyż mogło to nam być bardzo na rękę. Po ukryciu córeczki hrabiego, ja oraz Jacopo, na czele dzielnych przemytników zaatakowaliśmy wyspę Monte Christo. Doszło wówczas do walki, podczas której zabiliśmy wszystkich bandytów tego łotra, ale niestety sam Benedetto zbiegł, a przedtem zdążył jeszcze wysadzić grotę w powietrze, licząc na to, że pogrzebie nas wszystkich żywcem. Łajdak przeklęty nie wiedział jednak o tym, iż ta grota ma więcej niż tylko jedno przejście, a hrabia, który znał Monte Christo lepiej niż ktokolwiek inny, zdołał nas wyprowadzić na zewnątrz.
Nie umiem, naprawdę nie umiem opisać tego wszystkiego, co czuli moi państwo, kiedy już odzyskali swoje ukochane dziecko. Płakali, tańczyli z radości, całowali główkę małej i tulili ją zachłannie do siebie jakby się bali, że za chwilę się obudzą i to wszystko okaże się tylko snem. Księżniczka nie rozstawała się ze swoim małym skarbem ani na chwilę. Długo jeszcze bała się, że może ją stracić. Hrabia zaś, wraz ze mną i Jacopem, udał się do Paryża. Chciał dopaść Benedetta. Domyślił się, że może chcieć on odnieść martwą rękę na jej miejsce. Mój pan i Jacopo, przebrani za grabarzy, wpuścili go więc do grobowca Villefortów, po czym zamknęli go w nim, ja zaś powiadomiłem o wszystkim żandarmów. Ci natomiast nie patyczkowali się z tym nędznym recydywistą i wsadzili go do paki. Ponoć skazano go na gilotynę, jednakże hrabia de Monte Christo w przebraniu odwiedził Benedetta i porozmawiał z nim poważnie. Obaj rozstrzygnęli wówczas między sobą wszelkie nieporozumienia, po czym chłopak z pomocą mojego pana zbiegł z więzienia, aby rozpocząć nowe życie. Nigdy więcej już nie próbował się on na nas mścić - dzięki Bogu. Od szpiegów hrabiego dowiedziałem się zaś, iż łotra tego niedawno ścięto na gilotynie. Mam nadzieję, że to prawda. Na nic innego bydlak nie zasługiwał.
Co do samego hrabiego, to wiedzie on jak dotąd spokojne życie. Od czasu do czasu, razem ze swoją rodziną, podróżuje on po świecie i bierze udział w różnego rodzaju wydarzeniach, które to mają jak najbardziej szlachetne pobudki. Wiem dobrze, że odegrał swoją rolę podczas walk o połączenie się księstw włoskich - za swoje pieniądze wystawił spory oddział żołnierzy. Wiem też, że podczas podróży po Kaukazie, hrabia został postrzelony przez miejscowych bandytów. Wynajął ich ten łotr Danglars, szukający zemsty na moim panu. Nie powiodło mu się jednak, gdyż hrabia został tylko lekko ranny, a ja i moi ludzie natychmiast pochwyciliśmy tego łajdaka, z zamiarem ukarania go w niezwykle okrutny sposób. Hrabia jednak łaskawie darował mu życie. Ja na jego miejscu kazałbym tego śmiecia powiesić na najbliższym drzewie, ale musiałem uszanować wolę mego pana.
Co do naszego obecnego życia, wiedziemy je w szczęściu, spokoju i radości. Nie bez problemów oczywiście, ale też nie mamy jak dotąd żadnych powodów do narzekań.

Mściwy człowiek z tego Bertuccia, skoro o mało co nie dopuścił się morderstwa na Villeforcie, ale chyba największa pomyłką jego życia było uratowanie Benedetta, przez którego stracił bratową. Z kolei hrabia okazał się niezwykle dobrym i szlachetnym człowiekiem pomagając nie tylko Bertucciowi, ale również tym, którzy czyhali na jego życie. Doprawdy nie wiem, jak po tym wszystkim mógł pomóc Benedettowi w ucieczce. Przecież przez niego o mało co nie postradał życia razem z żoną i córką, którą Benedetto niechybnie również by zabił, gdyby wśród jego ludzi nie znalazł się Peppino. Dobrze, że chociaż on nie okazał się niewdzięczny, tylko zapamiętał, że zawdzięczał życie hrabiemu i przyszedł mu z pomocą we właściwym czasie.
OdpowiedzUsuńNajbardziej przerażają mnie tacy ludzie jak pan prokurator, który by ukryć stosunkowo niewielki grzech, jak posiadanie nieślubnego dziecka są gotowi posunąć się do zbrodni.
OdpowiedzUsuńCzy te informację pomogą w śledztwie Kronikarzowi?