27 lipca 1855 r. c.d.
Po zapisaniu opowieści Giovanniego Bertuccia uśmiechnąłem się z radości, ponieważ opowieść tego pana wniosła dość dużo do znanych mi już szczegółów z dziejów hrabiego Monte Christo. Co prawda spora część z tego, co opowiedział mi Bertuccio, dobrze mi była znana, to jednak faktem pozostaje to, iż moja wiedza o jego panu nieco się poszerzyła, nie wspominając już o tym, że ta sama historia, ale opowiedziana z innej perspektywy brzmi o wiele inaczej, co także jest niezwykle ciekawym doświadczeniem. Na pozór punkt czyjegoś widzenia nie znaczy nic, ja jednak jako dziennikarz oraz literat doskonale zdawałem sobie sprawę z potęgi, jaką zawiera w sobie punkt widzenia, jak i również opinia narratora jakiejś historii. Dlatego też zawsze lubiłem poznać tę samą historię z różnych źródeł, gdyż opinia opowiadającego na jej temat bywa niekiedy sama w sobie osobną opowieścią. Być może to wszystko brzmi fantastycznie czy nawet dziwnie, ale taka jest prawda.
Niedługo po zakończeniu opowieści Giovanniego Bertuccia, przybiegł do nas Ali i zaczął coś pokazywać na migi. Nie zrozumiałem z tej gestykulacji nic, jednak intendent musiał pojąć wszystko, ponieważ szybko zerwał się ze swojego miejsca i powiedział:
- Ali mówi, że hrabia Monte Christo i hrabina Hayde właśnie wrócili. Są więc gotowi was powitać, moi państwo.
Słysząc to ja, Marta oraz Jacopo szybko powstaliśmy ze swoich miejsc, żeby móc przywitać się z gospodarzem. Wszedł on po chwili do salonu trzymając pod rękę swoją żonę, Hayde.
Nie potrafię opisać wszystkich emocji, jakie towarzyszyły mi w chwili, kiedy wreszcie mogłem poznać tego niesamowitego człowieka. Prezentował się on niezwykle dostojnie. Lat miał tak około sześćdziesięciu, ale wyglądał na znacznie mniej, może pięćdziesiąt, a może też nieco mniej. Wciąż był bowiem niezwykle przystojnym człowiekiem. Nie miał wielu zmarszczek na twarzy, a do tego z jego postaci biła wielka wręcz dostojność. Ubrany był w europejski strój: frak, cylinder oraz laseczkę w ręku. Od razu nabrałem do tego człowieka wielkiego szacunku. Prawdę mówiąc, to już od dawna miałem ten szacunek do niego i to od chwili, gdy poznałem z wielu źródeł jego życie, ale nawet gdybym tego życia nie znał, to i tak, stojąc przed tym człowiekiem twarzą w twarz, nabrałbym do niego szacunku. Bo nie można było inaczej postąpić podczas rozmowy z tym panem. Hrabia Monte Christo swoim wyglądem i zachowaniem budził ogromny szacunek, a prócz też i podziw, jak również lekki respekt.
Jego małżonka wydawała się kobietą sporo młodszą od niego. Miała ona tak około czterdziestu lat, lecz podobnie jak mąż wyglądała na co najmniej dziesięć lat mniej, niż miała w rzeczywistości. Wciąż była bardzo piękna. W przeciwieństwie do swego męża, chodziła ubrana w strój orientalny, który to w niesamowity sposób przypominał strój, jaki miała na sobie moja ukochana. Od razu rzuciło mi się to w oczy. Nie mówiąc już o tym, że z wyglądu hrabina Hayde była niezwykle podobna do Marty. A może to raczej Marta była podobna do hrabiny Monte Christo. Ano właśnie... Obie te kobiety były do siebie niesamowicie podobne. Przypadek? Oj, chyba nie. Takie przypadki raczej się nie zdarzają na tym świecie. Moja droga Marta była niezwykle podobna do Hayde. Można by powiedzieć, że jest młodszą wersję żony hrabiego Monte Christo. Do tego jeszcze Marta miała oczy hrabiego. Te same, błękitne oczy koloru czystego nieba w pogodę. Prócz tego mieli oni podobne nosy. Właściwie to nie tyle podobne, co wręcz takie same. Zdecydowane i stanowcze nosy ludzi wielkich i pewnych tego, czego chcą od życia. Pomyślałem jednak, że to nie jest możliwe. To przecież nie mogła być prawda. Marta nie może być przecież... Nie, to na pewno tylko przypadkowe podobieństwo, pomyślałem. Całkowicie przypadkowe. Zresztą zaraz się wszystko wyjaśni. Jestem tego pewien.
- Witamy pana serdecznie, panie Chroniqueur, w naszych skromnych progach - rzekł hrabia Monte Christo, uśmiechając się do mnie przyjaźnie.
- Witamy pana i pańskich towarzyszy - dodała Hayde, uśmiechając się równie przyjaźnie co jej mąż.
Jacopo podszedł do hrabiego i wpadł mu w ramiona. Była to swego rodzaju poufałość, ale wyglądało na to, że Jacopo jest jednak człowiekiem bardzo bliskim hrabiemu. Na tyle bliskim, żeby sobie pozwolić na mówienie hrabiemu po imieniu i ściskaniu go.
- Witaj, mój drogi przyjacielu - rzekł z nieukrywaną radością hrabia de Monte Christo, ściskając po przyjacielsku przemytnika.
- Witaj, panie hrabio - odpowiedział mu z uśmiechem Jacopo.
- Ty nigdy mnie tak nie nazywaj, przyjacielu.
- Dobrze, Edmundzie.
Hayde tymczasem wyciągnęła ręce do Marty i powiedziała:
- Witaj ponownie w domu, kochanie.
Popatrzyłem na Martę, domyślając się już wszystkiego. Marta zaś spojrzała na mnie bardzo smutnym wzrokiem i powiedziała do mnie chyba coś w rodzaju „Przepraszam”, po czym wpadła w ramiona Hayde wołając:
- Mamo!
Serce chyba mi zamarło w piersi, gdy to usłyszałem. A zatem przeczucie mnie nie myliło. Mamo... To jedno słowo wyjaśniło mi więcej niż tysiąc zdań.
Spojrzałem na Martę, która wpatrywała się wtedy we mnie przepraszającym spojrzeniem, natomiast hrabia, kiedy tylko jego żona wypuściła już z objęć moją ukochaną, złapał ją mocno w objęcia i pocałował delikatnie jej czoło. Następnie zaś popatrzył na mnie i uśmiechnął się delikatnie.
- Mam nadzieję, że moja córka była dobrą towarzyszką podróży dla pana, panie Chroniqueur?
Marta ponownie posłała mi przepraszające spojrzenie. Ja zaś wpatrywałem się w nią i rzekłem złym tonem:
- To ty... Ty jesteś...
Ze złości na nią nie umiałem dokończyć zdania, jednakże ona mnie uprzedziła i nim skończyłem formułować pytanie, odrzekła:
- Tak, Jean. Dobrze rozumiesz. Jestem córką hrabiego Monte Christo.
Po zapisaniu opowieści Giovanniego Bertuccia uśmiechnąłem się z radości, ponieważ opowieść tego pana wniosła dość dużo do znanych mi już szczegółów z dziejów hrabiego Monte Christo. Co prawda spora część z tego, co opowiedział mi Bertuccio, dobrze mi była znana, to jednak faktem pozostaje to, iż moja wiedza o jego panu nieco się poszerzyła, nie wspominając już o tym, że ta sama historia, ale opowiedziana z innej perspektywy brzmi o wiele inaczej, co także jest niezwykle ciekawym doświadczeniem. Na pozór punkt czyjegoś widzenia nie znaczy nic, ja jednak jako dziennikarz oraz literat doskonale zdawałem sobie sprawę z potęgi, jaką zawiera w sobie punkt widzenia, jak i również opinia narratora jakiejś historii. Dlatego też zawsze lubiłem poznać tę samą historię z różnych źródeł, gdyż opinia opowiadającego na jej temat bywa niekiedy sama w sobie osobną opowieścią. Być może to wszystko brzmi fantastycznie czy nawet dziwnie, ale taka jest prawda.
Niedługo po zakończeniu opowieści Giovanniego Bertuccia, przybiegł do nas Ali i zaczął coś pokazywać na migi. Nie zrozumiałem z tej gestykulacji nic, jednak intendent musiał pojąć wszystko, ponieważ szybko zerwał się ze swojego miejsca i powiedział:
- Ali mówi, że hrabia Monte Christo i hrabina Hayde właśnie wrócili. Są więc gotowi was powitać, moi państwo.
Słysząc to ja, Marta oraz Jacopo szybko powstaliśmy ze swoich miejsc, żeby móc przywitać się z gospodarzem. Wszedł on po chwili do salonu trzymając pod rękę swoją żonę, Hayde.
Nie potrafię opisać wszystkich emocji, jakie towarzyszyły mi w chwili, kiedy wreszcie mogłem poznać tego niesamowitego człowieka. Prezentował się on niezwykle dostojnie. Lat miał tak około sześćdziesięciu, ale wyglądał na znacznie mniej, może pięćdziesiąt, a może też nieco mniej. Wciąż był bowiem niezwykle przystojnym człowiekiem. Nie miał wielu zmarszczek na twarzy, a do tego z jego postaci biła wielka wręcz dostojność. Ubrany był w europejski strój: frak, cylinder oraz laseczkę w ręku. Od razu nabrałem do tego człowieka wielkiego szacunku. Prawdę mówiąc, to już od dawna miałem ten szacunek do niego i to od chwili, gdy poznałem z wielu źródeł jego życie, ale nawet gdybym tego życia nie znał, to i tak, stojąc przed tym człowiekiem twarzą w twarz, nabrałbym do niego szacunku. Bo nie można było inaczej postąpić podczas rozmowy z tym panem. Hrabia Monte Christo swoim wyglądem i zachowaniem budził ogromny szacunek, a prócz też i podziw, jak również lekki respekt.
Jego małżonka wydawała się kobietą sporo młodszą od niego. Miała ona tak około czterdziestu lat, lecz podobnie jak mąż wyglądała na co najmniej dziesięć lat mniej, niż miała w rzeczywistości. Wciąż była bardzo piękna. W przeciwieństwie do swego męża, chodziła ubrana w strój orientalny, który to w niesamowity sposób przypominał strój, jaki miała na sobie moja ukochana. Od razu rzuciło mi się to w oczy. Nie mówiąc już o tym, że z wyglądu hrabina Hayde była niezwykle podobna do Marty. A może to raczej Marta była podobna do hrabiny Monte Christo. Ano właśnie... Obie te kobiety były do siebie niesamowicie podobne. Przypadek? Oj, chyba nie. Takie przypadki raczej się nie zdarzają na tym świecie. Moja droga Marta była niezwykle podobna do Hayde. Można by powiedzieć, że jest młodszą wersję żony hrabiego Monte Christo. Do tego jeszcze Marta miała oczy hrabiego. Te same, błękitne oczy koloru czystego nieba w pogodę. Prócz tego mieli oni podobne nosy. Właściwie to nie tyle podobne, co wręcz takie same. Zdecydowane i stanowcze nosy ludzi wielkich i pewnych tego, czego chcą od życia. Pomyślałem jednak, że to nie jest możliwe. To przecież nie mogła być prawda. Marta nie może być przecież... Nie, to na pewno tylko przypadkowe podobieństwo, pomyślałem. Całkowicie przypadkowe. Zresztą zaraz się wszystko wyjaśni. Jestem tego pewien.
- Witamy pana serdecznie, panie Chroniqueur, w naszych skromnych progach - rzekł hrabia Monte Christo, uśmiechając się do mnie przyjaźnie.
- Witamy pana i pańskich towarzyszy - dodała Hayde, uśmiechając się równie przyjaźnie co jej mąż.
Jacopo podszedł do hrabiego i wpadł mu w ramiona. Była to swego rodzaju poufałość, ale wyglądało na to, że Jacopo jest jednak człowiekiem bardzo bliskim hrabiemu. Na tyle bliskim, żeby sobie pozwolić na mówienie hrabiemu po imieniu i ściskaniu go.
- Witaj, mój drogi przyjacielu - rzekł z nieukrywaną radością hrabia de Monte Christo, ściskając po przyjacielsku przemytnika.
- Witaj, panie hrabio - odpowiedział mu z uśmiechem Jacopo.
- Ty nigdy mnie tak nie nazywaj, przyjacielu.
- Dobrze, Edmundzie.
Hayde tymczasem wyciągnęła ręce do Marty i powiedziała:
- Witaj ponownie w domu, kochanie.
Popatrzyłem na Martę, domyślając się już wszystkiego. Marta zaś spojrzała na mnie bardzo smutnym wzrokiem i powiedziała do mnie chyba coś w rodzaju „Przepraszam”, po czym wpadła w ramiona Hayde wołając:
- Mamo!
Serce chyba mi zamarło w piersi, gdy to usłyszałem. A zatem przeczucie mnie nie myliło. Mamo... To jedno słowo wyjaśniło mi więcej niż tysiąc zdań.
Spojrzałem na Martę, która wpatrywała się wtedy we mnie przepraszającym spojrzeniem, natomiast hrabia, kiedy tylko jego żona wypuściła już z objęć moją ukochaną, złapał ją mocno w objęcia i pocałował delikatnie jej czoło. Następnie zaś popatrzył na mnie i uśmiechnął się delikatnie.
- Mam nadzieję, że moja córka była dobrą towarzyszką podróży dla pana, panie Chroniqueur?
Marta ponownie posłała mi przepraszające spojrzenie. Ja zaś wpatrywałem się w nią i rzekłem złym tonem:
- To ty... Ty jesteś...
Ze złości na nią nie umiałem dokończyć zdania, jednakże ona mnie uprzedziła i nim skończyłem formułować pytanie, odrzekła:
- Tak, Jean. Dobrze rozumiesz. Jestem córką hrabiego Monte Christo.

No nieźle. A więc Jean przez tyle czasu podróżował z Martą, nie mając bladego pojęcia , że jest ona córką człowieka, o którym informacji tyle poszukiwał. To musiał być dla niego niemały szok, kiedy się o tym dowiedział, bo przecież nigdy by się tego nie spodziewał. No i w końcu stanął twarzą w twarz z człowiekiem, którego tak podziwiał i darzył wielkim szacunkiem.
OdpowiedzUsuńKronikarz ma prawo być zły na Martę. Tak długo go okłamywała.
OdpowiedzUsuńAle jeśli jej uczucie wobec młodego dziennikarza jest szczere, to powinien jej wybaczyć.
Ciekawe, co będzie dalej?