sobota, 16 grudnia 2017

Rozdział 50

Rozdział L

Dzienniki Jeana Chroniqueura


27 lipca 1855 r. c.d.
Gdy usłyszałem słowa mojej ukochanej, to pomyślałem sobie, że to wszystko, co się wokół mnie dzieje jest tylko snem. Głupim i dość żałosnym snem, których już mnóstwo miałem w swoim życiu, ale rozum mówił mi, że gdyby tak ktoś mnie uszczypnął czy też delikatnie ukłuł szpilką w jakiekolwiek miejsce mojego ciała, to wówczas zorientowałbym się od razu, że nie śnię i to wszystko, czego jestem świadkiem, dzieje się na jawie. To, co usłyszałem, miało miejsce naprawdę. A więc moja ukochana, piękna Greczynka Marta, to córka hrabiego Monte Christo i jego ukochanej księżniczki Hayde, córki Ali Paszy. Powoli zaczęło do mnie docierać, dlaczego Marta tak bardzo się denerwowała, kiedy mieliśmy zjawić się w pałacu hrabiego. Wcześniej nie rozumiałem jej zachowania, jednak w tej chwili już nie potrzebowałem żadnych tłumaczeń. Wszystko stało się jasne. To wszystko, co w swoich największych obawach podejrzewałem, a co odrzucałem jak głupiec, gdyż uważałem to za niemożliwe, było prawdą. Ona była córką hrabiego, a ja dałem się wciągnąć w jakąś dziwaczną grę jej i jej ojcu.
Poczułem się jak ostatni idiota. Nie potrafiłem zrozumieć, jak mogłem być taki głupi. W końcu zakochałem się w Marcie nic o niej nie wiedząc. Naiwnie również nie zadawałem jej zbyt wielu pytań na temat jej rodziny i bliskich, ani nawet jej samej. Praktycznie rzecz biorąc, pokochałem osobę, o której właściwie nie wiedziałem nic. A ona? Od samego początku mnie okłamywała. Byłem tego pewien, jak również jeszcze jednego. Cała moja wyprawa do Algierii z Martą była zaaranżowana. Hrabia Monte Christo na pewno dowiedział się o tym, iż szukam o nim wiadomości i wysłał swoją córeczkę, żeby ta zorganizowała całą podróż, zakończoną przybyciem do jego pałacu. Byłem pewien, że tak właśnie sprawy się mają. Nie inaczej, lecz właśnie tak.
Oczywiście, szanowny pan hrabia z pewnością nie przewidział tego, że jego córeczka zostanie moją kochanką. Nie, tego to on się z pewnością nie spodziewał, a przynajmniej miałem taką nadzieję. Bo jeżeli hrabia nakazał jej, aby się ze mną związała psychicznie i fizycznie, to musiał być naprawdę skończonym łajdakiem. Stręczenie własnej córki nieznajomemu? Cóż za ohyda!
Nie... W to zdecydowanie nie mogłem uwierzyć. Hrabiemu można było wiele zarzucić. Z opowieści innych ludzi, jakie otrzymałem wyciągnąłem wnioski, iż uważał się on za nadczłowieka czy też kogoś, komu praktycznie wolno o wiele więcej niż przeciętnym szarym ludziom. Ale czy posunąłby się do tego, aby swoją ukochaną córeczkę, swoje oczko w głowie posyłać na pożarcie komuś zupełnie obcemu, o kim nic nie wiedział poza tym, że ten człowiek szuka jego i wszelkich wiadomości o nim? Jakoś nie mieściło mi się to w głowie, ale gdyby tak było, to chyba straciłbym do niego wszelki szacunek. Hrabia Monte Christo w takiej oto sytuacji straciłby w moich oczach, gdyby okazało się prawdą, iż posunął się do tak niskich i żałosnych środków, aby ściągnąć mnie tutaj.
Nie pamiętam już, co zrobiłem ani też, co powiedziałem hrabiemu, jego żonie i ich córce. Byłem wówczas silnie wzburzony i nie umiałem myśleć. Zapamiętałem jednak, iż najpierw miałem wręcz ogromną ochotę całej tej trójce wygarnąć, co o nich myślę. Chciałem im powiedzieć im, że czuję się oszukany, pokrzywdzony oraz ośmieszony, a potem dodać do tego jeszcze stwierdzenie, jak żałosnymi są ludźmi. Chciałem to zrobić, ale gdy już otworzyłem usta, aby to wszystko z siebie wyrzucić, okazało się, że nie jestem do tego zdolny. W końcu takim wściekłym zachowaniem bym się tylko jeszcze bardziej ośmieszył w ich oczach, a hrabia ze swoim stoickim spokojem oraz tą niesamowitą wielkością bijącą z jego postaci, z pewnością by to wszystko zniszczył. Odparłby on wszystkie moje zarzuty jeden po drugim i na każdy z nich znalazłby jakieś wyjaśnienie, ja natomiast wyszedłbym na kompletnego idiotę. Wolałem tego uniknąć, dlatego też tego wszystkiego, co zamierzałem powiedzieć, nie powiedziałem.
A zatem, co właściwie zrobiłem? Nie pamiętam już. Zdaje mi się, że byłem zbyt wzburzony, aby cokolwiek z tego, co się wówczas stało, zachowało się w mojej głowie. Pamiętam tylko, że hrabia uśmiechnął się tylko i kazał Bertucciowi, aby ten zaprowadził mnie do mojej komnaty, w której miałem zamieszkać do czasu mego wyjazdu. Oczywiście ów wyjazd planowałem w chwili natychmiastowej. Dopiero jakoś tak po pół godzinie, gdy już ochłonąłem, zrozumiałem, iż nie wolno mi tak postępować, bo nie po to przejechałem pół świata i odnalazłem nareszcie hrabiego Monte Christo, żeby teraz tak po prostu wrócić ponownie do Francji, nie osiągnąwszy przedtem celu swojej misji. Chciałem zdobyć wszystkie wiadomości o hrabim Monte Christo, a skoro znalazła się także możliwość porozmawiania z nim o jego własnym życiu w cztery oczy, to czemu miałem jej nie wykorzystać? Chyba byłbym skończonym głupcem, gdybym tak postąpił. Wszystko, co człowiek robi, musi mieć jakiś w jego życiu sens, a takie zachowanie wcale nie miałoby sensu. Irracjonalne czynności jakoś nigdy nie były moją mocną stroną. Dlatego też, mimo początkowej chęci spakowania manatków i powrotu do Paryża, pozostałem w pięknej rezydencji hrabiego Monte Christo.
Mimo wszystko zachowałem żal do pana hrabiego za to, iż z całą pewnością zaaranżował całą tę podróż po to, aby mnie do siebie ściągnąć, gdyż fakt, że to zrobił był dla mnie czymś oczywistym. Środki do tego posiadał, podobnie jak i możliwości. Mógł sobie na to pozwolić. Naturalnie, że mógł. Pytanie jednak, po co ta cała szopka? Jaki miała cel? Czemu hrabiemu zależało na tym, żeby mnie do siebie sprowadzić? Czy chciał wybadać, ile już wiem i nie dopuścić do tego, abym komukolwiek o tym powiedział? A może wręcz przeciwnie, spodziewa się on, że artykuł do gazety, jaki napiszę na jego temat, przyniesie mu wieczną sławę? Chyba już prędzej ta druga możliwość jest prawdziwa. W końcu, gdyby hrabia chciał, abym dowiedział się o nim jak najmniej, to zadbałby o to, aby mnie uciszyć raz na zawsze. Skoro tego nie zrobił to widocznie chce, bym wiedział jak najwięcej.
Trudno mi było jednak na tamtą chwilę stwierdzić, czego hrabia ode mnie oczekuje. Postanowiłem jednak w końcu go o to zapytać. Nie widziałem innego wyjścia z sytuacji. W końcu chyba najprostszym sposobem na to, żeby się czegoś dowiedzieć, jest zapytanie o to. Miałem nadzieję, że hrabia odpowie mi szczerze i bez krętactwa.
O wiele inne nastawienie miałem do Marty. Kiedy jedliśmy wszyscy razem kolację, nie odzywałem się do niej ani słowa. Starałem się również w ogóle na nią nie patrzeć. Byłem wręcz wściekły na pannę de Monte Christo. Czułem się przez nią oszukany i wykorzystany. Przeczuwałem, że uwiodła mnie jedynie po to, aby wciągnąć mnie w grę swoją i swojego tatusia. Nie chciałem nawet słuchać jej tłumaczeń. Chociaż prawdę mówiąc, Marta nie tłumaczyła mi się wcale i też gwoli ścisłości nie było ku temu jakoś specjalnych możliwości. Marta była ciągle w towarzystwie rodziców, którzy chcieli się nacieszyć swoją córką po tak długiej nieobecności. Rozumiałem to, a nawet podobało mi się, że tak właśnie jest. W końcu nie miałem wtedy ochoty na słuchanie jej tłumaczeń. Byłyby one w takiej sytuacji naprawdę żałosne i głupie. Milcząca Marta posiadała mój szacunek, więc lepiej było, że nic nie mówiła.
Wieczorem usiadłem w swoim pokoju, aby spokojnie popracować nad swoimi zapiskami. Chciałem je wszystkie dobrze przejrzeć i przeanalizować wiadomości w nich zawarte. Mogłem z nich wszystkich stworzyć całkiem ciekawą biografię hrabiego Monte Christo. Może nawet na tyle obfitą, że nie musiałbym w ogóle przeprowadzać z nim rozmowy osobiście. Praca ta zajęła mi około trzech godzin, ale nie mogę powiedzieć, aby była ona męcząca. Wręcz przeciwnie, sprawiała mi ogromną wręcz przyjemność. Także, po tych trzech długich godzinach udało mi się stworzyć całkiem ciekawą historię życia hrabiego de Monte Christo, ale nie byłem zadowolony ze swojej pracy. Ciągle bowiem w historii życia tego człowieka brakowało nader istotnych szczegółów. Nie wiedziałem, jak przebiegał jego pobyt w zamku If, jak dokładnie zdobył wiadomości o skarbie, który uczynił go hrabią Monte Christo, a także czemu zwlekał dziewięć lat z zemstą na swoich wrogach. Te oraz wiele innych pytań wciąż nie miało odpowiedzi. Znajdowałem się więc w kropce. Jedynie rozmowa z samym panem hrabią mogła mi pomóc w znalezieniu odpowiedzi na te pytania. Bez niej jego biografia będzie niekompletna.
Rozmowę moją przerwało mi pukanie do drzwi.
- Proszę - powiedziałem nieco załamanym głosem.
Nie miałem wówczas najmniejszej ochoty na rozmowę z kimkolwiek. Mimo to postanowiłem przyjąć tajemniczego gościa, który właśnie pukał do moich drzwi. Spojrzałem w ich stronę i dostrzegłem Bertuccia. Mężczyzna ukłonił mi się lekko i powiedział:
- Pan hrabia Monte Christo pyta, czy zechce pan z nim porozmawiać?
Sam hrabia proponuje mi rozmowę? To interesujące. Ciekawe, jaka to będzie rozmowa. Widocznie musi być bardzo pilna, skoro tak nalega, żeby odbyć ją już teraz, a nie dopiero rano następnego dnia. Uznałem, że skoro jestem u niego w gościnie i notabene chcę zdobyć ważne wiadomości dla mnie, to nie powinienem mu odmawiać.
- Przekaż, proszę, szanownemu panu hrabiemu, że oczywiście zechcę z nim mówić - odpowiedziałem Bertucciowi.
Ten ukłonił mi się tylko i wyszedł oznajmić swojemu panu moją decyzję. Chwilę potem drzwi ponownie się otworzyły i Bertuccio poprosił mnie do gabinetu hrabiego. Tam właśnie miała odbyć się rozmową, skoro taka była jego wola. Nie kazałem więc mojemu dostojnemu gospodarzowi długo czekać i ruszyłem za jego sługą. Już po chwili znalazłem się w najpiękniejszym gabinecie, jaki tylko miałem okazję widzieć. Był on bogaty, piękny i pełen niezwykle eleganckich przedmiotów. Bardzo eleganckich, a co za tym idzie, oczywiście i drogich. Takich, na jakie mnie nigdy nie byłoby stać z mojej pensji dziennikarskiej. Nie byłem oczywiście biedny, ale też nie tak bogaty jak hrabia. O tych jakże pięknie zdobionych książkach, o figurkach z kości słoniowej, o przedmiotach pochodzących bodajże z każdego miejsca na tym świecie, mogłem jedynie pomarzyć. Z całego gabinetu hrabiego bił niezwykły przepych, jak i również niezwykła estetyka oraz piękno. Widać było, że człowiek urzędujący w tym gabinecie musi być człowiekiem nie tylko majętnym, lecz również posiadającym wielką klasę.
Hrabia siedział przy biurku i czekał na mnie. Gdy wszedłem, uśmiechnął się lekko i poprosił Bertuccia, aby zostawił nas samych, a kiedy to się stało, pokazał mi miejsce w fotelu naprzeciwko swojego miejsca. Usiadłem, a on poczęstował mnie kieliszkiem wina i hawajskim cygarem. A po chwili obaj rozmawialiśmy jak mężczyzna z mężczyzną trzymając każdy kieliszek wina w jednej ręce, a tlące się cygaro w drugiej.
- Zapewne zastanawia się pan, drogi panie, dlaczegóż to ugościłem pana u siebie, nieprawdaż? - zapytał mnie.
- Nie będę zaprzeczał, że tak właśnie jest, panie hrabio - odpowiedziałem, pykając powoli cygaro - Chętnie dowiedziałbym się, dlaczego tutaj jestem, jak i równie chętnie poznałbym powody, dla których pańska córka udawała, że jest kimś innym, niż jest naprawdę.
Oczywiście nie wspominałem o tym, że przy okazji wskoczyła mi do łóżka. Wolałem nie poruszać tego tematu. Gdyby bowiem hrabia o niczym nie wiedział i wcale nie kazał swojej córce mi się oddawać, to mógłby nie być z tego powodu zachwycony. Wolałem więc mu się nie narażać. Poza tym są na tym świecie pewne sprawy, których jeden mężczyzna drugiemu mężczyźnie mówić nie powinien.
Hrabia napił się nieco wina, po czym najspokojniej w świecie zaczął mówić:
- Zapewne podejrzewa pan, że kiedy dowiedziałem się, iż pan poszukuje wiadomości na mój temat, to z miejsca wysłałem doń swoją córkę, aby pana uwiodła i odciągnęła ode mnie? Albo odwrotnie, ściągnęła pana tutaj, żeby zrobić mi poprzez pana reklamę, która to zapewni mi wieczną sławę. Czyż nie tak pan myśli, drogi panie?
Muszę przyznać, że byłem pod wielkim wrażeniem przenikliwości hrabiego. Miał całkowitą rację w swoich przypuszczeniach. Nic dodać, nic ująć. Dlatego jedynie pokiwałem głową na znak, że tak jest, jak on mówi.
- Cóż, panie Chroniqueur - mówił dalej hrabia Monte Christo - Muszę panu powiedzieć, że pańska teoria nie jest słuszna, a przynajmniej nie jest słuszna w całości.
Byłem zdumiony jego słowami. Co też on miał na myśli? Nie w całości słuszna? Co więc było prawdą, a co nią nie było?
- Drogi panie Chroniqueur... Czytałem wiele pańskich artykułów w gazecie, w której pan pracuję i muszę przyznać, że jestem pod ich ogromnym wrażeniem. Ma pan prawdziwy talent.
- Drogi panie hrabio... Bez urazy, ale nie przybyłem tutaj przecież po to, żeby wysłuchiwać komplementów pod moim adresem. Po prostu niech mi pan powie całą prawdę bez względu na to, jak ona wygląda.
Hrabia uśmiechnął się do mnie tylko i powiedział spokojnie, strzepując nieco popiołu z cygara:
- Prawda wygląda tak, panie Chroniqueur, że nie wysyłałem swojej córki do pana po to, żeby pana uwiodła i sprowadziła do mnie.
- Nie wysyłał jej pan do mnie?
- W żadnym wypadku.
- Więc jej spotkanie ze mną w Rzymie było zgoła przypadkowe?
Hrabia zawahał się, nim udzielił mi odpowiedzi.
- Prawdę mówiąc, nie było.
Nic już z tego wszystkiego nie rozumiałem. Zdumiony wpatrywałem się w postać mego gospodarza i zapytałem:
- Czy może pan, panie hrabio, wyjaśnić dokładnie, co pan ma na myśli?
Hrabia uśmiechnął się do mnie delikatnie.
- Prawda wygląda zatem następująco: moja córka zakochała się w panu i to od pierwszego wejrzenia.
- Ja też ją pokochałem od pierwszego wejrzenia, ledwie tylko ujrzałem ją w Rzymie...
- Nie o Rzymie tu mowa. Ona pokochała pana już znacznie wcześniej, gdyż poznała pana jeszcze zanim spotkaliście się państwo w Rzymie.
Teraz tym bardziej nic nie rozumiałem. Spojrzałem więc uważnie na swojego rozmówcę, po czym zapytałem:
- Pan wybaczy, panie hrabio, ale jak to jest w ogóle możliwe? Z pańską córką poznałem się dopiero w Wiecznym Mieście. W jaki sposób ona mogła znać mnie wcześniej?
Hrabia zaśmiał się delikatnie, po czym pospieszył z odpowiedzią.
- To proste. Jest pan starszy od mej córki o kilka lat. Nieprawdaż?
- To prawda. Jestem starszy od pana córki o jakieś kilka dobrych lat. Jeżeli oczywiście pan hrabia uważa, że to jest za wielka różnica wieku, aby móc się z nią związać, to wówczas...
Hrabia wybuchnął śmiechem i zamachał rękami na znak protestu.
- Ależ nie, broń Boże! Źle mnie pan zrozumiał. Nie uważam pana za starego dla mojej córki. Chodzi mi raczej o pewne wydarzenie sprzed lat. Pozwolę sobie odświeżyć panu pamięć. Dziesięć lat temu ocalił pan przed utonięciem podczas wakacji w Marsylii życie kilkuletniej dziewczynce. Czy pamięta pan może takie wydarzenie?
Oczywiście, doskonale pamiętałem to wydarzenie. Dziewczynka była urocza i słodka, ale również nieco nieposłuszna. Wymknęła się spod opieki niani, a potem, podczas zabawy zleciała z pomostu do morza. Cud chyba sprawił, że zjawiłem się tam i wyciągnąłem ją z odmętów w ostatniej chwili, zanim biedactwo poszło na dno. Oddałem potem dziecko stroskanej niani i nigdy więcej tego maleństwa nie widziałem. Opowiedziałem o tym wydarzeniu hrabiemu, po czym zapytałem:
- Pamiętam doskonale to wydarzenie, ale wciąż nie rozumiem, co to ma do rzeczy?
- Tym dzieckiem była Marta.
Słowa te wbiły mnie w krzesło, na którym siedziałem. Teraz wszystko zaczęło nabierać sensu. Marta. Dzieckiem, które ocaliłem przez dziesięciu laty, była moja ukochana Martusia. Musiała ona mieć chyba lepszą pamięć ode mnie, skoro mnie zapamiętała, podczas gdy ja jej nie zdołałem zapamiętać. Poczułem się okropnie, gdy to sobie uświadomiłem.
- Marta? Tą małą dziewczynką, którą ocaliłem przed utonięciem była pańska córka, panie hrabio?
- Właśnie tak. To była ona. Moja mała Marta. Córka moja z miejsca zakochała się w panu, ale wiedziała doskonale, że jest dzieckiem i nie może się kochać w prawie że dorosłym młodzieńcu. Chciała jak najszybciej stać się kobietą, aby już móc z panem być. Osobiście uważałem jej zauroczenie (proszę mi wybaczyć to słowo, jednak trudno mi było nazwać to jej uczucie miłością) za dziecinne, ale... Ale czegóż to się nie robi dla swojego oczka w głowie? Dla swojego jedynego dziecka i zarazem ukochanej córeczki? Kazałem pana obserwować moim ludziom. Chciałem wiedzieć, w kim zakochała się moja córka. Z dumą mogę powiedzieć, że mój wywiad wypowiadał się o panu w samych superlatywach.
Ukłoniłem się delikatnie hrabiemu, gdy usłyszałem te słowa.
- Miło mi to słyszeć.
- A mnie miło mówić. Wracając do naszej opowieści, muszę dodać, że z dumą obserwowałem pańską karierę dziennikarską, podobnie zresztą, jak i tę pisarską. Zdobywałem dla mojej córki pana książki, które z pasją czytała. Dalej je czyta. Są one jej ulubioną lekturą, ale już mniejsza z tym. Tak czy inaczej, moja córka nie mogła o panu zapomnieć, chociaż pan zapomniał o niej z taką łatwością. Trudno mieć do pana o to pretensje. Ostatecznie nie mógł pan zapamiętać dziecka, które widział pan zaledwie raz w swoim życiu, jednak ona pana zapamiętała. Nie tylko zapamiętała, ale także szczerze pokochała. Gdy zaś osiągnęła wiek szesnastu lat, to razem z moją żoną uznaliśmy, że czas, aby was połączyć. Nadszedł więc czas do działania. Skontaktowałem się z Alfonsem de Beauchampem i zasugerowałem mu, aby wysłał pana z misją odnalezienia wszelkich wiadomości o mnie. Dlatego też dostał pan to zadanie. Dlatego również z taką łatwością odnajdywał pan po kolei wszystkich ludzi, którzy mogą coś panu o mnie powiedzieć. Uprzedzałem także pana kroki, odwiedzając ludzi, których miał pan odwiedzić i przesłuchać, prosząc, aby mówili panu o mnie. Utorowałem panu wręcz drogę do celu. Zadbałem o to, żeby Benedetto został ścięty dopiero po rozmowie z panem. Zadbałem też o to, aby Danglars gnił w tym samym więzieniu, w którym gnił jego niedoszły zięć. W ten oto sposób miał pan tam spotkać tego ex-bankiera i przesłuchać. Udało mi się to. Zadbałem również o to, żeby Maksymilian wraz z Walentyną wyjechali do Rzymu tylko po to, aby pan pognał za nimi do Wiecznego Miasta. Tam zaś poznał pan moją córkę. Oczywiście było ryzyko, że nie wszystko potoczy się po naszej myśli, gdyż mógł pan nie wpadać na właściwy trop we właściwym czasie lub w ogóle też pominąć jakieś tropy, jednak wierzyłem głęboko w pańską inteligencję i jak widzę, nie zawiodłem się w tej kwestii.
Słowa, które usłyszałem wywołały we mnie sprzeczne uczucia. A więc cała moja podróż była jedną wielką mistyfikacją urządzoną przez pana hrabiego w celu wyswatania go z jego córką? Dlatego tak dobrze mi szło szukanie wiadomości o panu de Monte Christo. Dlatego też wszyscy z taką chęcią mówili mi wszystko, co wiedzą o tym człowieku. A ja naiwny sądziłem, że jestem doskonałym rozmówcą oraz wspaniałym detektywem, który umie odnaleźć wieści o człowieku, który go interesuje. Ale nie! Byłem jedynie prowadzony jak dziecko za rączkę przez drogę, którą wcześniej mi utorowano. Nie było więc w tym wszystkim mojej zasługi.
Hrabia chyba wyczuł moje zasmucenie i łatwo domyślił się jego przyczyn, ponieważ szybko pospieszył z wyjaśnieniami:
- Tylko proszę nie odbierać tego wszystkiego aż tak negatywnie. Ostatecznie przecież umiejętność słuchania, a także zapisywania wszystkich zdobytych przez siebie wiadomości oraz wyciąganie z nich wniosków, nie jest byle jaką sztuką i z dumą mogę powiedzieć, że pan ją opanował. Nie domyślił się pan zbyt szybko, że jestem Edmundem Dantesem, ale to nie jest wcale brak pańskiej domyślności. Po prostu nie dopuściłem do tego, żeby Maksymilian i jego bliscy powiedzieli panu, kim jestem. To musiała zrobić dopiero Mercedes.
- A więc jednak. Morrel, jego żona i siostra kłamali. Robili wszystko, aby mi wmówić, że nie znają pańskiej prawdziwej tożsamości.
- Oczywiście. Robili to, bo ja ich o to prosiłem. Jak widać, ja również mam dar przekonywania, podobnie jak i pan.
Hrabia zaśmiał się lekko, po czym pociągnął z kieliszka tęgi łyk, opróżniając go w ten sposób całkowicie. Następnie ponownie nalał sobie do niego alkoholu i kontynuował przemowę:
- W pewnym sensie zaplanowałem pana podróż, jednakże inicjatywa przede wszystkim należała do pana i do mojej córki. Tutaj też wykazał się pan naprawdę wielkim intelektem.
Uśmiechnąłem się do niego delikatnie. Trudno mi było przed nim udawać, że jego komplementy mi się nie podobają. Przeciwnie, podnosiły mnie one na duchu i przekonywały, iż nie jestem jednak tak beznadziejny, jak myślałem.
Hrabia tymczasem, pykając cygaro i popijając alkohol mówił dalej:
- Gdy tylko nadszedł czas spotkania, Marta natychmiast ruszyła do Rzymu. Osobiście obawiałem się puścić ją samą bez mojej opieki w tak niebezpieczną podróż. Nie chodziło tu już nawet o jakieś głupie konwenanse, ostatecznie jestem  ekscentrykiem, który z zasady łamie niepodobające mu się zasady. Ale przecież chodziło tutaj o życie i zdrowie mojego jedynego dziecka. Bałem się puścić ją do Rzymu, ale nie po to przecież zorganizowałem pańską podróż, żeby nie działać dalej według planu. Mimo wielu wątpliwości, wyraziliśmy razem z Hayde zgodę i Marta udała się do Rzymu w towarzystwie kilku ludzi z naszej służby, głównie kobiet. Ponieważ jednak obawiałem się o jej życie, to potajemnie jechał za nią Jacopo i jego wierni przemytnicy. Uważnie obserwowali oni moją córkę, aby w razie czego ruszyć jej i panu na pomoc. Okazało się to, co prawda zbędne, ale wówczas nie mogłem tego wiedzieć. Tak czy inaczej zorganizowałem także wasze spotkanie w iście gotyckim stylu.
- To znaczy, że ci bandyci, którzy ją napadli i próbowali skrzywdzić to...
- Oczywiście. To moi ludzie. Co prawda nie spodobało im się to, że dostali od pana wycisk, ale cóż... Płacę im za to, żeby w razie czego służyli mi pomocą zawsze i wszędzie, zatem ich obowiązkiem jest mnie słuchać, lecz mniejsza z tym. Plan mój się udał, zaś pan i moja córka zakochaliście się w sobie oraz zaczęliście kontynuować podróż, mającą na celu odnalezienie wszelkich wiadomości o mnie. Ja tymczasem jeździłem cały czas przed wami, umożliwiając wam odnalezienie odpowiednich ludzi w odpowiednim czasie. W końcu wróciłem do Algierii, a tam oczekiwałem na wasze przybycie. List, który wręczył panu Jacopo, napisałem już dawno temu. Jacopo miał go przy sobie cały czas. Nakazałem mu wręczyć go panu w odpowiednim momencie, czyli tuż po rozmowie z Mercedes. Ją samą natomiast upoważniłem do tego, aby mogła panu podać moje prawdziwe nazwisko. Edmund Dantes. Nikt inny nie mógł tego zrobić, tylko ona.
Zastanowiło mnie to nieco, więc zapytałem go, dlaczego właśnie ona? Hrabia rozłożył lekko ręce i powiedział:
- Sam nie wiem. Po prostu czułem, że to musi być ona. Chciałem, żeby jak najpóźniej poznał pan moje nazwisko, aby wzmocnić pańską ciekawość. Mógł je panu podać już Danglars, ale wiedziałem, że tego nie uczyni. To nędzna kreatura, która zrobi wszystko, aby tylko ukazać siebie w lepszym świetle. Morrelowie zaś musieli milczeć, gdyż pańska podróż musiała być bardziej intrygująca i tylko ona miała prawo powiedzieć panu to oto nazwisko: Edmund Dantes. Dlaczego właśnie ona? Proszę mnie nie pytać. Nie wiem, dlaczego. Po prostu wiedziałem, że to musi być właśnie ona. Wracając wszak do mojej opowieści, to podczas pańskiej podróży z moją córką, był pan cały czas pod moją stałą kontrolą. Moi ludzie powiadomili mnie o tym, jak razem spędzacie czas. A także o wszystkim, co robicie.
- O wszystkim? - zapytałem powoli i nieco niepewnym głosem.
A kiedy on potwierdził to kiwnięciem głowy, to bardzo szybko pociągnąłem z kieliszka taki łyk, że wypiłem wszystko jednym duszkiem, lekko krztusząc się przy tym. Hrabia zaśmiał się delikatnie widząc, co robię, po czym nalał mi ponownie i powiedział:
- Spokojnie, drogi panie Chroniqueur. Nie jesteśmy już dziećmi, pan i ja. Obaj wiemy doskonale, że kiedy dwoje ludzi przeciwnej płci do siebie lgnie, to musi coś pomiędzy nimi zaistnieć.
Popatrzyłem nieco niepewnie na hrabiego. Nie wiedziałem wtedy, czy mówi szczerze, czy też sobie szydzi. Ostatecznie odważyłem się i zapytałem:
- I nie ma pan mi tego za złe?
W odpowiedzi uśmiechnął się do mnie lekko.
- Ależ skąd, mój drogi panie Chroniqueur. Ja nie mam wcale panu tego za złe. Choć przyznaję, że kiedy na początku się o tym dowiedziałem, to byłem strasznie wściekły. Miałem ochotę rozerwać pana na strzępy, jednakże zaraz po rozmowie z Hayde na ten temat doszedłem do wniosku, że skoro Marta pana pokochała, a pan pokochał ją... To co za różnica, czy zrobicie to mając ślub, czy też nie mając go? Ja i Hayde także nie czekaliśmy do ślubu, kiedy to pierwszy raz zrobiliśmy. Nie mam panu tego za złe, choć przyznaję, że w dużej mierze moja droga żona przyczyniła się do tego, iż nie mam do pana o to żalu. Gdyby nie ona, to mógłby pan skończyć z nożem w plecach, jak ten śmieć Caderousse. Proszę mi wybaczyć to porównanie, panu daleko do tego ścierwa, jakim był stary Kacper. On był nędznikiem, a pan jest szlachetnym człowiekiem, ale za zdeflorowanie mojej drogiej córki przed ślubem zabiłbym pana jak psa, gdyby nie moja żona, która przekonała mnie do tego, że na waszym miejscu będąc, ja i ona postąpilibyśmy z pewnością tak samo. To jej pan zawdzięcza swoje życie.
- Jestem za to wdzięczny pani hrabinie.
- Mogę się wydawać panu okrutny, ale bardzo jestem ciekaw, co pan zrobi znajdując się w podobnej sytuacji, gdy będzie chodziło o pana córkę. Nie mówmy jednak o tym. Kocham moje dziecko i chcę mu dać szczęście, a także i panu, skoro się oboje kochacie.
Spojrzałem na hrabiego i pokiwałem lekko głową, a następnie napiłem się ponownie wina. Poczułem się strasznie głupio, że posądzałem go o takie straszne rzeczy jak stręczenie mi własnej córki. Miałem nadzieję, że nie ma on mi tych podejrzeń za złe.
- No cóż, panie hrabio... Skoro więc, nie ma pan nic przeciwko temu, że ją kocham...
- A kocha ją pan naprawdę?
Odłożyłem kieliszek na biurko i popatrzyłem mu prosto w oczy.
- Tak, panie hrabio. Kocham pańską córkę. Kocham ją nad życie i nie chcę jej stracić.
Hrabia chyba nie do końca mi dowierzał, gdyż po chwili rzekł:
- Kocha ją pan? No cóż... Pańskie zachowanie dzisiejszego dnia nie do końca potwierdza pańskie słowa.
Paląc dalej swoje cygaro, oparłem się nieco wygodniej o fotel, następnie zaś odpowiedziałem:
- A czego pan oczekiwał? Dowiedziałem się, że podczas mojej podróży byłem okłamywany przez osobę, którą pokochałem. Czuję się oszukany oraz ośmieszony i sam nie wiem, co mam teraz o tym wszystkim myśleć. Pańska córka oszukała mnie. Nie powiedziała mi, kim jest i pozwoliła mi wierzyć w to, że cała podróż do Algierii do pana siedziby była dziełem szczęśliwego trafu.
- A pańskim zdaniem to nie był szczęśliwy traf, że udało mi się to wszystko zorganizować bez najmniejszych problemów?
Uśmiechnąłem się lekko słysząc jego słowa. Tak, w tym musiałem przyznać hrabiemu rację. Mimo ogromnego majątku, zorganizowanie przez pana de Monte Christo całej tej podróży nie było wcale łatwe i w dużej mierze pomógł mu w tym naprawdę szczęśliwy traf. Poczułem wówczas, że źle oceniłem hrabiego de Monte Christo. Moje podejrzenia wobec niego wystosowane, nie były słuszne. Hrabia był uczciwym człowiekiem i zarazem godnym szacunku mężczyzną. Zachował więc mój szacunek i podziw.
Co do Marty, to wciąż czułem do niej lekką urazę. Nie umiałem też tej urazy ukryć przed hrabią, dlatego też powiedziałem mu całkowicie szczerze, że mimo wszystko uważam, iż jego córka powinna mi powiedzieć prawdę, a nie bawić się moimi uczuciami. Pozwoliła mi prócz tego wierzyć, iż razem poszukujemy wieści o człowieku, który był jej ojcem i o którym z całą pewnością wiedziała wszystko, a przynajmniej bardzo wiele. Dlatego nie mogłem jej tego wszystkiego tak po prostu darować. Hrabia wysłuchał mnie bardzo uważnie, po czym rzekł spokojnym, choć stanowczym tonem:
- Panie Chroniqueur... Doskonale pana rozumiem. Wiem, że pan ma do niej żal i trudno się panu dziwić. Nie powiedziała panu prawdy. Pozwoliła, aby wierzył pan w coś, co było fikcją. Ale proszę postawić się w jej sytuacji. Zakochała się w panu. Chciała pana zatrzymać przy sobie i to jak najdłużej. Poza tym może pan zwalić całą winę na mnie, bo to mnie zależało na tym, aby dowiadywał się pan o mnie stopniowo wszystkiego, ponieważ tylko w taki właśnie sposób mogliście się pokochać, pan i moja córka.
- Ale dlaczego właśnie w taki? Czy nie lepiej było mnie zaprosić i zapoznać ze swoją córką?
Hrabia dopalił do końca cygaro i rzekł:
- A nie uważa pan, że taki sposób odnalezienia mnie jak ten, który pan i moja córka podjęliście, nie jest ciekawszy oraz przyjemniejszy, a ponadto bardziej też intrygujący? Przygoda, podróże, poszukiwania przez zakochaną parę odpowiedzi na liczne pytania itd. Czyż to nie jest dla pana ani trochę ekscytujące?
- Owszem, panie hrabio. Jest niesamowicie ekscytujące, ale...
- Ale co? Nie rozumie pan, że ona pana kocha? Cierpi teraz przez pana. Od godziny płacze w poduszkę w swoim pokoju, a do tego też przez cały dzień chodzi załamana i smutna. Nie pomyślał pan, że nawet jeśli zawiniła wobec pana swoimi kłamstwami, to jednak już dość się nacierpiała psychicznych katuszy i zasługuje na wybaczenie? Nie sądzi pan, panie Chroniqueur?
Spojrzałem uważnie na mego rozmówcę. Nie wiedziałem co o tym wszystkim myśleć. Urażona duma ciągle się odzywała, chociaż argumenty hrabiego de Monte Christo były nad wyraz przekonujące. Nie byłem wówczas pewien, co mam zrobić. Postanowiłem więc o to zapytać hrabiego, on zaś odrzucił resztkę swojego cygara i powiedział:
- Co masz pan zrobić?! Pan się mnie pytasz, co masz pan zrobić, mój drogi panie?! Odpowiem panu zatem! Zachowaj się pan jak mężczyzna! Idź pan teraz do niej! No, idź pan wreszcie!
Uśmiechnąłem się do niego wesoło, ścisnąłem go po przyjacielsku, po czym ruszyłem wręcz biegiem do pokoju Marty. Przed wyjściem z gabinetu hrabiego zatrzymałem się jeszcze na chwilę i zapytałem:
- Jeszcze tylko jedno pytanie, nim odejdę. Mówił pan, drogi panie hrabio, że zorganizował pan moją podróż, a także rozmowy z konkretnymi osobami. Czy to oznacza, że to pan napisał pośmiertne wyznania Villeforta i de Morcerfa?
Hrabia wybuchnął śmiechem słysząc moje jakże naiwne (przynajmniej dla niego) pytanie:
- Ależ skądże znowu, panie Chroniqueur. O co mnie pan posądza? O to, że posiadam talent do pisania książek godny pana? Nie, mój drogi panie. Nie mam pańskiego daru tworzenia fikcji na papierze i nie ja napisałem oba te zeznania.
- Więc kto je napisał?
- To przecież chyba oczywiste. Pierwsze napisał Gerard de Villefort, a drugie Fernand Mondego, hrabia de Morcerf.
- Więc te rękopisy są autentyczne?
- Ależ jak najbardziej. Napisali je moi wrogowie tuż przed swoją śmiercią. Ja jedynie zadbałem o to, aby zostały one potem odnalezione i mógł je pan otrzymać podczas swojej podróży w odpowiednim momencie.
Uśmiechnąłem się delikatnie do hrabiego, kiedy mi to powiedział. Zatem nie wszystko w mojej podróży było tylko fikcją. Rękopisy były przecież prawdziwe. Losy hrabiego Monte Christo także. A przede wszystkim miłość Marty do mnie. No właśnie, Marta! Biedactwo zasłużyło na przeprosiny z mojej strony. Musiałem je jej jak najszybciej ofiarować.
- Dziękuję panu, panie hrabio! - zawołałem.
Następnie wybiegłem z jego gabinetu i skierowałem swoje kroki do pokoju Marty.

2 komentarze:

  1. A więc to wszystko było z góry ustalone! Hrabia i Alfons zawarli swego rodzaju spisek, by Jean mógł poznać Martę w tak niezwykłych okolicznościach. No, takiej puenty, to ja bym się nigdy nie spodziewał! Ale przynajmniej Jean otrzymał dowód, jak bardzo Marta jest stała w uczuciach, skoro pokochała go od chwili, w której uratował jej życie i przez te wszystkie lata pragnęła być tylko z nim, pomimo, iż był od niej sporo starszy. No, a hrabia musi ją naprawdę bardzo kochać, skoro zdecydował się na tyle zachodu, by mogła spotkać się z Jeanem w tak wyjątkowych i niecodziennych okolicznościach. Trzeba przyznać, ze to prawdziwy geniusz, posiadający wielką inteligencję, błyskotliwość, spryt i przenikliwość umysłu. Zrazu odgadnął, co po tym wszystkim mógł pomyśleć Jean, kiedy w końcu dowiedział się całej prawdy. Naprawdę wielki i godny najwyższego szacunku i podziwu człowiek z tego hrabiego. Trzeba mieć nie lada umysł, żeby to wszystko tak dokładnie zaplanować. I teraz wszystko stało się jasne, dlaczego Jean tak łatwo i szybko zdobywał interesujące go informacje i bez żadnych problemów spotykał ludzi mogących mu coś powiedzieć na temat hrabiego. To nie były żadne przypadki, tylko wszystko zostało przedtem dokładnie zaplanowane i ustalone przez samego hrabiego, który gdyby tylko był w stanie, to nieba by nawet przychylił swojej ukochanej córce, skoro stać go było na tak wiele zachodu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba Kronikarz wybaczy Marcie, która szczerze go kocha.
    Ale to chyba jeszcze go koniec?
    Coś jeszcze może się wydarzyć. Ciekawe, czy nasza parka się pogodzi?
    Co do rozmowy hrabiego z Kronikarzem, to dobrze, że żona hrabiego go przekonała, że młodzi nie zrobili nic złego.
    Bo tatuś w pierwszej chwili wściekły i zazdrosny o ukochaną córeczkę, że nie jest już jego małą dziewczynką.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog Gdy skończyłem już lekturę rękopisu, to uśmiechnąłem się do siebie bardzo zadowolony i zarazem naprawdę usatysfakcjonowany, gdyż dzię...