Za zgodą mego ukochanego i drogiego Jeana, postanowiłam opisać z własnej perspektywy wydarzenie, które to miało miejsce niedługo po przybyciu do domu moich rodziców. Chciałabym bowiem, aby ewentualni czytelnicy dzieła o naszych poszukiwaniach łatwiej mogli zrozumieć sytuację, w jakiej się znalazłam.
Kiedy zakochałam się w Jeanie, moje życie zmieniło się diametralnie. Nie mogłam spać ani jeść, chciałam tylko być blisko mojego ukochanego. Wiedziałam doskonale, że to właśnie on jest moim przeznaczeniem. Z nim mi tylko żyć i umierać. Rodziców moich bardzo zasmuciło moje cierpienie, ale nie umieli mi pomóc. Bo czy można pomóc komuś, kto cierpi z powodu miłości? Może i można, ale nie jest to takie proste. Ojciec po wielu próbach udzielenia mi pomocy, w końcu rozłożył załamany ręce stwierdzając, że musi się poddać, ponieważ na moją chorobę nie ma żadnego lekarstwa. Za to matka podeszła do całej sprawy bardzo praktycznie. Porozmawiała ze mną i obie ustaliłyśmy, co należy robić. To matka zaproponowała, żeby ojciec poznał lepiej wybranka mego serca i w odpowiednim momencie połączył go ze mną.
Oczywiście przez zwrot „odpowiedni moment” miano tu na myśli po prostu danie mi czasu na osiągnięcie wieku dojrzałego. Kiedy bym już go osiągnęła, to miałabym zadecydować, czy nadal kocham Jeana, czy też nie. Słusznie bowiem mój ojciec uznał, że nawet jeśli dziecko pokocha jakiegoś mężczyznę, to kobieta może tego samego mężczyznę łatwo zapomnieć. Mój ojciec po cichu żywił chyba nadzieję, że z biegiem lat zapomnę o Jeanie, do którego poczułam tę dziecięcą miłość, ale przeliczył się, gdyż skończywszy szesnaście lat wciąż byłam w Jeanie bardzo zakochana. Z biegiem lat moja miłość do niego, zamiast zgasnąć, jedynie rosła. Tym bardziej, że mój drogi ojciec przez te wszystkie lata zdobywał wszelkie wiadomości na jego temat, a były to wiadomości co najmniej pochlebne. Jean był powszechnie lubiany i szanowany, a ponadto przez wielu ludzi podziwiany za swój prawdziwy talent dziennikarski i literacki. Ojciec mój uznał zatem, że wybranek mojego serca idealnie nadaje się na jego zięcia, jednakowoż postanowił dać mu możliwość wyboru. Ostatecznie przecież mój drogi Jean mógł mnie nie pokochać. W najgorszych swoich przewidywaniach liczyłam się oczywiście z taką straszną możliwością, ale miałam wielką nadzieję, że użyję skutecznie swoich wdzięków, aby go sobie zjednać. Matka nauczyła mnie tego i owego z kobiecych sztuczek, dlatego też wierzyłam, że zdołam skutecznie usidlić mężczyznę swego życia.
Gdy już skończyłam szesnaście wiosen, ojciec mój postanowił wprowadzić w życie bardzo długo opracowywany przez niego plan działania. Odwiedził Alfonsa de Beauchampa (czyli redaktora naczelnego gazety, w której to pracował Jean) i namówił go do tego, żeby ten nakazał Jeanowi ruszyć w poszukiwanie wszystkich wiadomości o hrabim Monte Christo. Następnie zaś sam, po kolei odwiedzał różne osoby, które Jean miał potem spotkać i powiedział im, co wolno im powiedzieć, a czego nie. Podróż mego ukochanego miała zaprowadzić go do Rzymu, a tam miał on zgodnie z planem spotkać mnie. Ja natomiast miałam przyłączyć się do jego podróży i ostatecznie wraz z nim dotrzeć do Algierii, gdzie dopiero cała prawda ujrzeć mogła światło dzienne.
W sprawie mojego wyjazdu sprawa nie była jednak wcale przesądzona. Długo musiałam prosić rodziców, aby się zgodzili na to, abym mogła ruszyć do Rzymu bez ich opieki i to nawet takiej cichej, prowadzonej z daleka. Ostatecznie przecież w grę wchodziło nie tylko moje bezpieczeństwo, ale i panujące powszechnie obyczaje. W końcu młodej, nastoletniej pannie nie wypada podróżować samej bez rodziców tudzież opiekunów. Poza tym tu nawet nie o konwenanse chodziło. Moi rodzice obawiali się, że znowu coś się może stać. Nie zapomnieli czasów, kiedy to w wieku trzech lat zostałam porwana przez Benedetta, wskutek czego wszyscy nieomal zginęliśmy. Na szczęście dobry Bóg się do nas uśmiechnął. Ocaleliśmy, a ten nędznik trafił do więzienia. Później, co prawda mój ojciec okazał mu swoją litość, pozwolił uciec oraz rozpocząć nowe życie. Młodzieniec ów ponoć po tym wszystkim zmienił do mojego ojca nastawienie. Nie wiem oczywiście, czy to jest prawda, ale potem już nigdy nie byliśmy przez niego prześladowani. Mimo to matka moja wciąż obawiała się Benedetta i pilnowała mnie dosłownie wszędzie. Pomagali jej w tym Ali, Bertuccio oraz Jacopo ze swoją wierną załogą. Każdy z nich kochał mnie, jakbym była ich własną córką i tak mnie również traktowali. Z szacunkiem, ale też i taką lekką poufałością. Nie muszę chyba mówić, że były to uczucia z mojej strony jak najbardziej odwzajemnione. Bardzo bowiem kocham każdego z mych drogich opiekunów tak, jak kocha się miłego i serdecznego wujka.
Wracając jednak do mojej opowieści, muszę wyjaśnić, że o ile ojciec zechciał jeszcze wyrazić zgodę na to, aby puścić mnie w szeroki świat bez opieki, o tyle matkę moją ciągle nękały obawy, iż może coś złego spotkać ich jedyne dziecko. Zwłaszcza ze strony Benedetta, w którego przemianę moja matka nigdy tak do końca nie uwierzyła. Co prawda sama namówiła ona mego ojca, aby nie mścił się na młodzieńcu i pomógł mu uniknąć gilotyny, ale z powodu typowej dla naszej płci zdolności szybkiej zmiany zdania, niedługo zaczęła tego żałować. Obawiała się, że łotr ten w każdej chwili zechce znowu nas skrzywdzić poprzez dobranie się do mnie, jednakże wszystkie jej obawy rozwiały się z chwilą, kiedy tylko Jacopo przywiózł nam najświeższe wiadomości. Powiedział nam, że Benedetto pozostał przestępcą, a za swoje czyny został schwytany i ścięty na gilotynie, a zatem nasz największy wróg zginął i nie musieliśmy się go już nigdy więcej obawiać, gdyż wszelkie niebezpieczeństwo z jego strony znikło. W takim wypadku moja matka nie miała już żadnych przeciwwskazań, abym ruszyła do Rzymu.
Wsiadłam więc na statek Jacopa, który zabrał mnie do stolicy Włoch - miasta, w którym to miałam spotkać mojego ukochanego. Zabrałam ze sobą jedynie kilka służek, a także moją starą nianię, która miała służyć mi jako przyzwoitka. Oprócz tego musiałam zgodzić się na to, że Jacopo oraz jego ludzie będą czuwać nad moim bezpieczeństwem. Ta sama misja została też powierzona Luigiemu Vampie i jego bandytom. Wywiązali się oni ze swego zdania nawet lepiej niż powinni. To całe „porwanie”, jakie urządzili mnie i Jeanowi było prawdziwym majstersztykiem. Widać w tym mądrą głowę.
Gdy przybyłam już do Rzymu, to rzecz jasna, przeszłam od razu do działania. Zameldowałam się w tym samym hotelu, w którym zatrzymał się również Jean. Skrupulatnie upewniłam się najpierw w tym, że właśnie tam mogę spotkać mojego ukochanego, a gdy już uzyskałam tę pewność, to odczekałam kilka dni, po czym zorganizowałam mały „napad” na mnie, podczas którego mój wybranek wystąpić mógł w roli błędnego rycerza i ocalić swoją księżniczkę. Kiedy już tego dokonał i zakochał się we mnie, zostało mi tylko kuć żelazo póki gorące. Spełniłam swoje największe marzenie i oddałam się mojemu ukochanemu. Och, jak ja dawno na to czekałam. Tak długo o tym marzyłam i teraz moje marzenie się spełniło. Jak się wtedy czułam, gdy oddałam mu swój największy skarb? Nie umiem słowami tego opisać. To było coś tak wspaniałego i cudownego, czego nie umiem nazwać, wiem jednak, że to nie było takie, jak sobie to wyobrażałam. Było o wiele lepiej.
Ojciec mój oczywiście dowiedział się o wszystkim, co między mną a Jeanem zaszło. Oczywiście przewidywał on, że takie coś może mieć miejsce, ale chyba nie brał takiej możliwości na poważnie. Dlatego też fakt, iż zostałam kochanką pana Chroniqueur, mocno nim wstrząsnął. Jak się dowiedziałam od matki, ojciec w pierwszej chwili chciał popłynąć do Rzymu i na miejscu zastrzelić Jeana, jednak moja mama zawsze umiała wpłynąć pozytywnie na ojca i przekonała go, że takie zachowanie będzie głupie i żałosne, natomiast ja sama na pewno doskonale wiem, co robię. Dodała również, że miłość nie wybiera, a i oni sami nie czekali z tymi sprawami do ślubu. Ojciec mój długo czuł do mnie i Jeana złość, ale ostatecznie dał się przekonać i na szczęście nie przerwał naszej podróży, a ta stawała się coraz przyjemniejsza. Spotykaliśmy w jej trakcie kolejno wszystkie osoby, które zgodnie z planem mojego ojca miały opowiedzieć o nim Jeanowi.
Kiedy jednak lista tzw. „informatorów” się wyczerpała, to ojciec wysłał list do mego ukochanego i zaprosił go razem ze mną do Algierii. Oczywiście nie napisał mu, że jestem jego córką. Wolał wyjawić to Jeanowi w chwili, kiedy zjawimy się na miejscu. Wówczas to poważnie zaczęłam się lękać o mój związek z Jeanem. Wiedziałam, że kiedy tylko odkryje, iż go okłamałam, na pewno zwariuje ze złości. Poczuje się oszukany i słusznie zresztą, bo każdy na jego miejscu by się tak poczuł. Miałam jednak nadzieję, że wszystko da się jakoś załagodzić, ale im bliżej byliśmy mojego domu, tym bardziej się denerwowałam. Nie umiem opisać, co czułam w chwili, kiedy wiedziałam, że ten czas, w którym to uda mi się utrzymać incognito jest coraz krótszy. Wydawało mi się, że serce zaraz wyskoczy z mojej piersi. Mdliło mnie w środku, ściskało w żołądku. Wiedziałam, że prawda już niedługo wyjdzie na jaw i bałam się reakcji mego ukochanego, kiedy ją pozna.
Reakcja mego wybranka nie zaskoczyła mnie wcale. Tak jak przewidziałam, Jean poczuł się oszukany i skompromitowany. Wcale mu się nie dziwię. Biedak pomyślał pewnie, że ja i mój ojciec wykorzystaliśmy jego naiwność w sobie tylko wiadomym celu. Niewątpliwie układał w swojej głowie różne najbardziej szalone teorie spiskowe. Wiedziałam, że go tracę. Płakałam całą godzinę, nie mogąc się uspokoić. Na kolacji Jean i ja nie odzywaliśmy się do siebie wcale, w nocy zaś z nerwów nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, bo dręczyły mnie okropne myśli i obawy. Czułam, że cokolwiek nie zrobię, to i tak mój ukochany nigdy więcej się już do mnie nie odezwie.
Jakież więc było moje zdumienie, kiedy nagle usłyszałam, jak ktoś wchodzi do mojego pokoju. Myślałam początkowo, że to może służący albo rodzice chcący mi życzyć dobrej nocy. Podniosłam głowę w stronę drzwi i wtem, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, oczom moim ukazał się nagle mój słodki Jean. Stał on w drzwiach i najwyraźniej się do mnie czule uśmiechał. Mogło mi się to oczywiście wydawać, bo w końcu ciemność przysłaniała część widoczności, jednak właśnie takie odniosłem wrażenie.
- Jean?! To ty?
- Tak, Martusiu... To ja - powiedział, powoli podchodząc do mnie, po czym usiadł obok mnie i delikatnie głaszcząc palcem mój policzek.
- Co ty tutaj robisz? - zapytałam zdumiona jego zachowaniem.
Miałam przecież prawo być zdumiona. Najpierw się na mnie obraził, a teraz najspokojniej w świecie się do mnie słodko uśmiechał. A mówią, że to my kobiety jesteśmy dziwne.
Popatrzyłam na niego ciekawa tego, co mi odpowie.
- Widzisz... Zrozumiałem, że nie chciałaś niczego złego - powiedział Jean, gładząc powoli mój policzek - Zrozumiałem też, iż może kłamałaś w sprawie swej prawdziwej tożsamości, jednak w sprawie uczuć byłaś ze mną szczera od samego początku. Innymi słowy chciałbym się z tobą pogodzić.
Czułam się w tamtej pięknej chwili tak, jakby właśnie miało nadejść Boże Narodzenie. Ogarnęło mnie niesamowicie radosne uczucie, gdy usłyszałam jego słowa. Czułam się tak, jakby niebo się przede mną otworzyło. Mój ukochany nie tylko nie miał mi za złe moich kłamstw, ale wciąż mnie kochał. Los się do mnie uśmiechnął.
- Kochany mój... Mówisz poważnie? Chcesz się ze mną pogodzić?
- Naturalnie, najdroższa. Nie inaczej - odpowiedział Jean i pocałował mnie delikatnie w usta.
Objęłam go czule za szyję i przytuliłam się do niego wręcz zachłannie, zmysłowo pogłębiając pocałunek, który to stawał się z każdą chwilą coraz bardziej słodki. Kiedy już przestaliśmy się całować, zaśmiałam się wesoło i spojrzałam mu w oczy.
- Na pewno nie jesteś na mnie zły, ukochany mój?
Uśmiechnął się i pogłaskał moją twarz.
- Oczywiście, kochanie, że nie jestem na ciebie zły, choć zdecydowanie nie rozumiem, dlaczego nie powiedziałaś mi od razu tego, kim jesteś i co tu robisz.
- A bo to uwierzyłbyś mi?
Jean zastanowił się przez chwilę.
- Sam nie wiem. Myślę, że bym uwierzył, kochanie. Powinnaś mieć do mnie więcej zaufania, Marto. Więcej zaufania.
Przytuliłam się do niego zachłannie. Jakże cudownie się czułam wtedy w jego ramionach. Takich silnych, męskich oraz ciepłych ramionach. Wiedziałam, że jeśli komuś mogę zaufać i powierzyć każdy swój problem, to tylko jemu. I właśnie w jego ramionach zawsze odnajdę schronienie przed wszystkim, co złe. Naprawdę nie rozumiem kobiet, którym nie była potrzebna taka pieszczota jak przytulenie przez ukochanego mężczyznę, bo mnie ona była potrzebna i zamierzałam już zawsze z niej korzystać, kiedy tylko będzie ku temu okazja.
- Dobrze, kochanie... Następnym razem będę ci ufała - powiedziałam, mocno się do niego przytulając - Mimo wszystko jednak uważam, że lepiej zrobiłam tak, jak zrobiłam. Nie sądzisz, iż dzięki takiej, a nie innej podróży poznaliśmy się lepiej i pokochaliśmy? Jak dla mnie, taki właśnie rodzaj podróży nas naprawdę połączył. Bardzo ekscytująca podróż, jakaś tajemnica do wyjaśnienia, wspólne poszukiwanie coraz to nowszych informacji, a także powolne zmierzanie do celu... Czyż nie to najlepiej ludzi do siebie zbliża?
Jean zastanowił się przez chwilę nad tym, co mu powiedziałam, po czym pocałował mnie czule w czoło.
- Prawdę mówiąc, kochanie, to zgadzam się z tobą. Masz rację. Nic tak nie łączy dwoje obcych sobie ludzi, jak wspólna podróż do wspólnego celu, pełna niesamowitych przygód. Tu się z tobą zgodzę.
Zaśmiałam się do niego delikatnie, a następnie wtuliłam się w niego i bardzo czule pogłaskałam dłońmi jego twarz. Długo jeszcze patrzyliśmy sobie w oczy.
- A więc jak, mój ty kochany panie Chroniqueur? - zapytałam zadowolona - Czy pogodziliśmy się wreszcie?
- Oczywiście, kochana i słodka panno de Monte Christo - odpowiedział nieco zadziornie - Myślę, że między nami zapanuje teraz zgoda.
Zaśmiałam się lekko i poczułam nagle jakieś wielkie, palące mnie od środka pragnienie. Oblizałam więc powoli wargi, a potem złączyłam je z jego wargami w namiętnym pocałunku.
- Najdroższy mój... Myślę, że jeszcze nie do końca się pogodziliśmy ze sobą.
- Tak? A kiedy się już całkowicie ze sobą pogodzimy? - zapytał mnie Jean z wielkim uśmiechem na ustach.
Następnie odgarnął dłonią niesforny kosmyk włosów z mojego czoła. Bardzo lubiłam, kiedy mi tak robił. Zaśmiałam się wówczas wesoło niczym małe dziecko otrzymujące właśnie wymarzoną zabawkę.
- Pogodzimy się dopiero wtedy, kiedy teraz coś wspólnie zrobimy.
- Co masz na myśli, najdroższa? Na co masz ochotę?
Zaśmiałam się wesoło. On już doskonale wiedział, na co mam ochotę, jedynie droczył się ze mną, jak to on. Lubił to robić, ale mnie wcale to nie przeszkadzało. Przynajmniej przy nim było mi zawsze wesoło.
- No właśnie. Na co ja mogę mieć ochotę, najdroższy mój?
- Otóż to! Na co moja ukochana może mieć ochotę? - droczył się ze mną Jean.
- Domyśl się.
On najwidoczniej łatwo się tego domyślił, ponieważ objął mnie mocno do siebie i pocałował z miłością moje usta. Następnie rozebrał mnie czule, a ja jego, po czym oboje oddaliśmy się najpiękniejszemu na świecie sposobowi łagodzenia sporów pomiędzy zakochanymi.
Kiedy zakochałam się w Jeanie, moje życie zmieniło się diametralnie. Nie mogłam spać ani jeść, chciałam tylko być blisko mojego ukochanego. Wiedziałam doskonale, że to właśnie on jest moim przeznaczeniem. Z nim mi tylko żyć i umierać. Rodziców moich bardzo zasmuciło moje cierpienie, ale nie umieli mi pomóc. Bo czy można pomóc komuś, kto cierpi z powodu miłości? Może i można, ale nie jest to takie proste. Ojciec po wielu próbach udzielenia mi pomocy, w końcu rozłożył załamany ręce stwierdzając, że musi się poddać, ponieważ na moją chorobę nie ma żadnego lekarstwa. Za to matka podeszła do całej sprawy bardzo praktycznie. Porozmawiała ze mną i obie ustaliłyśmy, co należy robić. To matka zaproponowała, żeby ojciec poznał lepiej wybranka mego serca i w odpowiednim momencie połączył go ze mną.
Oczywiście przez zwrot „odpowiedni moment” miano tu na myśli po prostu danie mi czasu na osiągnięcie wieku dojrzałego. Kiedy bym już go osiągnęła, to miałabym zadecydować, czy nadal kocham Jeana, czy też nie. Słusznie bowiem mój ojciec uznał, że nawet jeśli dziecko pokocha jakiegoś mężczyznę, to kobieta może tego samego mężczyznę łatwo zapomnieć. Mój ojciec po cichu żywił chyba nadzieję, że z biegiem lat zapomnę o Jeanie, do którego poczułam tę dziecięcą miłość, ale przeliczył się, gdyż skończywszy szesnaście lat wciąż byłam w Jeanie bardzo zakochana. Z biegiem lat moja miłość do niego, zamiast zgasnąć, jedynie rosła. Tym bardziej, że mój drogi ojciec przez te wszystkie lata zdobywał wszelkie wiadomości na jego temat, a były to wiadomości co najmniej pochlebne. Jean był powszechnie lubiany i szanowany, a ponadto przez wielu ludzi podziwiany za swój prawdziwy talent dziennikarski i literacki. Ojciec mój uznał zatem, że wybranek mojego serca idealnie nadaje się na jego zięcia, jednakowoż postanowił dać mu możliwość wyboru. Ostatecznie przecież mój drogi Jean mógł mnie nie pokochać. W najgorszych swoich przewidywaniach liczyłam się oczywiście z taką straszną możliwością, ale miałam wielką nadzieję, że użyję skutecznie swoich wdzięków, aby go sobie zjednać. Matka nauczyła mnie tego i owego z kobiecych sztuczek, dlatego też wierzyłam, że zdołam skutecznie usidlić mężczyznę swego życia.
Gdy już skończyłam szesnaście wiosen, ojciec mój postanowił wprowadzić w życie bardzo długo opracowywany przez niego plan działania. Odwiedził Alfonsa de Beauchampa (czyli redaktora naczelnego gazety, w której to pracował Jean) i namówił go do tego, żeby ten nakazał Jeanowi ruszyć w poszukiwanie wszystkich wiadomości o hrabim Monte Christo. Następnie zaś sam, po kolei odwiedzał różne osoby, które Jean miał potem spotkać i powiedział im, co wolno im powiedzieć, a czego nie. Podróż mego ukochanego miała zaprowadzić go do Rzymu, a tam miał on zgodnie z planem spotkać mnie. Ja natomiast miałam przyłączyć się do jego podróży i ostatecznie wraz z nim dotrzeć do Algierii, gdzie dopiero cała prawda ujrzeć mogła światło dzienne.
W sprawie mojego wyjazdu sprawa nie była jednak wcale przesądzona. Długo musiałam prosić rodziców, aby się zgodzili na to, abym mogła ruszyć do Rzymu bez ich opieki i to nawet takiej cichej, prowadzonej z daleka. Ostatecznie przecież w grę wchodziło nie tylko moje bezpieczeństwo, ale i panujące powszechnie obyczaje. W końcu młodej, nastoletniej pannie nie wypada podróżować samej bez rodziców tudzież opiekunów. Poza tym tu nawet nie o konwenanse chodziło. Moi rodzice obawiali się, że znowu coś się może stać. Nie zapomnieli czasów, kiedy to w wieku trzech lat zostałam porwana przez Benedetta, wskutek czego wszyscy nieomal zginęliśmy. Na szczęście dobry Bóg się do nas uśmiechnął. Ocaleliśmy, a ten nędznik trafił do więzienia. Później, co prawda mój ojciec okazał mu swoją litość, pozwolił uciec oraz rozpocząć nowe życie. Młodzieniec ów ponoć po tym wszystkim zmienił do mojego ojca nastawienie. Nie wiem oczywiście, czy to jest prawda, ale potem już nigdy nie byliśmy przez niego prześladowani. Mimo to matka moja wciąż obawiała się Benedetta i pilnowała mnie dosłownie wszędzie. Pomagali jej w tym Ali, Bertuccio oraz Jacopo ze swoją wierną załogą. Każdy z nich kochał mnie, jakbym była ich własną córką i tak mnie również traktowali. Z szacunkiem, ale też i taką lekką poufałością. Nie muszę chyba mówić, że były to uczucia z mojej strony jak najbardziej odwzajemnione. Bardzo bowiem kocham każdego z mych drogich opiekunów tak, jak kocha się miłego i serdecznego wujka.
Wracając jednak do mojej opowieści, muszę wyjaśnić, że o ile ojciec zechciał jeszcze wyrazić zgodę na to, aby puścić mnie w szeroki świat bez opieki, o tyle matkę moją ciągle nękały obawy, iż może coś złego spotkać ich jedyne dziecko. Zwłaszcza ze strony Benedetta, w którego przemianę moja matka nigdy tak do końca nie uwierzyła. Co prawda sama namówiła ona mego ojca, aby nie mścił się na młodzieńcu i pomógł mu uniknąć gilotyny, ale z powodu typowej dla naszej płci zdolności szybkiej zmiany zdania, niedługo zaczęła tego żałować. Obawiała się, że łotr ten w każdej chwili zechce znowu nas skrzywdzić poprzez dobranie się do mnie, jednakże wszystkie jej obawy rozwiały się z chwilą, kiedy tylko Jacopo przywiózł nam najświeższe wiadomości. Powiedział nam, że Benedetto pozostał przestępcą, a za swoje czyny został schwytany i ścięty na gilotynie, a zatem nasz największy wróg zginął i nie musieliśmy się go już nigdy więcej obawiać, gdyż wszelkie niebezpieczeństwo z jego strony znikło. W takim wypadku moja matka nie miała już żadnych przeciwwskazań, abym ruszyła do Rzymu.
Wsiadłam więc na statek Jacopa, który zabrał mnie do stolicy Włoch - miasta, w którym to miałam spotkać mojego ukochanego. Zabrałam ze sobą jedynie kilka służek, a także moją starą nianię, która miała służyć mi jako przyzwoitka. Oprócz tego musiałam zgodzić się na to, że Jacopo oraz jego ludzie będą czuwać nad moim bezpieczeństwem. Ta sama misja została też powierzona Luigiemu Vampie i jego bandytom. Wywiązali się oni ze swego zdania nawet lepiej niż powinni. To całe „porwanie”, jakie urządzili mnie i Jeanowi było prawdziwym majstersztykiem. Widać w tym mądrą głowę.
Gdy przybyłam już do Rzymu, to rzecz jasna, przeszłam od razu do działania. Zameldowałam się w tym samym hotelu, w którym zatrzymał się również Jean. Skrupulatnie upewniłam się najpierw w tym, że właśnie tam mogę spotkać mojego ukochanego, a gdy już uzyskałam tę pewność, to odczekałam kilka dni, po czym zorganizowałam mały „napad” na mnie, podczas którego mój wybranek wystąpić mógł w roli błędnego rycerza i ocalić swoją księżniczkę. Kiedy już tego dokonał i zakochał się we mnie, zostało mi tylko kuć żelazo póki gorące. Spełniłam swoje największe marzenie i oddałam się mojemu ukochanemu. Och, jak ja dawno na to czekałam. Tak długo o tym marzyłam i teraz moje marzenie się spełniło. Jak się wtedy czułam, gdy oddałam mu swój największy skarb? Nie umiem słowami tego opisać. To było coś tak wspaniałego i cudownego, czego nie umiem nazwać, wiem jednak, że to nie było takie, jak sobie to wyobrażałam. Było o wiele lepiej.
Ojciec mój oczywiście dowiedział się o wszystkim, co między mną a Jeanem zaszło. Oczywiście przewidywał on, że takie coś może mieć miejsce, ale chyba nie brał takiej możliwości na poważnie. Dlatego też fakt, iż zostałam kochanką pana Chroniqueur, mocno nim wstrząsnął. Jak się dowiedziałam od matki, ojciec w pierwszej chwili chciał popłynąć do Rzymu i na miejscu zastrzelić Jeana, jednak moja mama zawsze umiała wpłynąć pozytywnie na ojca i przekonała go, że takie zachowanie będzie głupie i żałosne, natomiast ja sama na pewno doskonale wiem, co robię. Dodała również, że miłość nie wybiera, a i oni sami nie czekali z tymi sprawami do ślubu. Ojciec mój długo czuł do mnie i Jeana złość, ale ostatecznie dał się przekonać i na szczęście nie przerwał naszej podróży, a ta stawała się coraz przyjemniejsza. Spotykaliśmy w jej trakcie kolejno wszystkie osoby, które zgodnie z planem mojego ojca miały opowiedzieć o nim Jeanowi.
Kiedy jednak lista tzw. „informatorów” się wyczerpała, to ojciec wysłał list do mego ukochanego i zaprosił go razem ze mną do Algierii. Oczywiście nie napisał mu, że jestem jego córką. Wolał wyjawić to Jeanowi w chwili, kiedy zjawimy się na miejscu. Wówczas to poważnie zaczęłam się lękać o mój związek z Jeanem. Wiedziałam, że kiedy tylko odkryje, iż go okłamałam, na pewno zwariuje ze złości. Poczuje się oszukany i słusznie zresztą, bo każdy na jego miejscu by się tak poczuł. Miałam jednak nadzieję, że wszystko da się jakoś załagodzić, ale im bliżej byliśmy mojego domu, tym bardziej się denerwowałam. Nie umiem opisać, co czułam w chwili, kiedy wiedziałam, że ten czas, w którym to uda mi się utrzymać incognito jest coraz krótszy. Wydawało mi się, że serce zaraz wyskoczy z mojej piersi. Mdliło mnie w środku, ściskało w żołądku. Wiedziałam, że prawda już niedługo wyjdzie na jaw i bałam się reakcji mego ukochanego, kiedy ją pozna.
Reakcja mego wybranka nie zaskoczyła mnie wcale. Tak jak przewidziałam, Jean poczuł się oszukany i skompromitowany. Wcale mu się nie dziwię. Biedak pomyślał pewnie, że ja i mój ojciec wykorzystaliśmy jego naiwność w sobie tylko wiadomym celu. Niewątpliwie układał w swojej głowie różne najbardziej szalone teorie spiskowe. Wiedziałam, że go tracę. Płakałam całą godzinę, nie mogąc się uspokoić. Na kolacji Jean i ja nie odzywaliśmy się do siebie wcale, w nocy zaś z nerwów nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, bo dręczyły mnie okropne myśli i obawy. Czułam, że cokolwiek nie zrobię, to i tak mój ukochany nigdy więcej się już do mnie nie odezwie.
Jakież więc było moje zdumienie, kiedy nagle usłyszałam, jak ktoś wchodzi do mojego pokoju. Myślałam początkowo, że to może służący albo rodzice chcący mi życzyć dobrej nocy. Podniosłam głowę w stronę drzwi i wtem, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, oczom moim ukazał się nagle mój słodki Jean. Stał on w drzwiach i najwyraźniej się do mnie czule uśmiechał. Mogło mi się to oczywiście wydawać, bo w końcu ciemność przysłaniała część widoczności, jednak właśnie takie odniosłem wrażenie.
- Jean?! To ty?
- Tak, Martusiu... To ja - powiedział, powoli podchodząc do mnie, po czym usiadł obok mnie i delikatnie głaszcząc palcem mój policzek.
- Co ty tutaj robisz? - zapytałam zdumiona jego zachowaniem.
Miałam przecież prawo być zdumiona. Najpierw się na mnie obraził, a teraz najspokojniej w świecie się do mnie słodko uśmiechał. A mówią, że to my kobiety jesteśmy dziwne.
Popatrzyłam na niego ciekawa tego, co mi odpowie.
- Widzisz... Zrozumiałem, że nie chciałaś niczego złego - powiedział Jean, gładząc powoli mój policzek - Zrozumiałem też, iż może kłamałaś w sprawie swej prawdziwej tożsamości, jednak w sprawie uczuć byłaś ze mną szczera od samego początku. Innymi słowy chciałbym się z tobą pogodzić.
Czułam się w tamtej pięknej chwili tak, jakby właśnie miało nadejść Boże Narodzenie. Ogarnęło mnie niesamowicie radosne uczucie, gdy usłyszałam jego słowa. Czułam się tak, jakby niebo się przede mną otworzyło. Mój ukochany nie tylko nie miał mi za złe moich kłamstw, ale wciąż mnie kochał. Los się do mnie uśmiechnął.
- Kochany mój... Mówisz poważnie? Chcesz się ze mną pogodzić?
- Naturalnie, najdroższa. Nie inaczej - odpowiedział Jean i pocałował mnie delikatnie w usta.
Objęłam go czule za szyję i przytuliłam się do niego wręcz zachłannie, zmysłowo pogłębiając pocałunek, który to stawał się z każdą chwilą coraz bardziej słodki. Kiedy już przestaliśmy się całować, zaśmiałam się wesoło i spojrzałam mu w oczy.
- Na pewno nie jesteś na mnie zły, ukochany mój?
Uśmiechnął się i pogłaskał moją twarz.
- Oczywiście, kochanie, że nie jestem na ciebie zły, choć zdecydowanie nie rozumiem, dlaczego nie powiedziałaś mi od razu tego, kim jesteś i co tu robisz.
- A bo to uwierzyłbyś mi?
Jean zastanowił się przez chwilę.
- Sam nie wiem. Myślę, że bym uwierzył, kochanie. Powinnaś mieć do mnie więcej zaufania, Marto. Więcej zaufania.
Przytuliłam się do niego zachłannie. Jakże cudownie się czułam wtedy w jego ramionach. Takich silnych, męskich oraz ciepłych ramionach. Wiedziałam, że jeśli komuś mogę zaufać i powierzyć każdy swój problem, to tylko jemu. I właśnie w jego ramionach zawsze odnajdę schronienie przed wszystkim, co złe. Naprawdę nie rozumiem kobiet, którym nie była potrzebna taka pieszczota jak przytulenie przez ukochanego mężczyznę, bo mnie ona była potrzebna i zamierzałam już zawsze z niej korzystać, kiedy tylko będzie ku temu okazja.
- Dobrze, kochanie... Następnym razem będę ci ufała - powiedziałam, mocno się do niego przytulając - Mimo wszystko jednak uważam, że lepiej zrobiłam tak, jak zrobiłam. Nie sądzisz, iż dzięki takiej, a nie innej podróży poznaliśmy się lepiej i pokochaliśmy? Jak dla mnie, taki właśnie rodzaj podróży nas naprawdę połączył. Bardzo ekscytująca podróż, jakaś tajemnica do wyjaśnienia, wspólne poszukiwanie coraz to nowszych informacji, a także powolne zmierzanie do celu... Czyż nie to najlepiej ludzi do siebie zbliża?
Jean zastanowił się przez chwilę nad tym, co mu powiedziałam, po czym pocałował mnie czule w czoło.
- Prawdę mówiąc, kochanie, to zgadzam się z tobą. Masz rację. Nic tak nie łączy dwoje obcych sobie ludzi, jak wspólna podróż do wspólnego celu, pełna niesamowitych przygód. Tu się z tobą zgodzę.
Zaśmiałam się do niego delikatnie, a następnie wtuliłam się w niego i bardzo czule pogłaskałam dłońmi jego twarz. Długo jeszcze patrzyliśmy sobie w oczy.
- A więc jak, mój ty kochany panie Chroniqueur? - zapytałam zadowolona - Czy pogodziliśmy się wreszcie?
- Oczywiście, kochana i słodka panno de Monte Christo - odpowiedział nieco zadziornie - Myślę, że między nami zapanuje teraz zgoda.
Zaśmiałam się lekko i poczułam nagle jakieś wielkie, palące mnie od środka pragnienie. Oblizałam więc powoli wargi, a potem złączyłam je z jego wargami w namiętnym pocałunku.
- Najdroższy mój... Myślę, że jeszcze nie do końca się pogodziliśmy ze sobą.
- Tak? A kiedy się już całkowicie ze sobą pogodzimy? - zapytał mnie Jean z wielkim uśmiechem na ustach.
Następnie odgarnął dłonią niesforny kosmyk włosów z mojego czoła. Bardzo lubiłam, kiedy mi tak robił. Zaśmiałam się wówczas wesoło niczym małe dziecko otrzymujące właśnie wymarzoną zabawkę.
- Pogodzimy się dopiero wtedy, kiedy teraz coś wspólnie zrobimy.
- Co masz na myśli, najdroższa? Na co masz ochotę?
Zaśmiałam się wesoło. On już doskonale wiedział, na co mam ochotę, jedynie droczył się ze mną, jak to on. Lubił to robić, ale mnie wcale to nie przeszkadzało. Przynajmniej przy nim było mi zawsze wesoło.
- No właśnie. Na co ja mogę mieć ochotę, najdroższy mój?
- Otóż to! Na co moja ukochana może mieć ochotę? - droczył się ze mną Jean.
- Domyśl się.
On najwidoczniej łatwo się tego domyślił, ponieważ objął mnie mocno do siebie i pocałował z miłością moje usta. Następnie rozebrał mnie czule, a ja jego, po czym oboje oddaliśmy się najpiękniejszemu na świecie sposobowi łagodzenia sporów pomiędzy zakochanymi.

No i fajno, że się tak szybko pogodzili, chociaż Marta miała słuszne powody do obaw, że mogla stracić miłość Jeana po tym jak dowiedział się, że nie powiedziała mu całej prawdy o sobie, tylko przez tak długi czas go zwodziła. No, ale najważniejsze, że udało im się dojść do porozumienia i nie mają do siebie żadnych pretensji.
OdpowiedzUsuńDobrze, że zakochani się pogodzili.
OdpowiedzUsuńTe wspomnienia pozwalają lepiej zrozumieć Martę, że jej uczucie wobec Kronikarza jest szczere, a wspólna, pełna przygód i niebezpieczeństw podróż tylko ich do siebie mocno zbliżyła.